The Woods – how You led me out of them

The Woods – how You led me out of them

There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.  

One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?

I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.

The Woods

I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.

But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.

The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.

But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.

 Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.

That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front.  In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above.  It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view.  It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.

Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!

Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.

Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.

Nasz świat alternatywny

Zagubienie

Dużo tego wokół.

Coś stale się dzieje,

jakieś dni mijają,

kolejne nadchodzą

w dziwnym marszu

brzasków i zachodów.


Przyzwyczaiłem się już

i do smutku i do żalu.

Ale dalej nic z tego

zrozumieć nie potrafię.

Coś kiedyś zaczęliśmy

i mieliśmy gdzieś skończyć,

dokądś dojść. A nie doszliśmy,

nie skończyliśmy. Dlaczego?


Byłeś i nie ma cię.

Brak w tym zupełnie

jakiejkolwiek logiki,

sensu lub choćby

symboliki czegokolwiek.

Po co ja zostałem?

W rozgardiaszu rzeczy ważnych

zapomniał Los o takim drobiazgu?


Jak jedna litera

może być słowem?

Jak słowo może być

zdaniem o czymkolwiek?

To obcy mi język

i niezrozumiały.

31.01.24

Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę.  Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca. 

Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.

Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno.  Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.

Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.

Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal  mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.

Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło.  A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.

Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!

The seed of grief is love

I have watched two movies recently. Very different and very powerful on a very personal level. Stirring emotions, and memories. The Spanish “Society of the Snow” produced by Netflix and directed by J. A. Bayona, and the Canadian production of “Good Grief” directed, produced, and written by Dan Levy. Dan Levy also played the main character, Marc.

The “Society of the snow” – let me take you on a journey in time. At the time of the catastrophe, I was 14 years old. A year later a book by British writer Clay Blair “Survive” appeared. A well-known Polish writer or essayist wrote in a Polish literary weekly “Literatura” a piece about it. It might have been Jerzy Andrzejewski, an excellent writer whose weekly column I have always read – but truly I can’t recall now. Yet the story and especially the dilemma of cannibalism versus survival made me write a short piece about it. By that, I was fifteen and of course, as any fifteen-year-old ‘writer’ had a lot to say about the issues of life and death. I sent it off to the editorial desk of Jerzy Putrament, a Polish writer, who was the editor-in-chief of the weekly ‘Literatura”, a major literary and art publication. And he published it. As it was my second publication in a major Polish magazine (the first one was in “Perspektywy”) it cemented my ‘fame and prestige’ among my teachers in my school, but not as much among my classmates, LOL.

I don’t recall if I have read the book by Clay Blair. Not sure if it was translated into Polish. Most likely I never did. But I have seen years later the first movie about it based on that novel. And I wasn’t impressed. Yet the Spanish “Society of the Snow” impressed me very much. The screen-writers (Bayona, Vilaplana, and Marques), the director, and the actors were superb in their austerity of dramatization. Everything was left to the minimum: air, food, movement, and words. Years later, while visiting Mendoza in Patagonia (the ill-fated plane took off from Mendoza on its last tragic leg of the flight to Chile), I took a special bus tour to the Andes and was able to do some hiking at the base of Aconcagua (almost 7000 meters, one of the titans of the world). The outmost desolation of that place there is amazing and overpowering. As far as you can see is a frozen horizon of white peaks and valleys. Can’t imagine surviving there with hardly any provisions for longer than a few days. I felt that the movie captured that feeling very well.

“Good Grief” by Dan Levy. Who doesn’t remember and didn’t love that sweet, funny, and almost useless in practical skills young gay guy in the now iconic CBC series “Schitt’s Creek”, with his father, great Canadian actor Eugene Levy, and fantastic Catherine O’Hara? But Dan Levy playing a grief-strickened, middle-age man in serious drama, tragedy actually? Can he carry it? He did.

I shouldn’t have watch it. But I did. I had to. As I watched his grief, as I travelled with him in his yearly journey of that grief of losing the love of his life – I went through mine. Every silent moment. Every object in his and mine apartment, photographs, furniture. At times I didn’t know if it was Dan Levy or me on that screen. If it was a movie or my memories of last year. No, I didn’t go to Paris and there was no surprise in finding ‘the other lover’. But these are just details, unimportant almost didaskalia of the drama. The differences between the lives of me and John and that of Mark and Luke are just a different shade of the same colour.

As I watched that movie sitting on my (on our) sofa I felt John taking my hand into his and squeezing it gently. I heard him saying I’m sorry, and I wanted to grab his hand, to cover it with kisses. But I didn’t, I knew the hand, his voice would dissipate into the air. So I just sat quietly, didn’t even turn my head, and continued watching the movie. With him undisturbed sitting next to me. As he always did. It felt good. Sad but good. The next morning I went for a drive to a little town called Fall River. I took him there in 2019 to a little Provincial Park, with a forest, by a long, wonderful lake. This time it was wintertime, windy and cold. The gate to the park was closed for the season. I left my car and walked the long trail on foot. The sky was splendid with clouds and sun in crispy air. It was my trip ‘to Paris’. Thank you, Dan Levy, for letting me submerge myself in that grief again.  Grief is hard, is sad. But it also is beautiful, because the seed of grief is love.

After

I couldn’t sleep.
Didn’t know how to
console You.
How to tell You –
it’s all right, Babycake.
I have survived.
No, it wasn’t Your
fault.
You tried,
You tried so hard.

Do I lie, when I say:
‘it’s all right’?
Yes, I do.
It was
so fucking hard.
I knew it would be
if and when,
but had no clue
how hard it is.
Didn’t know
that grief
could be like
hot lead
slowly injected
into your veins.
Like the disappearing
bubbles of air
you have tried
to squeeze into your lungs
nailed to the heavy
cross of impossibility.
As I watched with terror.
So what was
really the weight
of my grief
compared to that?
How do you compare
the pain of life
to pain of death?
How do you?
What’s the balance ratio
of life in grief
in one hand,
and no life
in the other?
Does a man know?
Does God?

Od Sprawozdawcy sejmowego w styczniu roku 24

uwaga: w ostatnich dwóch dniach oglądałem obrady Sejmu Polskiego. Coś chciałem z tego … hmm, bajzlu(?) zrozumieć. Informuję, że sprawozdanie dziennikarskie było pracą niemożliwą lub ponad moje nadwątlone zdrowie i kondycję nerwową. Więc napisałem to w formie literackiej, a nie dziennikarskiej. Łatwiej mi było, bo to daje licencję i do aforystyki i do przenośni wielkich, omal cywilizacyjnych. Tyle celem wyjaśnienia. Koniec wstępu.

O Polsce raz jeszcze. O tej nowej, lub odrodzonej. O tej poczętej październikiem pamiętnego roku 2023, a faktycznie posiedzeniami Sejmu Walnego na Wiejskiej (a jakże – na Wiejskiej, bo Polska to kraj bogobojnych włościan przecież, więc nie na Miejskiej pełnej rynsztoków) w styczniu 2024. A jakże o Polsce bez jej przymiotu najważniejszego, najwartościowszego pisać? Jakież to przymioty? Naturalnie literatura! Wielka, wieszcząca, krwią i potem oblana (nie tylko potem, przedtem też). Słowem – ojczyźniana. Jak łan zboża i dzięcielina biała.

Wiec jakże, jak nie od tej Wielkiej i Pięknej literatury zacząć sejmowe sprawozdanie cytując najsłodszego pieściciela polskiego słowa, samego Juliana Tuwima w przepięknym poemacie, gdy każe się wpierw całować przez brać własną, żydowską, by w ostatniej części zwrócić się czule do braci słowiańskich, polskich:

Izraelitcy doktorkowie,

Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,

Co w Bochni, Stryju i Krakowie

Szerzycie kulturalną francę;

Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”

Swą intelektualną zupę,

Mądrale, oczytane faje,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,

Ciągnący z nieba grubą rentę,

 O, łapiduchy z Jasnej Góry,

Z Góry Kalwarii parchy święte,

I ty, księżuniu, co kutasa

Zawiązanego masz na supeł,

Żeby ci czasem nie pohasał,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Czas jednak na sale sejmowe, czas na sprawozdanie obrad. Najpierw o atmosferze, o ubiorach i zachowaniach Posłów i Posłanek Najjaśniejszej Rzplitej. Raz jeszcze głos oddam sprawozdawcy sejmowemu, też zresztą Julkowi i Tuwimowi z kwiatami polskimi w butonierce:

Krawacik musną, klapy obciągną

I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,

Taką wiadomą, taką okrągłą.

I oto idą, zapięci szczelnie,

Patrzą na prawo, patrzą na lewo.

A patrząc – widzą wszystko oddzielnie,

Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Jak ciasto biorą gazety w palce

I żują, żują na papkę pulchną,

Aż papierowym wzdęte zakalcem,

Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią, że Ford… że kino…

Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…

Warstwami rośnie brednia potworna,

I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Głowę rozdętą i coraz cięższą

Ku wieczorowi ślepo zwieszają.

(oba utwory Julka w wybranych przeze mnie fragmentach)

No tak. Nie wypada wszak tak zupełnie, bez własnej pracy intelektualnej, wysługiwać się tylko wielkim  poetą. Coś od siebie wypada dodać, myśl jakąś, może aforyzm, zwieńczenie oratoryjnego koncertu posłów i posłanek kochanej, patriotycznej Prawicy Polskiej. Szczególnie jedna, wzorem Rejtana niezapomnianego: do szlochu omal mnie nie przywiodła sama Wielka Kępa, czasem Kempą zwana, jeszcze przez innych Tępą. Jak ona broniła innych posłów (dwóch szczególnie) za ich prace i poświęcenie Ojczyźnie! Z jaką perorą płonącą wystąpiła w oku, niczym senator rzymski, w pewnym kroku na Ołtarz poświęcenia wiodła. Co dalej się w tym kroku działo – przyznaję, nie wiem a domyślać się nie śmiem. Osamotnione dwie, wygłodzone biedne niewiasty pokazała za balustradą ustawione. Te żony, a wdowy prawie-już tych posłów dwóch, których okrutny prokurator do lochów ciemnych zamknął. Białogłowy wychudzone, w szarych mundurkach, prosto pewnie z fabryk niemieckich fabrykantów, gdzie dla dzieci wygłodzonych na strawę harowały. O, Matko-Polko, co w Ostrej płaczesz Bramie, zmiłuj się nad nimi!

Słów wprost brakuje mnie, a te co się na papier pchają zbyt może są dosadne, zbyt często w mowie polskiej używane (w każde wkładane prawie zdanie), by nimi moment ten opisać. A serce łka, o …a.

Cóż wobec tych dramatów ludzkich znaczyć mogą mowy o czyichś gdzieś zarobkach? Jakież znaczenie może mieć, że sklepikarka, która jest prezesem jakiejś firmy – miliony w niej zarabia, a dziennikarka zwykła z telewizji setki tysięcy złotych? Że jakiś syn lub znajoma ciotki kogoś dostała pracę, gdzieś w zarządzie spółki wczoraj utworzonej? Jakieś obiadki w Pałacu Namiestnikowskim, u Namiestnika z udziałem sędzin i skazanych? Nic to, betka zwykła. Aż się Pegasus wzniósł na Wiejską i skrzydłem wielkim koło zrobił kierując się na Saską Kępę, która Wielka nie jest.

I wyszło Szydło z worka. Tym innym posłom, tym niecnotom bez serc i dusz – w dupie to jest i już! Im tylko forsa w głowach, nie dramat ludź (specjalnie dwóch ludziów). Ale na szczęście Namiestnik grzmi – liberum veto! Ja i Wielki Mały w dupie mamy wybory kasty waszej i się nie damy.

A tak już było dobrze przecie na tym polskim świecie. Kościelne kasy pełne, zadowolony dobry bóg i jeden ojciec Święty, który ogrzewa mieszczan zabiedzonych w mieście wielkiego Kopernika. Nie, nie ten gdzieś z Rzymu przewrotnego, o którym Wieszcz nasz wielki pisał: Polsko, Twoja zguba w Rzymie!’ – ten  nasz, bohater pieśni narodowej „Rudy, rudy, rudy rydz-yk lepszy niż maślaczek”. I Instytut Pamięci Narodowej zbudowano, by dziatwa miała, gdzie i co pamiętać (i za co), i Świątynię Opatrzności Bożej  prawem Wielkiego Sejmu Czteroletniego i króla Stasia zatwierdzoną w 1791. Tyle lat budowa trwała, nie od razu Warszawę zbudowano – ale idee wielkie nie giną! A wy tylko w tym nowym Sejmie o pieniądzach – gdzie, kto i za ile. Aż serce łka, o …a!

Thy Kingdom comes,o Love

January in 2024. First time this year I have come to see your ‘home in Pictou’s cemetery, at Stella Maris.

I know you are not there –it is just a place, just a stone with your name on it. Like the stone tablets of Sumerians, and Acadians, like the stone tablet given to Moses a few thousand years later. These letters, and symbols left on them by the Old Ones are not alive anymore. No ancient gods lay claim to them, not from Ur, not from Babylon, not from Sinai. What’s left in these letters are hidden stories of love, of passion.

Under these letters, under your stone is a small container with some ashes. Gray powder in a box, nothing else. But I can’t stop coming here where I can submerge myself in my despair, wallow in my grief. Here it doesn’t bother anyone. The dead ones are dead. Silent. Sometimes a black bird looks at me from a tree branch and says something in its characteristic low and screechy voice.

It sounds like a song of the Underworld. A poem of decayed generations. Only the bird, the guardian of the cemetery knows that ancient language.

There are no other visitors here, especially this time of the year. Unless it is a funeral. Another wooden box full of bones, or smaller one with ashes, goes to the ground.

Old wooden cross with a white figure of Jesus of Joseph and Mary, who attested to prophesies of Isaiah of Kingdom coming. That cross, darkened by weather and age is strong. He does not attest to anything anymore. He is profoundly sad. Painfully sad. Sorrow emanates from his eyes and from that terrible tool of his death. Still asking: Why? Why did you lead me to this terrible, painful death, o father? What did I do to deserve such cruel punishment? Why did you forsake me, condemn me to this brutal death?

I want to talk to him, help him to quell his anguish. He was still a very young man, and did not understand. I want to tell him – don’t cry anymore. To tell him if he truly found love in Mary Magdalen or any other lovers he pursued, if he was loved and loved – it never died. Not on that cross, nor in this cemetery. That his father, his false friend Judas – they could not stop that Love, they could not erase it. It soared like an eagle, like an Angel through the Cosmos. That love, young man – if you truly were loved and loved – sang songs of Love. Eternal.

The wintery Sun came over the desolate, little cemetery. It flickered in the mud holes of the walkways, it caressed and made bright little plastic flowery arrangements on some gravestones.  Looked at your grave with my inscription: forever in my heart and smiled, too. That’s just for some passerby, maybe long after any memory of both of us would linger in anyone’s life. So he or she would have known that you were loved. And would recognize that love does conquer death. Nothing else. But She does.

Of course, you are not there, under the stone. You are in my heart, with me. All the time, everywhere. Just on that cemetery, on any cemetery, there is a special stillness of air that allows you to have these talks, these thoughts. That’s why I keep coming here. When I was very young I used to visit some special coffee shops in Warsaw, where I would write my poems on white, square, and very small paper tissues.  Now, when I am much older, I like to come to this cemetery or visit my special wild beaches I have conquered in your name and have these talks with you, and still write poems. I like it.

Before I left, went and looked at that man outstretched on this horrible cross.  I thought he wasn’t as sad as before. I hope. I hope that he got it, he understood it. That death is just that – all matter decays and dies with time. But love survives, and overcomes.  The Kingdom came through love.

Pictou

Kiedy giną poeci …

Wojna na Ukrainie nie ustaje, nie milkną działa ni syk rakiet wystrzeliwanych przez rosyjskiego napastnika. Nowy rok niczego tam nie zmienił. Step płonie nie zachodami słońca a pożarami domów ostrzelanych przez wroga.

W Równem, pięknym starym mieście starej Rzeczypospolitej Obojga Narodów urodził się w 1990 roku Maksym Krywcow. Ukraiński poeta i żołnierz wolnej, suwerennej Ukrainy.

Gdy czytałem o jego śmierci, przesuwały się mi przed oczyma cienie innych młodych poetów, z wielkiej wojny sprzed blisko dziewięćdziesięciu laty: Baczyńskiego o pięknych oczach daleko widzących, Gajcego, Kowalczyka … . O śmierci Krywcowa dowiedziałem się z zapisu Anety Kamińskiej, tłumaczki jego wierszy na jezyk polski. Właśnie mial ukazać się tomik jego wierszy w jej przekładzie. Ukaże się w wydawnictwie “Pogranicze’. Ale już nie ukaże się inny, następny. Nie będzie nowych wierszy. Kamińska, sama będąc poetką, pisała o wojnie, o Maksymie swoje wiersze. Jeden, bardzo znamienny tu przytoczę:

rosja wysyła na wojnę bandytów

wyciągniętych z więzień

a ukraina poetów

historyków muzyków

komentuje zbigniew

a ja jestem mu głęboko wdzięczna

że to nie ja muszę napisać

te słowa

Warszawa, 7 stycznia 2024

i fragment jeden jeszcze, który wyjątkowo jedną metaforą mnie uderzył:

widzę jak artur

zamieszcza na facebooku

ostatni wiersz maksyma

o tym jak to zakwitnie na wiosnę fiołkami

Kiedyś, pewnie będą tym poległym chłopcom-poetom stawiać pomniki lub tablice pamiątkowe. Ale to nic nie pomoże. Nowych wierszy już nie napiszą.

Maksymie Krywcowie- nie wiem czy drogi nasze by się kiedykolwiek skrzyżowały. Czy kiedykolwiek bym czytał Twoje wiersze. Czy Ty byś czytał moje. Znaczenia to nie ma zresztą. Ktoś czyta i czytać bedzie Twoje, ktoś zdaje się czyta moje. Dlatego ci bandyci rosyjscy niech będą przeklęci na zawsze. Bo rozstrzelać człowieka to rzecz podła – ale rozstrzelać nowe wiersze, które już nigdy nie będą czytane przez nikogo, to rzecz najpodlejsza, barbarzyńska.

W ostatnich godzinach życia napisał wiersz ostatni. Kończył życzeniem:

żeby już szybciej była wiosna

żeby wreszcie

zakwitnąć

fiołkami  (tł. A.K)

Tobie więc ten ofiaruję dziś, napisany po wiadomości o Twojej śmierci. I chyba naturalne mam uczucie, że wolałbym tego wiersza nie napisać. By go nikt nigdy nie czytał. Byś Ty mógł dalej pisać wiersze. Byś kwitł nimi, jak fiołkami.

Brzemię

pamięci poety Maksyma Kruwcowa, który poległ na Ukrainie

Brzemienna jest ziemia

falująca zagonami złotych zbóż,

warkoczami chabrów

w modrych czapeczkach, kolczykach, koralach.

Zroszona kroplami

krwi czerwonej od stepowych maków.

Okrutna jest ziemia

dudniąca zagonem gąsienic czołgów,

nocą oświetlana

warkoczem rakietowych meteorów.

Step pełen kurhanów

tulących szkieleciki martwych fiołków.

Czy bogowie jeszcze płaczą,

gdy ginie poeta?

(B. Pacak-Gamalski, 08.01.2024)

Ostatni – trudny – spacer z Tobą tego roku

Ostatni – trudny – spacer z Tobą tego roku

Plaża Tęczowego Schroniska

przyjechałem tu

szukać ciebie

w dzień ostatni

tego roku

roku przekleństwa

modlitwą o zapomnienie

że był

pierwszego roku kiedy

przestałeś być

pierwszego w którym cię

nie było

nigdzie nie siedziałeś

obok mnie

nie kładłem się w łóżku

obok ciebie

nie nalewałeś mi pierwszej

rannej kawy

nie jechałeś ze mną

na plażę

tą na którą przyjechałem

teraz

szukać ciebie za kolejnym głazem

za wydmą porośniętą trawą ostrą

i nie było cię w żadnej

kryjówce

w żadnym zakamarku

wyłem jak wilk głodny

a nie odpowiedziałeś

rzucałem wściekle

mokrymi kamieniami

w drzewa zawieszone

nad urwiskiem

a milczałeś

 nie byłeś

roku potworny

czasie okrutny

roku bogów

obojętnych i głuchych

 na prośby

na plaży Tęczowego Schroniska

która była dziś lochem bez dna

 więzieniem bez kluczy

bądźcie przeklęci

na wieczność

okrutni bogowie

czasie – bądź zapomniany

że byłeś

niech fala porwie z brzegów

wasze świątynie

i wierze kościelne z zegarem

by czas się w niwecz obrócił

jak piasek rozsypał w głębiach

zimnego oceanu

(Rainbow Havens Beach, 31.12.2023)

Spacer z poezją i poetami młodości. Cz.3 – emigracyjna.

Londyn 1981. POSK, gazety polskie („Orzeł Biały”, „Dziennik Żołnierza”, „Tygodnik Polski”), serdeczna przyjaźń z generałem-pisarzem Tadeuszem Alf-Tarczyńskim. Potem kontakt korespondencyjny z Giedroyciem, którzy przysyłał mi  do obozu uchodźców we Włoszech paczuszki z wydawnictwami abym pilnował, by polscy towarzysze niedoli uchodźczej je czytali, by wyjeżdżali w świat z minimalną choćby wiedzą o współczesnej historii Polski, literatury polskiej – słowem,  by nie byli ‘chłopami przywiązanymi do beznadziejnej roli PRL”.  Kilka już lat później, podczas pierwszego powrotu do Europy (wtedy jeszcze nie do Polski) umówiłem się z nim telefonicznie i pojechałem do jego Maisons- Laffitte, do redakcji „Kultury”. Mieliśmy bardzo długą, przedłużaną stale z obu stron, rozmowę. Biedna pani Zosia Hertz, która bardzo pilnowała by Giedroyc nie tracił czasu na rzeczy mniej istotne, kilkakrotnie usiłowała naszą dyskusję przerwać i ja grzecznie wstawałem z krzesła, a on łapał mnie za rękaw i śmiał się: siadaj, siadaj, jeszcze nie skończyliśmy. Bardzo żałowałem, że już nie zdążyłem na poznanie uwielbianego przeze mnie Józefa Czapskiego, którego wówczas w Paryżu nie było.

 Zetknięcie się wtedy z poezją Łobodowskiego, Wata, Balińskiego. Później, już w Kanadzie, z Iwaniukiem, Czajkowskim, Buszą, Czerniawskim, Śmieją, Czaplicką.  Naturalnie z czasem tych poetyckich i personalnych ‘znajomości’ przybywało. Ale ubywało (jak to z latami się dzieje) mojej młodości. Aż odeszła. A w tym tekście mówimy o wierszach i autorach mojej młodości.

Barbara Czaplicka pisała wiersze bardzo ciepłe. Była zdecydowanie liryczką. Trochę właśnie tego Staffowskiego ‘malowania pejzaży’ natury ale i człowieka. Publikowała większość swych wierszy w londyńskich „Wiadomościach” Grydzewskiego (kontynuatora przedwojennych „Wiadomości Literackich”). W Kanadzie znalazła się bodaj dziesięć lat po wojnie (przyjechała z Anglii). W torontońskim wydawnictwie polonijnym Polski Fundusz Wydawniczy wydała swój bodaj jedyny zbiorek wierszy zebranych. Nigdy więcej już z jej wierszami się nie zetknąłem.  Ale ten zbiorek i te wiersze pamiętam. Właśnie za ich ciepło, które bardzo mnie ujęło. Czasem warto wrócić do poetów zapomnianych. Bo często są zapomniani niesprawiedliwie, choć ich styl nie był odbiegający od modnych wówczas nurtów literackich. A nurty – wiecie, jak w modzie. Nie zawsze dobre i mądre. A czasem też krótkotrwałe. Przepiękne wspomnienie jej czasów młodości (dzieciństwa?) w ujmującym konterfekcie dwóch Żydówek: Chai i Ruty. Takiego wspomnienia, konterfektu naturalnie nie można czytać bez pamiętania strasznych lat hitleryzmu i Zagłady.

Żółta wystawa Chai: dziobate czajniki,

Garnki, miotły, plecione z wikliny koszyki.

W drzwiach stoi Chaja w czarnym, koronkowym szalu:

Pod spłowiałą peruką starość pełna żalu.

A dalej – serce dobre w deskach okiennicy:

Sklep grubej Rut w fartuchu – beczki ze śledziami,

Sery z koziego mleka, lada z bajgełami

Rut, karmiącej żebraków na biednej ulicy.

/ …….. /

Spotkały się na ścianie dwa cienie kobiece

i rozbłysła serweta w kolorowe kwiaty!

A nad świecami czarne, brodate chałaty

I piękne smutne oczy wielbłądów pustyni.

/…/  [i]

Wiem, że już nie żyje od wielu lat. I nic więcej. Przez to, że zmarła długo przed 1990 – na strony literatury polskiej w Kraju nigdy nie weszła. Nie istnieje gdziekolwiek (dostępny mi przez Internet) jakikolwiek jej biogram, jakiekolwiek wspomnienie że była, że pisała.  I bardzo to niesprawiedliwe. Źle o sumienności badaczy polskiej literatury świadczy. Może ktoś ten wpis mój i surowy a sprawiedliwy zarzut odczyta na jakimś wydziale filologii polskiej i jakąś prace doktorancką zrobi? Lub esej badawczy chociażby napisze? Wstyd, że biała karta pozostała. Znalazłem jeden zapis w Archiwum Emigracji na UMK w Toruniu. Jednozdaniowy, bez daty śmierci. W tym Archiwum spędziłem sporo czasu w latach 90. spotykając się z jego twórcą, prof. Supruniukiem – historykiem dziejów literatury polskiej emigracyjnej po 1939, muzealnikiem. Szkoda, że tak mało, nic prawie. Jedne co udało mi się ustalić, to fakt, że była siostrą znanej pisarki emigracyjnej Zofii Bohdanowiczowej.

I tylko jeszcze pierwszy tercet z wiersza ‘Zmartwychwstanie „Karmy” ‘:

Już znudziły się rządy starogreckich losów…

Zapadł siwy zmierzch bogów w literackim świecie,

Z chmurnych marzeń Olimpu, logiki Chaosu.[ii]

Najsilniejsze (wówczas) wrażenie wywarła na mnie poezja Józefa Łobodowskiego. Jego pierwsze wiersze czytałem jeszcze w Londynie, w 1981. Był to zbiorek pięknych wierszy zatytułowany „Pamięci Sulamity”. W pewnym względzie wyjątkowy zbiór poetycki, gdyż w całości, z autorskim wstępem biograficznym o „Sulamicie’, poświęcony młodej, niesłychanej urody polskiej poetce  pochodzenia żydowskiego – Zuzannie Ginczance. Ginczanka była wydana w łapy hitlerowskich oprawców przez Polkę we Lwowie kierowaną antysemityzmem i chęcią zysku finansowego. A ten cały zbiór Pieśni Łobodowskiego poświęcony jest tejże poetce, jest jego jedyną godną heroiną – Sulamita-Zuzanna.  Ostatnie badania w Polsce wykazują pewność, że Ginczanka była rozstrzelana przez hitlerowców w Krakowie w styczniu 1945.

Ze względu na pochodzenie etniczne ale i sam fakt, że młoda poetka uwielbiała „Pieśń nad Pieśniami” Salomona – Łobodowski te wiersze spisał właśnie w stylu tej biblijnej Pieśni. Opierał się zwłaszcza na ich literackim tłumaczeniu wersyfikacyjnym na hiszpański przez San Juana de la Cruz. I zdecydowanie sam Łobodowski użył tej formy nie przez jej pochodzenie etniczne, do którego ani kulturowo ani religijnie Ginczanka wagi nie przykładała (nie znała nawet języka jidysz) ale przez jej zauroczenie tą pieśnią Salomona i jej wyraźnie erotycznym, miłosnym zabarwieniu. Więc ta kunsztowna forma (w tym wypadku i w tej sytuacji i czasie absolutnie adekwatna i mistrzowsko przez poetę użyta) wierszy dodaje ich uroku, wagi, jest jakby  uniesieniem wspomnień o Sulamicie na ołtarze legend antycznych. Nie trzeba dodawać, że Łobodowski był kiedyś w Zuzannie zakochany, jak wielu innych artystów warszawskich.

(Kiedy po latach czytałem najbardziej głośny i ceniony przez samego Miłosza poemat Andrzeja Buszy, napisany stylem biblijnym „Kohelet”  (imię jednego z mniej znanych proroków Starego Testamentu) – nie spodobał mi się ten styl i byłem generalnie poematem rozczarowany, głównie właśnie przez użycie tej specyficznej poetyki.  A Buszę jako poetę bardzo cenię i lubię jego wiersze.)

Zacząć muszę więc od pieśni pierwszej Łobodowskiego, Pieśni która od końca, od śmierci Sulamity, zaczyna opowieść jej życia:

Nie pasałaś swych stad na górach Galaadu,

nie biegałaś pod namioty Kedaru.

Nie widziano twoich drobnych śladów

wpośród winnic znojnego Engaddi.

Nie witali cię pasterze śniadzi,

kiedyś szła przez Heseboński parów,

aleś była jako szafran i cynamon

i cieszyła się wołyńska cisza wiejska,

czarnowłosa przyjaciółko hebrajska,

och, Szulammit, Szulammit,

och, Zuzanno![iii]

Nie pamiętałem wówczas głębszego bólu po Stracie opisanego tak lirycznie i patetycznie jednocześnie. Jeśli porównać mogłem, to jedynie do strof żalu Kochanowskiego po utracie ukochanej Urszulki w jego czułych Trenach.

I te dziedzictwo literackie, te geny kulturowe, Łobodowski tak w swej Pieśni ujął:

 „Pieśń nad Pieśniami”, zaklęta w rytm czarnoleski –

ciężkie dukaty, wydłubywane z poetyckiej kieski –

jakże jej było nie smakować ich okrągłości?!

Rytm, uświęcony przez poetę z Czarnolasu,

połączył z natchnieniem z najdawniejszych czasów[iv]

Jeszcze dziś dreszcz mnie przeszywa, gdy czytam te wersy.

Poezja Ginczanki była w Polsce mojej młodości kompletnie nie znana i zapomniana. A zachwycała się jej talentem, wierszami (i urodą) cała literacka Warszawka Międzywojnia. Dopiero ostatnie dekada coś w tej mierze zrobiła i o niej się pisze. Tuwim ją uwielbiał. Ale na długo przed bardzo późnym ponownym ‘odkryciem’ Zuzanny Ginczanki w Kraju – pamiętali ją poeci na emigracji. Pamiętał serdecznie wspaniały Łobodowski.  

Córki jerozolimskie, nie budźcie ze snu Sulamity,

póki nie zechce obudzić się sama.[v]

Poeci emigracyjni w Kanadzie.

Jedno z pierwszych moich poszukiwań po wylądowaniu tu. Bo o czymże tu dumać na torontońskim bruku? Zanim ich jeszcze poznałem osobiście – już chciałem znać z wierszy. I natychmiast pierwsza palmę dostał poeta z Ontario właśnie – Wacław Iwaniuk. Najbardziej mi bodaj ze wszystkich poetów kanadyjskich tamtego pokolenia odpowiadał stylem, formą wiersza. I przede wszystkim – języka. Słowo znaczące to, co oznacza. Bez koloryzowania. Prawie prozatorsko, a jednak poetycko. Bo słowo proste ma wielką moc i wagę, gdy się je z szacunkiem traktuje. Pisał głównie po polsku ale większość wierszy publikował w tłumaczeniu na angielski, często własnym. Olbrzymia zasługa tłumaczeń tych wierszy należy się Jagnie Boraks (Lillian Boraks-Nemetz), którą potem poznałem w Vancouverze i do dziś bardzo cenię wymianę uwag z nią, stosunki serdeczno-koleżeńskie.  Tłumaczyła też wiersze innych polskich poetów. Ma duże zasługi dla polskiej poezji w tłumaczeniach na angielski.

Iwaniuka tomik wierszy który pierwszy czytałem był właśnie po angielsku. Więc takie te fragmenty tu będę przytaczał, bo tak jego poezję wtedy, w czasach młodości, poznałem.  Jeden krótki w całości. Jest w pewnym sensie kwintesencją jego poetyki, formy. Oszczędność, a przez to waga każdego słowa. Bo, powtórzę raz jeszcze: wiersz to nie ciągi zdań. Wiersz to słowa. Każde na wagę prawdy.

Madrigal

In love

As in all loves

The spine blushes.

Bones and muscles blossom.

Sheets inhale the beads of sweat.

Words are few

but they pierce the air.[vi]

Cóż więcej można powiedzieć współczesnym językiem poetyckim o miłości? Frazeologia tu zbyteczna, kiedy ‘pościel wdycha krople potu’. Metafora jest prosta, może nawet rażąca dla duszków bladolicych – ale jakże prawdziwa, szczera. I to znowu przypomnę: szczerość poety to sine qua non poezji współczesnej .

Iwaniuk też, jak tylu już tu wymienianych, ‘popełnił’ wiersz o poecie. Kim jest w jego wizji:

/ …/

Yes, he erects his signs

at each  turn

of his own painful labour,

similar to Homer’s marble voices.

/ …. /

Still some people wonder,

they regard such a poet as a charlatan

(not even an alchemist)

who has deformed words,

freed them from rules and principles

violating the sanctity of grammar,

to emerge finally with a distorted cento,

so painfully mutilated,

which he then calls

a poem.[vii]

Maja Elżbieta Cybulska w swojej pracy o Iwaniuku  pisze, że on ‘odpoetycznia’ poezję i ‘upoetyzowuje’ prozę.[viii] Sam Iwaniuk zaś w jednym z wierszy dodaje:

Nie wiem co jest prozą a co jest poezją

ale słowo gdy szczelnie pasuje do treści

smakuje jak owoc

i to jest chyba poezja. [ix]

Więc jednak wiedział i rozumiał. I odróżniał. Proste.

Zetknąłem się wówczas z wieloma innymi autorami emigracyjnymi i w Kanadzie i USA. Nie chcę wymieniać nazwisk, bo wszystkie pewnie bym już dziś nie spamiętał. Ale nikt, prócz wymienionych wyżej na mnie wówczas wrażenia takiego nie zrobił, jak ci poeci, których wspomniałem.  Jeszcze kilka lat później, na początku zamieszkania w Vancouverze, miałem możność dobrego i głębokiego poznania poezji wspaniałych (a jakże innych jeden od drugiego) Bogdana Czaykowskiego i Andrzeja Buszy. Wspólpracowałem z nimi blisko, publikowałem ich teksty w swoim roczniku twórczości „Strumień”.  Ale ‘gumkę’ lat musiałbym zbyt już naciągnąć, by tamten okres mógł nazwać czasem mojej młodości. Byłem już człowiekiem dojrzałym.

No i jeden jeszcze ‘szkopuł’ – umarło się śmiercią naturalną literaturze emigracyjnej. Zmiany polityczne w Polsce literaturę polską na nowo scaliły. Bez względu na to, gdzie mieszkał polski poeta. Bo ,narodowość’  poety i pisarza określa narzędziem twórczości. Czyli języka w jakim się tworzy.


[i] druga i trzecia zwrotka  oraz fragmenty 9-cio wersowej ostatniej zwrotki wiersza ‘Ulica’; s. 11 (B. Czaplicka, „Wiersze”, wyd. Polski Fundusz Wydawniczy, Toronto, 1986)

[ii] ibid  s. 49

[iii] z Pieśni ‘Na smierć Sulamity’, pierwsza stanza, s. 17 (J. Łobodowski, „Pamięci Sulamity”, wyd. Polski Fundusz Wydawniczy, Toronto, 1987)

[iv] ibid. s. 27

[v] ibid s. 52

[vi] ‘Madrigal’, s. 36, tł. Jagna Boraks (Wacław Iwaniu, „Dark times”, wyd. Hounslow Press, Canada, 1979)

[vii] ibid, z wiersza „Who calls what a poem”, fragmenty, s. 60, tł. Jagna Boraks

[viii] M. E. Cybulska „Wacław Iwaniuk – poeta”, s. 16 (wyd. Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn, 1984

[ix] ibid. s.16