Wzgórze Kapitolińskie (Capitol Hill) w Burnaby

Wzgórze Kapitolińskie (Capitol Hill) w Burnaby

W lutym tego roku zacząłem zapiski z powrotów do miejsc jednych z najbliższych mojemu sercu. Na miesiąc zanim wróciłem tu na stałe (naturalnie z caveatem, że nic w moim życiu nie jest stałe).

Dopiero teraz jednak, blisko trzy miesiące później, odważyłem się pojechać na moją starą, oryginalną i pierwszą ulicę w Północnym Burnaby, na ulicę Howard na Wzgórzu Kapitolińskim[i]. Do naszego faktycznie pierwszego samodzielnego i własnego mieszkania. Naszego: mojego i Johna. Rok był 1994. Przedtem mieszkaliśmy na ranczu z rodzicami Johna w okolicach Bragg Creek w Albercie, potem krótko wynajmowaliśmy mieszkanko w domu mojego serdecznego przyjaciela w Calgary.

Te w Burnaby, było pierwszym naszym kompletnie własnym. Był to też chyba najcudowniejszy i najszczęśliwszy okres naszego związku. Byliśmy ciągle bardzo młodzi, on prawie chłopiec jeszcze przed trzydziestką.  Tutaj, w tym budynku na Howard dostaliśmy już w pierwszych dniach od mojej kuzynki nasze kochane dzieciątko – maleńkiego czarnego kotka, którego nazwaliśmy Babu. Był z nami przez wszystkie nasze zmiany adresów: od Guildford, po ostatnie w Surrey Central. Przeżył bardzo długie życie – blisko 20 lat. Pożegnaliśmy go cztery lata przed wyjazdem do Nowej Szkocji.

Muszę tam wrócić w tych dniach na spacer dłuższy. Pójść spod tego ,naszego domu’, tak jak chodziłem setki chyba razy, w górę do Scenic Park skąd rozciąga się ładny widok na Burrard Inlet, zejść znajomą ścieżką do maleńkiej dzikiej plaży, potem szlakiem już bitym do Parku Konfederacji. Dawniej, w tym parku, prawie zawsze była grupa Włochów grających z uporem w bocci[ii]. Dużą przyjemność i zaskoczenie sprawiła mi stara piekarenka chińska, do której regularnie ‘wyskakiwałem’ po chleb i bułki. Jest dalej – ma ciągle wspaniałe chlebki, Stones z rodzynkami, z żurawinami i z jagodami. Co najważniejsze – to są scones[iii] a nie ciastka, więc nie są wysmarowanie jakimś lukrem cukrowym, co zdarza się dziś w wielu sklepach i piekarniach, niestety. Kompletnym zaskoczeniem były ceny … zaskoczeniem miałem, bo miałem wrażenie, że te ceny też były z lat 90tych ubiegłego wieku. Poważnie. Naturalnie wypełniłem wypiekami cały swój plecak, LOL.  Pod koniec naszego tam mieszkania dojechała do nas moja mama i mieszkała z nami. Było to już tylko mniej niż rok zanim przeprowadziliśmy się do Guildford. Mama zapisała się do dużej starej szkoły podstawowej obok i tam chodziła wieczorami na lekcje angielskiego dla dorosłych.

Sama ulica Hasting prowadzi w dół aż do samego centrum Vancouveru. Lubiłem jeździć spod domu trolejbusem #10 do Vancouveru.

Nie miałem już czasu pójść nieco w dół i połazić właśnie po tej Hastings, może aż do Drogi Boundary oddzielającej Burnaby od ścisłego Vancouveru. Więc do zobaczenia, Wzgórzu Kapitolińskie.

Zanim dojechałem do początku ulicy Hasting i Wzgórza Kapitolińskiego to była długa trasa przez całą Burnaby Mountain i wizyta na jej szczycie – Uniwersytetu Simon Fraser. Dojechać bez samochodu z New Westminster to niezła wyprawa. Ale z kijkiem w ręce wszystko można zrobić. Będę musiał tam zorganizować spotkanie z dwoma pisarzami – Tomaszem Michalakiem, którego pierwszy wiersz publikowałem bodaj w drugim numerze redagowanego przeze mnie wtedy rocznika Rocznik Twórczości Artystycznej “Strumień” oraz z kanadyjskim pisarzem Aminem Ghaziani, autorem bardzo ciekawej książki „Long Live Queer Nightlife”[iv]. Obaj panowie wykładają właśnie na Simon Fraser University.

Więc z tej wizyty na szczytach Burnaby Mountain, zwłaszcza z architektonicznie bardzo ciekawego zaprojektowania budynków i przestrzeni uwzględniającej położenie uniwersytetu – galerię zdjęć też pokaże. Kto jeszcze nie był – zachęcam do pojechania i spaceru. Dostać się można i od strony Downtown Vancouver przez North Burnaby (autobusem R-5) i od strony New Westminster – co ja zrobiłem. To drugie nieco skomplikowane, bo najpierw kolejką przez Lougheed Town Centre do końca, czyli do stacji Production Line i dalej do SFU przez piękną trasę zalesionych stoków góry autobusem #145 do centrum kampusu uniwersyteckiego.

Więc z tego ciekawego architektonicznie i krajobrazowo kampusu galeria zdjęć poniżej.


[i] Capitol Hill w North Burnaby

[ii] rodzaj gry z metalowymi kulami, rzuca się je tak, by wybić z centrum przeciwnika i ustawić w tym centrum własną kulę; emigranci włoscy stanowili się w w Okolicach Wzgórza Kapilońskiego kiedyś większość i stąd okoliczne nazwy są z nimi związane.

[iii] rodzaj prostej bułeczki na śniadanie, lekko słodkiej i robionej na ogół z użyciem sody do pieczenia, nigdy drożdży. Popularne bardzo sę te nie owocowe, a z ostrym żółtym serem.

[iv] A. Ghaziani; „Long Live Queer Nightlife”, wyd. Princeton University Press; 2024; s.270


When Drag Queens Celebrate – they do so in style

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

Few days ago in an old mining town of Squamish was a very unusual concert/happening. On the 14 of June Entire group of drag queens descended on that little town. Pandemonium! Out of all the places they choose … an abandoned, old ore mine that used to be the back bone of the community way back when. And it was glorious idea – spooky, very acoustic, with entire walls, where the ore was actually excavated, surrounded us on all sites. I am talking few stores high above the gathering platform for guests and artists. Strategically placed lights shown the intricate colours of the rocks – from most abundant copper, to nickel and even gold. As years gone by, resources dwindled and the mine was closed. Most of you know the town by the characteristic vertical massive mountain-rock used by hiking adeventure-seekers. Most would pass the the town on the way to Whistler. I used to do some hiking in this neighborhood toward the mouth of How Sound.

Definitely I was not wearing high heels during these hikes, LOL. Would have fort hat concert – but my injured leg would not allow me. Found a fun way to stress the drag tradition, LOL. Nothing like an old red Chinese woman dress. I am sure I will find some use for it later, too.

Here is some pictures and some short videos from my YouTube channel.

Bear Creek Park w Surrey

Bear Creek Park w Surrey

Wśród licznych i słynnych parków miejskich w Wielkim Vancouverze niezbyt często słychać tą nazwę: Park Niedźwiedziego Potoku. W broszurach turystycznych znajdziecie informacje oczywiście o Stanley Park, o Parku Królowej Elżbiety, o Ogrodach Van Dusen. A Bear Creek Park w Centrum Surrey jest warty każdej minuty tam spędzonej – dla spacerowiczów, dla sportowców, dla amatorów sztuki.

Dla mnie ma też bardzo silny wymiar emocjonalny związany z masą wspomnień i wizyt tam od wielu, wielu lat.

Among many world-famous parks in Greater Vancouver you might not find mentions of Bear Creek Park. More than likely you will hear of Stanley Park, Van Dusen Gardens, Queen Elizabeth Park, perhaps Central Park in Burnaby. The truth is that located near Downtown Surrey, Bear Creek Park has a lot to offer. It is an amazing conglomerate of long trails, has a big Art Centre, large outdoor stadium, even swimming pool. Don’t forget lovely and magical little train for young passengers! For myself? A huge bag of sweet memories of many visits by myself and with people very close to my heart.

I fioletowa jacaranda. Strojna, jak Pani Pompadour, jak księżniczka hinduska na dworze maharadży. Jacaranda, która zapachniała po raz pierwszy dla mnie ponad pół wieku temu w pięknym eseju Pablo Nerudy. Iwaszkiewicz bardzo pięknie ten esej przetłumaczył w jednym z wydań miesięcznika “Poezji”. Były to lata 70te ubiegłego stulecia, miałem chyba 16 lat? Zapachniała mi wtedy słodko, odurzająco. Tak, jak teraz ta jaccaranda w Surrey, w Parku Niedźwiedziowego Strumienia. Jest ta sama, w tym samym miejscu, gdzie odwiedzałem ją 15-20 lat temu. Przychodziłem sam, z mamą, z Damiankiem, z Johnem. Łaziliśmy tu w dni letnie, wiosenne, czasem przyjeżdżałem rowerem. I zawsze ja witałem, jako dobrą znajomą. Kochankę Nerudy? Może moją?

W lokalnym Centrum Sztuki i teatrze organizowałem z Krystyną Połubińska i naszym ‘Pegazem’ wystawy lokalnej sztuki polskich artystów, koncerty muzyki.

Słyszę śmiech mamy i Damianka, gdy żartowali ze mnie. I ja śmiałem się z nimi serdecznie, bo gniewać się na nich nie potrafiłem. Miło jest wrócić do miejsc, w których kiedyś byłem. Ale to smutny uśmiech. Po prawdzie nie jestem pewny, że tu jestem teraz. Może i ja tamten już nie istnieję? Może jestem tylko jego cieniem, niewyraźnym odbiciem w wodzie. Mój świat jakby został zamknięty przez Czarodzieja Czasu w szklanej kuli. Ludzie podchodzą i oglądają. Napis objaśniający przed kulą zaczyna się od słów: ‘Był tu kiedyś …’. Był. Kiedyś.

A jacaranda kiwa gałązkami, jak głową. Mówi: Nie prawda. Ja cię poznałam i od razu zawołałam: jesteś tu, dawno cię nie widziałam. Dobrze, że wróciłeś. Idź w swoje ścieżki, w knieje. Jeżyny w tym roku obrodziły.

To poszedłem i pełne garście czerwonych i żółtych połykałem i tym śmiesznym zajęciem poczułem się u siebie.

Part II of things lost, but found later

Part II of things lost, but found later

My previous post In Polish dealt with my panic, after I realized that I have lost two days. Can you imagine the truly cosmic consequences for the future if two days were really lost?! Entire galaxies might have never been formed, civilizations not born.

But that was not as tragic (or comic) the other day, when I realized I have lost a poem. My own, and one I was certain I have written. I have checked all my notebooks – there is unfortunately a big array of them lying on the tables, on bookshelves, in drawers. Hardly ever my poems are being written originally on a computer or typewriter (yes, I am old and used to have and used typewriters, the first one was not even electric, LOL). But the poem was nowhere to be found.

I was certain that I wrote it yesterday while being on a rocky beach in South Surrey. It was low tide in the massive Mud Bay. That water retreated quite a bit and exposed very shallow patches full of little life creatures in it, as in any healthy sea.

I was sitting there sun tanning and observing absolutely crazy dance-ritual of eagles helping themselves to this amazing sea buffet. That observation led me to writing right there a poem about the eagles, therefore it means that I had with me one of my notebooks. Another peculiarity of mine is always adding a date of my writing. The date connects it to indexing it, but – for myself anyway – opens an emotional connection within me with particular time of my life, particular place. Hence, when I rummaged through my notebooks I didn’t bother reading the text; instead I simply quickly glanced for the date ‘June 08, 2025’. And there wasn’t anything with that date in recent entries. Zilch, zero. The last entry in a notebook I suspect the most, had a date ‘June 08, 2024’.  Yes, it even mentioned the place ‘Crescent Beach’. You would think I would realize that obvious mistake, since in 2024 I couldn’t have possibly be on Crescent Beach in Britsh Columbia. In June 2024 I was still in Halifax in Nova Scotia! Right? No, wrong! You see, there is one of the most beautiful beaches in Canada only an hour drive from Halifax toward Sambro. It is without a doubt a gem of unparallel beauty, a marvel.  It is called … Crystal Crescent Beach, LOL. I have simply not registered one world ‘Crystal’ and it created the entire confusion.  In exasperation I was left with no choice but to read the actual text under the date. Yes, it was my poem about the eagles from Crescent Beach in South Surrey.  For some reasons, when I was writing down the date, I wrote 2024 instead 2025.

A partial return to sanity was possible. And a poem was found, as you can see below.

Eagle’s joy

The eagles are dancing,

they are dancing with joy,

with abundance of life.

Shallow waters before the tide,

brings Pandora’s box of snacks:

morsels worth the king tables;

the powerful emperors of skies.

Dance! I won’t disturb your joy,

I’m just a scribe to chronicle

your royal entourage, vivante royal,

above us, mere earthlings and scribes.

What do you see, when you look down

per chance at us, o Mighty Skywalker?

Eagles thought for a moment and answered:

We see you all like silvery fish thrown by wave

on the rocky beach. Your pink skin blinking

as a stardust, your eyes wide open and gills

quivering rapidly like leaves in the wind.

Trying to live a day longer, perhaps a season.

Having received their answer, I gathered

my belongings from the beach: folding chair,

towel, sunscreen, my notebook and sunglasses.

With my backpack full, I began heading home.

Two young naked boys under blue umbrella

were just finishing their picnic. Like a scene

from summery watercolour in a tiny gallery

somewhere in Dover on an English Channel.

Maybe it was Hastings, or Brighton, who knows?

The boys waved to me (from the watercolour?)

and yelled: finished already? Stay! It’s still early.

I laughed at them: No, darlings, I’m done.

But you are not. Enjoy and savor every second of it

A pair of eagles circled above my head approvingly.

Przerywnik epistemologiczny

Przerywnik epistemologiczny

Człowiek gubi rzeczy, ludzi, swoją przeszłość. Ot, taki roztargnieniec. 27 maja spisałem kilka słów w jednym z moich licznych notesów. Następne dni działo się wiele rzeczy ważnych i o tej zapisce zapomniałem.  A ‘do szuflady’ tylko pisać nie mam zwyczaju.  Inna sprawa, że mam tych notesów, zeszytów zbyt wiele i trudno spamiętać, który wczoraj do plecaka wrzuciłem. Jak napisałem – roztargnieniec, roztrzepaniec. 

By zabawniejsze było, ten zapis zagubiony  był o … zgubionych dwóch dniach, LOL. A poprzedzał go wpis interesująco pozytywny z 30 kwietnia. Naturalnie pozytywny, bo pisany przy kufelku piwa w sąsiedzkim barze obok domu. W konkluzji tego wpisu pozytywnego z końca kwietnia też błąd zrobiłem, ale był to już błąd czysto emocjonalny. Pisałem o dwóch krajach: Kanadzie i Polsce i wyrażałem moje serdeczne do nich przywiązanie i ich uznanie, jako przykłady dobrych krajów.

Kilka dni później były w Polsce wybory prezydenckie. Z masy kandydatów Polacy wybrali na prezydenta idiotę (to się zdarza) i sutenera (to już nie). Po blisko pół wieku niemieszkania w Polsce na stałe, obliczenia i wyobrażenia o niej rozminęły się z rzeczywistością. Przez ponad tysiąc lat Polska miała wielu króli, władców i prezydentów. Niektórzy może najmądrzejsi nie byli – ale naganiaczem dziwek do tej pory żaden. Do tej pory.

O, pewny jestem i to naturalne, że zawód sutenera miał się w Polsce tak dobrze, jak w we wszystkich chyba krajach. Ale wybrać jednego na prezydenta?  To chyba jednak ewenement. To, dlaczego jedną z jego pracownic nie zrobić, bo ja wiem? Marszałkinią Sejmu? Premierową? Ruch będzie w interesie.

Tym sposobem mój obraz starej ojczyzny i jej mieszkańców uległ poważnym zmianom.  Teraz Sąd Najwyższy ma badać sprawę, bo ponoć doszło do poważnych oszustw w liczeniu głosów. W jaki sposób przy niezależnych Komisjach Wyborczych?  Ale wszystko, jak wiemy, jest możliwe. Zwłaszcza w sprawach niemożliwych.

 Koniec wstępu – wracamy do moich zgubionych zapisków.

               3o kwietnia, 2025

Za barem. Sam z kufelkiem ciemnego ale. Dawno sam nie zaprosiłem siebie na piwko. Jedno wystarczy – i tak mam silne zawroty głowy po wypadku i bez piwa. Wszak to jedno smakuje bardzo, a z baru mam ledwie tyko przejść przez ulicę i jestem pod domem.

Wieczór ciepły. Bywalcy starsi ode mnie próbują swoich sił przy mikrofonie. Z rezultatem podobnym do opery, na jakiej byłem kilka dni temu: jedni świetni, inni zdecydowanie nie, LOL. Ale z zapałem.  Ktoś gra bardzo ładnie na harmonijce. Letni wieczór w popularnym barze. Bywałem tu kilkanaście lat temu, to bywam i teraz.

Rekuperacja po-wypadkowa nie idzie ani do przodu, ani do tyłu. System przestał działać, lub działa na zasadzie przypadku.  Naturalnie ci, którzy mają własnego lekarza domowego są w nieco lepszej sytuacji. Ja nie mam. Zabawne jest , że kilka tygodni temu dostałem pismo z Nowej Szkocji, że zostałem stałym pacjentem lekarza X … rok po mojej wyprowadzce z Nowej Szkocji nad brzeg drugiego oceanu. Może, kak wyjadę do Polski za rok-dwa, to dostanę pismo, że mam stałego lekarza w Vancouverze?

Mimo wszystko to jest piękny kraj. Kocham jego oszałamiającą naturę i jego etniczny wachlarz z całego globu. Mimo zadrażnień, ta mozaika pracuje zgodnie i pogodnie.

W zasadzie mógłbym mieszkać w jakimkolwiek kraju, gdzie panuje demokracja, ale Domy mam tylko dwa: Kanadę i Polskę. Przyznaję, że bardzo różne. To już jednak efekt ich bardzo różnej historii.  Oba są piękne na swój specyficzny sposób.

               27 maja, 2025

Zgubiłem dwa dni. Drobiazg, tylko dwa. Prawda? Taki Przerywnik Epistemologiczny, ale irytujący.  No, bo  czy mam się cofnąć w czasie, czy przeskoczyć czas o czterdzieści osiem godzin? Początkowo się tym nie przejmowałem zbyt: dwa dni! Co to jest dwa dni w miliardach niezliczonych dni Wszechświata?!

Teraz wpadłem jednak w panikę:  całe dwa dni! Jeśli to były właśnie te dwa, w których w odległych galaktykach miała się narodzić nowa supergwiazda dająca początek nowych planet, nowych cywilizacji szczęścia i spokoju?

I teraz, co? Już nigdy? Wpadłem w przerażenie. Pobiegłem do Antykwariatu Rzeczy Zagubionych prowadzonego przez dwóch Siwych Mędrców.

Zacni panowie, ratujcie!

krzyknąłem. I dalej tłumaczę:

Przez zamęt, nieuwagę, roztargnienie własne spowodowałem powstanie Przerywnika Epistemologicznego. To może grozić katastrofą kosmiczną, co robić? Zniszczyłem nieistniejące jeszcze cywilizacje Edenu.

Starzy Mędrcy cicho się naradzili i przynieśli dwie wielkie Księgi Inwentaryzacyjne. Przeglądali strony, szeptali między sobą, a w końcu uśmiechnęli się do mnie:

Proszę się nie martwić. Nie spowodował pan żadnej tragedii, bo zapis i opis wiedzy trwa nieustannie od początków świata. Zaś proces, który trwa nieustannie z natury swej nie może mieć przerwy, pauzy. Pańskie roztargnienie, jakkolwiek nieprzystojące mężczyźnie w dojrzałym wieku, nie ma jakichkolwiek przymiotów tragiczności ani metafizycznej straty.

Powróciłem do domu uspokojony,  sprawdziłem przez okno, że gwiazdy odległe dalej świecą i położyłem się spać. I nagle, trach! Budzę się z przerażeniem: a cóż, jeśli ci Mędrcy są z Czasu już po powstaniu tego Przerywnika i pojęcia nie mają, że był przedtem Czas inny, czas, gdy trwały i żyły w nas marzenia o Edenie i raju szczęśliwości?

Pot zimny mnie oblał. A może zwyczajnie oszalałem? Ostatecznie, to naprawdę tylko dwa dni głupie. Jak rano wstanę to poszperam w kieszeniach i szufladach. Gdzieś pewnie leżą, no bo jak można być aż tak roztargnionym żeby całe nowiutkie, nie używane dni zgubić?

I to tyle na teraz. Ale ostrzegam – nie gwarantuję, że ich gdzieś nie zgubiłem, więc na spacerach patrzcie pod nogi – a nuż leżą sobie na chodniku dwa nowiutkie, niestargane dni. Mogą się przydać.

Mikhail Voskresensky – concert in Vancouver

Mikhail Voskresensky – concert in Vancouver

Mikhail Voskrsensky played on May 30th at the Christ Church Cathedral in Vancouver. The venerable venue has seen many wonderful concerts and pianists over the years from all over the globe.

I have seen and listen myself to quite a few there. That was a particularly important one. Voskresensky is a pianist and musical pedagogue of particular pedigree – form the old and venerable shelf of top Russian musical tradition and school of playing. That school and tradition brought an amazing array of composers and performers that graced the world stages in the past two hundred years. The Tsars are gone, the Bolsheviks are gone – but the music survived, did not perished.

Voskresensky himself was a guardian of that tradition for many years, being not only a graduate of Moscow’s Conservatory but, at the end, a Chair of the Piano department there, himself being a student of no one other that Lev Oborin – Laureate of the very first International Piano Chopin Competition in Warsaw, Poland – undisputable top piano competition in the world. That school of playing is characterized by soft and very melodic flow of notes. Could I say: romantic, Slavic, like the blades of grass on Ukrainian steppes … .  But don’t be surprised if you hear a thunder from the distance.

That past and a bit of history is important because of a very poignant present circumstances of the pianist. After the Russian invasion of Ukraine, Voskresensky decided to flee Russia, his homeland. To flee as form of protest against the brutality of this war and of Russia being the aggressor. Knowing that Putin’s Russia very much resembles Stalin’s way of strict control and protests against the government are met with harsh penalties.

Iko Bylicki z autorem

               And now he is here, playing in Vancouver. Vancouver Chopin Society, by the gracious actions of their main architects, Iko Bylicki and Patrick May gave me the privilege to enter the empty nave of the Cathedral and listen to Voskresenski’s rehearsal, take pictures as many as I want. Of course – thank you gentlemen.

The sounds and the bars, nothing else, not even using the pedals of the piano. Pure music dictated by the natural length of the sound and controlled by pressing another key. Right away I am taken by immense attachment to the musicality by stressing the melody of the phrases.

Naturally, it is only rehearsal, warming up. An attempt to get to know the particular instrument (and it is my personal favored – the beautiful Steinway). it’s acoustics, and finally the warming up and physical exercise of your fingers – they will do a lot of heavy lifting later. I am always admiring the physical strength of pianists and feel sorry for their swollen finger joints after a concert …

The moment comes that Voskresenski leaves the piano and disappears before the formal concert.. The main doors are opened and the seats are slowly filling up. But I already know that they are for a very pleasurable evening.  Not a show, not only bravado and lot’s of musical delights and deserts. What awaits them is candlelight supper rejoicing in the love of music.. That love will hopefully conquer us all, who came to listen to it.

There was one change of program (I hate when it happens, but it is not that unusual, sadly) – originally there were two Poems of Scriabin, at the lat moment it changed to much better known Tchaikovsky.

I was looking very much so to Edward Grieg. When I think of musical Scandinavia it is always either Grieg or Finland’s sweet Sibelius.

/last picture shows two main culprits of the event (and many more musical happenings in Vancouver): Iko Bylicki and Patric May/

The glory of dawns

The glory of dawns

Going out at night, with the camera in hand, is easy and very alluring. Who can resist looking at the clear night sky and hunting the Moon, the glorious stars and and their constellations? It is a natural urge to gaze and dream, to take pictures of it.

But try to reverse the the order and you will be rewarded equally. You might not be able to see with naked eye into the depths of far away reaches – but our own cosmic neighborhood offers amazing images. Id the sky is clear – it is dominated with our own star, the Sun.

And so it was at dawn today, close to 5 AM. It lasts only minutes, but the minutes are priceless. Full glory and power of a day waking up.

Muzyczne legendy

Muzyczne legendy

Pamięta jeszcze wielu czasy gigantów klawiatur fortepianowych Artura Rubinsteina i Vladimira Horowitza[i]. Ich niewypowiedzianą, niepotwierdzaną wojnę o palmę pierwszeństwa – zwłaszcza w interpretacji kompozycji Chopina. Sami w sobie byli żywymi legendami muzyki, co wiązało się też z długowiecznością obu pianistów. Zmieniały się generacje słuchaczy, bywalców scen koncertowych – nie zmieniali się tylko ci wielcy pianiści. Horowitz i Rubinstein przetrwali swoją własną publiczność. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość dwa te nazwiska towarzyszyły mojej edukacji muzycznej.  Nawet podsłuchiwane rozmowy starszych w domu, gdzie były jakby częścią rodzinnego leksykonu. Jakichś dwóch odległych wujków z bardzo daleka i bardzo dawna. Lub sąsiadów ciotek i babć z dawnych czasów. Niewątpliwie wzmacniane ad nausea powtarzana anegdotką, jak to brat mojego taty, mój ojciec chrzestny, oglądał i dotykał brylantowe guziki na kamizelce od fraka Rubinsteina w czasie jego koncertu w Filharmonii Warszawskiej. Wuj wówczas grał na skrzypcach w tej Filharmonii i Rubinstein miał się ze śmiechem chwalić tą ekstrawagancją światowej sławy pianisty i pokazywał kamizelkę kolega muzykom.  Naturalnie władał świetnie rodowitym polskim. Nikt wówczas w domu. lub na ulicy nie ośmieliłby się nazwać go pianistą polsko-amerykańskim!  Był polskim pianistą zamieszkującym teraz w Ameryce i koniec, kropka. Naturalnie nikt też nie podkreślał jego żydowskich korzeni … ale to już inna sprawa.

Horovitz pojawił się na moim horyzoncie nieco później, kiedy już sam wybierałem i zawłaszczałem ,muzyczne pokrewieństwa’ lub upodobania.  Szczerze muszę powiedzieć, że jego elokwencja muzyczna i elegancja wypowiadania się do kamer (od których, jak każda gwiazda, nie stronił) zdaje się też przemawiała do mnie bardziej niż trochę staroświecki i nieco bombastyczny sposób wypowiadania się Rubinsteina.

Na moim horyzoncie coraz częściej i gęściej pojawiały się też nazwiska innych słynnych pianistów, polskich i zagranicznych.  Ale nikt już nigdy ich legendzie nie dorównał.

Pisze o tym, bo oto na naszym tutaj, lokalnym ‘podwórku’ w Vancouverze, pojawia się olbrzymia i niepowtarzalna okazja spotkania i pożegnania się ze współczesną legendą fortepianu. Legendą scen koncertowych prawie równie długą, jak jego znamienitych poprzedników.

Za sprawą Vancouver Chopin Society[ii] już 30 maja będzie okazja posłuchać w Christ Church Cathedral na Burrard Street rosyjskiego pianistę światowej sławy, Michaiła Woskriesieńskiego. Dziewięćdziesięcioletni pianista zamyka swoją karierę sceniczną. 

Była równie może imponująca, jak wspomniana wyżej jego wielkich poprzedników. I niepozbawiona akcentów polskich!  Wychowawcą Woskriesieńskiego w Rosji był uczeń innego wielkiego pianisty – Lew Oborin. Kto pamięta nazwisko? Podpowiem – laureat I miejsca na  … Pierwszym Konkursie Szopenowskim w Warszawie w 1927 roku! Jaki świat jest mały, prawda?  Co jeszcze z ‘poloników’? Bo ja wiem, aa! Lidia Grychtołówna – zajął z nią ex quo trzecie miejsce na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym Schumanna w Berlinie w 1956. 

Woskriesieński urodził się w Berdiańsku na Ukrainie w 1935, w rodzinie rosyjskiej. W 1958 ukończył słynne Konserwatorium Muzyczne w Moskwie. Zostaje tam w prestiżowej roli Dziekana Wydziału Pianistycznego. Wychował kilka pokoleń cenionych pianistów. Ale gdy nadszedł rok 2022 i Putin rozpoczął inwazję Ukrainy, Woskresieński nie mógł tego przetrawić. Zdecydował wówczas na opuszczenie Rosji, jako formę protestu politycznego. Nie było to proste. Rosja Putinowska niewiele się różni od Rosji Breżniewa lub nawet Stalina. Wśród licznych swoich uczniów, którzy mieszkali i koncertowali w innych krajach nie znajduje pomocy. W sukurs przyszedł przypadek. Naturalnie tego typu ‘przypadki’ nie stwarzają się same.  Muzycy ze słynnej  Juilliard School of Music kontaktują się z Alanem Fletcherem z Aspen Musical Festival i proszą o zaproszenie pianisty na koncerty –  tak otwierają się powoli drzwi umożliwiające nie tylko emigrację do USA ale i uzyskanie … pozwolenia na pracę. Wydaje się to absurdalne, ale wizytujący artysta nie musi mieć pozwolenia ‘na pracę’, artysta starający się o stały pobyt – musi. Czy jest pianistą czy buchalterem nie ma znaczenia. Biurokracja, jak w każdym kraju, jest ślepa i głucha.

Dla nas dziś nie ma to też znaczenia. Znaczenie mieć będą bez wątpienia czarodziejskie dźwięki pięknej muzyki płynącej do nas spod palców wybitnego, legendarnego pianisty.

Popular English language on-line publication In Vancouver, Createastir, mentions this concert, the pianist and the music that will be performed in an extensive article. It is worth reading and well prepared. Here is the link:

Russian pianist Mikhail Voskresensky is a rebel with a cause — Stir


[i] A. Rubinstein urodził się w 1887, zmarł w 1982; W. Horowitz urodził się w 1903, zmarł w 1989

[ii] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George