Escaping words and worlds

I have been silenced, my words escaped me. For the first time in a long while I have that strange feeling. Are there subjects not worthy a comment, an opinion? Gosh, no! Climate catastrophe with 2024 declared the warmest since temperatures were recorded; Trump and his enormous threat to peace and world stability; Ukraine failing under the yoke of huge armies and armaments of Russia, and as a side reflection of that – posing a growing threat to the safety of Polish borders. Perhaps European war is inevitable? War in Europe would be catastrophic beyond comprehension.

But I don’t have to add anything to these subjects. They only captivate my interest, worries for a moment. Like some side show on the peripheries of reality. My reality.

Ensuing grief? I’m not sure if this is just grief anymore. I am gradually loosing an interest in all of it, and I do mean: in all of it, the world around me. It is, I’m in it, but I’m outside of it.

Poetry still has some weight, some meaning, but even that meaning changed.

Our time

Do I write words or

do I write meanings?

What else is there more

in search of  being?

To look outward to

world and it’s people

or inward for you?

Meadow, church steeple?

But,  if I gaze to

stars, then Venus I

choose in hue of blue!

For yours, our divine

time we had for us,

when the world was mine.

(by B. Pacak_Gamalski, 2025)

Does that sonnet tell of me, does it fill me still to the brim of my soul and heart? It does in some way. But in some, I still yearn the company of friends. Of faces dear and voices warm. Still want to care about them, the dear ones, even if they don’t really need to be taken care of. It is often that the ‘caretaker’ of people needs to give that care more than those, who receive it.

As for the rest of the world outside of my inner one, it seems to be diminishing ever more. Objectively speaking that world is in great need of care – it just doesn’t hold any sway over me anymore or less and less.  Is it right to feel like that? I don’t know. I try to avoid passing judgment.  They say that you should never represent yourself in court of justice; you should have an advocate to do that. But who are ‘they’, anyway? And if they do pass a judgment – do I really care? Or will I remain silent, without words that used to be plentiful?

But when I will start write just words without meanings – someone please let me know and silence me.

An exercise in futility or search of meaning? A battle with a microphone and poetry.

How do you write a poem? Where is it borne? I mean –  how the simple act of poetic writing occurs, how is it borne?

Of course, there are poets, who simply give themselves a task of writing a poem or three per day, or per week. When you do have a career as a poet, you are expected to keep writing. You need to publish here and there in a literary paper, every so often to publish a full new book of poetry. It is a job after all to maintain a name in circulation.

On the other hand, there are these impossible poets, who simply don’t give a damn about the business of being a poet. They just write when they feel like. Maybe once a day, or once a week, a month per chance?  And some might even get silent for extended period of time.  Free spirits.

What interest me in the original question is not how often or how rarely they write, but how the poem, the words are borne. Do you say them aloud? Is it possible that you think: I will write a poem about this or that? Do you seat yourself and start saying that poem aloud and copy it on paper (keyboard)? To be precise – is a poem borne in your soul or in your brain? Is it possible to use a verbatim form of recording a poem?

The other day I used a microphone that ‘types’ the words into a computer by itself (what will they think of next, LOL!).  Therefore the poem was deliberately born in the brain. It had no form or ‘sketch’ that I ‘copy’ on paper. It was becoming as I was saying it to the mike. I knew therefore what I was saying but had no idea what the next stanza will be. In a way it turned out to be …a discourse with the microphone. And the microphone was trying to correct my trail of thought, LOL, which I resisted angrily. It became almost a battle of wills. Very amusing. Decided to keep it, as a reminder that it definitely is not my way of writing poetry.  It felt almost Kantor-esque, if I can use the workings of great Polish and international theater stages by Tadeusz Kantor.

Here it is, cacophonic, almost angry, but somehow makes (maybe only to myself?) sense.

Verbatim

the day is done when

 the night is bright

 nothing is the same

 mornings are late

nights are brighter

by Moon’s shine

flowers are not done

flowering again

 birds are  not singing

 I think it’s harder

 to listen  exactly

 to what I’m saying

 do not correct me

 do not embellish

my words I am

 the poet nor are you

 my angel my fan

 my listener it

  takes too much time for

 you to understand

 what I need from you

  but we will  get  there

 a day at a time

 an hour after hour

 a year after year

 bye bye now

 time to go to bed

when we will talk again

 it should be easier

 I am going to

 a new day good night

 my lover per chance

Rozmowa ze sobą

Zgubiłem klucze do mojego życia Nie wiem gdzie je położyłem. Na którym stole, na którym biurku, w której kieszeni, w której ręce?

To było bardzo proste, gdy byłeś obok Ty. Ty zawsze wiedziałeś gdzie je położyłem Ze śmiechem podawałeś mi je przy drzwiach: są tu, gdzie je wczoraj położyłeś. Brałem je i wychodziłem z domu. Wkładałem do stacyjki samochodu, przekręcałem, silnik ruszał i jechałem sam lub częściej razem z Tobą. Naszą drogą. Przez mosty, przez rzeki, przez góry, przez miasta. Przez życie.

Więc nie szukam tych zagubionych kluczy teraz zbyt dokładnie. Zgubiły się. Nawet, gdy znajdę – gdzie jechać? Samochód też zagubiony.

Już byłem blisko raz, kilka tygodni temu ledwie, odnalezienia skrawka tej drogi, fragmentu mapy. Już podawałeś mi dłoń i uśmiechałeś się, mówiąc tym uśmiechem: dobrze, chcę byś jechał znowu dalej. Ulicami naszego miasta tu, nad Pacyfikiem.

To wydawało się takie proste – chodzić samemu lub z przyjaciółmi tymi uliczkami koło Holland Park w Surrey, wokół Capitol Hill w Burnaby, na West End w Vancouverze, w kolorowym Ladner.

Ale wyjechałem stamtąd na chwilkę tylko, na kilka dni ledwie. I samochód zniknął, gdy wróciłem. Postawiłem widocznie nie na tej ulicy, pewnie nie w tym mieście.

Wyciągasz rękę, chcesz mi pomóc. Uśmiechasz się tym jedynym na świecie uśmiechem, który nadawał sens wszystkiemu. A ja jestem taki bezradny bez ciebie. Gdy ciebie gdzieś wiozłem przez wertepy, gdy podawałem rękę na skałach, którymi wędrowaliśmy – byłem silny, zaradny. Teraz, gdy ta ręka nikomu niepotrzebna –utraciłem moją siłę.

I już nie wiem, czy te klucze można znaleźć, czy samochód odszukać i czy mogę ponownie jechać tam – do nas, naszego domu i zacząć żyć ponownie. Nawet tam, w tym magicznym mieście naszego szczęścia. Bo jeśli tym razem cię tam nie znajdę – to poco mi te klucze, ten samochód, to życie?

Powinienem być szczęśliwy

Dzień dobry – mówię ludziom napotkanym. Wydaje się, że jest dobry. Kiedyś był, dziś nie zawsze rozumiem skąd nam tyle dobra się nabrało do kosza. A był pełen, jak róg obfitości.

 Było po prostu, jak słońce na niebie, jak woda w rzece, jak krew w żyłach. Tak było, a już tak nie jest. Wydaje się jeszcze, że sprawy układają się tak, jak układały się do tej pory.  A nic nie jest wieczne, nic nie jest dane na zawsze, więc te drogi i mapy prowadzące gdzieś, są jak kompas bez pola magnetycznego. Wszędzie jest i północ i południe jednocześnie, wschód i zachód, dzień i noc. Doprawdy, w głowie się czasem kręci, ale najczęściej jest mi to kompletnie obojętne.

Szumiałeś mi, jak flaga na wietrze,

drżałeś, niczym rozgrzane latem powietrze.

Z flagi pięknej pozostało drzewce –

nie mam, nie słyszę, nie widzę, nie chcę.

Wszystko stało się chwilami inne, niezajmujące. Nawet sztuka, literatura, ba – wiersze. Komu one potrzebne? Wiec takie proste, zwykłe rymowanki się kładą na kartce. Bo pisać trochę umię, tak jak chodzić umiem, no to chodzę. Wcale nie oznacza to, że jestem sprinterem olimpijskim lub nawet powiatowym. Czy gdzieś jeszcze dojdę, czy dojadę tym samochodem?

Wszystko było drogą i podróżą.

Było widokami, które nie nużą,

jak wybrzeża rzek i Côte d’Azur,

łąką, plażą i bukietem tęcz z chmur.

Właśnie – było, ‘wszystko było’. Czas przeszły. Toteż nie zapisuję tego, jako jakiegoś eseju, jakiejś prozy poetyckiej, refleksji. Nie. Gadam ze sobą czasem żeby nie nudzić rozmową innych. Trochę bez składu i ładu. Nie muszę się martwić o ‘składnię i ładnie’. O jakiekolwiek bon tony. Trochę, jak takie podstarzałe dziecko, które samo z sobą (w domyśle: z niewidzialnym słuchaczem) prowadzi dyskusje. Jak się znudzi – to przestaje.  Mimo wszystko nawet siebie samego nie można słuchać zbyt długo. Cierpliwość wobec samego siebie ma też swoje granice.

Bajka o polskim gawroszu

Publikowałem tu wiersze, dysputy filozoficzne, fotoreportaże, refleksje smutne i radosne, opinie polityczne i pro arte. A nigdy bajek. Dlaczego? Nie wiem. A bajka to taki piękny świat! Mam w Polsce czworo cudownych dzieci: wnuczki i wnuka moich sióstr. I strasznie mi ich brak. Miałem już w krótce do Polski jechać i tak cieszyłem się na spędzanie z nimi bardzo dużej ilości czasu. I życie, jak często bywa, trochę plany pogmatwało. Chyba wiosną ich nie zobaczę. Wiec dla nich i o nich myśląc bajkę jednak napisałem. O takim piesku obieżyświacie. O mnie samym?! Bo ja wiem? Teraz, gdy czytam com napisał, to może trochę?

wasz wujek-dziadek Boguś

GAWROSZ

Był sobie raz piesek, nazywał się Przybłędek. Biegał po brzegach warkoczy siwej rzeki Narwi oplatającej lasy kurpiowskie. Biegał i wzdychał ciężko widząc płynącą wartko wodę. Zaszczekał do niej smutkiem przepełniony: tobie to dobrze Narwio, płyniesz wolna z daleka i gdzieś w dal niewiadomą pędzisz. Pewnie przygód spotkałaś wiele i wiele w świecie dalekim poznasz. A ja tu na tych wertepach, na polankach podmokłych kręcę się w kółko bez celu. Jedna podobna do drugiej, te same krzaczki, drzewa jedyne to świerk i sosna, gdzieniegdzie buk lub dąb-samotnik, mrukliwy i do zabaw nierychły. Ciągnąłem go kiedyś za gałąź nisko, namawiałem: choć, pójdziemy razem na przełaj, uciekniemy z tego boru w świat ciekawy i nieznany. Kiedy wrócimy wszystkie rośliny i motyle będą nas z podziwem słuchać, jak im o tym świecie przy świetle lampy księżycowej będziemy opowiadać.  Ale dąb tylko mruknął, potrząsnął konarem – ledwie mi zęba nie urwał, jak tak potrząsł – i rzekł:

Jam ci nie żaden przybłęda,

podrzutek ni byle szczeniak!

Ja władyk, to moja arenda.

Nie znoszę hałasu i pienia.

A ty niczyj i niczego

nie masz, nie strzeżesz zagrody.

Biegasz i tego-owego

szukasz niczym nowej mody.

Łepek opuścił nisko Przybłędek, ogon podkulił i jeszcze smutniejszy surowym wypominaniem dębu, powlókł się pod krzaczek i legł cicho na mchu. Łapką otarł dwie łezki ze ślepiąt, westchnął ciężko i zasnął. Coś mu śniło się widać, bo łapkami przebierał, podszczekiwał cicho. Może poznał we śnie inne pieski, może śmiały się z nim, bawiły i kręciły ogonami, jak wierzby na wietrze znad Narwi? Opowiadały o psach-gawroszach w wielkim mieście nad rzeką całą obudowaną kamiennymi bulwarami, o kościele nie małym, drewnianym, a wielkim kamiennym, z dwoma dzwonnicami. O wąskich uliczkach, dłuższych niż rynek w Pułtusku, z piekarniami-bulanżeriami pachnącymi cudownie z rana. Psy-gawrosze nosiły koszulki w czarne paski i czarne birety na łebkach. I wszystkie nuciły szczęśliwe: Pari, o Pari. Tak musiało to miasto się nazywać! –  krzyknął do siebie we śnie tak głośno, aż się przebudził. Ciemno było wokół już, tylko ten sam szum rzeki do niego dopływał. Spojrzał w górę ślepkami i aż zaniemówił. Czarne niebo błyszczało od tysięcy gwiazd! Jakiś wielki wóz widział pędzący, za nim drugi mały wóz, gdzieś woźnica musiał z bicza chyba strzelać, tak pędziły po tym niebie! Jedne gwiazdy samotne, jak wielkie lampy zawieszone tuż nad jego łebkiem, inne mniejsze, mrugały do niego przyjacielsko. Przybłędkowi zdawało się, że wołały do niego: jedź do Pari, Przybłędku! Tam znajdziesz świat ciekawy i wspaniały. Jednej chwili nudy nie zaznasz. My stale tam jeździmy i śpiewamy z gawroszami: Pari, ach Pari!

Przybłędek pomachał ogonem z radości. Ale potem podrapał się łapką za uchem: czym i jak ja do Pari z tego lasu pojadę?  Gdzie bilet kupię? Słyszał kiedyś o Pułtusku, mieście z kamiennymi domami. Wiedział, że Narew tam właśnie płynie, do tego Pułtuska. Już by się rzucił w jej nurty by płynąć z nimi tam, ale szczęściem w ostatniej chwili się zawahał.  Pomyślał: to musi być bardzo daleko, a ja jestem szczeniak mały jeszcze, krótkie mam łapki, a Narew ma pełno wirów i może mnie pożreć tymi wirami, jak liście z dębu. I mądrze się powstrzymał. Przybłędek był szczeniakiem, ale nie był głuptasem. Był marzycielem, ale nie szaleńcem.  I nagle ujrzał chlupiący się w rzece wielki pień drzewa, a na nim siedzącego bobra chrupiącego z przejęciem jakąś gałązkę. Dobry wieczór. panie Bobrze i smacznego! Bóbr, nie przestając żuć gałązki, mrukną spod wąsów: Ano, dobry, dobry. I jasny od gwiazd pięknych tej nocy. Nie ma lęku o zgubieniu się w zatoczkach. Przybłędek pomachał mu łapka i spytał: A dokąd pan tak płynie?  Do Pułtuska odpowiedział Bóbr. Przybłędek aż podskoczył z wrażenia i krzyknął: O rany! Naprawdę do Pułtuska?  Bóbr odparł zdziwiony: no tak, przecież mówię, że do Pułtuska. Przybłędek zaczął machać gonem i krzyczeć: O. panie Bobrze kochany, ja musze tam pojechać! Proszę pana bardzo, niech mnie pan zabierze. Nic nie będę przeszkadzał, będę grzeczny całą podróż! Bóbr skierował drzewo do brzegu i spojrzał na pieska podkręcając wąsa. A co tobie tak śpieszno do Pułtuska maluchu? Masz tam rodzinę?

Nie mam ale muszę, bo tam kupię bilet do Pari, panie Bobrze – odparł Przybłędek. Do Pari? mruknął do siebie Bóbr. Nigdy nie słyszałem o Pari, pewnie dalej niż nawet Serock, gdzie mam rodzinę i dwa razy tam byłem. No, ale jak musisz tam jechać, to wskakuj. Tylko się nie kręć, bo nie będę cię z wody za uszy wyciągać, jak spadniesz.

Przybłędek był uszczęśliwiony! Wskoczył na pieniek z panem Bobrem i z radości objął go łapkami i polizał go po wąsach. Pan Bóbr zaśmiał się z afektu szczeniaczka i krzyknął – trzymaj się mojego ogona i nie wierć się. Ahoj!

I tak zaczęła się wielka przygoda naszego pieska.

Narew nurtem szumi, pluszcze,

opowiada, nuci legendy,

owija się kwietnym bluszczem,

pachnącym kwiatem lawendy.

Znad bagien Polesia i łąk,

z Podlasia, gdzie bawi się w berka,

raz znika, to kręci się w krąg,

niczym wesoła tancerka!

Przybłędek wczesnym rankiem dopłynął z panem Bobrem szczęśliwie do brzegów Pułtuska. Narew swoimi nurtami, kierując się do spotkania z modrą Wisłą pod Nowym Dworem Mazowieckim, tuż u brzegów Pułtuska wysadziła ich pod samym wysokim zamkiem książąt-biskupów mazowieckich. Stąd, z tego wzgórza i zamku doglądali ci biskupi-książęta bezpieczeństwa ziemi mazowieckiej i bronili jej przed częstymi najazdami wojów litewskich. Ale to stara historia, sprzed setek lat i Przybłędek nie miał czasu o niej się szczegółów dowiedzieć. Popędził zaraz na piękny długi rynek pułtuski – a ponoć jest najdłuższym rynkiem w całej Europie – szukać jakiegoś sklepu lub biura, gdzie mógłby kupić bilet do Pari i jakiegoś sklepu z odzieżą, by sobie sprawić biret i koszulkę w paski, aby na prawdziwego gawrosza mógł wyglądać.

Przy stoliku kawiarnianym ustawionym na rynku siedział jakiś starszy jegomość w kapeluszu i pił ranną kawę czytając gazetę. Przbłędek podbiegł do niego, pociągnął ząbkami za nogawkę i spytał grzecznie: bardzo pana przepraszam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć gdzie mogę kupić nowe ubranko dla siebie? Pan uśmiechnął się do niego i potargał jego sierść: O, jaka grzeczna psina. Naturalnie, że wiem. Tam, za rogiem następnej ulicy jest właśnie sklepik z ubrankami i różnymi zabawkami dla zwierzątek. Głównie dla psów i kotów, oczywiście. Nasz Przybłędek wzdrygnął się na wspomnienie kotów, za którymi nie przepadał. Pomyślał nawet, że jak można w tym samym sklepie obsługiwać i psów i koty jednocześnie. Ale nie chciał tym zawracać głowy miłego pana, podziękował mu za wskazanie sklepu i popędził tam od razu. Nad sklepem był duży kolorowy szyld z napisem „Magazyn dla Czworonożnych Przyjaciół”. Bardzo mu się ta nazwa podobała. Szczeknął dwukrotnie pod zamkniętymi drzwiami i za chwilę otworzyła mu je korpulentna pani ekspedientka. Wbiegł natychmiast i stanął jak wryty. Nigdy jeszcze nie widział sklepu z tyloma zabawkami, różnymi przyrządami i workami z jedzeniem dla psów i kotów. W lasach kurpiowskich skąd pochodził, nigdzie czegoś takiego nie widział. Mieszkał blisko osady, gdzie były dwa małe sklepiki, ale wszystko było tam tylko dla ludzi, nic dla piesków.

Rozglądał się po tym sklepie i oczom nie wierzył. Za ladą stała jakaś bardzo okrągła starsza pani. Podszedł do niej i grzecznie spytał: Czy mogłaby pani pokazać, gdzie są ubranka dla takich piesków, jak ja. Chodzi mi głównie o nakrycie głowy i koszulkę. Pani uśmiechnęła się do pieska i spytała: Wygląda, że kawaler jest sam, bez opiekuna. A czy ma pan kawaler pieniążki na zakup ubranek? Przybłędek wpadł w po płoch i strach – oczywiście w sklepie, tak jak w jego osadzie w lasach kurpiowskich, trzeba za towary płacić, a on przecież nie miał przy sobie ani grosika! Pisknął cicho do pani sklepowej: nie mam, proszę drogiej pani! Ale naprawdę muszę sobie koszulkę i czapeczkę kupić. Pani sklepowa poskrobała się po głowie, pomyślała. I nagle twarz jej się rozjaśniła. Acha! – powiedziała – już wiem. Zapracujesz na pieniążki, kochanieńku. Przybłędek pomachał ogonem i spytał: a co mam zrobić? Pani rozejrzała się po sklepie i pokazała dział, gdzie były półki pełne rożnych małych zabawek i powiedziała: Widzisz tam ten bałagan, wszyscy przebierają zabawki a nikt z powrotem nie kładzie ich na miejsce. Idź, pozbieraj je z podłogi i poukładaj tam, gdzie powinny być. Piesek zaraz tam pobiegł i solidnie zaczął porządkować wszystkie rozrzucone zabawki. Zabrało mu to dobre pół godziny, ale wszystko leżało tam, gdzie leżeć powinno. Pani była bardzo zadowolona. Dała Przybłędkowi godziwą zapłatę i zaprowadziła go do ubranek. Na jednej z półek leżały koszulki takie, jakich właśnie szukał. Aż trząsł się z radości. Chwycił koszulkę i spytał: a bereciki pani droga ma? Miała. Wyciągnął w łapce pieniążki, jakie właśnie zarobił i spytał czy to wystarczy, bo jak nie to on może jeszcze więcej posprzątać. Pani była bardzo zadowolona z tak grzecznego i pomocnego pieska. Powiedziała, że nie potrzebuje więcej pracy od niego i żeby się nie martwił. Koszulkę mu podarowała od siebie, jako część wypłaty i dodała: ale za berecik to kawaler już sam zapłaci. Pobiegł z radością do przebieralni, założył koszulke i berecik nieco na bakier i wyszedł pokazać się pani Sklepowej. A ona aż się za boki chwyciła i krzyknęła głośno: a cóż to za przystojny młodzieniec! Jak jakiś Francuzik, a nie psiątko spod lasu!  Naprawdę, jak Francuzik? spytał zdumiony Przybłędek. No tak, mówię ci kawalerze, prawdziwy francuski piesek jesteś, ha, ha, ha!.

Przybłędkowi aż się w głowie zakręciło ze szczęścia. On jest francuski piesek! A przecież ta pani prowadzi sklep dla piesków, to ona już się na tym zna i poznaje psów skąd i kto! Pięknie podziękował i wybiegł szczęśliwy na ulicę. Teraz dumnie sobie szedł powoli przez ten długi rynek. Właśnie, jak francuski piesek.

Prosto z rynku nasz piesek pobiegł powrotem na brzeg znajomej Narwi i poprosił płynącego właśnie dużą łodzią rybaka czy może z nim się zabrać. A gdzież to się szanowny piesek wybiera – spytał rybak. Aż do ujścia rzeki, aby kolejnymi dopłynąć do Pari! – zaszczekał Przybłędek. No to proszę, do samego Zakroczymia będę płynął dziś, a stamtąd to już Wisła, nasza królowa rzek polskich. Nią pewnie i do tego Pari jakoś dopłyniesz, choć nigdy o takim mieście nie słyszałem – odpowiedział rybak. I popłynęli razem Narwią do jej ujścia do Wisły.

Narew, polska prastara rzeka,

mądra bardzo, widziała już

łąki kwieciste, gdzie pasieka

od pszczółek zbiera nektar róż.

Słyszała śpiewy innych rzek:

Bugu sennego ze stepów.

Biebrzy, której radosny bieg

wije się pośród oczeretów.

Zaśmiała się Narew serdecznie widząc naszego Przybłędka w birecie i marynarskiej koszulce. A gdzież ty tak płyniesz łodzią, kawalerze – spytała, a Przybłędek opowiedział jej z przejęciem cała historię, niczego nie pomijając. Narew zadumała się chwilę, wpłynęła wolno w zakole u brzegu wysokiego i rzekła – płyń do mojej starszej siostry Wisły, potem do Bałtyku. Z Bałtyku w kierunku mojej rzeki-kuzynki Łaby na Pomorzu Przednim, dalej wzdłuż brzegów morskich, aż dojdziesz do innej, dalszej mojej kuzynki – wielkiego Renu, którym dopłyniesz do Francji, tam zaś przesiądź się do mniejszej Mozeli, która z Renu wypływa i ta cię blisko Paryża  – lub jak ty mówisz Pari – zawiedzie.   Pod Paryżem wskocz na łódkę na Sekwanie i tą łódką wpłyniesz w bulwary paryskie, prosto pod starą katedrę Notre Dame. Przybłędek wszystko dokładnie zapamiętał i zapisał łapką na kartce. Podziękował pani Narwi i wyruszył gotowy w trasę. Pilnując kierunków i rzek, które mu Narew wyznaczyła – dotarł niebawem do Paryża. Był nim oszołomiony. Takiego olbrzymiego miasta nigdy jeszcze nie widział!

Cóż więcej mogę wam opowiedzieć? Zuch był z naszego Przybłędka, bo zawierzył swoim marzeniom i pól świata rzekami przepłynął, by je odnaleźć.  Wielu młodych ludzi marzy, ale zbyt są lękliwi, by marzenia w czyny zamienić i nawet szczęścia nie próbują szukać. A szczęście nie ma czasu czekać na lękliwych i niepewnych. Jest ulotne i trzeba próbować je chwycić, gdy na moment się zjawia. Nwet, gdy się nie uda je posiąść – próbować warto.

A Przybłędek? Jemu się udało. Mieszkał w Paryżu (lub, jak mieszkańcy tego grodu wymawiają: à Paris) przez wiele lat. Poznał pieski paryskie nad Sekwaną, które nazywają ‘gawrosze’ od nazwy chłopców z paryskich ulic. Trochę są zarozumiali, jak większość paryżan, ale Przybłędek podbił ich serca swoją serdecznością i naiwną grzecznością chłopca z prowincji. Z czasem poznał to miasto jak własną kieszeń i mógł o nim mówić po francusku mon Paris – mój Paryż. Więcej – stał się głośny i popularny na bulwarach sekwańskich, gdzie często biegał w swoim noszonym na bakier czarnym birecie. Biegał od wieży Eiffel aż pod katedrę Notre Dame – właśnie tą ze słynnymi dwoma wieżami –dzwonnicami. Gdy tak biegał pytali go turyści i mieszkańcy skąd jest, a on im ze szczegółami opowiadał o starych lasach kurpiowskich, o wijącej się, jak piękny warkocz rzece Narew. Z czasem dodano mu przydomek polskiego gawrosza – un gavroche de polonaise. Nosił tą nazwę z dumą, jak wielki order.

Po latach wielu, gdy był już starszym psem, zatęsknił do brzegów nad Narwią, do małego kolorowego Pułtuska z bardzo długim rynkiem. Nawet do mrukliwego dębu. Młode pieski biegające po bulwarach sekwańskich nie miały czasu ani ochoty bawić się ze starym psem. Poszedł, więc na jedną z wąskich uliczek do znajomej piekarni lub, jak sam teraz mówił z francuska: à la boulangerie, zamówił świeżutką bagietkę i kawałek sera, wrócił nad Sekwanę i zjadł to ze smakiem. Potem popatrzył na rzekę, na widoczny na przeciwnym brzegu piękny stary Pałac Louvre – i wyszeptał: adieu, mon Paris, Mon ami, żegnaj mój Paryżu, mój przyjacielu. Było z Tobą pięknie tutaj. Ale już mi czas wracać do mojej wioski w moich starych lasach. I jak powiedział, tak zrobił. Na dworcu kupił bilet kolejowy i wrócił do Pułtuska pociągiem. Wrócił zamożny i stać go było na kupno dużej łodzi, którą pływa po Narwi między Pułtuskiem a jego osadą pod lasem na Kurpiach. W Pułtusku często siada na długim rynku i opowiada zaciekawionym mieszkańcom i turystom swoje paryskie historie. Jeśli go tam spotkacie nie wołajcie go: Przybłędek!  On już się tak nie nazywa. To poważny i szanowany pies, a nie przybłęda. I nazywa się Gawrosz. Un gavroche de polonaise.

Siedzi na placu pies,

na ławce, w berecie.

Pan Gawrosz Polonez.

Jeśli bardzo chcecie,

to wam opowie bajkę,

która jest prawdziwa.

Jak skończy palić fajkę,

bo w bajkach to bywa.

Wystukiwanie liter laską

Wystukiwanie liter laską

Bez Ciebie nie byłoby nas, bez nas nie byłoby mnie. Twój pełen dobroci uśmiech był jak wiosenny bez. Cichy, zwykły, nie pretensjonalny, nie sceniczny – a pełen wiosennej woni życia. Moja Primavera.

Primavera

Chodzę i wystukuję laską na

ulicy litery, potem składam

je w słowa i jak w kostce Rubika

buduję z nich zdania o nas, o mnie.

Dotyki, spojrzenia, uśmiechy,

bez ważenia, bez znaczenia, jak

zwyczajny wiosenny bez przy drodze.

Niepotrzebny i niezbędny, gdy jest.

(B. Pacak-Gamalski, 25.12.24)

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Poeci nie giną. Unoszą się w płomieniach pamięci. Lub odlatują na latawcach

Rok temu zginął w Gazie wybitny talent literacki Palestyny – Refaat Alareer. Był znawcą historii i literatury islamskiej, arabskiej, palestyńskiej i angielskiej. Ukończył Uniwersytet Islamski w Gazie i brytyjski London University w Anglii.

W dniu swej śmierci z rąk izraelskich żołnierzy Alareer miał ledwie 43 lata. Wraz z nim zginął jego brat, siostra i ich dzieci. Nigdy już nie napisze kolejnego wiersza – ale też jego wiersze nigdy nie zamilkną. Paradoks wojny i zbrodni wojennych – oprawców po latach nikt nie pamięta, ale poetów i ich wiersze się nie zapomina.

Poniższe tłumaczenie jest ze zbioru “If I must die” opracowanego przez Jousefa Aljamala.

Jeśli muszę zginąć,

ty musisz przetrwać

by opowiedzieć o mnie

sprzedać moje rzeczy

kupić jakiś całun

z wiązadełkami,

(aby był biały z długim ogonem)

i niech dziecko, gdzieś w Gazie

patrząc niebu w oczy

oczekując swego ojca znikającego w wybuchu –

a nie żegnał nikogo

nawet własnego ciała

nawet siebie –

ujrzy latawiec, mój który zrobiłeś, szybujący wysoko

i niech pomyśli przez chwilę, że jest tam anioł

przynoszący miłość ponownie

Jeżeli muszę zginąć

niech to przyniesie nadzieję.

niech to będzie opowieścią

Spacer cienia – Walk of a shadow

Spacer cienia – Walk of a shadow

Chodzę moimi ulicami, zaglądam do moich kawiarenek. Do Naszych Miejsc. Uśmiecham się do mijanych ludzi, rozmawiam nawet z nimi.

Nagle spostrzegam, że jestem cieniem. Spoza ich świata, poza nimi, obok. Nie, nie umykam chyłkiem, jak złodziejaszek kieszonkowy, jak przemytnik. Ale przenikam między nimi jak cień właśnie. Taki nie całkiem materialny.

Siedzę teraz w jednym z pokoików naszego Queer Community Centre[i] na rogu Davie and Bute. Lubiłem tu przychodzić. Sam, z Johnem. Taki dom poza domem. To tu był pierwszy w historii nowożytnych olimpiad oficjalny Gay Olympic Pawilon (Pride House)[ii]. Po tamtej Olimpiadzie takie Pawilony stały się normą sankcjonowaną przez MKO (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Uroczy recepcjonista wita mnie z uśmiechem i pyta czy ma mnie oprowadzić. Uśmiecham się, znam tu przecież każdy pokoik i zakamarek; przesuwam się bezszelestnie (cienie robią to świetnie) korytarzykami do jednego ze znajomych pokoi, siadam przy stoliku, otwieram notatnik i piszę właśnie te słowa.  

Nałkowska używała w swoich Dziennikach często ten zwrot przy kolejnych wpisach: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia. Ale tu teraz to nie pasuje. To ja – patrzący – przeszedłem zmianę.  Stałem się przeźroczystym cieniem.

Ile jest takich cieni spacerujących ulicami?  Czy mijam ich sam na skrzyżowaniach nie zauważając nawet? Może moja transformacja jest jeszcze za świeża, jeszcze nie zadomowiła się w mojej świadomości? Niełatwo, bo jeszcze słyszę stuk mojej laseczki i uderzenia cholewek na krawężniku trotuaru.

(English version)

It has been so peaceful and pleasant for the first few days here. Here – back to Our Home, Vancouver. You walked with me; you held my hand. At times – it seemed – you placed a kiss on my cheek.

But it changed abruptly. I noticed it on my second trip to Downtown Vancouver. I was alone. You were nowhere to be seen, to be touched. You were gone. As I know that you are.

Today I ventured closer to our first home on Capitol Hill in Burnaby, as I went to Commercial Drive in East Van.

Commercial is a lovely stretch of space between Hasting and Boadway, that contains people, their laughter, neighborly shopping in plentiful little shops, cafes. It is also a perfect mix of rich and poorer, accountants, architects and artists and artisans. Went to the Cultch Theater – the last play I have seen there years ago was a very good adaptation of “Waiting for Godot”, we went there to see it together, with You.

Stopped by Your favored shop on the corner of Commercial and Venables. Later I had sweets and excellent coffee in one of the cafes.

I looked everywhere. In vain. It came to me in a physical, sharp pain. As if something heavy and cold penetrated my heart. Something that screamed at me angrily: he is not here! He is gone! Oh, I so wanted to pick up a street fight with that screaming ugly IT, have even raised my walking stick a bit, was ready to shout back at IT: you are a liar! He is here, with me!

But there was no one around to scream at. The Screamer was not material, was invisible. But it was loud and clear.

You attempt to re-fight battles that you have had already lost is always futile.


[i] qmunity.ca

[ii] 2010 Olympic + Paralympic Games, Vancouver + Whistler, Canada | Pride House International

A walk with a notebook

Circle of Life

You walk through

the green and brown

maze of moss,

moisture hanging

in the air like

heavy breath

of decaying youth,

skin and yellowed

fingernails and eyes.

Walkways with names

of those, who can’t

walk anymore but

left a sign that they

were here, lurking

in the shadows

of moonlight,

made love at evening

between the fallen

giants of dense forest.

Who danced with

the Seven Sisters by

the Lovers pathway

to temporary heaven

of passion, sweat

and desire to live,

if only for a day.

Did they die

like the fireflies

of night pretending

to be butterflies?

Or did they whitter

to be old like

crumbled leaf of life

to remember those,

who died in a flash

of wondrous thunder?

Old lovers carrying

brown carton boxes

with the ashes

of their young lovers

to spread them

under the heavy

branches of the

sleeping giants

of Stanley Park.

Dec.01.2024, Vancouver