Bogumił Pacak_Gamalski
The arid air, lakes and high hill surrounding Kelowna are perfect orchard not only for apples, peaches and grapes – it is an orchard of amazing skies, clouds, sunsets. Here are some.








Bogumił Pacak_Gamalski
The arid air, lakes and high hill surrounding Kelowna are perfect orchard not only for apples, peaches and grapes – it is an orchard of amazing skies, clouds, sunsets. Here are some.









Ze wschodniego końca Kelowny wyjeżdżamy w utwardzoną szosę Beaver Lake. Jadąc bez przerwy w górę mijamy malownicze pastwiska dla ranczerów dla ich bydła. Krówki i byczki spacerują leniwie lub po prostu leżą w słońcu. W dole rozległy widok na miasto i jezioro Okanagan. Kolory jesieni przepyszne. Co jakiś czas droga przecięta jest tzw. Texas Gate, czy li metalowymi rurami, które mają uniemożliwiać bydlęciu przechodzeniu na inne pastwiska lub w lasy. Nie zawsze się to widac udaje, bo wjeżdżając w te lasy spotkaliśmy kilka krówek spacerujących po obrzeżach kręcącej sie drogi. Teraz już tylko lasami do ośrodka nad jeziorem Dee, gdzie wynajmujemy drewniana daczę i odnosimy kajaki na brzeg. Od Dee naturalne wodne kanały łącza nas do kolejnych jezior: jeziora Island (faktycznie ma wyspę na środku), następnie Deer Lake, Crooked Lake – przy Crooked Lake robimy pełny lunch na naturalnej tamie-grobli, która oddziela go od jeziora Bobra (Beaver Lake). Zbieramy też troche maślaków które rosną na obrzeżach puszczy. Po lunchu powrót tymi samymi jeziorami do jeziora Dee i naszego noclegu. Inny świat wokół – rozległe puszcze, pełna cisza, ryby skaczące przy brzegu. Wielogodzinne wiosłowanie przy takiej pogodzie to przyjemność ogromna.
Zdjęcia poniżej własne i mojej kuzynki Luli (która w naszej daczy z tych maślaczków zrobiła świetne danie, a potem smażyliśmy kiełbaski na patykach nad ogniskiem).
A two day trip to a chain of wonderful lakes Dee, Island, Crooked and Deer surrounded by deep forest on all sides. Many hours od kayaking and enjoying the peaceful world of Nature in the southern part of BC, above the Okanagan Lake and Valley.

























































Bogumił Pack-Gamalski

Olympic Plazza in Calgary
Of all the cities of Canadian prerie provinces (Manitoba, Saskatchewan and Alberta) – Calgary is the best known and in many ways perhaps the most influential way (in both: good and bad ways). Many eons ago it used be my first Canadian home for almost a decade. And Calgary’s main walking and social promenade was Stephen Avenue Mall. Roughly speaking a district in the middle of the city, between City Hall and 6 Street S.W. Entertainment and commercial heart of Calgary. Not the only one (17 Avenue SW is also important ) but historically speaking the main one.
Hence my walk ‘down the memory lane’ with a dear friend. Apart from everything else it is a pivotal part of my entire life. Not only my Canadian life – but my whole life. It is where I met the love of my life, my soulmate.
That personal aspect will be explored in a more poetic language in my next post. Now, that walk through the Mall in September 2024.










Bogumił Pacak-Gamalski

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.
A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru. Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.
A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów? Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,
I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.
Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.
post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.
Bogumił Pacak-Gamalski

Canadian Navy in Halifax Pride 2019
Everybody knows, took part in, watched or heard of the big Pride Marches: Montreal, Toronto, Vancouver in Canada; London in England, of course Amsterdam, Berlin, Sydney in Australia, New York with it’s Stonewall history, San Francisco, Warsaw in Poland. At the very beginning, before human rights prevailed, these Prides were simply a protest marches, a call: we are here and we are not going anywhere.
Hard to believe, but even among advanced democracies in the middle of Europe, there are stil protest marches. Case in point is my own city, Warsaw in Poland. Country that still denies the basic citizen’s rights of living in a state-recognized unions, couples of other than heterosexual orientation. Specially the incomprehensibly denial to raise children, to be legal parents as a couple. In 2024. Shame on the coalition of Donald Tusk governing coalition. Specifically the Polish Peasant Party and their disgusting leader Władysław Kosiniak-Kamysz. The same party that still denies Polish women any abortion rights. Again – in 2024! Mr. Kosinaik-Kamysz – there is no longer any peasants in Poland. It is 21 century, not a year 1921. The girls, who live in villages in Poland today are having abortions, too. These girls are not peasants, either. They just need to go across the border to any European neighbor state. And you Mr. Kosiniak live in a fantasy land, together with Polish catholic bishops.
I remember my first Pride March (although I can’t remember if it already was called ‘Pride March’, I don’t thing so – we still had a way to go for many rights). Must have been 1983 or 1984, in Calgary. It started on 7 Avenue Mall by the old City Hall and (at that time) Central Library. We were going to march through the entire most popular and busy Seventh Mall Avenue almost all the way to the next bridge on the 14 Street. To our surprise, there was a Police blocking further access to the Mall Avenue (most popular and always full of people) and redirecting as via Central Street to the Sixth Avenue, not as busy with onlookers and not very prominent (again – at that time).
How things have changed since, unbelievable. The world have changed and people changed. True – there are still homophobes. But that’s OK. Nature is strange. The cockroaches didn’t change over the millenia, either.
Since than I took part in many big truly Pride Marches. As onlooker and as a participant. Almost all (if not all) Vancouver’s wonderful marches. With my husband John, with my Mom, with friends. The last one I took part in was the 2019 huge Parade in Halifax. It was the first time that there was (from my experience, anyway) such a prominent presence of Canadian Armed Forces (specifically the huge contingent of Canadian Navy. I had a very pleasant and long chat with the Commodore of North Atlantic Fleet.) and very visible presence of, I think, all Christian Churches with their priests and deacons. That was very heartwarming.












































But apart from the big cities and big Marches there were the little ones: in Surrey, BC (in Holland Park), in New Westminster along the Columbia Avenue. And in so many towns and smaller cities across our vast country. Here are some from Surrey. To the left with me is one of the leading organizer of Pride Day events in New West, Jeremy Perry.
The Holland Park activities in Surrey were more like a big family festyn then traditional March. A tradition was always to have some concert of singers, dancing groups on a big stage in front of the main waterfall. And definitely a good food choices. Atmosphere was just to be happy. Liked them a lot. Below are some pictures from 2014, 15 and 17.


















Last picture is from this year Pride in Halifax. A dancing and singing boat of night revelers of Pride.
Bogumił Pacak-Gamalski


Nie każdego dnia oglądasz bogatą w tradycję ceremonię przekazania władzy, insygniów i dowodzenia Siłami Zbrojnymi państwa. Prowadzącym tą ceremonię, nadającym stopnie i uprawnienia i tzw. Patent Letters (oficjalne dokumenty potwierdzające to) jest formalny Główny Wódz (Wódż Naczelny lub Marszałek Wojsk, jako najbliższe odpowiedniki w polskiej nomenklaturze). W praktyce militarnej Naczelny Wódz to funkcja głownie honorowa w Kanadzie i wielu innych krajach nie będących w stanie wojny. Dowodzeniem wojska, planami dla całości wojsk zawiaduje Sztab Generalny pod dowództwem swojego Szefa. Tak jest też Kanadzie. Poniżej są oczywiście generałowie-dowódcy wojsk lądowych (Armie), morskich (Navy).
Tak, wiem – tego typu ‘zmiany warty’ odbywają się regularnie w większości krajów świata. Na ogół skutkiem wyborów parlamentarnych, a co się tym wiąże i rządu.
Tylko tu, w Kanadzie w 2024 mieliśmy sytuację wyjątkowo specjalną: Naczelnym Wodzem od 2021 jest kobieta, Mary Simon. Też rzecz w Kanadzie nie niezwykła, po 2 wojnie światowej mieliśmy wiele kobiet Generał Gubernatorów (Generał Gubernator jest konstytucyjnie Naczelnym Wodzem). Ale Mary Simon, nasz Naczelny Wódz wręczał te nowe Patent Letters i mianował pełnym generałem nowego Szefa Sztabu Generalnego … kobietę. Jennie Carignan dowodziła wieloma jednostkami wojskowymi od kompanii poczynając, po pełną dywizję, była dowódcą jednostek kanadyjskich w Afganistanie, w Iraku, brała udział w walkach w Bośni-Herzegowinie. W ostatnich czasach miała stopień generała brygady. Ale dziś pełnego generała. W Kanadzie nie ma tych dodatkowych stopni generalskich (brygady, dywizji i armii) poza wstępnym generała brygady – potem już tyko pełny generał, bez przyrostków. Ciekawe jak by tu się miały feminitywy (odmiany nazw stopni, tytułów, zawodów na forme żeńską): generałka? pułkowniczka? kapitanka, majorka? Generałową by być nie mogła, bo to nazwa żony generała.
Abstrahując od tych pytań-żartów lingwistycznych – generał Jennie Carignan jest pierwszą w G7 i G20 kobietą głównodowodzącą narodowymi Siłami Zbrojnymi. I pierwszą w NATO.
Tak więc kobieta Naczelny Wódz wręczała kobiecie nominację generalską i czyniła ją Szefem Sztabu Generalnego Kanady. Imponujące. Faceci mogli przemawiać dopiero później, po tych dwóch paniach (premier Kanady Justin Trudeau i Minister Obrony). Politycznie naturalnie, że Premier był tym, który to zainicjował i chwała mu za to. Ale z formalnego punktu widzenia to właśnie Gubernator Simon musiała to zatwierdzić i tylko ona mogła tą ceremonie przeprowadzić. Panowie politycy byli gośćmi honorowymi.

W wojnie o niepodległość USA jednym z ważniejszych bohaterów-dowódców był też – generał kawalerii Kazimierz Pułaski, jakby wówczas powiedziano – hermafrodyta. Ale nie wiedziano, więc nie powiedziano. A dziś wiemy, że był/a osobą transpłciową, gender-queer. Był/a drobny, porywczy i od kobiet stronił. Rysy miał zdecydowanie kobiece. Kawalerzystą świetnym i w fechtunku doskonały. I był/a dobrym sztabowcem i organizatorem wojsk. Tak więc i my Polacy nie gorsi. Nie tylko jednej i drugiej płci dowódców mieliśmy (Emilia Plater na przykład), ale poszliśmy dalej – wysokiego rangą dowódcę, który obie płcie reprezentował. I czemu nie?
Bogumił Pacak-Gamalski
There was a lot of photographs here of the beauty and wilderness of Nova Scotia beaches on Atlantic shores.
But how could I forget about the other absolute gem on the opposite side of this, Canadian continent? The magic of Long Beach on Vancouver Island and – at times – the hair rising drive from Port Alberni pass the Kennedy Lake, to Ucluelet and Tofino.
Just before you reach the town of Alberni – one more amazing natural reserve: The Cathedral Forest. It is indeed a ‘cathedral’ – a sacred please saved from annihilation of forest logging companies by people protesting and risking being arrested. Sacred because there is very few places where you can see such undisturbed big forest of hundreds years old giants remembering times immemorial. The Canadian Sitka trees, Douglass fir, Red Cedar. It is an entire cosmos of it’s own ecosystem, everything supporting everything: from the dense brush, grass and plants on the forest floor, to trees that often you can’t see their top because their are so tall and the canopy so dense.
But first the awe inspiring shore of the Pacific from the town of Ucluelet to the town of Tofino. The simple fact is that you can actually walk the entire length of the shore from outskirts of Ucluelet all the way to the edges of Tofino on the beach. Through a bit but colorful rocky formations, passing amazing forest on the hills above, where you will find embankments for huge guns that were there during 2 world war searching for expected Japanese naval invasion. If I remember correctly they did notice one Japanese small vessel far on the horizon and fired few rounds. The shells landed in the waters far from the ship but it was enough to make it turn around and disappear.
The edges of the beaches in Nova Scotia Atlantic are full of oval clam shells and reddish tops of dead crabs; the Pacific beaches are covered with dark bluish mussels and rocky crevices with gardens of amazing anemones.
Long Beach, BC but first the road from Alberni to Ucluelet






… and few picture of first town – Ucluelet





finally – Long Beach
















































Cathedral Forest




























Bogumił Pacak-Gamalski
Onegdaj publikowałem tu cykl o poetach mojej młodości więc sięgało to do poetów i poezji lat sprzed 1939, którzy jeszcze w latach 60., 70., a nawet 80. mieli znaczenie, żyli w świadomości młodego czytelnika. Znalazło się tam też kilku poetów polskich z mojego pierwszego emigracyjnego doświadczenia[i] i dwoje z Kanady – Wacław Iwaniuk i Barbara Czaplicka. Wspomniałem też o dwóch wybitnych poetach emigracyjnych: Bogdanie Czaykowskim i Andrzeju Buszy, z którymi miałem przyjemności mieć bliską znajomość i współpracowałem z nimi w Vancouverze. Ale wymieniłem ich tylko z nazwiska, nic o ich twórczości nie pisząc, bo kiedy z nimi pracowałem nie byłem już ‘człowiekiem młodości’ i w temacie się to nie mieściło.
Dziś odnalazłem kilka brulionów poetyckich mniej znanych, a bardzo ciekawych poetów z Kolumbii Brytyjskiej. W większości dziś zapomnianych, ze szkodą dla literatury polskiej. Ich twórczość przypadała na lata przed połączeniem polskiej poezji i literatury z polska twórczością emigracyjną.

1.
Zacznę ten tekst od Anny Galon. Była jedną z najstarszych poetek i tłumaczką literatury, z którą współpracowałem. Córka znanego oficera piłsudczyka pułkownika Zbigniewa Brochwicz-Lewińskiego. Jej życiorys był dość skomplikowany i trudny. Dzieciństwo i bardzo wczesna młodość w Polsce przerwane wojną, ucieczka przez Rumunię z rodziną, znalazła się potem we Francji, gdzie zaczęła szkołę średnią. Kapitulacja Francji i wyjazd z ojcem z wojskiem polskim do Szkocji, gdzie studiowała po wojnie. Za namową męża (muzyka-pianisty) wrócili do nowej Polski. Po wielu latach i różnymi drogami znalazła się w Ottawie w 1984, a w 1998 przeniosła się do Victorii. Mimo różnicy całego pokolenia byłem więc sam ‘emigracyjnym seniorem’ wobec niej. Prowadziliśmy liczne rozmowy na tematy literackie i imponowała erudycją w tym temacie. Na moją prośbę przetłumaczyła bardzo dobrze szereg wierszy znanej poetki kanadyjskiej P. K. Page, których część opublikowałem w roczniku „Strumień”. Była bardzo aktywna (mimo poważnych schorzeń, które ograniczały jej mobilność) w kanadyjskim świecie muzyczno-literackim w Victorii. Zmarła w Victorii w 2013.
Z łam „Strumienia” przytoczę dwa jej dość charakterystyczne wiersze:
KSZTAŁT
Chciałabym cała rozsypać się
w słowa
a potem od nowa się poskładać
sama siebie dobierać
z namysłem, celowo
ułożyć w kształt przemawiający
pełny
sensu i treści
a cały prześwietlony i
przekazujący
światło[ii]
Z BUTAMI – WARA!
Buty skarpetki zdejmuję
szoruje nogi i ręce
dłonie namaszczam odpowiednim kremem
by nadać im miękkość dotyku
wrażliwość czucia
Cała spłukuję się pod czystą wodą
wewnątrz ogień rozniecam
I tak dopiero
pokorna i drżąca
otwieram
zasuwy twojej duszy[iii]
W 2004 wydała własnym nakładem tłumaczenia swoich wierszy na język angielski w skromnym tomiku “Stashing for a rainy day”. Niestety, nie był asygnowany jakimkolwiek krajowym lub międzynarodowym oznaczeniem katalogowym.
2.
Ciekawym młodym poetą, którego też publikowałem w ‘Strumieniu’[iv] jest Bolko Rawicz. Poeta do którego raczej nie można dodać przymiotnika ‘polski’ ze względu na język, w którym tworzył. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, wyjechał z Polski z rodziną w wieku 10 lat, którego wierszy nigdy bym pewnie nie poznał, gdyby nie jego dziadek, który zwrócił mi na poezje ukochanego wnuka uwagę. Tworzy w języku angielskim. Wnuk jak i dziadek byli matematykami, specjalistami tej całej magii matematyczno-komputerowej. A tu poezja. I dobra. Pisze do dziś i publikuje, uczestnicząc w Vancouver ‘s Poetry Slam od tamtych lat do obecnych. Z moich badań wynika, że wydał dwa tomiki poezji : ‘A voice regained”[v] i „Something to believe in” [vi]. To spotkanie z inną, bardzo współczesną i zdecydowanie pobawioną wszelkich parnasistowskich ciągotek poezją. Czasami jest to wręcz poetycka publicystyka społeczno-polityczna, komentarz socjalny, społecznościowy napisany wierszem. I taki wiersz na ważne tematy socjalne przeczytać pewnie wygodniej i łatwiej innemu zaangażowanemu młodemu Kanadyjczykowi niż długie wywody nudnych dziennikarzy. Tu – w poezji – w jednym słowie można zamknąć cały skomplikowany wywód.

Choroba dotknęła go stałą szkodą ciała, co z wiekiem, dojrzewaniem zaprowadziło go do wierszy innych, refleksyjnych, introwersyjnych. W wieku młodym tego typu schorzenia mogą kłaść się wielkim cieniem na człowieka. Przytoczę więc przykład właśnie tych dwóch, odmiennych poetyk. W tym drugim, refleksyjnym i głębokim, następuje też pewna metamorfoza wyzwolenia przez akceptację miłości – Feniks wzlatujący w przestworza. Ten wiersz mnie zawsze wzruszał, budząc nadzieję, że uczucie wielkie niezmiennie wyzwala.
Wiersz pierwszy ze stron „Strumienia” w 2011.
Whale song
You were just sitting
on the sandy beach,
when suddenly appeared
a whale who made speech
‘we had to break the silence,
to talk about the violence
to the land and to the sea,
and to blow our cover
we had to all agree.
and we waited long to see
if humanity would be
wiser before we
told of our technology
for some different energy,
but we did begin to see
more of you the light to see
and you would understand
our philosophy,
but we are running out of time
and we’ve got to end the rime,
because we can’t resist
fearing soon we won’t exist
if we let this destruction persist,
but we are coming to you in peace
and want you to decrease
the use of gasoline
and ask you to police
the oilmen in the three-piece
suits not to exceed
in all their greed,
and with the whalers plead
to not make us so bleed.” (Rocznik “Strumień” , Nr.7, 2011, s. 17)
From a-dark brightly
A time faraway of past
love had left me
bitter and afraid
my spirit darkening,
and descending,
into a realm betwixt
wakefulness and sleep,
like a sunken flower
once touched
by a glimpse of sun,
long since un-searching
of light.
Many of years hence,
like a bird forsaking
the shelter of its tree
to seek the world without,
alas only
to stumble and fall,
its wings having forgotten
the memory of flight,
my spirit stirred
with the yearning
to be free,
but unaccustomed to the bright,
returned again imprisoned
as it once more was struck
by the blinding light of love.
But this very soul,
the luminance she bestowed
proved eminently more kind,
attuning her strength
of energy to heal,
awakening my spirit
to inspire it to rise,
on its way to soar.
Nonce friendship has led me
onto a better path. (z tomiku “a voice regained”, s.18)
Zawsze fascynowała mnie jego swoboda używania języka, tak charakterystyczna dla poezji mówionych improwizacji. I bez wątpienia miała na to wpływ tradycja owych Poetry slams w Vancouverze.
3.
Jedną jeszcze, dziś zapomnianą a wartą przypomnienia, poetkę musze przypomnieć – Halinę Gur-Jazłowiecką z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Przykład – w jej wypadku par excellence – poetki emigracyjnej. I biograficznie i w używanej poetyce, stylu. Dziś zdaje się kompletnie zapomniana. Urodzona w Warszawie w 1923, w latach okupacji studiowała na tajnych kompletach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej. Żołnierka Służby Kobiet AK w Powstaniu Warszawskim. Później więzień obozów jenieckich w Fallingbostel, Bergen, Oberlagen i Niderladen, gdzie poznała męża. Po wojnie znalazła się w Anglii, skąd wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Victorii. Publikowała w prasie emigracyjnej kanadyjskiej, amerykańskiej i francuskiej. Nie mam jednak żadnych śladów kiedy, gdzie i co dokładnie. Były to lata, gdy wydawnictwa powstawały i upadały później na długo przed cyfryzacją zbiorów, a wszelkie archiwa były też bardzo nietrwałe. Nie mam też informacji kiedy i gdzie zmarła. W rodzaju poetyki i losach ‘niepamięci archiwalnej’ przypomina bardzo Barbarę Czaplicką, o której pisałem we wspomnianym już tu eseju „Poeci mojej młodości”. Jako iż życie i losy nasze indywidualne są właśnie nietrwałe, a sam jestem w takim punkcie ‘nietrwałości’ i wielkiej burzy zmian – nie mogę być pewny czy wszystkie moje dokumenty prywatnego archiwum te moje burze przetrwają i dotrą ze mną tam, gdzie na końcu tej drogi się znajdę. Spieszę więc spisać te nazwiska, które bez najmniejszej wątpliwości powinny przetrwać. Naszego polskiego wędrownictwa po 1939 – aż do czasów emigracji doby „Solidarności’. Im bliżej tego roku 1980 – tym więcej wiedzy, trwałego zapisu archiwalnego mamy. W dekadach wcześniejszych różnie z tym bywało.

Bodaj najbardziej charakterystycznym wierszem Gur-Jazłowieckiej był uroczy, z dużym cieniem goryczy, napisany w Edmonton w Kanadzie:
Na krawędzi
Mój adres?
Kochani Moi – nie adresujcie inaczej
jak tylko: Koniec Świata
Tuż Nad Krawędzią Rozpaczy!
Co robię?
Niby ślimak, wyrwawszy się
z ukrycia
pełznę niknącym śladem
na marginesie życia.
Czy wrócę?
O, Kochani! Wracać mi już
nie pora.
I tak wciąż jestem z Wami
w Wieczystym Wczoraj! [vii]
Tym więc zapisem składam im swój ukłon i podziękowanie za jakże często gorzką pracę na łanie ukochanej polszczyzny.
Rzeczywistość epoki emigracyjnej od lat 40. poczynając aż prawie do lat 80. była zupełnie inna od epoki Międzywojnia z jednej strony a epoki post-solidarnościowej z drugiej. Ci, którzy publikowali i byli trochę znani przed 1945 mieli szanse dużo wieksze na przetrwanie i na kontynuacje twórczości. Celowo piszę ‘przed 1945’ a nie ‘przed 1939’ jak się stosuje najczęściej i jest to poważnym błędem historii literatury polskiej. W tym wypadku cezura 1939 jest mylna, bo aż do 1945 istniały instytucje Państwa Polskiego w Londynie i jego przedstawicielstwa poza Anglią i istniały fundusze i wydawnictwa i środki finansowe Państwa Polskiego, które mogły i były używane na cele wydawnictw literackich, kulturowych. Więc w zakresie literatury i kultury polskiej istniała pewna ciągłość, mecenat i nawet skupiony rynek czytelniczy z państwem, tradycją i możliwościami Państwa sprzed 1 września 1939. Poza – naturalnie – terytorium tego państwa. Ta rzeczywistość i pewien mecenat quasi-państwowy uległy bardzo szybko zanikowi, ale w okresie przejściowym był niezwykle ważny. Pozostały pewne ośrodki centralne, które dzięki temu kapitałowi oryginalnemu potrafiły kontynuować wydawnictwa i namiastkę życia literackiego. Niezbędne było też posiadania odpowiedniego licznego zaplecza czytelników lokalnych. Londyn, Edynburg, Paryż i kilka jeszcze mniejszych ale silnych wystarczająco miast w Europie; Nowy Jork w USA, Toronto i Montreal w Kanadzie. Wszystko inne to była … prowincja i pustynia czytelnicza. To nie były czasy social networks, social media, czy nawet czegoś tak archaicznego, jak poczta elektroniczna.
Stąd ci, którzy tą kulturę polską rozwijali, pisali i wydawali poza tymi kulturowymi centrami – istnieli głównie tylko lokalnie. Tak, były nawet lokalne polskie gazetki, były spotkania w jakichś klubach, salkach parafialnych. Można było na maszynie do pisania i powielaczu, ręcznej drukarce wydać nawet mały tomik dla 30, 50, może nawet 100 sób – i to wszystko. Ta pierwsza fala emigracyjna i chyba większość aż do lat 70. zrobiła też jeden kardynalny błąd – nie potrafiła i nie umiała przekazać tego bakcyla polskości i wyższej kultury polskiej pokoleniu swoim tu urodzonych dzieciom i wnukom. Widziałem to wszędzie i każdy mi to mówił. Co najmniej jedno pokolenie tu urodzonych, wychowanych i wykształconych Kanadyjczyków polskiego pochodzenia utracono na amen. Jednostki nieliczne, które z tej reguły potrafiły się wyłamać były tym właśnie – jednostkami a nie regułą. W takiej atmosferze, bezwzględnie przygnębiającej dla lokalnego twórcy polskiego, niektórzy zmagali się i dalej pisali, lokalnie publikowali. Aż odeszli. Mam na myśli te faktyczne, biologiczne odejście. Odeszli przed zrozumieniem wagi ich pracy, przed powstaniem możliwości cyfryzacyjnych. Czyli w świat niebytu. Znikały nawet tu i ówdzie zakładane małe ale jednak archiwa. Ktoś umierał i ktoś następny wyrzucał archiwum na śmieci. Można ironicznie ale i dość rzetelnie powiedzieć, że o szansie przetrwania w pamięci historycznej decydował nie zawsze tylko talent – decydowało też miejsce zamieszkania. Adres.
Inne czasy, mili moi. Tak, były kiedyś takie. I to wcale nie w dobie dinozaurów ani księcia Popiela na wyspie goplańskiej.
[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/12/28/spacer-z-poezja-i-poetami-mlodosci-cz-3-emigracyjna/
[ii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s. 4
[iii] ibid
[iv] ibid; nr. 7, 03/2011, s.17
[v] „A voice Regained” , B. Rawicz, ISBN 978 0 557 29966 9, s.26; 2009
[vi] „Something to believe in”, B. Rawicz, s.54; 2017
[vii] Rocznik „Strumień”; nr. 2, 2000, s.13
Bogumil Pacak-Gamalski
There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.
One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?
I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.
The Woods
I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.
But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.
The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.
But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.
Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.

That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front. In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above. It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view. It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.