Ballada włóczykija

Ballada włóczykija

Siadamy na parapecie okna – ja i Zosia Nałkowska. Patrzymy, obserwujemy ulicę i przechodniów. Ona wie, że na mnie to nie robi wrażenia, ale siada zalotnie i poprawia uważnie szwy na nylonowych pończochach. To jest jej bardziej potrzebne niż mnie. I doceniam to, nie uważam za próżność.

Obserwujemy, jakie zmiany zaszły w polu jej widzenia[i]. Postrzega, że zauważyłem tą niewinną czynność poprawiania pończoszek na jej zgrabnych, długich nogach. Grozi mi palcem filuternie i śmieje się:

Ja wiem, że na was to nie robi znaczenia, wy nawet nas nie zauważacie, a nam zapach flirtu jest bardzo potrzebny. Chcemy być zauważone.

Pani Zofio kochana – takiej kobiety, jak pani jest niemożliwością nie zauważyć – odpowiadam w proteście.

Nałkowska poważnieje trochę, odwraca wzrok do szyby i patrzy, gdzieś w dal:

Naturalnie, że macie nienaganne maniery. Jak Andrzejewski, jak Iwaszkiewicz, ale to tylko maniery a nie potrzeba życia, mój drogi panie.

Po krótkiej chwili milczenia mówi tak, jakby mówiła do siebie, nie do mnie:

Wie pan, to ciekawe, bo wy jesteście bardzo podobni do nas czasem, w szyku, geście, w uwielbianiu niewinnego flirtu. A Marysia Dąbrowska, która winna być do was podobna – kompletnie na te falbanki uwagi na zwraca. Mmmm, ciekawe zaiste.

Właśnie miałem jej starać się to wytłumaczyć, odrzucić na bok banalność starych spostrzeżeń. Odwróciłem twarz do niej … i nic. Nie było śladu po niej. Rozpłynęła się we mgle czasu.

Ciekawe jakby potoczyłaby się moja rozmowa z Gombrowiczem w Warszawie czy w Buenos Aires? Niby tak, niby napisał ten „Kronos”[ii], tak chroniony przez Ritę, skrywany, że gdy wiele lat po jego śmierci w końcu go wydano prawie cały literacki półświatek padł na kolana: co za szczerość, co za odwaga (po śmieci, co prawda, ale chyba odwaga, bo spiż mógłby się nieco ukruszyć). A ja mam tyle do niego pytań, na które ani w Kronosie ani w Dziennikach nie odpowiedział. Nie wiem, co jest w sumie ważniejsze: fakty czy przemyślenia? Gdzie jest granica etyki, a gdzie tylko szablon środowiskowego savoir faire?

Gombrowicz był wielkim pisarzem, full stop. Więc musi być pytany, rozpatrywany inaczej. Skandalik tu i tam, portowy chłopak na randce ze starzejącym się pisarzem, lęk o tantiemy i opinie – to ważne.  I jednocześnie tylko drugorzędne. Istotne jest wejrzenie, podglądnięcie jego intelektualnej, filozoficznej barwy.  Intelektualiści akademiccy często nijak nie potrafią zrozumieć intelektualizmu artysty. To się odbywa na innych zupełnie piętrach. Pisarz (niekoniecznie literaci, których jest dużo więcej) prowadzi nade wszystko nieustanną dyskusję z samym sobą. I stały głód życia, nigdy niezaspokojony.

A przecież rozmów z Nałkowską ani z Gombrowiczem nie odbyłem. Zmuszony jestem, nolens volens, na własną wiwisekcję, własne poszukiwanie siebie, kim jestem często podświadomie, w czasie samotnych spacerów i poza ścianami mojego mieszkania, a niezauważalne dla mnie publicznego.

               Naturalnie, że żyję. Przejechałem znów cały kontynent, by to życie ożywić, odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości, twoje ślady. Twojego uśmiechu, twojej dobroci. Spić z twoich ust czarę mojego szczęścia, które miałem, znałem. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że je mam. W dni niepogody było też pogodnie, w dni zimowe było ciepło.

Wszystko, co robię pozostaje niedokończone, a constant jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, a mimo, że znam ich – mówią gwarą dziwną, trudno rozpoznawalną, zagmatwanymi metaforami. Monette[iii] mi to przypomniał.

Więc siadam i ballada jakaś spływa na kartkę spod długopisu w formie sobie tylko znanej. Pisałem tak, jak bardzo dawno temu na kawiarnianych serwetkach w kafejkach mojej, nieistniejącej już też, Warszawy.  Słowa po słowie, bez zwracania uwagi na formę, konstrukcję. Ballada, jako forma śpiewana przy ognisku, butelce wina. Obok ten chłopak lub ta dziewczyna. No właśnie tak.

Apetyt na czereśnie

Jest głód jeszcze

– a brak apetytu.

Jeszcze nęcą czereśnie,

że nie za późno, nie za wcześnie,

choć nie wiem, czy to nie we śnie.

Z zapomnianych nocy letnich,

Szekspirowskich westchnień, żądz.

Niedosycenie świata,

znudzenie śmiercią,

która się ociąga –

– tragizm ubrany w suknię farsy.

Śmiech, jak zgrzyt zardzewiałego

gwoździa na szybie okna.

Ależ tak, wiem:

te czereśnie jeszcze,

jeszcze płatki dzikiej róży,

jak wargi drżące,

spocone lekkim syropem

woni i obietnicy. Czego?

Dzwoni telefon. Odbieram: słucham.

Dzień dobry, tu Stamtąd. Miał pan wrócić, czekam, a po panu nawet śladu. My tu wiemy: i czereśnie i róże są na dole i są w górze. I wargi drżące, lepkie – ale miał pan być, trzeci sezon mija. Co z tego, że czereśnie?  Pestki nawet nie zostały. Róże, jak wargi rozchylone? Proszę przyjeżdżać, lub zwrócić cenę biletu. A róże proszę pana nie mają warg, tylko płatki.

I trzask, słuchawka upadła na widełki i rozmowa się skończyła. Kto dzwonił, skąd dzwonił? Bies czy anioł? Pojęcia nie mam. Takie telefony, co się kładzie słuchawkę na widełki nie mają wyświetlacza numerów, które dzwonią. Nawet nie wiedziałem, że mam jeszcze taki pod ręką. Widać miałem, bo rozmawiałem?

(pisane innym razem i odnalezione w notesach – na ten sam temat)

Niecierpliwość rosnąca każdego dnia, przysypiająca krótkimi nocami z nadzieją, że jutro będzie lżej. Oczywiście nie jest.

Wyszedłem na spacer, rzecz zwykła. Nie wziąłem parasola. a siąpi. Naturalnie, że nie jestem z cukru, nie roztopię się. Ale jestem okularnikiem i te protezy wzroku zaraz spryskane kropelkami wody – i zły humor popsuł cały spacer.

Zachodzę do znajomej kafejki obok, zamawiam expresso. Dobre. Mocne, jak siekiera. Czy pomaga? Raczej nie, ale trzeźwieje i przywraca do rzeczywistości, tej powypadkowej. Może nawet nie tej pół-inwalidzkiej rzeczywistości po wypadku, a po prostu zwyczajnej rzeczywistości starzejącego się samotnego pana. Starzenie, jako-takie też mi po prawdzie nie przeszkadza. Tylko ten tytuł ‘samotnego’ jest przykry, niespodziewany, nieoczekiwany.  Czy Gombrowiczowi dokuczała samotność? Z Ritą musiał być samotny, nie była jego miłością, pasją. Była – i to wszystko. Tak, jak byli chłopcy z portowych dzielnic. Im więcej ich było – tym bardziej samotność dokuczała. Nie miał tego luksusu pasji i spełnienia, jaka była udziałem jego dobroczyńcy literackiego – Kota Jeleńskiego.

A ty, jaki jesteś? – pytam siebie. Odpowiadam Johnowi, mojemu Chłopcu, odpowiadam zapisem z pierwszych tygodni od jego odejścia. Może miesiąca, dwóch. Nie mam dokładnej daty tego zapisu, ale łatwo z tekstu mogę to kalendarzowo określić. Mówię mu, że był architektem ‘mnie’, jakim jestem, nie odrzucając niczego z mojej konstrukcji wcześniejszej – dobudował piętra, pokoje, wykusze.

               Wiosna. Jest ciepło. w alejach parku rozmawiam z Tobą. Miła rozmowa. Dodałeś mi znowu otuchy. Nikt, tak jak Ty, tego robić nie potrafi. Twoje naturalne ciepło i dobroć są zaraźliwe. Jesteś jakimś dziwnym mnichem, który bez hałasu, heroizmu po prostu daje siebie. Tak zwyczajnie, trudno to nawet zauważyć, bo jest tak naturalne, jak oddech powietrza.

Ale brak mi strasznie Twojej fizycznej obecności. Przynosiła spokój mojej skołatanej głowie, kłębowisku myśli. Wprowadzała ład.

Zabierałeś tak mało miejsca w świecie. Niezauważalny pyłek na drodze, maleńki trybik w wielkiej maszynie. Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami historii, ty po prostu dbałeś, aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. Dzięki tym drobiazgom ta wielka deus ex machina mogła funkcjonować.  Teraz, bez tego maleńkiego trybiku maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat – ten wielki i ważny świat. Bez tego jednego trybu wielkie koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Czasem, w momentach najzimniejszych otulam się szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej, mogę funkcjonować.

Czy to coś zmienia, czy odpowiedziałem na poszukiwania Gombrowicza? Znalazłem piętro, gdzie funkcjonuje umysł i duch artysty?

A może wystarczy kubek

dobrej czarnej kawy

z Buenos czy z Warszawy

może wszystko jest jak czubek

wiedzy niedostępnej , trwałej

która wiemy że jest.

Poeta zrobił gest

czułości pełnej i całej.

Jakaś konkluzja, kwintesencja życia i jego sensu? A skądże! Życie polega na pytaniu, na drodze, na ruchu. Szukaniu siebie. W tym Gombrowiczowi pisanie ‘Kronosu’ bardzo pomogło. Trzeba te wszystkie detale zapisać, by między linijkami tekstu znaleźć część siebie. Ten opis zdarzeń i czynności do pewnego stopnia jest bezużyteczny dla zrozumienia, kim się jest. Zwykłe pamiętniki lub dzienniki są dobre dla badaczy, którzy muszą wszystkie filiżanki, kubki i krawaty ułożyć równo na długich półkach w chronologicznej ciągłości.

Dla zrozumienia, kim twórca był – są kompletnie bezużyteczne. Wiadomo, że życie musi być wypełnione czynnościami: trzeba wstać z łóżka, wypić kawę, podrapać się po głowie i po  … tak, tam też, po dupie.  Pójść do pracy lub na spacer. Ale najistotniejszym zajęciem jest poszukiwanie siebie, uczenie się siebie, poznawanie siebie.

Kilka miesięcy temu napisałem wiersz krótki, który wtedy wydał mi się pozytywnym zrozumiem, gdzie jestem w tym momencie. A to nie przykuwa kajdanami do celi, przeciwnie – daje solidne zrozumienie się w tym etapie życia. Samookreślenie.

Coś się przebudziło we mnie,

jakaś uśpiona joie de vivre,

jakiś prezent życia, może zryw

co było, przetrwało niezmiennie.

Przez dzieciństwa łąki nad rzekami,

przez młodości loty nad szczytami,

po dojrzałość rozerwaną oceanami,

aż do czasów, gdy zostajemy sami.

Poszukiwanie siebie, uczenie się siebie jest bodaj najcenniejszym zajęciem twórcy. Poemat, fuga, balet, obraz nie musi być źródłem wiedzy dla publiczności o prywatnym ego twórcy. Zawierają w swej formie przekaz czysto artystyczny, czytelny na różne sposoby przez odbiorcę.  Ale dla badacza twórczości X lub Y są możliwością spojrzenia przez dziurkę od klucza we wnętrze twórcy, wnętrze duszy tego artysty, ujrzenia go In statu nascendi. Dla twórcy – a byłbym ryzykował twierdzenie, że jest to proces uczenia dostępny dla każdego człowieka i bardzo pomocny w mierzeniu się z wyzwaniami życia – to niezbędny proces poznawania się, odkrywania tego centrum, jądra, kim jesteśmy. Gdy odkryjemy tą drogę, to o ileż bezpieczniej przetrwać wielkie burze i kataklizmy życiowe. To nasz azymut i busola.


[i] Zofia Nałkowska przez wiele lat prowadziła Dzienniki i szereg jej nowych zapisów zaczynała od zwrotu: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia.

[ii] „Kronos”. Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2013, s.460.

[iii] Paul Monett – poeta i pisarz czasów epidemii AIDSa w Ameryce Północnej.

Stanley Park w Vancouverze – gloria wiosny

Stanley Park w Vancouverze – gloria wiosny

Very few words about it, because words fail to describe the amazing display of nature of the Park, and especially it’s edges around the Rose Garden and Lost Lagoon. Let the camera tell the story. May brings to Stanley Park the volcanic eruption of colours and life. The crown jewel of the entire beautiful city.

Kilka tylko słów, bo słów brakuje na opis tego zjawiska, gdy natura budzi się z zimowego letargu. Początkowo jeszcze senna, jeszcze rozleniwiona delikatną zielenią świeżych pędów na gałązkach, na łąkach. Ale maj, maj to już co innego. Wybucha jak wulkan symfonią kolorów życia płatków kwiatów, świeżą zielenią gałązek i fauną u brzegów Zagubionej Laguny w Parku Stanleya. Wówczas, w tych dniach to korona piękna Vancouveru.

SPK i historia małego znaczka w tle dużej historii

Rok jest 1987, w Londynie, w auli głównej POSKU jest wielka Akademia na 70 lecie odzyskania niepodległości Polski w 1917[i]. Jadę właśnie z Calgary w Kanadzie do Londynu. Pełniłem wówczas funkcję v-ce Prezesa Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Albercie. Na Akademii w Londynie nie ma żadnego reprezentanta KPK na całą Kanadę (ówczesny Prezes, pan Kaszuba miał dość bliskie stosunki z władzami PRL, a niepodległościowe postawa KPK w Kanadzie dawno przestała mieć jakiekolwiek ‘znaczenie’. Więc gospodarze Akademii w Londynie, którzy mnie dobrze znali jeszcze z okresu w 1981,  gdy w Londynie mieszkałem i witają mnie serdecznie  prosząc o reprezentowanie Polonii kanadyjskiej na Akademii. Ówczesny Prezes Światowego ZG SPK, pan Soboniewski bardzo się na to cieszy i podszeptuje mi do ucha – obiecałem generałowi Tarczyńskiemu wręczyć panu odznakę SPK za pańska nieugiętą postawę niepodległościową[ii].

I tu zaczyna się historia pewnego znaczka, co to było SPK i kto ma prawo nosić taki znaczek SPK wpięty w klapę. Źle mówię: ‘ma’ – kto miał – bo de facto w 2025 nie ma żyjących w Vancouverze kombatantów-weteranów wojska polskiego z okresu walk 2 wojny światowej. Odeszli na wieczna wartę. Bodaj ostatni dosłownie w tych miesiącach, a był w zasadzie chłopcem, gdy Anders uratował go z obozów w Rosji. Za młody do wcielenia do wojska. Dopiero już u schyłku wojny, w organizowanych na podbitych ziemiach niemieckich batalionach strażniczych, wcielono go do tych batalionów. Do 1947 roku w Anglii były jeszcze obozy wojskowe dla żołnierzy polskich po formalnej demobilizacji. Po 1947 już i tego nie było. Od 47. minęło w tym roku 78 lat. Przyznaję z pochylona głową, że matematyka nigdy nie była moim celującym przedmiotem w szkole, ale na palcach liczyć jakoś sobie daję radę, no to policzę: w 1947 taki zdemobilizowany żołnierz nie mógł mieć mniej niż 18 lat, minęło 78 lat. Czyli najmłodszy mógłby mieć 96 lat. A gdyby brał udział faktycznie w walkach frontowych, to 98 lat. Bardzo bym się ucieszył, że ktoś z tych wspaniałych ludzi jeszcze żyje w Vancouverze, o ile jednak wiem, niestety już nie. Więc nikt z młodszych Polaków takiej odznaki nosić nie ma prawa.  Może w formie pamiątkowej po ojcu lub matce, ale nie, jako odznakę członkowską. Ten, który ja noszę jest też tylko odznaką członka honorowego, nie zwyczajnego, a więc bez statutowych uprawnień należnych tylko członkom zwyczajnym, tj weteranów walk o niepodległość w latach 1938-45. Nie dotyczy żadnych wojen koreańskich, afganistańskich czy gdziekolwiek indziej. Zdecydowanie nie dotyczy żadnego stanu wojennego w latach 80. – który, mimo że był okrutny i ciężki – wojną bezwzględnie nie był, a członkowie „Solidarności’ (i ja byłem działaczem ‘S” w Warszawie) nie byli żołnierzami. Nie mają więc jakichkolwiek uprawnień moralnych bycia członkami Stowarzyszenia Kombatantów Polskich. Równie dobrze mogliby się określać tytułem Powstańców  z Powstania Styczniowego lub Listopadowego.

(0statnie zdjęcie w prawym rogu to skromny budynek nie istniejącej już organizacji British Air Force Veterans – dosłownie po drugiej stronie budynku SPK na Kingsway)

Dość charakterystyczny jest tu przykład brytyjskiego RAF (Royal Air Force). Tak się złożyło, że spora grupa byłych żołnierzy brytyjskich też po wojnie osiedliła się w Kanadzie, gdyż warunki ekonomiczne w zniszczonej wojną Anglii ( i w Europie kontynentalnej) były bardzo trudne. Było biednie, chłodno i głodno. Podstawowe produkty przemysłowe i żywnościowe były na kartki.  Jedynie USA i Kanada przeżywały ekonomiczny rozkwit. Tutaj, gdzie ani Luftwaffe ani Wermacht nie bombardowały miast i wiosek, infrastruktury przemysłowej – wojna przyniosła rozwój ekonomiczny i wzrost poziomu życia.

Otóż weterani tego brytyjskiego RAF wybudowali swój budynek dokładnie tam, gdzie nasi weterani mieli SPK  – na Kingsway, po przeciwnej stronie ulicy. Naturalnie obie grupy kombatanckie – brytyjska i polska – utrzymywały dobre i koleżeńskie kontakty. Jest też naturalne, że mieszkają w Vancouverze dzieci tych brytyjskich lotników, wnukowie i (bez cienia wątpliwości) są w Vancouverze na pewno jacyś nowi emigranci z Anglii, którzy w tych ostatnich dziesięcioleciach po wojnie zwyczajnie wyemigrowali do Vancouveru. Nikomu z nich do głowy nie przyszło, że mają jakiekolwiek uprawnienia do kontynuowania działalności organizacji weteranów RAF-u ani prezentowania się, jako członkowie koła weteranów RAF. To by było absurdalne. Więc ten budynek stoi pusty. Nie ma nawet napisu, że tu było Koło RAF.

A nasi młodsi o pokolenie ‘weterani’ SPK , którzy też urodzili się już po II wojnie światowej, bohatersko członkami SPK się mianują. Nie ma to jak pewność siebie i przekonanie o własnym heroizmie. Cóż za różnica, że wyimaginowanym? Jeszcze trochę czasu upłynie i dowiemy się, że walczyli pod Monte Casino, bronili Narwiku i przelewali krew pod Tobrukiem … .  Postanowili dziarsko po prostu zaanektować część historii Polskich Sił Zbrojnych dla siebie. Ta historia może aż tak ważna dla nich nie jest, ale wartość potencjalna małego budyneczku-ruderki w tak newralgicznym fragmencie Vancouveru, to owszem, kąsek łakomy. A przecież są organizacje świeckie, gdzie Polacy mogą się organizować, zrzeszać, spotykać. I wielu to robi i po prawej i po lewej stronie Burrard Inlet.

Potem pojechałem właśnie do miejsca właściwego i honorowego upamiętnienia polskich lotników (a więc części Polskich Sił Zbrojnych w latach 39-47): blisko Rose Gardens, na pięknym wzniesieniu stoku Stanley Parku. Pamiętam przed laty nie aż tak wielu, paradę pocztów sztandarowych kombatantów kanadyjskich, polskich[iii] i inny narodów, przelot samolotów Royal Canadian Air Force, i bodaj jeden Lancaster też koło nad Stanley Parkiem zatoczył. Byłem tam wtedy też oficjalnie reprezentując z Januszem Kowalskim i Lawrencem Waterfall vankuverski i kanadyjski oddział Komitetu Obrony Demokracji[iv].

Byłem tam ledwie kilka dni temu, przeszedłem spacerem przez te lekkie wzgórze, zatrzymałem się przy wszystkich tablicach oddających hołd ówczesnym bohaterom tych walk, najdłużej przy naszej, polskiej i skłoniłem głowę w refleksji nad ich poświęceniem i ich trudnej młodości. Zawdzięczamy im dużo.

Ale niech ta wdzięczność wobec nich nikomu nie pomyli się z jakimkolwiek zawładnięciem tej tradycji. To była tylko ich chwała i ich młodość z karabinem w ręku i życiem w plecaku. Ja, jako były działacz „Solidarności” (ani jakikolwiek inny były członek „S”) lub ponieważ jestem Polakiem do tej tradycji i tej chwały nie mam moralnego prawa. To tradycja ściśle wojskowa.

Suwerenność Polski przyszła w 1990 roku, jesienią w drodze wolnych wyborów, które wygrał Lech Wałęsa. Bez jednego wystrzału. Tak samo, jak w 1980-81,  gdy nikt z nas, działaczy i członków „Solidarności”, nie nosił karabinów na ramieniu. Byliśmy działaczami związkowymi i społecznymi – nie byliśmy żołnierzami i nie planowaliśmy akcji zbrojnych. Tak, zakończyło się to Stanem Wojennym i obozami odosobnienia dla wielu głównych przywódców Związku – nigdy jednak nie padł z naszej strony apel o akcje zbrojne, o barykady z butelkami z benzyną i dubeltówkami na sznurku na ramieniu. I całe szczęście. Bo polska krew jest za droga by ją tanio toczyć.  Więc osoby, które dziś ustawiają się w szeregu ‘bojowników o wolność i niepodległość’ niech nieco zluzują. Jeżeli byli, to byli działaczami a nie bojownikami. I bez najmniejszej wątpliwości nikt z nas nie reprezentował opcji faszystowskiej. Ideologia faszystowska była i jest koszmarem, który Polskę i świat kosztował miliony ofiar. Jest obca najszlachetniejszym i najpiękniejszym ruchom, filozofiom i prądom ludzkości.

               A co stało się w końcu z tym maleńkim znaczkiem, który do dziś czasem w klapie noszę, tej odznaki ‘członka honorowego SPK’? Nic, dostałem na tej Akademii w Londynie. Przypiął mi ten znaczek Premier Rządu RP na Uchodźstwie, pan Kazimierz Sabbat. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu podziękował mi za działalność na rzecz Skarbu Narodowego.

Tu chyba trochę wyjaśnienia, przypomnienia się należy: Rząd Polski w Londynie nie utrzymywał się z jakiś tajnych dotacji FBI czy CIA. Jedynym źródłem dochodów były dobrowolne składki polonijne na Skarb Narodowy. Po prawdzie nie były one masowe i odbywały się w głównie wśród członków SPK. Aby pamiętać, bym je regularnie opłacał poprosiłem pana Ferensowicza  (nie pamiętam dziś pierwszego imienia), który reprezentował Skarb w Albercie, o wstawienie mi legitymacji członka Skarbu Narodowego. Mała, szara legitymacja z stroniczkami, gdzie wpisywano miesięczne opłaty. Z nowej emigracji byłem bodaj jedynym, który ją miał[v]. Umożliwiało mi to pamiętanie o regularności miesięcznych opłat. W którymś roku odwiedził nas w Calgary z wizytą z ‘Polskiego Londynu’ minister, który miał tekę Skarbu Narodowego. Skromny pan, wyglądający faktycznie na urzędnika bankowego. Bardzo grzeczny i miły. Była w Domu Polskim jakąś uroczystość/bankiet z tej okazji i byli goście z Rady Miejskiej, może nawet z rządu prowincjonalnego. Był naturalnie i ten pan minister Sabbat. To był okres nim został i premierem, a potem Prezydentem RP. Działacze polonijni w Calgary bardzo bali się przedstawiać go, jako ‘ministra Skarbu Rządu Polskiego na Uchodźstwie’, bo przecież Kanada miała stosunki dyplomatyczne i uznawała rząd PRL. Będzie skandal dyplomatyczny! LOL. Starałem się wytłumaczyć, że goście kanadyjscy to radni miejscy, a ten ktoś z rządu to rząd prowincji a nie Kanady, a prowincje stosunków dyplomatycznych nie utrzymują ani z Warszawą ani z polskim ‘Londynem’. Obiecałem być ostrożny. Jednak w przemówieniu-powitaniu gości … jakoś zapomniałem (LOL) i podkreśliłem, że szczególnie serdecznie witamy specjalnego gościa z Londynu, pana Ministra legalnego rządu emigracyjnego Polski w Londynie, Kazimierza Sabbata. I tak się poznaliśmy i pan Sabbat pamiętał to świetnie po latach na spotkaniu w Londynie, kiedy był już premierem przypinał mi tą odznakę Honorowego Członka SPK. Po kilku ledwie latach, po śmierci Prezydenta Raczyńskiego został de facto ostatnim prezydentem II RP. De facto, bo de iure był Prezydent Kaczorowski, ten, który zginał w tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Ale prezydent Kaczorowski w zasadzie wykonał tylko jedną formalną funkcję Głowy Państwa: rok był 1990, Polska odzyskała pełną suwerenność i Prezydent londyński przywiózł nowemu Prezydentowi w Warszawie insygnia władzy państwowej, łącznie z oryginałem Konstytucji RP i formalnie złożył swój Urząd na ręce prezydenta nowej demokratycznej III RP, Lecha Wałęsy.

Gdy wrócił do Warszawy na zaproszenie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego by wziąć udział w tragicznym locie do Katynia/Smoleńska była to jedynie forma grzecznościowa wobec byłego już, ale i ostatniego legalnego prezydenta RP na Uchodźstwie.
Tragiczny wypadek tego lotu i autentyczna głęboka żałoba narodowa była jednocześnie możliwością pogodzenia sporu i podziału społecznego i politycznego, który kładł się głębokim cieniem na stosunkowo ciągle młodą polska demokrację. Przez krótki moment wydawało się, że tak się stanie. Niestety Jarosław Kaczyński, ten enfant terrible polskiej sceny politycznej, zrobił wszystko by do tego nie dopuścić. Twarzą dzisiejszej organizacji związkowej „Solidarność” jest niejaki Piotr Duda[vi] – postać cyniczna i ostro faszyzująca. Potępiona m.in. przez francuskie związki zawodowe za wspieranie liderki francuskiej partii faszystowskie, Marine Le Pen. Podejrzewam, że dzisiejsi ‘solidarnościowcy’ tak w Polsce, jak i w Vancouverze utożsamiają się i wiekiem i tradycją właśnie z panem Piotrem Dudą, a nie z oryginalną ‘Solidarnością’ z Porozumień Gdańskich i z Lechem Wałęsą.

Ot i cała historia pewnego małego znaczka w klapie mojej marynarki. Gdy ma się kilka dziesiątek lat na karku aktywnego życia publicznego i organizacyjnego, to takie historie bywają długie.


[i] formalnie uznaje się rok 1918 za datę międzynarodowego formalnego uznania wskrzeszenia Państwa Polskiego; w warunkach krajowych zalążki tego państwa i kilka form jego rządu istniały już wcześniej, od 1917 i można mówić o jego istnieniu na długo przed powrotem Marszałka Piłsudskiego z więzienia w twierdzy magdeburskiej w listopadzie 1918.

[ii] gen. bryg. Tadeusz Alf-Tarczyński był adiutantem Józefa Piłsudskiego i oficerem legionowym z walk na Ukrainie w latach 1918-1919; poznaliśmy się i bardzo zaprzyjaźniliśmy w Londynie 1981. Utrzymywaliśmy bliski kontakt korespondencyjny prawie do dnia jego śmierci w 1985.

[iii] wówczas była jeszcze mała grupa starszych panów i pań (PSWK – Pomocnicza Służba Woskowa Kobiet – popularnie nazywane Pestkami), którzy byli autentycznymi weteranami walk o niepodległość 1939-47.

[iv]  w 2015, w Stanley Parku, w 70-tą rocznicę zakończenia 2 wojny światowej.

[v] z mojej fali emigracyjnej inni też dawali datki, ale były one nieregularne i nie wszyscy, a legitymację miałem tylko ja

[vi] “S” wyleci z europejskiej centrali związkowej za promocję skrajnej prawicy?OKO.press – OKO.press

Chopin w Vancouverze

Chopin w Vancouverze

Od lat bardzo wielu muzyka była zawsze moją pasją. Od dzieciństwa pierwszego chyba, bo jak mogło być inaczej skoro kilkuletni brzdąc bawił się wyśmienicie pod wielkim czarnym skrzydłem koncertowego Bechsteina w naszym dużym pokoju w starej kamienicy toruńskiej? Muzyka była chlebem powszechnym w naszej rodzinie.

Od zawsze chyba. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości w 1918. Dziadek miał pierwsze warsztaty muzyczne jeszcze w Woroneżu przed pierwszą wojną. Potem otworzył je w Brześciu Litewskim, a w latach dwudziestych przeniósł do Wilna. W 1935 był głównym producentem instrumentów dla orkiestr Armii Polskiej, a wówczas orkiestry miały wszystkie półki, nie mówiąc o trębaczach i doboszach w każdym szwadronie kawalerii i batalionie piechoty.

 Z tego mojego dzieciństwa dziadziu był już schorowanym 80-letnim staruszkiem, a ciągle błagano go o strojenie pianin w Radio Polskim w Bydgoszczy, w salach koncertowych Bydgoszczy i Torunia. Brat ojca był świetnym skrzypkiem w Filharmonii Narodowej, potem w Szwecji. Ojciec miał słuch idealny i początkowo grywał w Filharmonii w Bydgoszczy, ale nie chciał się uczyć w Konserwatorium – po gehennie obozu jenieckiego w Kałudze i strasznej ucieczce z tego obozu żadne szkoły go nie interesowały: chciał się bawić i cieszyć życiem. Na końcu muzyka przegrała z innym jego talentem – sztuką wizualną.

Od dzieciństwa późniejszego, w Warszawie moje chodzenie latem na koncerty w Warszawskich Łazienkach, gdzie grały Grychtołówna, Hesse-Bukowska, Czerny-Stefańska. Więc Chopin, naturalnie. Nie mogło być inaczej. To był mój prawie kolega ze szkolnej ławy, tylko trochę taki święty, nietykalny. Mimo to uwielbiany i kochany. Nie wiem, kiedy poznałem już wszystkie jego kompozycje, ale chyba bardzo wcześnie. Trochę jednak byłem dziwakiem – bo mużyka Chopina (a z jego winy bezwzględnie – generalnie muzyka tzw. klasyczna) była dla mnie ważniejsza niż rock&roll a nawet Beatlesi! W wieku kilkunastu lat dla chłopaka, który sam muzykiem nie był i na żadnym instrumencie formalnie grać się nie uczył. OK, byłem dziwakiem, LOL. Mama zaś od tego samego mojego wieku brzdąca, rozkochała mnie w poezji. To dziwactwo też we mnie zostało dziś. I jak tu być normalnym?

Jedyne, co praktycznie dobre, a co z wiekiem przyszło – to umiejętność poznania dobrej gry i dobrej interpretacji muzyki od po prostu formalnego stukania w klawisze lub przeciągania smyczkiem po strunach skrzypiec w muzyce, a dość wybiórcze i czasami może zbyt surowe ocenianie umiejętności literackich tych, którzy za poetów i pisarzy chcą być uznawani. To temat osobny, zostawmy go na boku.

Wróćmy do Szopena  lub Chopina, lub po prostu Frycka. Jak wolicie, go nazywać. Wiem, że nie każdy aż tak był muzycznie ,maltretowany’ od dziecka, jak ja. Ale zarażony wielką atencją i szacunkiem wobec muzyki Fryderyka jest po trochu każdy Polak. Jak świat szeroki i długi, gdziekolwiek mieszkamy. Zwłaszcza właśnie, gdy mieszkamy poza Polska. Bo wtedy, bardziej może jak w Kraju – hasło ‘Chopin’ jest synonimem słowa: patriota. Jak szklanka kwaśnego mleka, jak pajda chleba razowego z masłem, pączek drożdżowy. 

Vancouver to cudowne centrum muzyczne. Uczta dla melomanów i piękne sale koncertowe. Można każdej prawie niedzieli iść i słuchać Bartoka, Mozarta, Bacha, Mahlera, Wagnera i kogokolwiek z gwiazdozbioru muzycznego nie przypomnisz sobie. Ale nie wolno zapomnieć o tym Fryderyku właśnie. Jest rzecz niezmiernie cenna i ważna, jaką tu mamy – Vancouver Chopin Society. Organizacja od tylu już lat wspomagająca i promująca nie tylko samego Chopina  (on sam da się radę obronić), ale całą plejadę pianistów z całego świata, którzy Chopina chcieliby grać na scenach Vancouveru. To bardzo ważne.  Im częściej słuchasz innych muzyków-wykonawców, tym łatwiej zaczynasz doceniać i poznawać różnice stylów, akcentów muzycznych. Atmosfery żywego koncertu. A nic tej atmosfery powtórzyć nie potrafi. Żadna płyta, żadne CD czy inna forma nagrania. Żywy koncert jest niepowtarzalny.

Vancouver Chopin Society i jego niespożyty duch Iko Bylickiego, to instytucja warta gorącego wsparcia, to klejnot społeczności polskiej tutaj. Dyrektorem Artystycznym jest jeden z najbardziej znanych i cenionych pianistów kanadyjskich – Charles Richard-Hamelin;  Sekretarzem Stowarzyszenia jest pani Teresa Bobrowska, a Prezesem czołowa postać muzycznego establishmentu w Vancouverze, Patrick May.

Oto link – zapiszcie gdzieś, zapamiętajcie. A lepiej jeszcze – wejdźcie na stronę i zapiszcie się do otrzymywanie regularnych informacji o koncertach, pianistach. Bardzo serdecznie polecam.

The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

ne me quitte pas …

ne me quitte pas …

 Ne me quitte pas,  ne me quitte pas śpiewa Simon[i]. Stara piosenka Brela otwiera świeże rany, otwiera wielkie, okrągłe oczy smutku. Nie odchodź … . Te dni okrutne, gdy odszedłeś. Jakże samolubnie ty sam, beze mnie. Dlaczego? Przecież mogłem być czulszy, słodszy, wierniejszy. Powinieneś, mimo tych wszystkich moich braków i ułomności, docenić naszą wspólną miłość, naszą a nie tylko Twoją lub moją i zabrać mnie w tą inną, nową drogę.

Tutaj, teraz bez Ciebie? Myślałem, że tu, w naszym najdłuższym pobycie i najsłodszym domu w Vancouverze znajdę smutno-sentymentalny uśmiech, odpoczynek, czas na refleksję. Początkowo nawet wydawało mi się, że tak jest. Nawet ciepło było i serdecznie na wycieczkach wspólnych z serdecznym przyjacielem. Rozmowy o życiu, o muzyce, troska o jego młodość by znalazł to, co w życiu najważniejsze, co mu nadaje sens najgłębszy. Miłość romantyczną.

Ale jestem już tylko skorupą i echem słów dawno wypowiedzianych, historii dawno przeżytych i ścieżek, gdzie trawa zarosła moje ślady. Tak, jak ślady nagich stóp moje i tego przyjaciela na piasku plaży, gdzie chodziliśmy. Zabrała je fala przypływu.

A rady? Rady dawane tym, co żyją mogą męczyć i nudzić po jakimś czasie. Nudzić adresatów. Wszak oni żyją teraz i tu, a ja mówię głosem z przeszłości.

Laisse-moi devenir

L’ombre de ton ombre

L’ombre de ta main

L’ombre de ton chie [ii]


ne me quitte pas

nie opuszczaj mnie

nie teraz jeszcze

miłość ciągle trwa

nie zostawiaj mnie

w tych lasach zieleni

szmaragdowym morzu

gdy kwitnie nasze życie

nie będę szlochać więcej

ni przeklinać dni i nocy

świeże kwiaty przyniosę

kochać będę miękcej

co jesień nam da

przyjmiemy jak dar

minut kilka jeszcze

ne me quitte pas

(B. Pacak-Gamalski, 03.05.25, New Westminster)


Mówiłeś do mnie, że ja jestem Twoim domem. Kłamałeś? To, dlaczego wyszedłeś i dom opuściłeś? Cóż dom zresztą? Deski tylko i meble. Nawet książki moje cóż? Są we mnie i tak, nowych stron już nikt nie dopisze. Obrazy? Tych kształt, odcienie i barwy też na pamięć znam. Więc, gdzie poszedłeś lekko by się razem szło, bez ciężarów, bez bagaży.

Podaj mi rękę, niech będzie jak most przez zatokę, ja po nim przejdę na Twój brzeg. Ta rzeka pod oknem moim teraz, rzeka, za którą jest nasz stary dom, jest tak szeroka, jak ta zatoka dzieląca Halifax od Dartmouth. Chcę na ten drugi brzeg do Ciebie przejść. Mówisz, tłumaczysz smutno, że tam jest pusto i nie ma nic. Nie prawda. Tam jest nasza miłość. Podaj mi dłoń i pomóż przejść na tamten brzeg i pusto nigdy już nie będzie nam. Zbudujemy tam wiszące Ogrody Semiramidy, gdzie ptaki będą śpiewać o miłości. I już nigdy nie będę sam.

Kamienne forty budowałem na dzikiej plaży nad Atlantykiem – nieme pomniki naszej miłości w Lower East Chezzetcook. Miesiącami toczyłem głazy, kamienie i kłody przez fale naniesione. Czy sztormy przetrwały? Nie wiem. Ale miłość nie może być samotna. Miłość musi mieć partnera. Więc wróć, podaj mi ramię i pozwól na Twój brzeg tutaj przejść. Ne me quitte pas.


[i] Ne Me Quitte Pas (Audio) – YouTube Music

[ii] frag. ostatniej zwrotki piosenki we francuskim oryginale

Dwa Domy

30 kwietnia, w New Westminster. Jestem za barem. Sam, ale z kufelkiem piwa ale. Dawno sam nie zaprosiłem siebie na piwko. Jedno wystarczy – i tak mam niezłe zawroty głowy po wypadku i bez pomocy piwa.  To jedno wszak smakuje wybornie, a bar praktycznie po drugiej strony ulicy. Wieczór ciepły, bywalcy chyba starsi ode mnie ode mnie próbują swoich sił przed mikrofonem. Z rezultatem podobnym do opery sprzed kilku dni: jedni świetni w country songs, drudzy głosu może nie stracili, ale muzykalność zdecydowanie, a jako że muzykalność trudno stracić, to pewnie nigdy jej jednak nie mieli. Co jest zupełnie OK – można muzykę lubić bez zdolności muzykalnych.

Ktoś gra bardzo ładnie na harmonijce, a to instrument wdzięczny, choć bardzo rzadko spotykany na koncertach muzyki poważnej. Letni wieczór w popularnym barze. Bywałem tu kilkanaście lat temu, bywam i teraz. Miło być na swoich kątach.

Rekuperacja powypadkowa nie idzie ani do przodu ani do tyłu. System zdrowotny przestał działać lub działa na zasadzie łutu szczęścia i przypadku. Trochę lepiej dla tych, którzy mają własnego lekarza domowego. Ja nie mam. Zabawne jest, że kilka tygodni temu dostałem pismo z Nowej Szkocji, że jestem teraz stałym pacjentem doktora X … rok po przeprowadzce z Nowej Szkocji nad brzeg drugiego oceanu, z drugiego końca kontynentu. Może jak wjadę do Polski za rok-dwa, to dostane pismo, że mam stałego lekarza w Vancouverze. Wizyty będą darmowe, ale dojazdy koszmarnie drogie, LOL.

          Ale mimo wszystko to autentycznie piękny kraj. Kocham jego oszałamiającą naturę i jego etnicznych wachlarz z całego globu. Spacery ulicą są spacerami, jak w galerii kolorów, odcieni, akcentów. I mimo zadrażnień, ta mozaika pracuje, funkcjonuje zgodnie i pogodnie.

W zasadzie mógłbym bez problemu mieszkać w jakimkolwiek kraju, gdzie panuje demokracja (to warunek sine qua non), ale Domy mam tylko dwa: Kanadę i Polskę. Przyznaje, że bardzo różne, ale to już efekty historii. Oba są piękne na swój specyficzny sposób.

Często wszak zapominamy jak bardzo Polska i Kanada są inne niż były w swoich dawnych wcieleniach. Historia – dłuższa o setki lat w przypadku Polski – bardzo ich oryginalny kształt demograficzny zmieniła. Jeszcze ciekawszy jest fakt, że w kompletnie odwrotnych kierunkach.

To Kanada w początkowym kształcie etniczno-językowym była prawie jednorodna: anglo-szkockim w jednej połowie i francuskim w drugiej. De iure oficjalnie tak zostało do dziś, co potwierdza zapis konstytucyjny – de facto jest to jednak bardzo ciekawa językowa wieża Babel.

Rzeczypospolita od późnych Piastów była przynajmniej trójjęzyczna. Dziś (naturalnie generalizuję, bo jest kwestia Kaszubów i Ślązaków ale i te mniejszości językowe na co dzień dość powszechnie używają języka polskiego)  jest zdecydowanie językowo jednolita. Co raz trudniej spotkać nawet tak miłe dla ucha dźwięczne akcenty i gwary regionalne.

Gdzie jesteś Itako?

Jaki masz kształt portu

i skały przybrzeżnej?

Wskaż kurs moim ptakom.

Znużony jestem już

cudami światów, hen.

Gwiazdami nad żaglem

i hukiem morskich burz.

Żagiel chcę swój zwinąć

i rzucić kotwicę.

Iona Island by the airport, sea and the Watchman of the Black Order

Iona Island by the airport, sea and the Watchman of the Black Order

I used to see it from the other shore, from the hidden and secretive trails at the bottom of Marine Drive or from the top, from the air, when flying anywhere from Vancouver Airport. I am not even sure if I truly went there physically for a walk. If I did it was really many, many years ago, maybe in 1990ties? Because everywhere you look from Iona jetty you see familiar and dear shapes of shoreline and sea – it feels that you were. But did you?

At least last Tuesday was memorable and I will remember this time. Sun was gorgeous, sand soft, almost muddy, the shapes of fallen white huge trees, their trunks and strange crowns of roots brought by an ocean from forests far away, the piercing sunrays from blue skies – all created eerie atmosphere of Cocteau theater stage or Hasior’s artistic installations.

Younger friend bringing the whiff of youthful air and contemporary world and a Black Watchman of yesteryear. Of an ancient Black Order.

Theatrical? But of course! It truly was a massive stage, with huge steel pterodactyls flying from the airport right there above our heads.


Links:

https://en.wikipedia.org/wiki/Jean_Cocteau

https://culture.pl/en/artist/wladyslaw-hasior

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

I have few passions in my life. No, I will not write fifty pages blog post, don’t panic, LOL. But generally speaking I wear my emotions on my sleeve and if I like something and enjoy it – I usually use terms ‘I loved it’ instead of ‘I liked it’. Be it a dance, or a kiss, a poem or an operatic aria. Yet, also a … long walk on a beach, in the forest, through bustling streets of big cities.

I do the walks much more often the operas – it is much more affordable. The trails and streets do not need to be re-done completely with new sidewalks, shops, and cafes.  In opera – they do. A piano concert very often does not need even an orchestra – just one instrument and one player. In an opera, whoa! A lot: en entire orchestra, most of the time a choir, many actors-singers, and sometime even ballet parts; new set for the stage. None of it comes cheap. So, you pay for the tickets.

But I go to operas much less than to other musical events. There is also a much larger chance that it might be disappointing. Not because a composer was bad, but it could (and often is) that the singers are very un-even in their talent and ability. It could drive you crazy listening to beautiful aria being murdered- I prefer when the dying are the operatic characters, not the delivery of a song LOL.

In the past two days I did both – long walks and an opera. It started with a long and tiring walk in Downtown Vancouver. I enjoyed it – but still suffering (when will it end, brrrr?) from an bad accident a month ago, it was a challenge. By the time I got the Queen Elizabeth Theater[i] I was already a bit exhausted, especially if you add to it a visit to the Holy Rosary Cathedral for a beautiful Latin Mass for late Pope Francis. It wasn’t the Old Rite Latin Mass, just the language of the Liturgy and songs by the choir were in Latin. I thought very appropriately. The pews were full.

From there, a walk to the theater. And my seat was in the second last row of the balcony. I almost compared it to the religious experience from the church and thought of (how inappropriately, LOL!) – Calvary. I sat on the, edge (for that I’m grateful), right by the stairs. Never noticed that the seats are so small and leg space is almost non-existent! I’m sure my neighbor didn’t appreciated my constant attempts to shift my body and relive my screaming left leg.

Madama Butterfly offers one of the most enduring and sad arias for soprano sung by the greatest: Montserat Caballe[ii], Maria Callas and many other great divas. I must say truly that the soprano at this performance was superb. Yasko Sato was extraordinary in her rendition of both the joy (first part) and incomprehensible sadness in the second part of the opera. Actually, the entire ensemble was very good … except the tenor singing the part of Butterfly husband – Pinkerton. Sad. Why doesn’t he seek engagement in the choir perhaps, or some local pubs offering pop songs for jolly clientele? Just about every other male voice in that ensemble was better than his. Ej wej… I will not mention his name. No need. Orchestra performed very well, thank you Maestro Lacombe.

Very poignant and interesting change was the historical setting of the opera – the director moved it to Nagasaki in … 1945. I thought that it has added some deeper sense of tragedy to the story.

               Alas, the next day came. The other passion, emotions: the walks. And what could be better on a nice walk if not the company of dear friend? Nothing, indeed. Wawa and I went to very dear for me paths of Crescent Beach in South Surrey[iii].  So many dear memories: with John, with my Mom, who loved it here, with my Damian. The days I was truly happy.  Not much has changed there, thanks heavens. As they say: if it ain’t broken – don’t fix it. Although the local business owners (same business, as in my times) were telling us with horror of some plans by local city politicians of idiotic plans for new parking restrictions. That might kill these businesses right out.

I even took my socks off and it was such a wonderful sensation to feel the rocks under my soles, the broken shells, and water! You have no idea how beautiful sensation it gives you, unless like me you were denied that for long weeks now because of the accident. I felt as free as being on Wreck Beach almost, LOL[iv]. Simply by … removing socks, ha ha ha.

Wawa, that old soul wonderful guy, was a company par excellence. There was not a single word uttered, that was forced, or unnecessary; likewise there was not a single moment of silence that felt uncomfortable. Yet, a lot of words were said and there were moments of silence.

We looked at Point Roberts, at Tsawwassen and its Centennial Beach. I was telling him what it was then; he told me what has changed.

What has changed? I don’t know. The colour of your dress, of his pants, oh her hair, of their car? Maybe. But if they were your friends – nothing really changed. They didn’t, you didn’t, and we stayed true to ourselves. Remember – that’s what made us friends at the beginning.

Yeah – it was a nice walk. Earlier, before Crescent Beach, I went for breakfast to Wawa’s magic house – all the overgrown greenery, the abundance of spring lowers, petals on the trail, on the porch, the friendly parrot. Later to peaceful Ocean View Cemetery in Sapperton and there rows upon rows of flowering cherry trees. His friend was just waking her lovely and friendly blind dog there. We had nice chat.

Yeah – it was a nice walk with a friend.


[i] Queen Elizabeth Theatre – Vancouver Civic Theatres – Vancouver Civic Theatres

[ii] Madama Butterfly (1995 Remastered Version): Un bel dì vedremo (Act II) – YouTube Music

[iii] Crescent Beach | City of Surrey

[iv] Wreck Beach is a famous Vancouver’s nudist beach

Krople słów

Krople słów

Perhaps two words in English first: I just noticed myself that my post recently are all (or predominantly) in Polish. Have no idea why. Usually I use Polish when the subject matter is specifically about Poland or Polish people. The truth is I really don’t make a conscious choice about the language I’m using – when I think about it in Polish – I write in Polish; when I think about the subject in English, I write in English. So I have I become more Polish than Canadian suddenly, LOL? I don’t think it is possible. Maybe because of my recent accident I have become by necessity bound to the space of my apartment and most things in it are ‘Polish’: books on shelfs, paintings and photographs on the wall? For some reasons I was also listening to old Polish pop music from the (sic!). Does it mean that when I will go to Poland most of my sentimental stuff of walls and shelfs will be Canadian-English? Perhaps. After all- Canadian English was my language for a big majority of my life, entire adulthood.

But, be it what it is – next post is in Polish, too. For no other reasons but the fact that I thought of it in … Polish, LOL.

Gdy wstajesz tuż przed świtem, świat ledwie budzący się z tobą jest inny. Mów językiem poezji, zapomina o potocznym języku świata praktycznego. Wychodzisz na balkon i gapisz się w ten półsenny budzący się świat. Moment krótki to trwa tylko, ale w tym momencie gadasz, jak ten półsenny wróżbita jakieś wiersze pozbawione formy lub tą formę odrzuciwszy kompletnie. No, bo w takim świecie akcenty, sylaby, podział wersyfikacyjny – jest kompletnie bezużyteczny, nie pasuje w tym świecie półsennym. Świecie przed pierwszą ranną kawą.

Przedświt

Słowa, słowa, słowa;

zdania, jak pytania

kryją się za oknem

w mokrej deszczu mgle.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

szukam odpowiedzi na nie.

Znależć chcę te zdanie,

co odpowie na pytanie,

którego nie znam ciągle.

Tylko deszcze, tylko mgły.

słowa, jak ptaki wirujące

w tunelach strumieni kropli

wody, kropli słów niepewnych

świata, siebie wystraszonych.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

stoję w oknie mokrym

za firanką mgły, zapłakaną

szybą słów szukających domu.

Słowa bezdomne,

domy milczące,

deszcze zapłakane.

A ja jestem jeszcze

w drodze na łąki,

brzegiem biegu rzek

i ścieżkami strumieni.

Jeszcze tańczę wokół dębu,

jak kapłan Peruna,

jak wróżbita z Wolina

w świątyni Światowida.

Jestem jeszcze.

Jeszcze, jeszcze.

/B. Pacak-Gamalski, 26.04.25/