w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

In 1856 Major General Richard Moody founded the City as a Capital of the colony of British Columbia.  Actually he named it originally as a Queensborough.  It was no one other than Queen Victoria, who called it a Royal City, and because the Seat of the Power was in Parliament in London – it was formally called a New Westminster.

Hence, it retained that old charm and European – in the Island flavor, of course – style of streets and architecture. The two main streets are Columbia and above it, you guessed it – is naturally Royal Avenue leading to – again, of course – Queens Park.

Eventually much later, in the 1920, Vancouver overtook it by size and population. But the Royal City remained with its stiff upper lip, LOL.

I have not been here for almost a decade. But it feels and looks like nothing has changed.  Naturally, it did. But almost just superficially: it used to be that every second store was a wedding dresses, long tails and suits. There are still few of them very prominently displayed, but the majority was replaced with new, metro-style trendy cafes, little restaurants with excellent cuisine,  boulangeries –patisseries  (it will be the death of me, considering my weakness for a good cake and pastries, aj wej!), even an excellent exotic and elegant (with a very handsome perfumer, LOL) salon with perfumes called ‘Aromatica’ – that will be the death of my bank account. Did I mention that the ‘Aromatica’ salon is exactly next door to an entrance to the building I’m living in? Aj wej!!!

Enough of these ahs! and ohs!. Better turn to pictures and see for yourself. Why not start with the stately Queens Park. Loved it very much in my days here. The ‘better’ version not so much – too many spaces and land taken by activities other than strolling, perhaps jogging or even biking. All this big parcels cleared and gates for tennis courts, for dogs of leashes, huge parking spaces. Not my cup of tea. I liked better the old, majestic and a bit wild park. Still enjoyed the walk, the old trees, little art gallery.

Do not worry though about the mistake general Moody made in naming the city. Queensborough does exist next door, sort of another district of New West. A very modern, very European (Continental to the boot – no British Isle in architectural style, no sir).

Once I went on the Waterfront pass the famous River Market on the Esplanade, I had to stop for a moment and reminiscent. To look across my arm if … he is still walking behind me. Yes, my John. The last time I walked here was with him.  That was very long time ago. Probably about 2010, maybe even 2005? But it felt like yesterday. These special moments come to me suddenly, without conscious choice. Just a certain spot, street, maybe even store, a park, a street corner. Anywhere and anytime. That is, when my joy in rediscovering the city I love so much becomes dark and heavy. On this walk – it  was a sweet reminiscing. Sad – ye,  but in that sweet, sentimental sadness. Almost like a melancholy. Wanted to turn and place my arm around his neck and place a kiss on his cheek. I know how he hated public display of affection – but how he sort of secretly liked it, too.  Sometime we all do …  

Queen Victoria would have smiled

Queen Victoria would have smiled

In 1856 Major General Richard Moody founded the City as a Capital of the colony of British Columbia.  Actually he named it originally as a Queensborough.  It was no one other than Queen Victoria, who called it a Royal City, and because the Seat of the Power was in Parliament in London – it was formally called a New Westminster.

Hence, it retained that old charm and European – in the Island flavor , of course – style of streets and architecture. The two main streets are Columbia and above it , you guessed it – is naturally Royal Avenue leading to – again, of course – Royal Park.

Eventually much later, in the 1920, Vancouver overtook it by size and population. But the Royal City remained with its stiff upper lip, LOL.

I have not been here for almost a decade. But it feels and looks like nothing has changed.  Naturally, it did. But almost just superficially: it used to be that every second store was a wedding dresses, long tails and suits. There are still few of them and prominently displayed but the majority was replaced with new, metro-style trendy cafes, little restaurants with excellent cuisine,  boulangeries –patiseries (It will be the death of me, considering my weakness for a good cake and pastries, aj wej!), even an excellent exotic and elegant (very handsome perfumer) salon with perfumes called ‘Aromatica’ – that will be the death of my bank account, LOL. Did I mention that salon is exactly next door to an entrance to the building I’m living in? Aj wej!!! There is also rather visible (or audible) musical life here. Back in my first years here there was a popular restaurant/club ‘Heritage Grill’. Used to go there many times for a good music and good drinks. Often with dances, which my Mom used to like very much. While still living in Halifax, the owner notified me that the club was consumed by fire. so now the musicians move to little drinking hole ‘Judge Begbie’s Tavern’ and at least twice a week old singers and players and new aspiring ones gather there for impromptu concerts. Little corner by the door where they perform is called Heritage Grill Corner. Nice. Spent an evening there and had a nice chat with two young singers.

Enough of these ahs! and ohs!. Beter turn to pictures and see for yourself.

Futuristic City – Miasto Jutra

Futuristic City – Miasto Jutra

(in English and in Polish)

Specifically and accurately speaking it is not ‘a city’, entire town – rather a specific fragment of Burnaby, major part of Greater Vancouver. Even more specific – a small but prominent section concentrated around intersection of Kingsway, Willingdon and Beresford streets. What is popularly called a Metrotown. A city of glass towers with massive commercial mall in the middle of it.

Któż nie pamięta “Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego (jeśli ktoś nie pamięta, to nie powód do chwały – pewne kanony literatury polskiej winny być podstawą tego, co określa się mianem świadomości inteligentnego [czyt. mądrego Polaka]) i jego wizji szklanych domów Baryki? Symbolu nowoczesnej, sprawiedliwej i pięknej odrodzonej Polski. Nawet jeśli “Przedwiośnia” nie bardzo pamiętacie – to bez wątpienia, co te hasło Polska szklanych domów oznaczało, jako metafora.

Odwiedzając wczoraj spacerem środkowy fragment Burnaby, nazywany od molocha-centrum handlowego Metrotown, wspomniałem tą metaforę z “Przedwiośnia”. Całą tą przestrzeń wciśniętą między ulicami Royal Oak, Kingsway, Willingdon i Imperial. Ale podobnie, jak wizją Żeromskiego nie miała z rzeczywistością wiele wspólnego, tak i ta wizja z Metrotown nic o sprawiedliwości społecznej nie mówiła. Jeśli literackie skojarzenia to zdecydowanie Lem a nie Żeromski przychodził na myśl. A właściwie jeszcze dalej i konkretniej: merkantylizm, blichtr, popyt-podaż. Ludzie tam chodzący to nie mieszkańcy – to klienci. Trudno uwierzyć, że tuż obok są urocze, rozległe miejsca spacerowe pięknego Central Park; nieco w dół Deer Lake uroczy, czy choćby spacerowe alejki wzdłuż Sanderson Way. Jeśli nie wiesz – pojęcia mieć nie możesz , bo te szklanno-betonowe ściany ulic przesłaniają wszelką perspektywę widokową. Naprawdę szkoda. Trzydzieści lat temu mieszkałem tu niedaleko, na Capitol Hill. Metrotown już istniał, cały ten wielki mall. Istniało wiele ze starszych wieżowców, ale wszystko miało to ciągle jakiś ludzki wymiar. Nie było martwą (mimo ciągłego ruchu, bieganiny) pustynią megalitów.

Przyznaję, że te szklane ściany przy odpowiednim naświetleniu, niebie i chmurach są gratką wielkich luster. I jest to ciekawe zjawisko i wyzwanie fotograficzne. Kilka z tego dnia zdjęć poniżej. Co naturalnie nie zmienia moich refleksji powyżej.

Letter to you

Letter to you

How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone.  Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades.  Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.

But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.

You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural  shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.

Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.  

It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.

You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling?  Just in case,  a little note to you.  Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count.  No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.

yours always –

The charm of Downtown Vancouver through camera lense

The charm of Downtown Vancouver through camera lense

I posted here already photo galleries of Commercial Drive in Vancouver; of quaint sweet Ladner; of course of my beloved Stanley Park. Now it is time for cherry on top of it: the incomparable beauty of Downtown Vancouver.

Były tu już posty w ostatnich miesiącach z ruchliwej, uroczej Commercial Drive we Wschodnim Vancouverze; były z magicznego, zaczarowanego Stanley Parku, z uroczego małego Town of Ladner. Czas na koronę tego piękna zwanego Wielkim Vancouverem: Downtown Vancouver.

Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings in Vancouver, on February 14, 205. On Valentine  Day, hmmm. Me and Valentine’s Day?  Indeed, peculiar.

I’m seating On Davie Street in my favorite “Melriches” coffeehouse. Yes, having my Valentine cake (excellent carrot cake, moist, with whipping cream and a proper strawberry topping it). No, I bought it myself for myself. It is time to become good to myself.

To that little boy; that hungry for love and the world young man from many years ago, and it is time to say goodbye to the sad older gentleman I have become since John’s passing. No, I don’t dislike that gentleman. That older sad me. How could have he not being sad? It truly was a Greek tragedy that happened to him.

A speaker mounted on the wall above my seat plays some nostalgic melody. A young fellow (in the 30ties or early 40ties) sitting by the next table asks if I recognize the song from the 90ties. I’m startled but answer honestly, that not really, I wasn’t paying much attention to it, but yes, I do remember that style of popular music very well. He tells me the title and the name of the singer and proceeds making pleasant small talk about nice weather (that trick is older than myself and my grandparents, LOL), typical tête-à-tête. I point to my writing pad and the pen in my hand and smile apologetically saying: I’m sorry but I’m sort of busy with my notes.

Too bad – he responds a bit dry, slowly gets up and walks toward the door.

I feel bad yet still nice at the same time and say: but I do sincerely wish you a Happy Valentine and a pleasant day. He slows down and still turns his head and gives a smile and walks out. I do hope he did and my refusal was not taken personally. But it felt good – just that I already had a date with someone else – myself.

A table below me three very pleasant guys (definitely early 40ties, best age if you ask me) talk excitedly with each other (not too loud, though) in German. It surprises me how and when I started liking the sound of German. Of course with the exeption of loud shouting – I’m a Pole after all. But I do remember founding it harsh and hard many years ago. But it truly is not. After many visits to Germany I learnt to like it. Say what you want – but if Kant and Goethe talked in it – it couldn’t possibly be that bad. Does ‘liebe’ sounds harsh? Of course, not!  It sounds as alluring as in French, Polish, English.  Just with a bit of pepper taste to it. But I do love pepper …

I chatted shortly with them. We wished each other happy Valentine and they left.

I will be going soon, too. The cake is gone (despite the big size – it didn’t shocked me that I ate it, LOL).

Yet, I remembered to wish myself Happy Valentine. It wasn’t sardonic or ironic. It was honest. I have earned it. Or I will.

Happy Valentine to you, too – yes, you whoever you are, who reads these words now.

Next day …

Today the weather is opposite of yesterday. My feelings act as the weather, too. Cool, very wet, non-stop light rain, more accurately a drizzle. In a word: ugly. One of these, when using an umbrella seems like an excess, but taking long walks feel like an excess also. Of course, it does affect your soul. 

Suddenly  a strong feeling of longing. A longing to be in Warsaw, to see my loved ones, whom I’m missing terribly. Missing the youngest ones the most – grandchildren of my sisters. Missing the coffeehouses in Warsaw, my walks in the parks alongside the Royal Route (Trakt Królewski)  – all the way, from Lower Mokotów to Rydz-Śmigły Park. It feels like I’m trying to steal my time with them and my city for my own sentimentality and love for Vancouver. That I’m being an egotist. That I’m wasting my meager resources on phantom dreams, and that the egoistic ‘I’ wants to feel good and happy again.

Being happy … do I really even know anymore what ‘being happy means, how it feels?

A little midget seating in some dark corner of my soul screeches to me: where did you get that insane idea, that you are needed by anyone anywhere? What makes you so special to be arrogant like that? People have lives here and people have lives there. You are just a phantom visitor every now and then. But you are not part of their lives. Wishing a Happy Valentine to oneself! What a crazy and self absorbing idea!

He whispers witch metallic tone: the Gods have cast their ballot already!

            But I have stopped paying too much attention to Zarathustra or any other gods (perhaps with the exception of Apollo, LOL), and I will ignore that little gnome from the dark corner of my soul. I will press on to catch the end of my rainbow. It doesn’t have to be the entire rainbow, just one corner – I’m not greedy and don’t need that much. A smile now and then?  I think that maybe, maybe I have earned a tiny bit of it. Very likely, all of you too. If the world forgets sometime – ask for it.