Można. I warto, choć nie zawsze łatwo.

Można. I warto, choć nie zawsze łatwo.

05.04,2025

               Siedzę w kawiarni, drugie drzwi od drzwi do mojego budynku. Siedzę przy dużym oknie i obserwuję ruchliwą ulicę. Jest bardzo ciepło, wiosennie. Leniwe, sobotnie popołudnie. Czuje się, jak gdzieś w Rzymie. Stara ruchliwa ulica dużych kamienic. Przechadzający się mężczyźni i kobiety ubrani elegancko, a’la mode. Jem lokalnie robione lody tiramisu. Aby wypełnić posłanie włoskiego dolce vita lody przekąszam pysznym … malinowym sernikiem z greckiego jogurtu. Istna rozpusta. Ale rozpusta bardzo mi potrzebna po ciężkim wypadku kilka dni temu. Zresztą może to nie Rzym, a Monte Carlo?

I te cudowne wszystkie rasy: od perskich po indyjskie, od europejskich po afrykańskie. Rozkosz i rozpusta wizualna.

Z małego głośnika dobiega mnie śpiew Chevaliera (kto dziś puszcza w kawiarni Chevaliera, kto go nawet pamięta z młodych ?!); potem jakieś melodie samby z Ipanemy brazylijskiej. Mówię wam – rozkosz. Ileż bym dał usłyszeć teraz cudowną Palomę Negrę z kubańskim rytmem, i naturalnie gdzieś obok musi być Sachmo przekonywujący przechodzących mimo spacerowiczów, że świat jest piękny. Dekadencja? A niechże!

Gibkie biodra młodych dziewczyn chłopców obiecują owoce romansu; eleganckie toalety dojrzałych kobiet – flirtu. Ach, flirt! Zamierająca sztuka niuansu. Tego może tak, a może nie.

A starsi? Coż, starsi są coraz starsi i zdający sobie doskonale sprawę z tego prawa czasu, lepiej niż ktokolwiek inny. Więc cenią bardziej niż inni dzisiejszy zmierzch i spacer bulwarem. Zmierzch bogów? Zmierzch bogów trwa nieustannie. Od tego dnia, gdy człowiek bogów wymyślił. Zmierzch człowieka trwa dużo krócej. Może dzień, może dwa?

07.04. 2025

Dwa dni później  przy tym samym stoliku, w tej samej kawiarni. Dzień powszedni, wczesne popołudnie, od rana siąpi deszcz jeszcze nie letni, nie ciepły.

W kawiarence pusto, prócz mnie, pani gdzieś w moim wieku, może nieco starsza i pan w ciemnym garniturze, jak urzędnik, około pięćdziesięciu lat.

Znikła erotyka spacerów za oknem. Samotne postacie przemykają szybko w kurtkach od deszczu, pod parasolami. Dzieci grupkami wracają ze szkoły. Dzieci-podlotki uśmiechnięte, z beztroską na twarzy. Widać, że czują się bezpieczne. Ich odzież, barwy i odcienie skóry, kształt nosów, oczu wskazuje na pochodzenie z odległych lądów. Z ziemi, gdzie często miast deszczu z nieba spadają bomby, nadlatują z sykiem węża pociski, ktoś strzela zza węgła. Tam musiały przemykać chyłkiem. Tu nawet o tym nie myślą, Ida swobodnie, śmieją się głośno.

Jakże to cieszy. To w takich chwilach mam wielką radość, że Kanada jest ich domem tak samo, jak moim.

Myślę o dzieciach w Palestynie, o dzieciach w Ukrainie. I zaraz widzę słynne motto z „Medalionów” Nałkowskiej: ludzie ludziom zgotowali ten los. Nic więcej powiedzieć nie można. W sercu zapada  martwa cisza.

A jednak świat przetrwał. Żyjemy. Spacerujemy trotuarami, łąkami, nad stawami i nad rzekami. Żyjemy.

Z tych samych głośników za plecami dziś płyną jakieś tęskne pieśni charakterystycznego języka, gdzieś z Anatolii, z Persji. Nie rozumiem słów, ale słyszę sercem ich głęboką tęsknotę. Gdzieś pod Konstantynopolem furkocą w prędkim wirującym tańcu spódnice uniesionych religijną ekstazą Derwiszów.

Czas wracać do mieszkania. Starsza pani wstaje od stolika, odsuwa ściśnięte pod oknem stoliki by ułatwić mi wyjście z moim metalowym chodzikiem, lekceważąc moje opory podchodzi do drzwi i otwiera je szeroko dla mnie. Już nie protestuję, uśmiecham się szeroko i dziękuję za jej uprzejmość. Życzymy sobie dobrego dnia.

Potem odwiedza mnie serdeczny przyjaciel i przynosi torby pełne owoców, napoje. Jemy wspólny obiad. Ludzie potrafią też gotować nam dobry los. Ciągle. I dlatego, mimo wszystko, można i warto żyć.

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

In 1856 Major General Richard Moody founded the City as a Capital of the colony of British Columbia.  Actually he named it originally as a Queensborough.  It was no one other than Queen Victoria, who called it a Royal City, and because the Seat of the Power was in Parliament in London – it was formally called a New Westminster.

Hence, it retained that old charm and European – in the Island flavor, of course – style of streets and architecture. The two main streets are Columbia and above it, you guessed it – is naturally Royal Avenue leading to – again, of course – Queens Park.

Eventually much later, in the 1920, Vancouver overtook it by size and population. But the Royal City remained with its stiff upper lip, LOL.

I have not been here for almost a decade. But it feels and looks like nothing has changed.  Naturally, it did. But almost just superficially: it used to be that every second store was a wedding dresses, long tails and suits. There are still few of them very prominently displayed, but the majority was replaced with new, metro-style trendy cafes, little restaurants with excellent cuisine,  boulangeries –patisseries  (it will be the death of me, considering my weakness for a good cake and pastries, aj wej!), even an excellent exotic and elegant (with a very handsome perfumer, LOL) salon with perfumes called ‘Aromatica’ – that will be the death of my bank account. Did I mention that the ‘Aromatica’ salon is exactly next door to an entrance to the building I’m living in? Aj wej!!!

Enough of these ahs! and ohs!. Better turn to pictures and see for yourself. Why not start with the stately Queens Park. Loved it very much in my days here. The ‘better’ version not so much – too many spaces and land taken by activities other than strolling, perhaps jogging or even biking. All this big parcels cleared and gates for tennis courts, for dogs of leashes, huge parking spaces. Not my cup of tea. I liked better the old, majestic and a bit wild park. Still enjoyed the walk, the old trees, little art gallery.

Do not worry though about the mistake general Moody made in naming the city. Queensborough does exist next door, sort of another district of New West. A very modern, very European (Continental to the boot – no British Isle in architectural style, no sir).

Once I went on the Waterfront pass the famous River Market on the Esplanade, I had to stop for a moment and reminiscent. To look across my arm if … he is still walking behind me. Yes, my John. The last time I walked here was with him.  That was very long time ago. Probably about 2010, maybe even 2005? But it felt like yesterday. These special moments come to me suddenly, without conscious choice. Just a certain spot, street, maybe even store, a park, a street corner. Anywhere and anytime. That is, when my joy in rediscovering the city I love so much becomes dark and heavy. On this walk – it  was a sweet reminiscing. Sad – ye,  but in that sweet, sentimental sadness. Almost like a melancholy. Wanted to turn and place my arm around his neck and place a kiss on his cheek. I know how he hated public display of affection – but how he sort of secretly liked it, too.  Sometime we all do …  

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Piosenka na drogę

Nasza droga mój miły,

nasze chmury nad nami

wzdłuż będą nam się wiły,

jak rzeki zakolami.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga kochany,

świtaniem i zachodem

szczodrze podarowanym

beztrosko, mimochodem.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga przez lasy,

dolinami przez łąki.

Darowane nam czasy,

noce gwiezdne i dzionki.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasze droga wyśniona,

nasze ścieżki czułości.

niczym fala szalona.

Nasz gościniec miłości.

Nasza droga przez życie

i kochanie w niebycie!

(B. Pacak-Gamalski, 26.02.25)

Letter to you

Letter to you

How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone.  Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades.  Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.

But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.

You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural  shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.

Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.  

It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.

You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling?  Just in case,  a little note to you.  Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count.  No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.

yours always –

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną
Pomnik Jana Kazimierza Wazy w Paryżu

Halina siedziała przy stoliku w jej ulubionej knajpce Lipp przy Bulwarze Saint-Germain. Patrzyła w zamyśleniu na stary, średniowieczny kościół Opactwa Saint-Germain-de-Prės. Czasy jeszcze Merowingów, pierwszych władców Franków.

Ale nie o nich myślała, nie o wielkiej historii starej matki Europy – Francji. Myślała o pewnym sercu wmurowanym w ścianie przepięknej błękitnej nawy tego kościoła. Sercu króla dalekiej od tego miejsca Polski – Jana Kazimierza Wazy.

Myślała o jego sercu wmurowanym w nawie tej starej świątyni i zastanawiała się, gdzie, w którym kraju rzeczywiście jego serce było za jego życia? Ona nie miała wątpliwości wobec jej serca. Jej zostało w Warszawie.

O, kochała Paryż, jak można go nie kochać? Jest taki uroczy, romantyczny, elegancki. Co tu dużo mówić, jest po prostu pełen joie de vivre . Ma tu wszystko, ma nawet tą swoją wieprzowinę z kapustą w tej właśnie restauracji Lipp. Ale … no nie wszystko jednak.

Tamten był królem z mieszanką genów wszystkich bodaj wielkich domów panującej ówczesnej Europy. Ona była zwykłą dziewczyną. Matka polska żydówka, ojciec Polak z dziada-pradziada. Na tyle na ile ktokolwiek może z pełną pewnością coą takiego w Europie powiedzieć. Geny-szmeny, uśmiechneła się do siebie. Kto wie czy jej mama innych niż żydowskie nie miała? W Europie, gdzie granice i ludy są od długich setek lat w ciągłym ruchu, jak rzeki. Tak, wedle zasad była polską żydówką. Co to jednak za zasady i kto je niby ustalił? Ona uważała się za kompletną Polkę pochodzenia żydowskiego. I to wszystko. Zresztą ani matka ani ojciec nazbyt religijni nie byli. Ojciec chodził do kościoła na Wigilię i Wielkanoc, lub czyjś ślub albo pogrzeb. Matka do Bożnicy trochę częściej, a i tak jej rodziną nazywała ją ‘przechrztą’, z czego się śmiała.

Jan Kazimiez po abdykacji objął bardzo intratną funkcję opata tegoż Saint-Germain-de-Prės. Ale serce mu pękło kilka lat późnie na wieść o upadku Kamieńca Podolskiego w jego dawnym królestwie. Więc jednak za tą Rzeczypospolitą starą tęsknił. Tym dziwnym krajem-pomostem między Europa starej Francji Merowingów i Karolingów a stepami i Azją. Pochowano go na Wawelu, ale serce jednak tu, w Paryżu zostało.

A jej nie jest w Paryżu, który uwielbia; nie jest na pewno w Krakowie, w którym raz tylko z wycieczką szkolną była, bez wątpienia nawet nie w Wilnie czy we Lwowie, gdzie ten król śluby wielkie składał. Dla niej te miasta za obecną granicą są tylko częścią starej historii. Nie miała z nimi sentymentalnej łączności, nie znała ich. Może dlatego, że oboje rodzice nie pochodzili z Kresów, to w zasadzie nigdy prawie się o tych Kresach w jej domu nie rozmawiało. Jej serce zostało gdzie indziej. Na peronie małego dworca kolejowego Warszawa Gdańska. W miesiącach, kiedy tak naprawdę powiedziano jej, że jest Żydówką. Nawet nie żydówką, a konkretnie, etnicznie Żydówką. Choć nikt jej nigdy żadnych genów nie badał. I jakby fakt, że nawet, jeśli wedle jakichś tam norm jest, cokolwiek znaczył, lub znaczył więcej. Że ci Żydzi mieszkali tu, rodzili się i umierali przez ponad sześćset lat. Byli. Sześćset lat! Jezu lub Jahwe – przecież to kompletnie się kupy nie trzyma ta cała logika rasowa czy etniczna. Coście wy im z tych Niebios czy z Góry Synaj naopowiadali? Może się razem zapiliście na tym weselu galilejskim, ot i co.

I nagle w tym 1966, 67 i 68 partyjnym bosom i głupiej masie niewykształconych chłopo-robotników socjalizmu wmówiliście, że bida socjalistyczna to moja, polskiej Żydówki wina. Czego to ja jeszcze byłam winna? A, wojnie arabsko-izraelskiej. Byłabym zapomniała, jaka to wtedy ważna międzynarodowa osoba ze mnie była. I nagle, za decyzją mamy i taty, że tego znieść nie można, znalazłam się z nimi na Dworcu Gdańskim na Stawkach. Pociąg ruszył, ale na peronie zostało moje serce. W dodatku, został tam, w tamtej Warszawie mój chłopak. Boże, jak ja w nim byłam zakochana! Tyle, że ta nasza miłość nieszczęsna i młoda wpadła w tryby wielkiej machiny propagandowej, a te ją zmiażdżyły na proszek. Żadne z jego rodziców nie miało żydowskich genów, więc o paszporcie i wyjeździe nie było mowy. Chłopak nie miał szans.

Popatrzyła jeszcze raz na te stare Opactwo po drugiej stronie szerokiego Bulwaru. Otarła ręka policzek i poczuła, że jest mokry. Uśmiechnęła się smutno. Tyle lat …

Tak, wróciła tam po latach, była na tym dworcu. Ale serca nie znalazła. Pewnie ktoś sprzątnął. Wiedziała, że Tadek – jej chłopak – poznał po kilku latach inną kobietę, pobrali się, mieli dzieci. Zadzwoniła do niego i umówili się na kawę w pobliskim szklanym hotelu, którego tu za jej czasów nie było.

Opowiadał, że po kilku latach nie mógł tej samotności znieść, chciał mieć rodzinę. Ma dobrą żonę, dwoje dzieci. Ucieszyła się. Smutno, ale cieszyła się. I dla niej, tej drugiej kobiety, też się ucieszyła. Tadek to był naprawdę bardzo dobry mężczyzna i pewnie dobry i zacny mąż. Wypytywał o jej życie w Paryżu, czy wyszła za mąż. Nie, nie wyszła. Ale miała wieloletniego partnera, bardzo miłego pana, Francuza. Zmarł niestety dwa lata temu. I nie szuka już nikogo innego. Czy go kochała? Chyba tak, było jej z nim dobrze.

Spytała czy on nigdy nie chciał przyjechać do Paryża, mieliby się gdzie zatrzymać, ma ładne mieszkanie blisko rue de Radziwill, koło Hall, w centrum. Uśmiechnął się:

Halinko najmilsza przecież wiesz, że to niemożliwe. Za trudne dla mnie, dla mojej żony, dzieciom trudno wszystko wytłumaczyć. Za trudne dla ciebie, najmilsza. Co by się stało, gdyby nagle to wszystko wróciło, tamte tak piękne uczucia? Jakież by to było dla nich okrutne. Bo gdyby wróciło, nie wiem czy mógłbym się powstrzymać. I po czasie oboje byśmy byli rozgoryczeni i żałowali. Nie potrafilibyśmy sobie wybaczyć naszego egoizmu szukania powrotu do przeszłości. Ja widziałem cię wtedy, stałam na wiadukcie nad torami. Chciałem skoczyć z tego wiaduktu na ten pociąg, jak powoli odjeżdżał, położyć się płasko na dachu i może nikt by nie zauważył i bym tak z Tobą poza ta granicę na Odrze dojechał. Ale nie mogłem zostawić rodziców i młodszej, niedorosłej jeszcze siostry. Wiesz, że w domu u nas się nie przelewało, była zwykła bida. Musiałem im pomóc, iść do pracy.  

Halinie popłynęły z oczu łzy. Nie wiedziała nawet, że tam był wtedy. Musiał to strasznie przeżywać. Ścisnęła go za ręce, potem zbliżyła je do swojej twarzy i złożyła na nich ciepły pocałunek.

Dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za tą piękną miłość młodości, za to, że tam byłeś na tym dworcu i że całe szczęście głuptasie nie skoczyłeś na ten pociąg. Dziękuję, że jesteś dobrym i porządnym mężem dla tej kobiety i dobrym ojcem dla swoich dzieci. I za to, że jesteś mądry i dlatego nie chcesz przyjechać do Paryża. O jedno mimo to cie proszę – napisz czasem krótki list, co dzieje się z twoimi dziećmi, jakie szkoły, postępy, plany. Może miłości, małżeństwa? Bardzo by mnie cieszyły ich sukcesy. To w końcu dzieci mojego Tadzia. A to bardzo ważne.

Tadeusz obiecał, że to będzie robił, pożegnali się smutno-serdecznie i djechali w swoje, osobne strony.

Halina nigdy więcej Tadeusza nie widziała, ani on jej. Ale regularnie dostawała z Polski listy o jego synach i było to dla niej zawsze wielką radością.

Teraz, po latach wstała zza stolika tej restauracji Lipp i poszła powoli do stacji metra.W metrze wyciągnęła z torebki zgiętą kopertę, wyjechała z niej kartkę zapisaną drobnym pismem i zaczęła czytać z uśmiechem na twarzy.

Do Polski już nigdy więcej nie pojechała. Nie dlatego, że jej się nie podobała, przeciwnie – wypiękniała i unowocześniła się nadzwyczaj!  Cieszyła się z tego nawet. Ale jej dom teraz to Paryż, to jej teraz ulubione miasto, w którym miała i ma dobre życie. Wystarczy na jedno.

Młodość? Została tam, gdzie zostawiła swoje serce. Może dalej tam są na Stawkach?