Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Świat, gdzie magia miesza się z rzeczywistością. Sina dal morskich zatok, otulona gęstym wiankiem zielonych stoków skalistych wysepek pochylających się nad gładkim lustrem oceanu, drży regularnym rytmem silnika statku w rejsie do przeszłości i do jutra skrytego za kotarą dnia chylącego się do zmierzchu.

Jeszcze moment, jeszcze chwila i cała ta idylla spłonie jak Feniks w kaskadach karminu zachodzącego  słońca, które spłyną jak rzeka lawy do oczekującego je morza.

Oto zapiski wędrowca z kijkiem w ręku. Wędrowca spod Bay of Fundy wielkiego Atlantyku, od skalnych zatok sinego Pacyfiku Północy z ogrodami wielometrowych zielonych glonów.

Po latach, po milleniach będę stał w tym miejscu, dotykał stopą skamieniałych strumieni tej lawy, która tutaj spotkała się ze światem wody, resztek pra-oceanu, życiodajną Panthallezą[i]. Będę znajdował resztę odbitych, jak na fotograficznej kliszy, nieznanych liści, gałązek, rowków wyżłobionych przez jakieś robaki, skorupiaki i kręgowce, które żyły na stokach tej góry lub w dolinkach u jej stóp na minutę przed wielkim wybuchem. Wielka eksplozja nagle rozsadziła połowę tej potężnej góry, resztę zalała ognista rzeka, która płynąc chłodła i krzepła. Krzepło też, tężało w jej teraźniejszym korycie życie, które znalazło się na jej drodze. Aż dopłynęło dysząc, sapiąc do krani wielkiej wody – matki wszystkiego, co żyje.

               Rozgniewana zuchwałością ognistej lawy Panthalleza stuknęła laską w grzbiet lawy i rzekła: dosyć! Ni kroku dalej! Tu zostaniesz. Stworzysz skalisty mur obronny przed dalszymi potokami głębin twojej ojczystej góry. Ja jestem życiem, ty – zniszczeniem.

Dałam ci kiedyś więcej swobody, cofnęłam swe królestwo, by dać tobie możliwości zbudowania życia, pokoju i szczęścia. Byłam twoją matką, Pangeą.

Będąc starą matką smutno westchnęła: jesteś synem marnotrawnym. Popełniłam gdzieś błąd, przebacz.

               Stare kobiety w lekkich sukienkach, z laskami w ręku idą na plaże z wnukami. Zostały też same, odeszli mężowie-rybacy, mężowie-poławiacze ostryg w Powell River. Na wielkim cmentarzysku tych kolonii ostryg chodzą tylko Chinki w czarnych szerokich kapeluszach, z wnukami obok uczących się od babć wyrąbywania kolonii jeszcze żywych ostryg. Olbrzymie cmentarzysko już wymordowanych ostryg powiększa się każdego roku.

W nocy, w gęstym lesie olbrzymich tuj i sosen w Stillwater, gdzie rozbiliśmy namiot, słychać głośne oddechy i charakterystyczne, głośne rzucania się bokiem wielorybów. Śpiewają do siebie, do braci i sióstr. Ich odgłosem idziemy, po omacku prawie, w tej prastarej dżungli Północy, na skały nad wodą. Tam dopiero można spojrzeć w niebo i zobaczyć bez jakichkolwiek zakłócających ciemność świateł, niewyobrażalną wręcz orgię Drogi Mlecznej. W tych milionach jaśniejszych i mniej wyraźnych trudno wprost rozpoznać znane gwiazdy i zbiory. Ledwie doszukujemy się Wielkiego Wozu i Syriusza[ii] jasnego w Plejadzie Wielkiego Psa Oriona. To on szykuje się do rzutu oszczepem. Oszczepem w serce? W rozum? Ponoć ma moce nadzwyczajne odradzania, miłości, łączności z Kosmosem. Kochała go Izyda egipska, czcili Grecy.

Hej Syriuszu, oblubieńcu Izydy – podaj dłoń rozświetloną latarnią Oriona, rzuć całusa przez gęste mgławice niebios, niech poczuję drżące wargi na moich.

Czego to oślepienie reflektorami gwiazd nie zrobi! Jeszcze trochę abym rozpłynął się był w tej smudze gwiazd i gdzieś z jakimś mitycznym Syriuszem erotyczne fikołki wyczyniał. I co by na to wieloryby powiedziały stateczne i mądre? No, foki to już inna sprawa. Foki to takie wesołe rozrabiary i od psot niedalekie. A rano z tych samych skał poskakać się jeszcze chciało na ostatnie pływanie. Podpatrywanie fioletowych rozgwiazd, machanie ręką ze śmiechem do figlujących foczek. A statecznym wielorybom skłonienie się w półpasie.

Uroczy Lund, gdzie kończy się szosa, Powell River, Stillwater, Texada[iii] przed nami, skąd widok byłby na ukochaną Hornby Island[iv].


[i] w najstarszym okresie geologicznym Ziemi super-ocean, protoplasta dzisiejszego Pacyfiku

[ii] Alpha Canis Majoris

[iii] największa wyspa w bliskiej odległości od Sunshine Coast

[iv] mała wyspa (za nieco większą wyspą Denman) z połączeniem promowym od wielkiej Vancouver Island 

Pride Parade in New Westminster, Canada

Pride Parade in New Westminster, Canada

Saturday August 16, 2025 was culmination of Pride Week in New West, and traditionally there was a very popular parade. Unlike the huge march in Vancouver with floats and thousands of people marching long route through the city – in West the parade is a parade of the entire downtown core and whoever wants to come. I was glad that it was extended all the way to the old train station building (a popular restaurant for many years now). Back in the day it was a short two blocks of partying and dancing between 4th and 6th Streets. Nowadays it takes the entire length of the street from 4th by the Queens Hotel to 8th by the old tran station. There was no march but just folks mingling with each other and multitude of kiosks offering trinkets, food, drinks, fun games, information booths, There were stages for dance music, stages for performances. Loads and lots of fun – simple. And thousands of people showed up. Met quite a few old friends back from my time, when I lived on the other side of the river, in Surrey. They were grayer, older – but still kicking the butts, LOL. Among them the organizers of the parades in New West and in Holland Park in Surrey, where I first get to know them personally and chatted with them many times. They are still doing the same here, although Surrey no longer does big event for gay community. I think that was at that time in Surrey’s Holland Park I met first time Jeremy Perry, who was still single guy at that time (or was it in the old Heritage Pub in New West and in Surrey we just simply met and chatted – can’t remember that now). Jeremy is now happily married but still works hard for the community in New West. Great guy.

Voila – the guys who works their butts out for years for the community:

… and in New West, 2025 – thank you guys. And Jeremy, where is he? On the picture of course, with me next to him, in the same park in Surrey and the same year 2014.

I will start with few picture prior to the actual parade to show you the hard work organizers and vendors and very friendly (and handsome, always thought that the New West cops very the best dressed and looking in entire Greater Vancouver – seriously had a crush on them, LOL) police officers, who wore very nice badges special badges for that occasion.

and slowly the street filled out with people …

Hidden gems of West Vancouver shoreline

Continuing my explorations and re-visiting old familiar places, I went the other day to the picturesque Old Marine Drive.  Used to like to take it for the vistas it offered while passing many coves. Was shocked (or sad?) how much the cove with the marina has changed. There was not even half the amount of yachts and boats in the older days. It was actually tranquil. Not so much anymore – au contraire.

But I never really stopped in previous years to explore the shoreline more acutely. I think once I was intrigued if you could observe the ferry passing on its way from Horseshoe Bay to Nanaimo. I hardly ever took that route, it was just easier (and less busy at that time) to take one from my home terminal in Tsawwassen.  However, I did take often the small ferry to Bowen Island – my Mom just loved it over there. We would put lot of snacks and some food to the cooler, and would take a little propane stove and she would be happy on that little last beach facing the Howe Sound. There were so many black and salmon berries there – incredible. I would swim and fish there too, and mom cooked the fresh fish. She really loved it there.

I was going to take that little ferry again now, but the timing was not good. One just left and the other would have been too late to have time to truly enjoy the visit.  Therefore exploration of the shoreline was in order. And I did what I could, starting with Whytecliff Park. Never knew there was such a maze of rocky trails with unpararelled vistas of the Salish Sea.

Next was, unknown to me before, little marvel cove called Caulfeild Cove. There is a monument there to the memory of on British vice count Francis William Caulfeild, who at end of his career v-ce was appointed the rank of Admiral of Royal Navy and served during the 1 world war under the British Imperial ensign. As far as I could search from British Office his bio, he was neither very successful commander nor liked by his crews and got the distinction in Admiralty only at the end of his active career, so he would not command a ship anymore and do more damage, LOL. Having a British Peerage (due to his aristocratic birth) called for such military title though.

However – the cove by his name is a true and true marvel to explore. Highly recommend. Be careful though during rain – rocks are very high and could be very slippery.       

Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Located between two mountains, Mount Fromme and Mount Seymour, it is a gem of wilderness, long wooded trails, and a breathtaking canyon. The suspension bridge acts as magnet for many hikers, specially with kids – hiding the fear of the ,moving’ bridge and wild white water cascading below adds the extra thrill that everyone seeks from time to time. Mind you, they have made the bridge nowadays wider and more stable, and I am not sure if it was good idea. If you were able to walk the long trail to get to that bridge, than regardless of age you shouldn’t have any problems with traversing the old bridge. Anyhow, whats done is done.

I just love the old giants in the forest, covered with thing dangling green moss that looks like huge mustaches and beards.

Swimming in the fast moving waters is not for everybody but there are definitely spots were access is possible. With me left leg still not healed from the accident it was difficult to get across the big underwater boulders to these waters for a swim. But I did. And the swim in this gorgeous water was heaven. Here are some photeys of our trek there:

Sunshine Coast allure – Czar Słonecznego Wybrzeża

Sunshine Coast allure  – Czar Słonecznego Wybrzeża

Onegdaj. ledwie kilka tygodni temu przyleciały z wizytą do Vancouveru dwie przemiłe dziewczyny, mama z córką – Elżbieta i Zuzanna. Przyleciały pobyć z mieszkającym tu synem, moim przyjacielem. I spędzili razem dwie kilkudniowe wycieczki na zaczarowanym Sunshine Coast – pod namiotem, pod gwiazdami. Ich opowieści, zdjęcia stamtąd, moja pamięć tego miejsca taki obrazek mi wymalowały. Spisałem go, bo piórem lepiej chyba władam niż pędzelkiem.

Ognisko

dedykuję Elżbiecie i Zuzannie

Tetmajerowsko tak jakby?
Chmury, grzbiet i granie skalne?
Niech tam nawet! Ja, ona, on, ty.
Kosmos pędzi bezustannie.


Jak halny po stokach, grzbietach;
od ust do ust, śmiechu, szlochu,
na pędzących gdzieś kometach
sypie ziarno nam po trochu.


My, śmieszne ptaki historii,
dziobiemy te okruchy roześmiani,
zapłakani, przerażeni, zachwyceni.
W górach, chmurach i na ziemi.
Bośmy jednak trafem losu ciągle
do niej przytroczeni, zamyśleni …


Wieloryby nam śpiewają
gdzie cykady noca grają,
iskra zrywa się do lotu
tak zwyczajnie, bez warkotu
autobusów, samolotów.
Posiedzimy jeszcze chwilę
przy gasnącym już ognisku,
by spamiętać chociaż tyle
zanim zniknie wszystko w błysku.


/Bogumił Pacak-Gamalski, Kanada, sierpień 2025/

Moody Park – stary znajomy

Są parki wielkie, obszerne, z kilometrowymi alejami. Parki, które naprawdę poznać zajmuje kilka dni, kilka wizyt. I są parki lokalne, sąsiedzkie, gdzie emeryci spotykają się na pogawędkę, ploteczki: młode mamy i tatusiowie ciągną swoje dzieciarnie na trochę gimnastyki, bieganie. Coś w rodzaju utworzonego prawie ledwie wczoraj placu zabaw w starym, uroczym Parku Ujazdowskim Warszawie … choć przyznaję, że lęk mnie ogarnia czy nie jest to zbyt dużym ‘decybelowym obciążeniem’ tego uroczego parku, gdzie właśnie cisza i spokój daje taką oazę dla skołatanych dusz. Eh, robię się zgryźliwym starcem, może? LOL.

Wracając do granicy między New Westminster a Burnaby, do Moody Park. Administracyjnie leży całkowicie w granicach New West, między Ósmą i Dziewiątą Aleją (łatwy dojazd z centrum New West autobusami nr. 108 i 106). Szerokie alejki, bez silnych wzniesień. Dużo ławek samodzielnych i stołów drewnianych na grupowe spotkania. Uroczym i mądrze pomyślanym jest niewielki odkryty basen dla dzieciarni, ale i dla dorosłych (dwie oddzielone od basenu głównego linie do pływania szybszego i głębszego). Ewenementem kompletnie nie z tej strasznie drogiej planety, jaką jest Wielki Vancouver są … ceny wstępu. Dwa dolary od łepka, obojętnie czy z loczkami dziecięcym, czy bez jakichkolwiek loczków lub koloru białego, LOL. Brawo dla Rady Miejskiej – bo dwa dolary to prawdziwie przystępna cena dla każdego.

Ten park lubiłem i przed wielu laty i John lubił tu ze mną na spokojne spacery przyjeżdżać jeszcze, gdy mieszkaliśmy w Burnaby, na Capitol Hill. Więc bliski memu sercu. Niżej kilka fotek.

The Fraser River – giver and taker of life

The Fraser River – giver and taker of life

staľә

The Big River, now called Fraser; grey, fast, deep.

Charted but wild. The entire land locked

by mountains, ocean and artificial line called

border – yet, there too, right on the other side of

that invisible line, lies another wall:

the Cascades. Between these two walls is She, staľәẁ.

The vein carrying the lifeline of the Valley.

Called today a Fraser Valley. Living river,

like a huge Snake of Life, of good and bad.

staľәẁ the Lifegiver, and staľәẁ the Lifetaker.

/B. Pacak-Gamalski, 07.2025/

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Myślałem długo, po kilkakrotnych już spacerach w tym parku, czym dla mnie on jest. Czy jest faktycznie jednym z wielu na świecie, które uwielbiam i podziwiam? Jak Hyde Park londyński, berliński Tiergarten, warszawskie Łazienki. I jednak nie. Nie jest jednym z wielu. Nie mogę go postawić nawet na emocjonalnej wadze obok innych, wspaniałych parków vankuwerskich: Central Park, Park Królowej Elżbiety, czy rozkwiecony VanDusen.

Stanley Park ma dla mnie zupełnie inny wymiar emocjonalny, personalny. Jest jedyny, niepowtarzalny. I możliwe, że dlatego, że łączy się z najbliższymi, którzy ze mną tam chodzili. Głównie z moją Mamą, która go szczerze kochała też, rozumiała, słyszała, jak mówi, śpiewa. John naturalnie też ze mną tam bywał, ale aż tak blisko nie był z nim zżyty. Byłem tu z moimi siostrami kilkakrotnie, byłem z Damiankiem moim. Ale tylko Mama rozumiała moje uczucia do tego parku i obdarowała go swoimi

Przed wyjazdem na stałe i już po śmierci Mamy, właśnie tam pojechałem na spacer pożegnalny. Długi bardzo spacer. Odwiedzałem najbardziej bliskie miejsca, personalne zakamarki tego wielkiego królestwa flory. Rozmawiałem z nimi, dotykałem rękoma, obejmowałem wzrokiem.

Pamiętam przed wielu laty wielką wichurę, kiedy Park zamknięto ze względów bezpieczeństwa, a prasa i telewizja mówiły o powalonych olbrzymach i okrutnych zniszczeniach. Natychmiast tam pojechałem , zaparkowałem dalej i pobiegłem w knieje. Nie, nie był powalony na kolana, nie był śmiertelnie ranny. Ale zniszczenia były poważne. Przedzierałem się przez ściany leżących olbrzymów … i płakałem dotykając ich gałęzi, głaszcząc ich korę. I odżył.

Teraz, kiedy po latach wróciłem, jak syn marnotrawny na swoja ‘ojcowiznę’ , pierwsze kroki też tam skierowałem. Dziś wróciłem objechać go, jak dawnymi laty robiłem też, rowerem. Nie żadnym elektrycznym, a normalnym, mechanicznym. Takim, jaki wtedy miałem i który mi służył potem wyśmienicie w Nowej Szkocji.

Rower odebrałem w centrum Vancouveru, przejechałem wzdłuż bogatego, nowoczesnego wybrzeża, mijając przystanie jachtów. A potem, potem znajoma trasa brzegowa mojego parku. Pomachałem ręką siedzącej na kamieniu syrence w tym samym miejscy (tłumaczono mi kiedyś, że to nie syrenka, że nie ma ogona, tylko nogi – bzdura, jak siedzi nad wodą to ma nogi, jak nocą spływa do fjordu to zakłada ogon, ot i wszystko), przywitałem się ze wzruszeniem z zamienionym w głaz pięknym Indianinem o imieniu Siwash, wypłukałem nogi w falach zatoki. To była zaiste piękna wycieczka. I tak, Park i drzewa gadały do mnie znów. Pozdrawiały, jakbym nigdy nie wyjechał …