Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Lęk

Lęk

LĘK

A czasem, czasem naprawdę nie wiem,

czy nie żal tej czystej bieli kartki,

nie zabrudzonej żadnym słowem.

Kartki milcząco cicho płaczącej.

Czy nie żal tuszu w długopisie i

tej pieśni nie śpiewanej i głuchej?

Smutek dusi, chwyta zaciśnietą pięścią za serce i czujesz jego palce, kostki chwytające aortę. Potem maszeruje, jak pająk do góry i wyciska z oczu suche łzy. Suchy płacz pozbawiony krzty wilgoci, mokrości, wilgotności. A płacz mimo to.

Nie ma komu cokolwiek opowiadać, nie ma z kim prowadzić rozmowy. Trzeba by było wszystko tłumaczyć, wyjaśniać od początku, a to nie to samo – to wykład by był, przemówienie wybrakowane nieobecnością ciepła i serdeczności współbycia, współrozumienia.

A ciągle mam tyle rzeczy, wierszy

do powiedzenia i ciągle chcę

usłyszeć tyle nowych zaklęć, słów.

To tak, gdy mówisz tylko półzdanie,

a ktoś myśl podejmuje, rozwija.

Wspólny spacer wspólnymi drogami.

Znają cię, ty znasz ich. Współistniejstwo. Przerwane, zamknięte, utracone. Może siedzi gdzieś nad jakąś rzeczką powolnie płynącą zakolami kujawskimi, piaskowymi, biednymi łąkami mazowieckimi? Może wartkim strumieniem, kaskadą huczącą w Kordylierach kanadyjskich? Możę było, a już nie ma? Wszystko zamienia się w cmentarz, gdy umierają ludzie. Więdną kwiatki łączane, milkną ptaszki, które wczoraj wiły pośród nich gniazda.

A przecież gdzieś życie musi istnieć jeszcze, z każdego szarego badyla listek jeszcze musi się wykulić, zazielenić. Samotność prowadzi długie rozmowy z cieniami. Trzeba je tylko rozpędzić w cztery strony świata, a samotność przestanie być sama. Będzie biegać po tych łąkach, po tych uliczkach, łapać motyle i potem wypuszczać je z garści.

Trzeba się tylko obudzić, wstać z łóżka tej samotności. Niech samotnością być przestanie. Wtedy i wiersze głuche usłyszą melodię, zatańczą leśmianowską łąką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moje Wyznanie

Moje Wyznanie

CREDO

I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.

                Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.

A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.

Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.

Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata.  Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.

Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.

Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.

Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Rozmowy z tobą

Rozmowy z tobą

Rzeki życia

Rzeka wielka, muskularna, stalowo-szara

rzeka, której bulwarami przechadzam się

teraz w nasiąkłym od wody powietrzu –

jest mi dziwnie bliska i wyraźnie obca.

Woła mnie zachrypniętym głosem

starej aktorki, która niegdyś grała

Marię Stuart i Desdemonę – a dziś

tylko wiedźmę kuszącą Makbeta.

Macham na nią znudzoną ręką

obojętności. Jakie królestwa

możesz mi obiecać, jakie korony

niepotrzebne? Vene, vide. Vici?

Tak, widziałem, zwyciężyłem i byłem

zwyciężonym.  Jakaż słodka to była

niewola! I jak gorzka zwrócona

później wolność niedosycenia.

Jeszcze zbyt wcześnie ofiarowana,

a już za późno na oczekiwania.

W górze rzeka atmosferyczna

siąpi i nasącza włosy i duszę.

B. Pacak-Gamalski, 18.03. 2026, New Westminster

Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.

Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.

Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.

Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.

Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.

post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

W strugach deszczu nadchodzi

co roku dzień pamięci –

chwile uniesień, powodzi,

rzeki pragnień i niechęci.

Szlachetne twarze i gęby

wykrzywione, szczerbate:

szczodre kłosy i otręby,

przyjaciel razem z katem.

Trochę tu i trochę tam.

Śmiejesz się i płaczesz sam.

I takoż to jest w ten dzień powracający, jak zły szeląg i jak dobra piosenka. Nawet rymy, których doprawdy nie lubię, same siadają na bieli kartki bez zapytania. Ot tak, okrakiem i bezczelnie, niczym lokalny osiłek na zabawie wiejskiej w jakiejś remizie w zabitej dechami wsi. O! Naturalnie, że Focault język oczyszcza z naleciałości burżuazyjnej naftaliny, że Tatarkiewicz uszlachetnia mowę i pismo klasycznym pięknem prostych kolumn doryckich. Popatrz – nic to nie pomogło wszak. Posłuchaj – słyszysz Bacha, czy słyszysz wielką, hałaśliwą śmieciarę, która zabiera z podwórek opasłe pojemniki na śmieci i odpadki? Nowoczesność i postmodernizm też przegrały, też przegadały wszystko przy szklance wina, jak ich poprzednicy. Tą samą stawkę – jutro. 

Od pokoleń robimy to samo, siadamy do stolika, rozdajemy pięć kart i liczymy, że dostaniemy cztery asy. Pierwszą kartą dostaną jest As, więc podbijamy stawkę kilkakrotnie w górę. Po otrzymaniu kolejnych kart okazuje się jednak, że mamy tylko tego jednego, pierwszego asa i tylko dwie pary: ‘trójki’ i ‘szóstki’. Szanse zwycięstwa diametralnie się zmniejszyły. Ach, jesteś intelektualistą, filozofem, cóż to za gra – poker?! Ty tylko w brydża. Dobrze, graj. Skończyłeś licytację? O, gracie ‘cztery bez atu’ z partnerem! Brawo! Szkoda tylko, że partner ma tylko jednego asa i ani jednego króla … .  Szansę ciągle masz, ale doprawdy tylko minimalną, ciut, ciut ledwie.

To samo zaiste z tą poezją. Czasem rym pcha się przemożenie. Prosisz, tłumaczysz. Koniec końców chwytasz za kołnierz i wyrzucasz za drzwi, basta. A tu guzik, rym wraca przez okno!

Pewne rzeczy, uczucia same wybierają z rymem czy bez. Nie ma co kombinować nowoczesnego jazzu, gdy tylko stara fuga rzecz najprościej wyłoży. Glen Gould może ten temat lepiej wyjaśnić. Tak, tak, wiem. Gould nie żyje od wielu lat. No ale to o ten właśnie dzień chodzi. Tych, których już tylko pamiętamy. Więc tego dnia możesz z nim (żywym, czy martwym) porozmawiać.  Hollow Day, Zaduszny, Dziady – dzień pamiętania. Nie można pamiętać do przodu, tylko do tyłu. A w tyle jest zawsze masa dobrego i masa złego. Nie oszukujmy się, jeśli pamiętamy to naturalnie i te złe też pamiętamy. Rzeki pragnień i niechęci, przyjaciela razem z katem. Bo wszak czasem śmiejesz się i płaczesz sam.

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Nie jestem księgowym, rzeczoznawcą finansowym, nie jestem prokuratorem. Jedyne, co wiem (i będę się z poważną dozą pewności siebie upierał, Że To Wiem) to, że nie jestem idiotą. Zakładam również, że idiotami nie są eksperci Najwyższej Izby Kontroli w państwie polskim. I że – w przeciwieństwie do mnie – oni mają znajomość i ekspertyzę w rzeczoznawstwie finansowym i prawnym.

Otóż wczoraj ogłosili oni Raport i wnioski z niego wynikające nt. ich pełnej kontroli NIK za rok 2023.. Kontrole zaczęto w 2024. To jest okres czasu w którym obecny Prezydent państwa polskiego, Karol Nawrocki był prezesem i pełnym szefem IPN-u. Raport z tej kontroli NIK-u był wobec pana Nawrockiego druzgocący. Tu chodziło tylko o statutową działalność (administrację) Instytutem i jego budżetowo-finansową operatywność. Kiedy podjęto decyzję o przeprowadzeniu pełnej kontroli, Karol Nawrocki jeszcze nie był kandydatem na prezydenta. Wszyscy myślący inteligentnie wiedzieliśmy, że z tego pożal się boże instytutu idzie wielki smród. Nigdy nie sądziłem, że to smród mamony. Kiedy cesarz Wespazjan powiedział o podatku za korzystanie z publicznych toalet: pecunia non olet, winien dodać ‘ale’ – nie śmierdzą pod warunkiem, że to nie są toalety w Instytucie Pamięci Narodowej. Wówczas śmierdzą aż do Wzgórza Kapitolińskiego.

Ale sami posłuchajcie, ja tłumaczyć nie chcę. W dość nudnej formie opowieści księgowego. Bo gdyby mówili to politycy, to ho ho! By barwnie było. Dziwić się nie trudno, że panowie Nawrocki i Trump dość się lubią… W formie nudnej ale jednocześnie powodującej stawanie na baczność włosów na karku, że to było wszystko możliwe.