Calendarium of Heroes of Humanity in XX and XXI century

Mahatma Gandhi 1869 – 1948, Father of modern India. Promotor of equal rights for all people of India – regardless of their religious affiliation, Hindu or Muslim.

Martin Luther King 1929 – 1968, leader of the American Black movement for equal rights for all citizens, regardless of colour, race, and origin. Like Mahatma Gandhi represented nonviolent actions to achieve social and political changes. Assassinated.

Desmond Tutu 1931 – 2021, Anglican Archbishop of South Africa. Promotor and active supporter of the end of apartheid and equal rights for all citizens. Laureate of Nobel Peace Prize.

photo by M. Aleshkovskiy

Alexey Navalny 1976 – 2024, political and social activist in Russia. Advocate of democratic principles, free elections, separation of judicial and government branches. Unyielding supporter of human rights in Russia. Opponent of Russia’s invasion of Ukraine. Survived many attempts by the Russian state to assassinate him. Refused an offer of political, safe asylum in the West and returned to his homeland. Arrested shortly after returning. Murdered by Putin in the Russian Far East penal colony on February 16, 2024.

Dwie wojny. Dwa inne światy i wymiary.

Dwa największe i najbardziej obecnie niebezpieczne dla pokoju światowego ogniska wojenne to wojna w Ukrainie i wojna w Gazie-Palestynie. To nie największe zagrożenie i nie najniebezpieczniejsze wojny dla świata. Ta zacznie się w Azji. Ale te dzieją się już teraz: z bombami, czołgami, rakietami i tysiącami zabitych.

Ten Wielki Konflikt, to zdaniem moim nieunikniony prawie konflikt amerykańsko-chiński. Chiny nie rozpoczną go, dopóki nie będą pewne swej autentycznej siły militarnej. Ale mowy być nie może, by mocarstwo (jakim Chiny są) pozwoliły sobie na nieustanną amerykańską dominację w Azji. Nie zamierzają tej dominacji kontestować ani w Europie, bezwzględnie nie w Ameryce Północnej, ani nawet w Ameryce Południowej. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że nie pogodzą się z ekspansjonizmem amerykańskim w Azji.  Afryka już jest i pozostanie miejscem rywalizacji obu mocarstw. Rosja jest ciągle wielką niewiadomą. Moim zdaniem to kolos na glinianych nogach. Ale może być dla Chin wygodnym sojusznikiem.

Do wielkiego wojennego zderzenia Chin i USA może być jeszcze długa droga. Jest możliwe nawet, że spór o dominacje w Azji będzie rozwiązany negocjacjami tych dwóch kolosów. O ile przedtem nie dojdzie do dużego zderzenia z innym kolosem azjatyckim – Indiami.

A wojny na Ukrainie i w Palestynie są teraz. I są bardzo groźne. I bardzo inne.  Tak przyczyny, jak i cele oraz gargantualne różnice w uzbrojeniu, możliwościach militarnych stron konfliktu na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie – czynią te konflikty kompletnie ze sobą nieporównywalne.

Ukraina

Rosja napadła na drugie, suwerenne i niezależne państwo. Państwo z własna armią i bardzo duże (ponad sześć milionów km2 powierzchni i ok. 40 milionów mieszkańców). Rosja jest wielokrotnie większa i obszarem i ludnością – nie jest to jednak walka olbrzyma z karzełkiem. Zasoby ukraińskie, jak zaznaczyłem, nie są niewiele znaczące. Sam fakt, że Rosji nie udało się do tej pory – po dwóch latach walk – odnieść zdecydowanie olbrzymich i spektakularnych sukcesów świadczy o wytrzymałości i gotowości bojowej Ukrainy w wojnie obronnej. W wielkim stopniu znaczeniu masowej i nie do przecenienia pomocy finansowej i dostaw olbrzymiej ilości sprzętu wojskowego dla Ukrainy przez państwa zachodnie, na czele z USA.

Strefa Gazy

Totalna wojna Izraela na terenach Gazy, a od niedawna też na obszarze całej Strefy, łącznie z pograniczem egipskim między Rafah i Han Yunis. Na wielokrotnie większym obszarze Zachodniego Wybrzeża (wzdłuż rzeki Jordan, która tworzy granice miedzy Palestyną i Jordanią), gdzie znajdują się władze polityczne państwa Palestyńskiego nie ma bezpośredniej inwazji armii izraelskiej. Ma tam jednak miejsce nieustanna działalność grabieżczo-terrorystyczna uzbrojonych osadników izraelskich. Odbywa to się często przy współudziale lub milczącym przyzwoleniu żołnierzy izraelskich na akty napaści na Palestyńczyków tam  mieszkających. Jeszcze przed terrorystycznym napadem oddziałów Hamasu na te osiedla izraelskie po drugiej stronie granicy w Gazie – Palestyńczycy od wielu lat byli poddawani aktom wypędzania ich z rodzinnych farm i zbrojnego zajmowania ich domostw i gospodarstw przez napływających stale nowych osadników żydowskich. W ostatnich dekadach ci osadnicy przybywali głównie z Rosji i bardzo przypuszczalne jest, że charakteryzowali się pewną specyficzną mentalnością rosyjską, która przez pokolenia bez wątpienia odbiła się na ich własnej mentalności. Mentalności bezprawia, lub prawa pięści i brutalnej siły. Tego samego, które charakteryzuje rządy i Mikołaja II, i Stalina, i Putina.

Te szukanie podobieństwa emigracji żydowskiej z Rosji do Izraela i cechami mentalności jest jedynym podobieństwem wojny na Ukrainie i najazdu izraelskiego na Strefę Gazy.

1. Sytuacja na Ukrainie:

24 lutego 2022 Rosja rozpoczęła totalną wojnę przeciw Ukrainie. Główne siły uderzenia poszły z terenu Białorusi w kierunku Kijowa wykorzystując zgromadzone tam wcześniej potężne siły rosyjskie: 35 Armią i 127 Dywizję Zmechanizowaną; jednocześnie z drugiego brzegu Dniepru uderzyła 36 Armia wspomagane silnymi jednostkami wojsk powietrznych. W kolejnych tygodniach do natarcia dołączyły inne wielkie jednostki rosyjskie. W tym samym czasie rozpoczęły się natarcia rosyjskie z zajętych wcześniej separatystycznych prowincji Ługańskiej i Donieckiej oraz z zajętego przez Rosję kilka lat wcześniej Krymu. Z portów na Krymie działały jednostki rosyjskiej Floty Wojennej. Przewaga wojsk rosyjskich w sprzęcie, uzbrojeniu oraz liczebności była duża. Sami Rosjanie byli przekonani, że zajęcie stolicy – Kijowa – to kwestia krótkiego czasu.

Panowało też silne przekonanie, że istnieje duża sympatia pro-rosyjska w szerokich rzeszach obywateli ukraińskich, że sama Ukraina i pojęcie narodowości ukraińskiej jest sztucznym konstruktem. Słowem, że Ukraińcy to po prostu nieco inny odłam jednej wielkorosyjskiej rodziny narodowej. Rosjanie wykazali się w tym zdumiewająco naiwni i pozbawieni najbardziej podstawowej wiedzy historycznej. Wszak do czasów XVII wieku i rozejmu w wojnach polsko-rosyjskich  oraz  Powstania Chmielnickiego w XVII wieku – żadna znacząca terytorialnie część terenów nazywanych obecnie ‘Ukrainą’ do państwa rosyjskiego nigdy nie należała. Zmieniło się to drastycznie w ramach Ugody Perejasławskiej w 1654. Poza terenami od wieków średnich należącymi do Korony Polskiej lub Węgier, które przy Polsce pozostały do końca istnienia Królestwa Polskiego, a duże jej obszary również w okresie  II RP (1918-1945).

Mnie się wydaje, że Ugoda Perejasławska przyniosła więcej szkody Ukraińcom niż Polsce. Car zresztą nigdy nie podpisał tej Ugody wychodząc z założenia, że Samodzierżca nie może składać jakiejkolwiek przysięgi poddanym. Zapoczątkowało to silny proces rusyfikacji, podporządkowanie Cerkwi Kijowskiej Patriarchatowi Moskiewskiemu (do tej pory była w bezpośrednim podporządkowaniu Patriarchy Konstantynopola). Wszystko to opóźniło bardzo rozwój świadomości narodowej Ukraińców, jak i sam rozwój gospodarczo-ekonomiczny tych ziem. A Polskę uratowało od nieustannych problemów zatargów wewnętrznych z Kozaczyzną i powodowanych przez tą Kozaczyznę zatargów z Imperium Osmańskim. Ale wracajmy do XXI wieku.

Mimo wielkiej różnicy w sprzęcie wojskowym, a przede wszystkim potencjale ludzkim (potencjał ludzki Rosji to 144 mln mieszkańców; Ukrainy – 45 mln. ) – dwuletnia już agresja Rosji na Ukrainę jest jednak porażką agresora. Nie udało mu się odnieść wielkiego zwycięstwa w jakimkolwiek z założonych celów. Nie zdobył Kijowa; nie zajął całego terytorium (poza Wschodnią Ukrainą – też nie w całości). Po dwóch latach nieustannych walk  Rosja w zasadzie jest na tych samych pozycjach terytorialnych od ponad roku. Największe straty rosyjskie są na arenie politycznej:  przyspieszyła a nie zlikwidowała możliwości akcesu Ukrainy do NATO, w dużej mierze zjednoczyła naród ukraiński i większość sił politycznych w Ukrainie; otworzyła prostą drogę Ukrainy do partnerstwa, a w konsekwencji do członkostwa w Unii Europejskiej. Putin przeliczył się militarnie i politycznie na skalę olbrzymią.  To był chyba największy błąd polityczny w całej jego karierze. Stosunkowo duża łatwość z jaką udało mu się dwa lata wcześniej zająć Krym, przyłączyć Okręgi/Republiki Ługańską i Doniecką uniemożliwiła mu rozróżnienie tych w dużej mierze rosyjskojęzycznych Okręgów od reszty Ukrainy zasadniczej.  Jeśli kiedyś dojdzie ( a dojść musi) do konferencji pokojowej, do pertraktacji między Ukrainą a Rosją to możliwe, że będzie to gorzka pigułka-cena Ukrainy za pokój. Nie wolno zapomnieć, że powstanie niepodległej i suwerennej Ukrainy w granicach, jakie wyznaczyły jej władze ZSRR nie było koniecznie granicami, jakie historycznie do Ukrainy należały. Odbyło się to kosztem wielu innych państw i terytoriów historycznych wzdłuż całej granicy zachodniej: Polski, Zakarpacia, Węgier i Rumunii. Fakt, że Trójka Jałtańska (Stalin, Roosevelt i Churchill) ołówkami na mapie sobie nowe granice tworzyli nie oznacza, że te granice były historycznie czymkolwiek uwarunkowane. Jakiekolwiek z tych państw (być może Węgry Orbana miały jakąś nadzieję na odzyskanie skrawka Zakarpacia i stąd ich pro-Putinowskie nastawienie?). Ale żadne z tych państw pretensji terytorialnych dziś do Ukrainy nie zgłasza. Tak, jak w Polsce nikt nie domaga się zwrotu całych Grodów Czerwieńskich łącznie ze Lwowem – mimo, że to piastowska kolebka państwowości polskiej w większym stopniu niż wiele innych obszarów obecnej Polski. Dobrosąsiedztwo i pokój w Europie jest ważniejszy niż stare historyczne kształty granic. Zwłaszcza w Europie, gdzie od wielu już lat ludzie traktują granice państwowe, jako administracyjne linie na mapach niż jakiekolwiek utrudniania w przemieszczaniu się ludności europejskiej.

Od roku czasu trwa wojna pozycyjna na wschodzie Ukrainy, przypominająca beznadziejne walki na błotach flandryjskich I wojny światowej. W zasadzie zapowiadana od dawna ‘letnia’  ofensywa ukraińska załamała się i ugrzęzła w miejscu. Jednocześnie nieustanne bombardowania i ostrzeliwania całego terytorium Ukrainy (łącznie ze Lwowem, który wcześniej był świadomie przez Rosjan nie bombardowany) powoduje olbrzymie straty dla całej ekonomii ukraińskiej. Rosja już wie, że tej wojny wygrać nie może – to wcale nie oznacza, że Rosja pogodzi się z przegraniem tej wojny. Przegraniem militarnym (politycznie już ją dawno przegrała). I Rosja może sobie na to pozwolić, gdyż właśnie jej zasoby ludzkie są wielokroć większe niż ukraińskie. Jest co prawda możliwość zastosowania pełnego ‘kordonu sanitarnego’  wobec Putina (mam na myśli nie wybrane sankcje a kompletną izolację ekonomiczną Rosji) – nie sądzę jednak by to się stało i by Zachód miał na to ochotę i czy Zachód na to stać. Raczej nie. Na bardzo długą metę nie stać nas – Polski, NATO i Zachodu – na  taką długą wojnę pozycyjną. Nie stać też Ukrainy.  I tak ma coraz większe trudności z poborem do wojska. I znalezieniem rąk do pracy na stanowiskach, które są nie obsadzone przez tych, którzy musieli założyć mundury. Jest zdumiewające, że nie wprowadzono powszechnej mobilizacji w Ukrainie. A nie wprowadzono, ponieważ Ukraińcy nie chcą tej mobilizacji i Żeleński doskonale o tym wie.   Nawet najnowocześniejsze samoloty z USA, Francji i Anglii, najlepsze czołgi i haubice z Polski i Niemiec same strzelać, latać i jeździć nie będą. Spada też procent poparcia na olbrzymie darowizny i pożyczki wojenne dla Ukrainy, które początkowo były udzielane bez problemu i bez protestów społecznych. Kryzys ekonomiczny, jaki dotknął prawie całą Europę i  Północną Amerykę  te nastroje zmienia. Podobnie masowa emigracja Ukraińców. Sam tutaj, dziwię się widząc tylu młodych mężczyzn Ukraińców w Kanadzie. Rozumiem to z ludzkiego punktu widzenia – każdy woli żyć niż umierać na froncie. Ale nie jeden Kanadyjczyk zadaje sobie te pytanie: dlaczego jam mam bez końca płacić olbrzymie sumy z naszego budżetu, jeżeli ci młodzi ludzie tych karabinów za te pieniądze i tak nosić nie będą, bo oni są tutaj, nie tam?  To przykre słowa i tematy. Ale słyszalne, zauważalne.

W styczniu tego roku ukazał się długi i bardzo krytyczny wobec Ukrainy wywiad w „Kulturze Liberalnej”[i] z gen. Waldemarem Skrzypczakiem – cenionym bardzo przez sojuszników dowódcą polskich i międzynarodowych dużych jednostek w wojnach afganistańskiej i irackiej (otrzymał m.in. Medal Wdzięczności od Gubernatora Generała Kanady za wspomaganie i ochronę żołnierzy kanadyjskich w Afganistanie). Zaskoczony byłem jak silnie krytyczny wobec Ukrainy był ten wywiad.

Mowy być nie może byśmy mogli sobie pozwolić na ‘machnięcie ręką’ i rezygnację z dalszego wspierania Ukrainy. Już pomijając zwykłą solidarność między narodami i państwami, zwykłe poczucie sprawiedliwości. Nie możemy, bo utrata Ukrainy byłaby tragedią dla Polski i Europy. Pomijam oddalone kraje obu Ameryk.  Zaangażowaliśmy się (słusznie) w ten konflikt i nie możemy bez wielkiej szkody dla nas samych się teraz z tego wycofać. Rysuję jedynie pewne możliwe i realne możliwości jego zakończenia. W realnej, bezdusznej wielkiej polityce wszystko ma niestety swoją cenę. Oczywiście zdarzyć się może jakiś ‘przykry’ wypadek Putinowi (wszystko zdarzyć się może) – ale czekać na to w nieskończoność nie można. A Rosja to nie Polska, nie Francja, nie Kanada ani USA. Skala niezadowolenia społeczeństwa i masowe, wielkie protesty rządów rosyjskich nie zmienią … bo takich w Rosji nie będzie. Rosja to znowu Samodzierżawie, jak za ‘dobrych’ starych czasów Cara lub Carycy.     

2. Sytuacja w Strefie Gazy

Zacząć trzeba od jasnego stwierdzenia, że to nie jest wojna dwóch państw czy dwóch narodów. Sytuacja jest odwrotna – to Izrael napadł w totalnym najeździe na tereny palestyńskie Strefy Gazy. Wiemy od czego ta wojna się zaczęła, co było jej bezpośrednią przyczyną: niewyobrażalny w okrucieństwie napad bojowników organizacji wojskowej Hamasu na izraelskie kibuce w pobliżu granicy z Gazą. Zaskoczenie, szok i olbrzymie medialne nagłośnienie tej napaści legło u podstaw masowego oburzenia rządów i wielu społeczeństw państw Zachodu. Podjęta szybko przez Izrael akcja odwetowa była zrozumiała i znalazła poparcie tych państw. Najważniejsze i decydujące w tej kwestii było pełne poparcie i natychmiastowa pomoc tak militarna (obecność floty wojennej USA tak na Morzu Śródziemnym, jak i w pobliżu morza Czerwonego, na Morzu Arabskim), jak finansowa i polityczna Ameryki.  Prezydent Biden jednoznacznie publicznie udzielił pełnego wsparcia i poparcia wojskowej operacji Izraela. Mimo kryzysu politycznego w Kongresie USA – w kwestii natychmiastowego wparcia finansowego dla Izraela pokonał wszelkie kłopoty polityczne. Niestety, bardzo szybko stało się jasne, że celem Izraela nie jest szybka akcja wojskowa jako odwet-cena za napaść Hamasu, ani nawet chirurgiczne błyskawiczne akcje komandosów i Mosadu które mogły odbić porwanych przez Hamas zakładników izraelskich. Celem było kompletne zniszczenie Gazy, totalne, systematyczne – nic z tego miasta zostać nie miało. Nic nie było poza nieustannym bombardowaniem i ogniem artylerii żydowskiej: szkoły, meczety, szpitale. Łamiąc wszelkie prawa wojny ludność cywilna była bezustannym i nieustępliwym celem. Wyłączono elektryczność i dostawy gazu niezbędne nie tylko dla ludności cywilnej, ale niezbędne dla szpitali, które natychmiast zapełniły się umierającymi i rannymi. Tak, na bojowników Hamasu też oczywiście polowano – ale faktycznie głównym celem tych wszystkich akcji i głównymi ofiarami śmierci i ran była palestyńska ludność cywilna. Na nakazy opuszczenia miasta Gazy i przeniesienia się wyznaczoną drogą – tłumy uciekinierów ruszyły tą drogą. I zostały ostrzelane. Ofiary ludności cywilnej rosły setkami, potem tysiącami z dnia na dzień. I trwa to do dziś. Zniszczono prawie cała Strefę Gazy, doprowadzono do nędzy, głodu, braku wody pitnej steki tysięcy ludzi. Pozbawiono ich pomocy i jakiejkolwiek realnej opieki medycznej. Bohaterscy lekarze – w tym niezłomni medycy kanadyjskiego stowarzyszenia ‘Medycy bez granic’ – uciekali się do średniowiecznych metod amputacji bez znieczulenia i generalnie leczenia bez podstawowych środków współczesnej medycyny. Powoli rosło oburzenie i protest wielu społeczeństw. Politycy i przywódcy, którzy początkowo wsparli Izrael w pełni – zaczęli krytykować i odsuwać się od tego, co Izrael robi. Ale Biden bodaj najdłużej nie zmieniał swego stanowiska.  A stanowisko i pozycja USA były ze wszystkich najważniejsze. Decydujące.  Przyznaje, że ten człowiek obrzydł mi kompletnie. Straciłem wobec niego kompletnie wszelki szacunek. Mam nadzieję, że Demokraci amerykańscy przebudzą się i nie dopuszczą by kandydował w kolejnych wyborach. To by było nie tylko oddaniem prezydentury Trumpowi – to by był wielki cios dla samej Ameryki. Ten człowiek reprezentuje Amerykę sprzed wielu, wielu lat, i świat sprzed wielu, wielu lat . Jego ‘best before’ data już dawno minęła.

Netanyahu jest też najgorszym, co mogło spotkać Izrael. Nikt tyle szkody dla Żydów izraelskich i milionów Żydów żyjących w diasporze nie zrobił w czasach współczesnych, co on właśnie. Nikt nie może też zaprzeczyć, że był przez dekady bardzo wpływowym i  często cenionym politykiem, tak w samym Izraelu, jak i wielu innych krajach. Jest politykiem zdecydowanie ultraprawicowym.  A ultraprawicowi politycy maja jedna tendencję: nie widza różnicy między kasą państwowa a własna kasą prywatną. Zresztą sam ten oksymoron ‘polityk ultraprawicowy’ jest tylko mylącą koszulką: postawa ultraprawicowa nie jest odmianą patriotyzmu – to zwykły szowinizm. Szowinizm dziś to też populizm. W tych kręgach znalazł przyjaciół na arenie międzynarodowej i domowej. Z Trumpem tworzyli niezły duet – to znajomość bardzo stara, bo ,Bibi’ w latach młodości pracował razem z Fredem Trumpem, tatusiem Donalda i malwersantem finansowym w Nowym Jorku.  Ma bliskie stosunki z Putinem, którego określił, jako przyjaciela. Z brazylijskim Bolsanaro, z Berlusconim, z indyjskim Modim – same gwiazdy i gwiazdeczki światowego populizmu, malwersacji finansowych i szowinizmu etnicznego.

Czemu tyle miejsca poświęcam jednemu politykowi Izraela, jakby był carem-samodzierżawcą tego państwa odpowiedzialnym jednoosobowo za wszystko? Dlatego, że uważam, iż za konkretną sytuację tej okrutnej kampanii maksymalnego wyniszczenia Palestyńczyków w Strefie Gazy on właśnie jest odpowiedzialny personalnie. Nie ma wśród żyjących polityka izraelskiego, który by przez tyle dziesięcioleci miał taki silny, bezpośredni wpływ na politykę państwową, na kształt rozmów i rokowań izraelsko-palestyńskich. Na to, że de facto – mimo dobrobytu ekonomicznego Izraela, mimo wielu praw społecznościowych czyniących Izrael oazą wolności osobistych – jest to kraj od dziesięcioleci trwający w gotowości i niepewności wojennej, kraj oficjalnego apartheidu. Jest do pewnego stopnia (przez te konflikty) jednym z centrów zarzewia światowego konfliktu zbrojnego. Ten zdumiewający dualizm Izraela, jako państwa nowoczesnego, obywatelskiego zderza się bez przerwy z Izraelem, jako państwem uzbrojonym po zęby i bezwzględnie bezlitosnym wobec faktycznych i domniemanych wrogów. Państwem obywatelskim i państwem religijno-szowinistycznym. Ten trend religijno-szowinistyczny ‘narodu wybranego’ jest najbardziej dla pokoju i bezpieczeństwa w tym newralgicznym punkcie świata, punkcie styku cywilizacji i kontynentów najbardziej niebezpieczny.

W eseju opublikowanym w „Jeruzalem Post” 11 lutego 2024, Yitz Greenberg twierdził (jako odpowiedź na sugestie amerykańskie o konieczności realizacji postulatu dwóch państw: Izraela i Palestyny): Ameryka powinna dodać, jako warunek, że Palestyńczycy musza zdecydowanie przejść na pokojową taktykę nacjonalizmu, inaczej nie zasługują na państwo. Ludzie tracą prawo do samostanowienia jeśli podstawa ich  celu jest zniszczenie drugiego narodu[ii]. To jets pod wieloma względami dość racjonalny tekst. Nie można jednak nie zauważyć, że w tym konkretnym cytacie Greenberg opisuje dokładnie postawę i politykę Izraela wobec Palestyńczyków i Palestyny – wyniszczenie drugiego narodu.     


[i] https://kulturaliberalna.pl/2024/01/16/mielismy-szanse-by-rozbic-rosje-i-ja-zmarnowalismy/

[ii] https://www.jpost.com/opinion/article-786409

The Woods – how You led me out of them

The Woods – how You led me out of them

There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.  

One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?

I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.

The Woods

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.

 Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.

That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front.  In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above.  It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view.  It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.

Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!

Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.

Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.

Winter in Mount Pleasant Park in Halifax

A day after the big winter storm that brought Nova Scotia the biggest snowfall in twenty years, I went with my camera to the edge of Halifax – Mount Pleasant Park. A lovely wooded enclave, in a way reminiscent of Stanley Park in Vancouver, but slightly smaller in size.

Old Halifax has very narrow streets that look today like a tunnel dug out of high snow embankments. Finding a parking spot is next to impossible and people are forced at places to walk on the street, as the sidewalks are just covered with mountains of snow. Planned to visit also the lovely Public Gardens downtown – but all gates were closed. Why? Because no one showed the walkways? It is a park for Heaen’s sake! Not a highway. If people want to walk knee-high in snow – why can’t they? Homeless people live in tents right in parks and on the streets and you worry about ‘the elegance’ of Patrician’s Park?! Sometimes (most of the time, LOL) I can’t understand the politicians …

In Mount Pleasant Park the main trails were plowed. Most of the people that I met there were walking their dogs. It looked like the wonderful furry friends were in paradise! Jumping into the woods and snow that sometimes cover them totally, wagging their tails, running back and forth – a pure joy. I had the pleasure to play with some of them. What a bunch of happy creatures, if you let them be happy. No aggression, just joy that someone wants to play with them.

Did you say winter? In Nova Scotia?!

Yesterday was a lovely day. Snow abounds, beautiful, soft, and dry. Everything looked like Christmas. I dug out my carriage, drove to a few stores, and decided that the next day I would take my camera and go for some nice wintery shots on the coast or perhaps in Halifax. My carriage is a very strong vehicle and not afraid of winters.

It continued to snow the entire day, then the full night, and again the rest of the day. But the temperature went up a bit, the wind became very strong and the snow changed to very nasty tiny little granules like sand. Still drove to do short shopping but the camera would not be very good in such conditions. It would get wet in a second, walking would not be nice either. Visibility was very bad, too.

Shouldn’t complain too much, though. The Eastern and North shores were hit really badly. I think they had to proclaim a state of Emergency in Cape Breton, many roads were closed and the Government was advising everybody not to travel. But I still wanted to take some pictures, just with my I-phone and around my my home, parking lot (LOL), and of course, My Rocks.

Had to dig out my truck again, just in case I would need it, and simply didn’t want to have it covered by the white craziness totally. So here it is – the mundane, silly photo chronicle from the parking lot and the vicinities. By the way – it still snows now and should not stop tomorrow, either. If you won’t hear from me in the next few days it means that my igloo lost internet connection. So yes, to no one surprise in Nova Scotia – it does snow in Nova Scotia. As it rains in BC.

Of course – you need to have proper Sunday Church elegant shoes. As you noticed on one of my pictures I do have proper church shoes. One for Nova Scotia and one for British Columbia.

9 thermidor a Terror Praworządności. Naturalnie o Polsce.

Cóż ma piernik do wiatraka? Oryginalną cechą wiatraka były wielkie koła (napędzane skrzydłami) mielące ziarno, efektem czego była mąka. Piernik robi się z mąki.  Proste.

9 thermidor to data w kalendarzu Rewolucji Francuskiej, która była związana z terrorem ‘praworządności’ i zgilotynowaniem Robespierre’a. Wiadomo – rewolucja pożera swoje dzieci.

No ale co Rewolucja Francuska i jej terror ma wspólnego z Polską? Oj niedobrze, niedobrze, nic nie rozumiecie drodzy moi. Terror to terror, bez znaczenie czy to terror praworządności w Polsce czy we Francji. Raz poczęty z prawa czy z lewa, kończy się tym samym: nierządem. A nierząd (użyję tym razem słowa łatwo rozpoznawalnego i znanego wszystkim) to burdel. Może być na kółkach.

Powiedzmy sobie, że w 2015 rozpoczęto w Polsce rewolucję. Obalano (jak we Francji) ancien regime i zaczęto nowe rządy i system jakobiński. Mamy większość i pokażemy. Przeciwnych ‘gilotynowano’ politycznie, wprowadzano nowe Urzędy i Instytucje, stare wykastrowano najpierw, a potem wprowadzono do nich nową kastę kapłanów (najlepszym tego przykładem był Trybunał Konstytucyjny, ale powoli uległy temu też Sądy Powszechne na czele z Sądem Najwyższym). Kiedy już pewne rewolucyjne zmiany wprowadzono i skutecznej obrony przeciwnicy zrobić nie mogli, to ziobryści (najbardziej radykalny odłam jakobinów) zadbali o to, by ten nowy reżym prawnie ustawić. I ustawili, gdzie tylko się dało prawomocnymi ustawami. Nie, nie zwykłymi uchwałami – ustawami Parlamentu, podpisanymi przez prezydenta. Kiedy doszło do kolejnej rewolucji lub kontrrewolucji w październiku 2023 to marszałek Hołownia stanął wobec wielkich problemów. A wobec jeszcze większych – Premier Tusk. No bo z jakobinów i ziobrystów ostał się jeszcze Wielki Wóc. I zrozumiał, że chcieć to móc. Ten ustaw sejmowych podpisywać nie chciał. Na zagrożenie, że większość sejmowo-senacka potwierdzi je ponownie (po odrzuceniu poprawek prezydenckich) i wtedy prezydent podpisać je musi (nakaz konstytucyjny) – Wóc pomyślał, popytał się doradców nadwornych i zdecydował: dobrze, podpiszę. Ale automatycznie skieruję do Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem o zgodność konstytucyjną. A Trybunał, no to wiecie, takie dwa wielkie kwiecie: Przyłębska i ta druga, taka głośna a’la Hanka Bielicka. Tyle, że Bielicka się śmiała i miała humor. Cechy zdecydowanie obce tej sędzinie. Do tego jeszcze dodać można Sąd Najwyższy i jego Prezeskę, panią Manowską. Obie lubią spotkania towarzyskie i obiady u przyjaciół. Pani Prezes Przyłębska u Prezydenta, a pani Prezes Manowska nie chce do pałacu jeździć, więc zaprasza Prezydenta do siebie. Możliwe, że gotuje lepiej niż Przyłębska, więc się nie krępuje.

autor z założycielem KODu i jego Żoną przed budynkiem SN w Warszawie

Co tam jeszcze o sądach nie dopisałem? A, w tym Najwyższym są dwie Izby (pewnie więcej, bo gmaszysko baaardzo duże, wiem bo chodziłem tam na manifestacje poparcia dla poprzedniej pani I Prezes). Ale te dwie Izby to takie ważne. Widać, że jedna chce być ważniejsza od drugiej. Bo w tej samej sprawie (chodziło o spór – bagatelka –  między Prokuraturą Krajową i Prokuraturą Generalną) każda z Izb wydała dwie sprzeczne z sobą opinie/wyroki. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby poszły na wokandę do innej izby (wszak pokoi w tym gmaszysku nie brakuje)? Inny wyrok? Inne prawo, inny zapis konstytucyjny, inna ustawa? Burdelik niezły, przyznać trzeba. Coś robić umiemy w końcu. A wstydzić się może nie ma powodu – ostatecznie kurwa to najstarszy zawód świata. A Polacy tradycję i historię szanują.

Więc ukłuł się publicystycznie i politycznie nawet termin – Terror Praworządności. Że niby by odzyskać czystość i jasność prawa – nie ma innej drogi jak … po trupach. Ostro i bez pardonu. Taka dziejowa sprawiedliwość i zemsta ludu (wyborców z października 2023, którym rozliczenie starej ekipy obiecano wprost). Jak jakiś przepis lub jakieś prawo w tym przeszkadza – to znaczy, że to prawo i przepis zły. Niegodnie wprowadzony, więc nieważny. Zaczynają się coraz głośniejsze nawoływania, że może czas by tą Konstytucję poprawić, uzupełnić. Jest faktem, że czasy gdy była uchwalana, po okresie przejściowym rządów premiera Mazowieckiego, były zupełnie nieporównywalne do czasów obecnych. To dwie różne Polski, dwa różne światy i społeczeństwa.

Ale póki ta Konstytucja, jaka jest – jest, to musi być szanowana i stosowana. Proponowany i częściowo stosowany już tenże Terror Praworządności jest absolutnie prawnie gorszący i niedopuszczalny. Kompletnie się z opinią bardzo szanowanych przeze mnie Prokuratora Generalnego, premiera Tuska i Marszałka Hołowni nie zgadzam. Konstytucja i prawo z konstytucją zgodne i na jej zapisie musi być bezwzględnie stosowane i respektowane. Sądy winny być – zgodnie z tą Konstytucją i wynikającymi z niej ustawami sejmowymi – zreformowane, przekształcone ale ich wyroki muszą być szanowane i wykonywane. Nawet jeśli się nowej władze niektóre nie podobają. Więcej – szczególnie wtedy, gdy się politykom, zwłaszcza rządzącym nie podobają. Inaczej otwieramy prostą drogę dla każdej kolejnej ekipy rządowej – jak wam prawo i sądy stoją w drodze do waszych rządów, to te prawo i te sądy po prostu olewajcie. Wygraliście wybory czyli możecie robić, co chcecie. Nawet jeśli możecie – to nie powinniście.

Moja bezpardonowa działalność i moja publicystyka na tematy krajowe od pierwszego zamachu na polską Konstytucję i polski Trybunał Konstytucyjny w styczniu 2015 na tym się właśnie opierała. Na obronie niezależności sądowniczej i Konstytucji RP. To sine qua non każdego państwa demokratycznego. I nic się w moim stanowisku i w moim punkcie widzenia na te tematy nie zmieniło. Nie możemy uznawać tylko tych sędziów, których uważamy za uczciwych (tacy, którzy przetrwali nagonkę i terror pisowski) a tzw. neo-sędziów nie uznawać ani ferowanych przez nich wyroków. Bo nie może być dwóch kategorii sądów i dwóch kategorii sędziów. Na wymianę jest inna, legalna i dużo dłuższa droga – ale to jedyna słuszna droga. Na przełaj nie można, tak jak nie można na czerwonych światłach przechodzić przez ulicę. Czerwone światło znaczy: stop. Nie wolniej, nie ‘ a może się uda’ – STOP i koniec. Poczekaj na zielone.

 

W tych czasach już wspomnianych początków Trzeciej Rzeczypospolitej ukazała się mała, głośna książeczka-broszurka, która wywołała skandaliki i była przez to popularna, „Pamiętnik Anastazji P.”. Skandalizujący zapis  erotycznych ekscesów tej pani z każdym bodaj politykiem tej nowopowstającej wolnej Polski. Niektórzy z nich do dziś żyją, choć już w bardzo podeszłym wieku. Anastazja Domaros vel Potocka mieszka teraz ponoć gdzieś pod Gdańskiem. Ile było prawdy w jej opowieściach – trudno powiedzieć. Przez resztę życia czynnego była głównie oszustką, wydała potem jakąś nie najgorsza płytę z własnymi piosenkami. Ale ten Sejm, ci posłowie i senatorowie (skrajna prawica i skrajna lewica w tej prawie pornograficznej spowiedzi wiedli prym) nowej Rzeczypospolitej wyglądali, jak tania knajpa lub remiza strażacka, gdzie wszyscy ze wszystkimi się … no tak, to właśnie robili. Jeden burdel. Może to skaziło bardzo poważnie przyszłe losy tej nowej Polski? Może ludziom się wydało, że tak właśnie politycy w wolnych krajach wszędzie się zachowują i nie należy się temu zbytnio dziwić? Ja mam inne widzenie na ten temat. Większość długiego już życia spędziłem w tych ‘innych’ krajach starych demokracji. Tak, skandale erotyczne zdarzają się i tu. Ale zdarzają, a nie są cechą typową dla polityków. Parlamenty to nie są burdele, nie są tak traktowane i tak oceniane. I politycy to w zasadzie dość porządni ludzie. Czasami ich nie znosimy za ich poglądy sprzeczne z naszymi. Ale nie za seksualną rozwiązłość.

Więc dość już z tymi odnośnikami do domów wesołej proweniencji. Szanujmy się w Polsce nawzajem. I szanujmy prawo i konstytucję. Bez terrorów, bez zemsty. Tak, powoli ale skutecznie rozliczać, wystawiać rachunki, wymieniać kadry. Wszystko w zgodzie z prawem. I pamiętajmy: fundamentem państwa jest sztywny rozdział na trzy władze: rządową, sądową i ustawodawczą. Ten rozdział i całkowita niezależność musi być przestrzegana bez zająknięcia.  

Nasz świat alternatywny

Zagubienie

Dużo tego wokół.

Coś stale się dzieje,

jakieś dni mijają,

kolejne nadchodzą

w dziwnym marszu

brzasków i zachodów.


Przyzwyczaiłem się już

i do smutku i do żalu.

Ale dalej nic z tego

zrozumieć nie potrafię.

Coś kiedyś zaczęliśmy

i mieliśmy gdzieś skończyć,

dokądś dojść. A nie doszliśmy,

nie skończyliśmy. Dlaczego?


Byłeś i nie ma cię.

Brak w tym zupełnie

jakiejkolwiek logiki,

sensu lub choćby

symboliki czegokolwiek.

Po co ja zostałem?

W rozgardiaszu rzeczy ważnych

zapomniał Los o takim drobiazgu?


Jak jedna litera

może być słowem?

Jak słowo może być

zdaniem o czymkolwiek?

To obcy mi język

i niezrozumiały.

31.01.24

Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę.  Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca. 

Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.

Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno.  Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.

Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.

Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal  mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.

Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło.  A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.

Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!

Henry Kramer concert in Halifax

Few words of personal explanation. Of my wonderful life with my beautiful husband, lover and partner, John. Life that tragically ended with John passing a year ago. Yet life worth every moment, every second. Music, music – it has been such an important part of our life. Through music – in all forms, shapes, and styles – we understood each other deeper, fully. Like the name given by German composer Felix Mendelssohn (1809-1847) to his ‘Songs without words’. Love truly does not need words. As in any true process of creation, words – if used – are only a mere ornament, part of the mechanical structure. True creation begins and ends in a sphere of senses: sound, smell, touch, feeling. Everything else is just a noise.

Therefore, when I walked that wintery evening from Henry Street to Coburg Street and to St. Andrew Church for my normal rendezvous avec la musique – he walked there with me.

What a wonderful rendezvous it was! It was an immense pleasure to listen to the music played by the most gifted pianist, Henry Kramer. Kramer is an American musician recently being offered a teaching position in the Faculty of Music at Université de Montréal, and because of the proximity, he was able to come to Halifax and give us a taste of talent. What a treat, indeed.

One award (among many others) I have to mention is the American National Chopin Piano Competition in Miami, where he claimed the 6th spot in 2010 (the First Place automatically awards the winner a spot in the top piano competitions of the world – the Warsaw International Chopin Competition). But there was a connection to that famous Warsaw Competition: among his jurors was the former  3rd place winner of the said International Warsaw Competition, Piotr Paleczny. I was lucky enough to hear Paleczny playing many years ago during that Competition in Warsaw and to know him personally. He was, as a young fellow at that time, a very sweet guy. And truly fantastic piano player.

Henry Kramer missed that Warsaw Competition ticket – but he did not miss the 2016 prestigious and top-ranking Queen Elisabeth Competition in Brussels. And he got the Second Prize – that is a ticket to just about all concert halls in the piano world.

I was not in Miami to hear him personally there, but remember his concert in Seattle. Remember him well enough to make a note of his playing: don’t forget his name because you will hear of him.

Back to Halifax. Have a chance years later to do that. To be at his concert. How can I describe the overall feeling, reaction? I will use a term I don’t remember using before in any of my musical reviews:

Henry Kramer is a pianist of a very elegant way of playing. That it is. Elegant way of playing. You could say: bravado, astonishing, lively, emotional, technically brilliant. But after listening to him intently, paying attention to how he treats not only the music but the entire piece that makes a player, his arms and body and keyboard, pedals, and the entire massive instrument a one-piece, one symbolic union – that is the term that came to me: grace and elegance.

And what a good term, when you play music submerged in a very specific time of European chamber music of early romantics. Time of Shuberts, Mendelssonhs, and to a lesser degree even Liszts (Liszt belongs more to the next epoch – Romanticism). A time when musicians produce an extraordinary amount of compositions (almost in manufacture-like tempo) to appear in a multitude of salons of political, and Church dignitaries, aristocrats and extra-rich townsfolks. Time of Early Romantics. These were not huge concerthalls, or musical theatres (there were some in big cities – but that was a rarity, not a rule). The salon for chamber music was small, and the guests were not as plentiful. If you play the same music more than a few times – the opinion arises that you are done, finished. You emptied yourself and can’t compose anything anymore. So they did compose. A lot. Franz Schubert composed 20 sonatas (not all of them in a finished form) and a number of larger pieces: 12 (13?) symphonies; circa 10 Masses; over …. 1000 (that is one thousand, no mistake) songs with at least one instrument and many more occasional pieces in different form. No, he was not eighty years old, when died. He was  … thirty-one.  Show me a contemporary composer, who composed half of that volume, I dare you.

Was he a great composer? No, by any means. But he was an important composer and very talented. Had he lived decades longer, had he achieved financial independence and powerful support from powerful patrons – chances are he would have had time and space to compose a few timeless and extraordinaire pieces of music. It was also a time when music was composed in a very strict and form-fitting format. Just as poetry in classic times. The next generation started slowly to dismantle that construct. And then came Gustav Mahler, followed by Schoenberg with his Second Viennese School and music was never the same again, LOL.   

The old Saint Andrew Church in Halifax was a perfect setting for Schubert’s music and for the elegant style of Henry Kramer. The main nave offers wonderful acoustic and being of Anglican (in Canadian, United Church form) type is not too ornate and void of the weight and ballast of Catholic big churches.

From the moment Kramer appeared on the stage with a short introduction to the music – he won the audience with his pleasant way of greeting and talking. There was no ‘pomp and circumstance’ – just a warm and subdued tone.

From the first keystrokes, he was very attentive to musical detail, to the phrasing. Schubert’s Piano Sonata in A Major seemed to be written for him. The Allegro Moderato at the beginning was lovely. It’s a relatively robust tempo but the two melodies and two distinctive themes lead to a lovely passage. And his brilliant way of slowing ‘things down’ in Andante is just that: have time to ponder, exclaim, and reflect. At a certain moment, a listener not familiar with this work might think – that it is, finite. Perhaps little annoyed that it happened so soon, LOL.  Kramer used the intervals splendidly, they were very pronounced as the composer intended.

But forget the intervals, forget the delicacies, the sublime. Here comes the Allegro. Better check your seatbelts! This is a pianist (a good pianist) paradise: time to awe and conquer the audience. And he did. The bravura almost and brilliant style shine here with dances, and passages. The keyboard is used in its entire length and the pianist must grow two or three more fingers, LOL. But it is truly a pleasure to listen to it. Even if you are not an enthusiast of early Romantics (just like me) – I still can come and listen to the entire sonata again – just to enjoy the finale! Bravissimo for the artist!

After Schubert music, Kramer opens to us the world of two siblings, contemporaries of Schubert: Fanny Mendelssohn – Hensel (1805-1847) and Felix Mendelssohn Bartholdy (1809 – 1847). Both siblings were very close to each other.

Fanny Mendelssohn

Felix was well well-known and very much accomplished composer in Berlin’s circle. His sister never (partly because of her father’s opposing views) accomplished such a fame during her lifetime but her compositions show a good measure of talent and ability. She was also very respected as a musician by her devoted brother, who often asked for her opinion and advice in his own works. As it happens from all their works the most famous ones often played even now are their songs. Or rather ‘songs without words’ (Lieder ohne Worte), as was the name Felix gave to his most famous composition. There is a story that at one-time friend of Felix offered him to write words for his ‘songs’. The composer is said to respond: “What the music I love expresses to me, is not thought too indefinite to put into words, but on the contrary, too definite.” What a lovely and indeed precise response!

Felix Mendelssohn

The pianist played Fanny’s 4 Lieder for Piano, Op. 8 (no.2 Andante con espressione and No.3 Larghetto), and Felix’s Songs Without Words Op. 19 in E Major and Op. 67 in F-sharp minor. It was a pure musical pleasure. His elegant way of playing was at its best. The depth of emotions coming from the sound he was producing was truly touching. I remembered years ago when I listened to the incomparable Jan Lisiecki playing the extremely difficult and technically challenging piece of Ravel’s Gaspard de la nuit and I thought: how this very sweet and happy young man (I have known Jan Lisiecki since he was fifteen years old very sweet boy when I did my first interview with him) can evoke the atmosphere of pure horror and terror so plainly, so vividly? Talked after his play with him about my question. And his answer was as plain as it could be: it is not enough just to play – you have to feel it inside you, you have to take that symbolic journey to that place, that moment and then transfer it to the tips of your fingers. Just playing every note, in exact tempo is not always enough. And I understood that instance what he meant. Of course. It is so plain. The feeling, the emotion. Listen to famous, dramatic singers of opera! The words are almost comical often. If you just sing them – you could almost laugh, like a satire, not a tragedy. It is the emotion, the timbre of the note you play, and the spirit of the sound you produce that signifies emotions. This is exactly what Kramer achieved when he played the Songs Without Words.  And I repeat: with that musical elegance.

But even the best of us must give up sometimes the comforts of elegance. When you deal with Franz Liszt’s Piano Sonata in B minor, S. 178 you really have no choice. When the Paganini of grand piano composes music that should rival Paganini’s Caprices – elegance and etiquette go away. I often compare him to Tina Turner and her singing career. Was it elegant? Heaven’s forbid, no! Was it great? Of course, it was a wonderful madness! Would Henry Kramer, that elegant musician be able to play such music, to forgo his comfort zone?

Oh, yes. He did it to my delight. That was not a summery evening stroll through the meadow. It was a full gallop! Not even of one horse – it was a herd of wild horses. What a choice for the finale and what a stamina to do it after already playing so many pieces.

Liszt’s sonata is one of his late compositions when he composed mostly for pleasure and not to gain popularity or earn money. It is in a way also a break with the established way musical forms were composed. Sonata, as a sonnet in poetry, has very strict rules.  Three, sometimes four pieces. You state your musical subject in the first part, elaborate more freely on it in the middle, and finish with a recapitulation of the first statement. But Liszt decided to do away with two distinct pieces and used just one. Try writing sonnets in the form of elegies. In a way, he liberated composers from the strict and tight corset of existing musical architecture. Today everyone understands it. We have gone through modernity and postmodernity. But at that time … it received scorn from all the greatest composers. Clara Schuman (Liszt dedicated it to Robert Schuman) said it was ‘merely a blind noise’; Johannes Brahms apparently fell asleep while Liszt performed it; similar scorn was shown by Anton Rubinstein. The only exception was Richard Wagner. Yet, by the early XX century that ‘blind noise’ was recognized as the pinnacle of Liszt compositions. Times are changing.

I can’t tell how many times I heard that amazing, powerful compositions being played by many wonderful pianists. In a way, my favorite was the recording of it by Kristian Zimerman, one of the outstanding pianists of my generation in the entire world.  

But the way Kramer played it was more than satisfied. I listened with full abandonment and total ecstasy of my sensory powers. No surprise that after that accomplishment the audience would not let him leave the stage. The standing ovation had no end. And fully earned. To no surprise, he had no choice but to thank the audience with two extra encores.

We finished with a nice chat and my congratulations for very well-presented program and excellent play. But I started the conversation by thanking him for transferring me that evening from Saint Andrew Church in Halifax to Carnegie Hall or to Vienna Philharmonics.