Rozmowy z tobą

Rozmowy z tobą

Rzeki życia

Rzeka wielka, muskularna, stalowo-szara

rzeka, której bulwarami przechadzam się

teraz w nasiąkłym od wody powietrzu –

jest mi dziwnie bliska i wyraźnie obca.

Woła mnie zachrypniętym głosem

starej aktorki, która niegdyś grała

Marię Stuart i Desdemonę – a dziś

tylko wiedźmę kuszącą Makbeta.

Macham na nią znudzoną ręką

obojętności. Jakie królestwa

możesz mi obiecać, jakie korony

niepotrzebne? Vene, vide. Vici?

Tak, widziałem, zwyciężyłem i byłem

zwyciężonym.  Jakaż słodka to była

niewola! I jak gorzka zwrócona

później wolność niedosycenia.

Jeszcze zbyt wcześnie ofiarowana,

a już za późno na oczekiwania.

W górze rzeka atmosferyczna

siąpi i nasącza włosy i duszę.

B. Pacak-Gamalski, 18.03. 2026, New Westminster

Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.

Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.

Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.

Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.

Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.

post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża

While wandering through the streets of our city …

While wandering through the streets of our city …

Question

So, tell me how it is,

tell me now who am I?

Where I am and why?

Time is timeless, so they say,

with no beginnings, no end,

why was it short for us?

It begun one day, to end

with no excuse offered?

The flower was sentenced

to flourish with vibrant colours

only for one day, one night.

Why the gift begun a sentence

so cruel, that I was left wandering,

weeping, dying slowly, to be resurrected

at night over and over again?   

Years have passed and the broken

Sisyphus still pushes the boulder

of broken promise to the top of

the Mountain of Death, which

many called Life by mistake.

You, the false cartographer of maps!

Who gave you the power, the utter

arrogance, to name the Columns of Men

by erroneous name and promise?

What is the geography of humans

without the light, the love, the need

to be with other, who makes them whole?

So cruel is your ungodly design

to mark two separate frail human

bodies and fuse them into one soul –

than separating them by sending

the Angel of Death to take one only,

while leaving the other to be alive

 in grief overwhelming and soulless.

B. Pacak-Gamalski, Vancouver, 19.02.26

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

My Three Loves

My Three Loves

My Three Loves never left me. I have never left them, nor have I forgotten them. Through all my early years as a teenager, in an old country on the old continent, country that was greyer than the buildings sorrowing people, who lived there.

Mnemosyne

(by Dante Rossetti)

But my first love that had sprouted in my heart made it flowering, singing above the roofs of these grey buildings. The city of grey buildings, that rose from the ashes of the worst war that fell upon humankind. Yet – my first love gave it a warm embrace that belongs to the titanic Mnemosyne, mother of all the muses, daughter of Uranus and Gaia[i]. She was not the most sympathetic and meek of Titans with a slightly twisted taste in romantic escapades, after all she also bedded Zeus himself, who was logically speaking … her brother. But who’s blaming anyone? Not the Greek gods (or any gods, god forbid!) for their erotic (diss)behavior. I am merely a human, nothing more. For me then, in the grey city of my grey youth, Mnemosyne was the mother of Muses. That cleared her of any other crimes or indiscretions. Who would anyway, any other way? Surely, not when you are fifteen, seventeen or twenty! Love disregards all and any boundaries. And I was in love! Purely platonic, but fearless and furious; intellectually and emotionally on equal basis. And that love, otherwise called ‘friendship’, stayed with me my entire long life. I have never left her, she stayed with me in my traveling luggage all these decades.

My two other loves happened years after the first one. The next one happened almost unknowingly to my senses. It happened in that old country, still very much grey and poor, but on a threshold of new-found freedom, with dreams and appetites for brighter and greener fields ahead. A boy was borne of familial spring, just like the nymphs chasing after the image of Hyacinthus immortalized by songs of his Olympian lover – the God of Love Itself.  But beware of love offered by gods, my dear boy! They never end well for lesser lovers. I’ll tell you a story here, later on, in the last chapter, of the price I paid for asking for, and being granted the Love Immortal. The grief is as deadly, as the disk of Apollion that killed his lover – Hyacinthus. But wait, I take back these warnings and the words of sorrow and grief. For Love Eternal outlasts grief and sorrow. Each time and every time. Lament is temporary and is a sign of temporarily losing your perspective. If you grief losing a lover – the lover’s love will come back to you in time, for love can’t be solitary. It will seek and enter the other lover’s soul, because Love needs a nest.  

Alas, we went too far in this true fable, the allegoric story of my ordinary life and my Loves Immortal.

Boy was born in the Old Country, as I said. We all rejoiced. Remember walking with my parents, his older sister (a child herself), and the little boy in a walking stroller, a long walk through the countryside near Warsaw, through fields and meadows, to an old palace of some aristocratic imminence and a beautiful stream running through the meadows. Of course, we all loved the new boy. But I had no idea how important, how encompassing, and not always easy at all, that love would be. Didn’t have to wait very long, though, just few more years, few more of my returns to that old familial country and I knew. It was unspoken, unexplained, but very clear. She sprung not suddenly and unexpectedly, didn’t come from ‘the bolt in the sky’ (as it did happen in my last Love Eternal).

It was warmly growing inside me, flowering with tenderness. He was still a child, whom I could carry on my shoulders, as we walked through the streets of that old city that used to be so grey in my youth. But now the city was truly beautiful, transformed by modernity and embracing Western Europe. With that, it embraced the traditions of old Greece, of Zeus and Plato, and Plato’s talks with the boy Phaidros. The sweet youth, who desired his teacher, the old Socrato, and a thought that there must be something wrong with him, since his beloved teacher would not accept the gift of his pupil’s young body. But Socrates was wiser than simple desire. He knew that the boy deserves better than a tired body of not very attractive nor a rich old teacher. That in itself, without any further arguments, proves that Socrat was perhaps in love with that youth and choose of his own will a chanced possibility of better future for Phaidros. A sacrifice, if you will.

Not unlike relationship between Herr Aschenbach and sweet adolescent Tadzio, in “Death in Venice”[ii]. Sweet, tender and innocent – until one afternoon Aschenbach runs away from Tadzio to a park, exhausted and ashamed of himself collapses on a bench and hears himself saying aloud the dreaded proclamation: I love you. But once you say it aloud there is no escape, no turning time back. Ha! That ‘thing’: your desire, your dream could be the abyss of torment. Bliss and condemnation eternal.

What happened in that novella, if it happened and why, is totally irrelevant to our discourse on Love Immortal.  If you want to – buy or borrow that booklet from a library. It is not very long, but definitely it is master class of literature.

Hence – back to our story, my Second Love eternal to that boy from an old capital in Central Europe. Years (not that many in my calendar, but must have felt like an eternity in a teenager’s life of that boy) have passed and that boy, in a pivotal time of transformation into adulthood, comes to me in the New World, across the vast ocean and entire continent in search of his destiny(?), his ways through life. In short: in search of himself. At that time I was already well established, secured and totally committed and enthralled with my lifetime Love Eternal, one that consumed me happily, engulfed, and enthralled me without any hesitation. The one that was romantic and erotic. That boy from the Old Country came here exactly for these reasons, too. Firstly, he knew that I love him dearly and sincerely and I would not offer him anything that would be false, or based on pretense or judgment; would protect him, in as much as I could, from any harm that a sudden freedom can bring too.

That was the time, when my Love for that boy transformed to my Love Eternal: when he stopped being a boy from an Old Country, a nephew, for whom you care enormously – he became my Prodigal Son. Without any too strict connotation to the biblical story (of course, if needed, mistakes and transgressions would be forgiven – what proper father would not?). With another number of years the boy become a mature, well established, and educated man. For any parent, biological or emotional, it sounds like a solid reason to be proud. I am.

My Third Love

How should I name you, how should I call you, by what name? Who you are, who you were, where are you?

I can call you by my name for you are me. I can call you by your name for I am you. I can call you Love for you are My Love. Encompassing all my days and nights. Quivering like a blade of grass on summery meadow. Quivering and fluttering like my heart, when I call your name. I won’t be scared whispering to you: I love you – I will be brimming with pride, when I say it. You, who crossed the continent with me, to be with me. When I asked you, where we should settle for our sunset years, you answered: anywhere where you are going to be, because you are my Home.

When we met at the foothills of majestic Cordillera, bellow the amazing peak of Assiniboine Mountain, on the meadows flowing from the enormous Mount Temple, when we walked in the shadow of Mount Robson I wanted to hold your hand in mine. Wanted to show you how beautiful you look in the glory of these peaks surrounding you. Wanted to ask the angels floating around these peaks to come down and embrace you in their warm, godly wings. Just as I would, if I was a god. Maybe we were the gods? Didn’t we possess the most important attribute of deity: Love Eternal? Love that is everlasting. The Black Angel of Mercy in Hyde Park on Manhattan told us so, when we went on sunny October day to visit him.

When we walked the beaches of Northern Pacific in Tofino telling the anemones the story of our love – they danced in waves of happiness; when we walked the white beaches of Eastern Shore on Atlantic coast of Nova Scotia – the eagles danced above our heads and parasailors smiled seeing us traversing the beach.

You – my Third Love were the epitome of love, the Mount Everest of being alive. If I ever would lose the sense of smell – I would still remember the smell of your skin. If I ever lose my sight – I would still clearly see your eyes. If I ever lose my memory – I would want to not know who I am at all, because I would be nothing without the memory of Our Love.


[i] parents of Zeus

[ii] a novella by Thomas Mann

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Dec. 18.25 Moodswing Cafe

Strangeness of time

I am, I’m what’s left of us.

Me broken, stooped, and slower.

Me lesser of what were us.

Still here, still trying to be.

Submerged in constant little

battles bloodless, but mortar

nonetheless – the floor as any

battlefield strew with small

partial , dismembered corpses

of me: an arm raised here,

eyes lurking impatiently,

heaving chest, dark nipples

                waiting for your lips

                or fingertips

Monday after Friday,

daylight after dusk:

all out of their order,

timeframes, expectations.

Books opened, never read

beyond few pages, with corners

bended at their upper edges.

An old clock showing time gone.

Not winded, as it would somehow

mark the transit of space.

No shadow of you in new

apartment you never lived in.

                But come and kiss my belly,

                or touch it.

***

Rain, wind, coldness.

Christmas is coming

to wet and windy city.

Why is it coming uninvited?

What should I not buy you

as a gift? What will you

not cook for me again?

Bluish cold lights of huge

electric metal irises

stare at me sitting

at Moodswing Café.

A couple sitting behind me

laugh and touch themselves.

I smile and pretend not to be

offended by their tenderness.

But I am, of course! What

right do they have to enjoyment?

I can be not understanding,

to be angry, egoistic, to be void.

After all – it is Christmas time.

The joy, the hope … o, spare me!

Yet … I am void and alone,

empty and hopeless, silenced.

But the couple, their laughter,

their touching and sparkling eyesight

                makes me remember, feel and taste

                your kiss, touch.

****

It is so much more than silence,

emptiness and want unanswered:

the eons of nibbling your earlobes,

tasting the saltiness of your skin,

erupting hunger that was fed and fulfilled.

The Tree of Love is greenish with

it’s leaves even in the deepest

of winter; in the dryness of dessert;

the bareness of Himalayan peaks.

In the Hannukhahs of Judea,

the Euprhates of Babylons,

in the Brahmaputras seeking Induses,

and Blue Niles washing Sphinxes.

It is the tiny Elbow River

at the footsteps of Kananaskis,

where I undressed you

to marble nakedness, and

made symphony in the grass.

Our Judea, our Palestine,

our Vilno and Polesie,

our Manhattan and Piraeus,

and our tiny Bragg Creek, where

I tore your coverings off you.

                Your Frederickton and my Torun;

                Chopin and Patsy Cline.


(Melriches Cafe, Dec. 26.25)

Jesteś ciągle blisko,

choć co raz dalej.

Rozmawiamy codziennie,

ale co raz krócej.

Trudno mówić o światach,

które są obce:

                mój dla ciebie,

                twój dla mnie.

A przeszłość? Przeszłość jest tam:

za tobą i za mną.

I nigdy się nie zmieni.

Nie uleci z niej jeden dzień

i nie przybędzie jej jednej minuty.

Będziesz w niej na zawsze

i ja tamten będę w niej.

Tylko ja dzisiejszy

nigdy tam nie wrócę.

Są drzwi, do których

nie ma klucza,

które nie mają klamek.

Na zawsze zamknięte.

Z tym jest mi najtrudniej

się pogodzić, oswoić, uznać.

****

Zostają słowa biegające

nerwowo, wystraszone

od ściany do ściany,

od dnia do nocy.

Krzyczą, ale nikt

im nie odpowiada.

W ciszy toną we łzie

przemienionej w ocean.

Zimny, głęboki, bezbrzeżny.

Jak tamten, tam właśnie,

gdzie zbudowałem nasz

Fort Miłości, w którego

korytarzach i komnatach

nikt nie mieszka.

Może kraby o zmroku

tam spacerują, dyskutują.

Może za dnia przysiadają

mewy zdumione lub znudzone.

                Miłość cicha, smutna

                o zmierzchu i o świcie

                w białej sukni snuje się tam.

Za dnia skrywa się zlękniona

w gęstwie rachitycznego

lasku obok, który zmaga się

z odwiecznym oceanem,

by przetrwać jeszcze jeden rok.

    Żal mi tej miłości, że nie

   nie miała czasu doczekać ciepłej

  starości w fotelu wiklinowym,

z termosem ciepłej kawy obok.

                Prowadzilibyśmy długie

                wieczorne rozmowy, grzane

                tym ciepłem, tym spokojem.

                Może byśmy układali razem

                przednocnego pasjansa?

(by B. Pack-Gamalski, Vancouver, 2025)

Powrót do świata zewnętrznego

Powrót do świata zewnętrznego

Moja poezja wyrastała z wysokich traw naszej miłości. Nie była wyłącznie moja – była nasza, ja byłem po prostu skrybą, który ją notował. A teraz muszę się nauczyć pisać wiersze tylko moje. Po tych długich dekadach nie jest to łatwe. Tak mało mnie tamtego sprzed wielu, wielu lat nim spotkałem Ciebie, zostało. Gdzieś jakieś jądro, jakiś rdzeń, płomyk nikły jedynie.

Tylko, że ta przeszłość jest naturalnie moją teraźniejszością, nie wyparowała, nie zniknęła bez śladu. Jest naturalnym, explicite widocznym budulcem teraźniejszości. Świat każdego człowieka rodzi się tylko raz z odmętów niebytu. Co istnieje dziś jest zbiorem przeszłości, teraźniejszości i obietnicy przyszłości. Jedynie wtedy tworzy pełną całość, continuum bytu człowieczego. Odebranie jednej z tych sfer czyni nas inwalidą, człowiekiem niepełnym.

Bez względu na emocjonalne i intelektualne próby, ćwiczenia i zaklinania – przeszłość nie da się zamknąć w szufladzie, w walizce, w albumach zdjęć.  Więc zmuszony jestem albo wybrać milczenie lub samodzielne, na nowo odkrywane, odgrzebywane z kurzu dekad, samodzielne pisanie bez Ciebie – mojej gwiazdy przewodniej.

Jest to bardzo trudno oswajać na nowo słowa, zaklinać nimi świat wokół siebie i na odległych kontynentach, planetach innych kosmosów wyobraźni. Czas uwolnić Cię (i się) z mojej troskliwej, a zazdrosnej obecności. Czy jeszcze potrafię? Pojęcia nie mam. Dałeś mi życie na powitanie, zostawiłeś śmierć na pożegnanie.  Nie mnie jedynie i nie Tobie tylko to się zdarzyło. Ale wcale dla nas nie jest to w niczym pomocne. Każdy tą drogę inaczej i na nowo odkrywa, bądź pozostaje w miejscu.

Ten trudny, krnąbrny (inaczej go napisać nie potrafiłem, gdyż krnąbrnie nie chciał być napisany i każde słowo z uporem wzbraniało się stanąć w szeregu zdania, opisu, refleksji) wiersz ma być cezurą nie tyle formy zapisu poetyckiego, ile mojej poetyki in corpore. Bardziej to chyba zaznaczać się może w emocjonalnej treści niż w sposobie zapisu jako takim. Wszak nie odcinam się (bo jest to niemożliwe) od swojej, naszej przeszłości. Po prostu musze żyć, a więc i pisać, treściami teraźniejszości. Samodzielnie, bez używanie Ciebie, jak swojej peleryny, płaszcza, mojego oddechu i nowej fabuły życia. Nie możesz mnie więcej za rękę prowadzić. Dawać mi spokoju i pewności, która jakże ułatwiała pisanie. Byłeś moim Domem – teraz muszę sam nowe meble wstawiać, robić zakupy dla siebie, nie dla nas. Naturalnie, że nigdy nie zapomnę. Ale nie mogę zamknąć się w przeszłości, mimo, że tak łatwo i tak miło w nią uciekać. Nie wiem też czy mi się to uda, czy potrafię pisać nowe wiersze, gdy pisać już te napisane od dawna jest zamkniętym rozdziałem. Bezwzględnie ciągle dużo jest jeszcze tych, które bieli kartki niezapisanej nigdy nie zobaczyły. Może jednak nie powinny. Może należą do tamtego, nieistniejącego już świata. Te, które zapomniałem zapisać – należy zostawić, pozwolić im ulecieć gdzieś, w swobodę nieładu i nieistnienia. Żaden chyba poeta nie zapisał wszystkich swoich wierszy, bo nie sposób, tak jak kompozytor nie jest w stanie zapisać każdej muzyki, która stale mu w duszy gra. Gdyby tak było, poeci by przestawali pisać bardzo wcześnie, a kompozytorzy, po którejś sonacie by milkli.  Wszystkiego jest naprawdę ograniczona ilość.

A więc ten wiersz, ten właśnie muszę napisać, by mógł zobaczyć świat i abym ja mógł go przeczytać.

By Ciebie uwolnić od mojej słabości, zależności, mojego głodu nieustającego. Pewnie dlatego jest taki krnąbrny, tak ze mną walczący.

Calgary, AB. 1986-94; Burnaby/Surrey, BC. 1994-2018; Dartmouth. N.S. 2018-22

Czas uwolnić Twoja dłoń, wiem, że muszę

przestać ją zamykać w mojej silnie,

aż do bólu kostek nadgarstka.

Prawda, nie wyrywasz jej z mojej,

nie chcąc zadać bólu ponad

moje granice zniesienie bólu.

Ale musze Ci pozwolić odejść.

Brzoza, którą zasadziłem pod naszym

oknem wyrosła wysoko, zdrowo.

Nie wymaga już mojej opieki,

sięga nad okna naszej sypialni.

Daje poszum, cień nowym mieszkańcom.

Ty też już zmęczony być musisz tym

wracaniem częstym do brzegu mojego

łóżka, nasłuchiwaniem czy płaczę,

czy śpię. Możesz przestać, zasłużyłeś

na spokój. Nauczyłem się chodzić,

głaskać korę drzew, nauczyłem się

głaskać ludzi dotykiem słowa.

Nie umiem jeszcze kochać. Zaiste

jednak mało jest ludzi, którzy

potrafią wszystko. Wszystko, to bardzo

dużo. Mnie już przecież wszystkiego też

nie potrzeba, moje wędrówki są

krótsze, moje wspinaczki złagodniały.

Chmur na niebie ni gwiazd nocy dotykać

nie muszę: znam ich materię, energię.

Wystarczy. Nauczyłeś mnie tylu

rzeczy i tylu żyć. Poznałem śmierć.

Zwalniam mój zachwyt Twoją dłonią,

otwieram rygiel drzwi i okiennic:

idź, gdzie Twoja droga wiedzie, nie patrz

wstecz. Może kiedyś spotkasz mnie znów

idącego tą samą drogą do

Ciebie. Nie wiem, ale Ty powinieneś już.

Ta wiedza ciągle dla mnie zakryta.

Ale droga, którą szliśmy dotąd

doprowadziła nas do łąk szczęścia.

Więc idź. Czas byś spokojnie zasnął Ty.

/ B. P-G, grudzień 2025, Surrey/

A day the life changed

A day the life changed

You did talk to me last night, first time in a while. Yes, it was a strange night, followed by strange day. Or was it the other way around?  When you are alone, without a set schedule or watch, things do get mixed up easily. Dates especially: Mondays become Fridays, Fridays Tuesdays. So what happened to Wednesday, you ask? Who cares what happened to Wedneday, perhaps I left it on a beach, or on a bench in some park? Maybe it is still in the shower when I saw it last time I was taking a shower? What? Do I not take a shower every day? Maybe not, maybe sometime I take a bath, who cares? You really are asking way too many questions and it is my story anyway. Be quite, just listen.

No, not you, Babycake – I’m talking to my alter ego. You wouldn’t ask such stupid, mundane questions.

But the day or the night when I was still in bed, when I was sleeping, I dreamt of you, I talked to you. Have not done it in a while. I thought that you just let it go, these talks of ours across the boundaries of life and death. Thought maybe there is some allotted time that you can do that and maybe you have used it up? I don’t know. Remember? I am the one still left alive, never been consciously to the other side.

None of it is important really, anyway. I have dreamt of you in my sleep. It woke me up and there you were, next to me. No, I couldn’t see you, but you were there talking to me, you were saying something important.  You said that I have to understand that I am alone. That adjective ‘alone’ stood up as a mountain, a wall impregnable, forest too dense to walk out of it. I was getting used to be ‘alone’ in an adverb form.

Since I came back to our home, our former life here, in this city, this province, I have become very busy in many aspects: walks, friends, beaches, concerts, plans. It was just hard to go back to our home, our street. So I did it very seldom, hoping that it will allow me to function as normal as possible. And it did. Had evenings in bars, laughter, maybe a flirt or two. It seemed normal, I was spared any regrets. It was almost as I would finally get across that invisible line of Doctor Time, who heals old wounds; whose grief becomes first bearable, then transforms itself into a memory. Memory that is sad, but also happy that we did have our time, we found each other among the millions of people. As I was told many times, that it will get easier.

You think that was an expectation too easy, perhaps? I am not, after all, just a single guy ready for the picking and ready for harvesting. Is there anything wrong with it, isn’t it logical, practical?

I have reached to my writings of the early days after you were gone, to the first winter after you were gone and my constant visits to the gravesite in Pictou. Yes, that old ancestral town, where we were going to build our home, and spent the rest of our lives in that home.  We did not.

(notes from my writings after John’s passing by the end of November 2022)

Pictou

                One year. It is hard as hell. Came to Pictou to spent time on the cemetery where we put your ashes. It’s windy, very cold. Desolate place. There was no one else there, on the cemetery. I know – it is only a stone with your name on it. Yours, your parents, and your baby brother you never had a chance to know. And now, there is also your oldest brother Fraser, who was laid there just few months ago.

Cleaned around a bit, threw away old winter flowers, and fixed things. Fixed things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed, when everything is broken.

Yes, I know that you are not there, not under the ground. You are with me. Forever. I have engraved on that stone myself that you are forever in my memory. I looked at the letters and smiled. In my memory, really? That’s what it all came to? Our Love, our life: to be remembered? How silly words could be, when they try to describe emotions, feelings. But still hoped that many years from now, when all of us, who knew you and me, would be gone – a stranger would wander to that gravesite and he would think, that the guy who is buried there was indeed ‘non omnis moriar’, that part of him lived in that other guy’s heart. Nice thought.

You and that Love of ours are engraved not on the stone, but in my soul.

Me? I don’t remember who I was before I met you. I was just waiting. Waiting and searching for you – and I have found you.

                Now, now it is almost three years later. I am here, back to our good life on the shores of the other ocean.  Were we had home, a nest, were we had dozens of friends, people we cherished and who cherished us. Some were ours; others were exclusively yours or mine.  The two halves of Us were surprisingly very independent and strong, if only by the constant knowledge that the other half is there to make it whole.

I don’t have that knowledge anymore. The other half is gone, it is just me left. Those many people I have known, and who sought my presence are still here. Not all of them, granted. Some have left either this life (as you), or this city. But some are still here. None seem to really need me. I am not sure I need them. Of course there is some curiosity, some friendly waving of a hand: how nice to see you again, you are looking good … and so on. I thought that I would need to search for them myself, that I would want it very much. But if I’m always finding excuses and ‘important things’ that prevent me from doing it – am I really?

I have one important friend and, strangely enough, one with the shortest amount of time we spent in this city before we left for Nova Scotia.  Less than a year, I think. After my dearest nephew had to go back to Poland, but still this young and very mature nephew was my angel in the first month after John was gone. Then my niece with her husband and son came to stay with me. But he, that younger friend of mine from Vancouver, somehow helped me in the dark months after I was left alone in Halifax. The rest seemed like eternity. Eternity of being in hell, or waiting for the hell’s gates to be opened, to swallow my world. At these dark times that younger friend kept me connected to the world and people by phone. Our long conversations were instrumental of me getting the skeleton of myself back into me.

That is how I did return. To the place of Our home, our happiness. These places somehow were the strongest magnet for me. I submerged myself in going alone, for days on end, on long walks through parks, streets,  squares, building  were we lived, were my mom lived, were I was with my sisters, my nephew and niece. Places that were calling me. Yes, places, much more than people.

I think that we all have these special places, sometime in many countries, on different continents. Special places that act as an anchor on a ship of life. Where we can drop that anchor and stay safely in some magical Bay of Memories.

It is also a time to untie that line across the sides of our two separate boats: mine and the one belonging to my younger dear friend. He has journeys to make across the sea himself, his journey, not ours. That is also a part of me being alone. My boat is rusted a bit, engines are old. It will still make it though, the last long sailing, perhaps passing the Cape of Hope (not the Cape of Horn), back to original shipyard of its maiden voyage. Then I will rest.

After that rest, I will go alone on many walks to many places (some might not exist materially anymore, but will in my world) that will call me. Solitary walks. It will be like existing in two different dimensions.

One day (no, not in my sleep) perhaps suddenly, out of the blue, I will see you taking the same trail or road and walking toward me, and I will stop being alone. I do hope so. Even in a faint split second before the big Nothingness.

It is what it is. Could be silent, but even than it is not nameless.

Yet, we will not call that name today. We know what it is. Sad but proud; weeping but not hysterical. Sad but understanding; resigned but not broken.

Thinking – strangely enough – about two old movies, that made an enormous effect on me as a very young boy. One with Lamberto Maggiorani in “Bicycle Thief” [i] and incomparable Gulietta Masina in “La Strada”[ii]. Dreams and loves. Devotion and standing by your loves no matter what. Beyond the beyond.

Words. Many words.

The soft and the tense.

Words that can pierce,

be sharp but still true.

They are an umbrella

on a rainy day:

it does not bring sunshine,

does not clear the sky,

but it saves you from being wet.

Perhaps there is even a chance

that such an umbrella

will take a flight with you

to the clouds, to the skies.

It is better to be silent

than to use the thread of words

for making a garment

of lies and half-truths.

Walk silently through

the park filled with good words

where leafs whisper

the promise of a kiss and

touch of fingertips and eyelashes.

Words should never be

like grains of sand in a desert

or they will lose their meaning.

It is good to thread them

on strands of necklaces,

make earrings of them –

it makes them easily accessible,

without the need to always

use a coin for new ones.

Words, you see, are like

years and days: they are

 on very limited number.

The story lives

in your heart and soul,

not in thesauruses.

Words are the keys

to books unwritten, yet.  


(Polish vrsion – both were written simultaneously, not a translation)

Słowa. Dużo słów.

Te łagodne i te nastroszone.

Słowa, które mogą kłuć,

być ostre, ale prawdziwe.

Które leczą a nie jątrzą.

Są jak parasol w słotny dzień:

nie przynosi słońca,

nie przepędza chmur,

ale chroni przed zmoknięciem.

Jest nawet szansa, że jak

w starym filmie porwą cię

w podróż w chmury,

na spacer po niebie.

Lepiej milczeć niż szyć

z nici słów opowieść

kłamstw i fałszu.

Milczący – przechadzaj się w ciszy

parku pełnego dobrych słów.

Jak liście pod nogami szeleszczące

obietnicą pocałunku,

dotyku palców i rzęs.

Słowa nie powinny być rozrzutne,

by nie tracić swej wartości.

Warto je nizać na nitkę

naszyjników i zausznic –

masz je wtedy zawsze pod ręką,

nie musisz trwonić monety

czasu na stale inne, nowe.

Bo słów, jak lat i dni

jest ograniczona ilość.

Opowieść mieszka w sercu i duszy –

nie w tezaurusie.

Słowa to klucze do ksiąg,

jeszcze nie napisanych.


[i]Bicycle Thieves (1948) – Film Review. Italian neo-realist classic.

[ii]La Strada (1954) – IMDb

Okrutny dzień. Dzień prawdziwy

Okrutny dzień. Dzień prawdziwy

(pisane w kafejce Melriches na Davie, w Vancouverze, 18 listopada 2025)

Dziś byłem zły na Ciebie. Jeszcze jestem.

Wróciłem tu, na rzut kamieniem do naszego domu. I mogę iść tam, mogę walić w okna, krzyczeć, a nikt mi nie otworzy, nikt nie spyta, czy potrzebuję pomocy.

Z okien mojej pustej sypialni patrzę na mosty łączące brzegi wielkiej rzeki. Równie szerokiej i prawie równie ruchliwej, jak ten kanał atlantycki łączący dwa miasta w Nowej Szkocji. Tam też, po tym listopadzie okrutnym, nieludzkim, z okien naszej ostatniej wspólnej sypialni widziałem most łączący dwa brzegi: ten z naszą sypialnią, na drugim szpital, gdzie Cię żegnałem zaklęciami i łzami.

Dzień wcześniej, na kamiennej podłodze korytarza łączącego naszą sypialnię z moją pracownią-biblioteką klęczałem nad Tobą leżącym na tej podłodze. Krzyczałem też, zaklinałem usiłując ustami wepchnąć życie w Twoje ulatujące życie. Nie miałem czasu na płacz, bo każda sekunda była droga, trzeba było być uważnym, czujnym, chciałem być demiurgiem, który tchnął w Ciebie te życie odlatujące, powstrzymać je w Tobie. A tyle jeno zyskałem, żem bicie serca utrzymał nim przyjechały te karetki. I przez to mogli Cię potem do tych maszyn okrutnych podłączyć.

A Ciebie już w tym ciele zmęczonym nie było. Już byłeś wolny. Już Cię życie nie szarpało, nie gryzło, nie zadawało bólu.

Nigdy nie byłeś samolubny, myślący głównie o sobie. Nigdy – prócz tego dnia, na tej kamiennej podłodze przy naszej sypialni. A tego właśnie dnia powinieneś myśleć o mnie, nie o sobie. Tego dnia, tam, w ostatnim momencie powinieneś zdobyć się na ten wysiłek i zabrać mnie ze sobą. Musiałeś, a nie zrobiłeś tego!

          Tak – byłem silny. Ale byłem silny, bo miałem być silnym dla kogoś. A na cóż mi dziś moja siła? Zbędna, jak te powietrze, którym oddycham. I dlatego jestem zły. Nie dlatego, że Cię nie ma, skoro być przecież nie możesz. Jestem zły, że ja jestem.

∞∞∞

Po miesiącach wielu, gdy wróciłem tu, do naszego domu, naszej prowincji, zjawiłeś się kilkakroć nocą w moich snach, szeptałeś zatroskany, że nadszedł czas, że mam żyć, że dajesz mi prawo do życia znowu, że chcesz mnie widzieć korzystającym z niego, żyjącym. Sądziłem, że masz wiedzę szerszą niż moja, bo ‘stamtąd’ pochodzącą, tą wszechwiedzącą. I poszedłem za tą radą. By obudzić się którejś nocy i zreflektować, że nie, nie masz racji. Że tej wiedzy tam, gdzieś w kosmosie, nie ma. W każdym razie nie więcej niż jest tu. Bo na cóż mi twarze i dotyk kochanków młodszych o generację? Nie jestem wszak wampirem, któremu do życia potrzebna ich krew. Mnie życie po prostu nie potrzebne.  Nie potrzebni mi kochankowie, którym nic prócz fizycznego momentu nie mam do zaoferowania. Nie chcę być tym dzbanem z fatamorgany, z którego nikt nie może się napić. Nie chce być ni tym dzbanem, ni tą wodą dla spragnionych. Nie chce po prostu. To takie proste.

Nigdy, w żadnych dokumentach, w żadnych szeptach, przysięgach i pocałunkach nie wyrażałem zgody, że sobie gdzieś po prostu ulecisz, przestaniesz być sam, beze mnie. I o to jestem zły. Bogów i szatanów się nie lękam. Śmieszą mnie swym wabieniem i przestrogami.  

Tylko … widzisz i ten dzień dzisiejszy, ten zły dzień, dobiega właśnie końca. I z nim odchodzi moja złość egoistyczna, żeś mnie wówczas nie zabrał ku tej drugiej krawędzi świata. Tamten dzień okrutny i ten dzisiejszy pełen złości na Ciebie pewnie wrócą jeszcze nie raz. Ale nic, żaden kataklizm, żadne zaćmienie słońca i gwiazd nie zaćmi szczęścia z dnia, w którym znalazłem Ciebie. A szukałem przez wiele długich lat, w wielu krajach na kilku kontynentach. Za bardzo drogie klejnoty płaci się bardzo wysoką cenę.  

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

W kwietniu 1999 roku poszliśmy w wielkiej arenie General Motors w Vancouverze na koncert Andrea Bocceli. Siedzę teraz i słucham jego dysku ,Romanza’[i].  I krzyczę bezgłośnie.  Bo to wszystko wraca: nasze koncerty, nasze podróże, nasza miłość, nasze marzenia.

Ostatnią ścieżką na dysku jest oczywiście duet „Time to say goodbye” Sary Brightman z Bocellim.  Ileż razy słuchaliśmy tej porywającej i strasznie smutnej piosenki … czas się żegnać już.  A przecież nie był! Nie jeszcze i nie tak.

I podła pogoda za oknem dziś, deszcz w silnych podmuchach wiatru, nie zastanawiając się wiele pomyślałem: posłucham „Romanzy” Bocelliego. I było OK, uwielbiam jego głos, jego interpretacje. Zapomniałem o tej ostatniej ścieżce dyskowej i kompletnie mnie powaliło, gdy popłynęła ta pieśń i Sara Brightman w duecie z Bocellim.

Sara, którą uwielbiał za jej niezapomnianą kreację w roli  Christine Daaé  w „Upiorze w Operze”. Był aż trzykrotnie na tym przedstawieniu: raz jeszcze w Calgary i potem dwukrotnie w Vancouverze, ze mną, ze swoją mamą jeszcze w Calgary i z moją później w Vancouverze.

A teraz, z tym ponurym deszczem zbliża się ten dzień fatalny w listopadzie. Dzień, w którym nadszedł ‘czas powiedzenia żegnaj’. Przeklęty dzień.  W jakiś sposób umarłem wówczas też.

Miesiąc wcześniej, gdzieś o tej porze października jak dziś, wymusiłem na nim przejażdżkę samochodem.  Pojechaliśmy na plażę, pierwszą plażę, na którą pojechaliśmy po przeprowadzce do Nowej Szkocji kilka lat wcześniej.  Wybrałem trasę piękną jesienią przez Cow Bay Road, prowadzącą malowniczą drogą nad wybrzeżem, wzdłuż lasów zielonych jeszcze, aż do tej Haven Beach i słodko-słonych rozlewisk jeziorno-bagiennych przed plażą. Był zadowolony. Ja też. Wiedzieliśmy, że nas czas się kończy. Nie sądziłem, że tak szybko. Zdjęcia poniżej z tego dnia właśnie.

Nigdy, przenigdy nie pogodziłem się z tym. Nie potrafię do dziś.  I nigdy już sobą, takim, jakim byłem, być nie potrafię i nie będę.


[i] „Romanza”, producer PolyGram Group Canada Ltd. (based on 1996 Insieme Srl).