Bogumił Pacak-Gamalski-Graham
Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem ta historię tak dobrze od dziesięcioleci chyba już. A ty mi takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę. /… /
(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)
Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Żeś nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem życia własnie jego, samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który pokonał armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka go nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macieżyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persoplis[ii]?
Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?
to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie
to to, że on był życiem
pytanie jest czy oddałbyś swoje
bo kochałeś
i łzy milczące napłynęły,
bo znikąd rady ni pomocy
dostać nie mogłeś
i byłeś bezbronny i słaby,
jako najniższy z niewolników,
a łzy same popłynęły z oczu
/B. Pacak-Gamalski/
I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą. Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.
Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem sie. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniam, że spałem. Pobiegłem błyskwicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi tak długo spać. Uśmiechneli sie lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe pietnaście minut.
Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie na sytuację w jakiej się znalazłem.
Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom zycia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetke wtulając cie w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrza. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałes w przestrzen poza naszą.
Nie, nie zerwałem sie tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pieknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem ta zgodę z jednym zastzreżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.
Leżałeś piekny, spokojny, bez drzęnia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem sie obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę az do ust, nosa, oczu. Byłes znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałes od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałes sie kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, musze za nie podziekowac wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było. Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał zamieszkuja na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy.
[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego
[ii] Stolica starożytnej Persji
[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa
[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)
