Muzyczne legendy

Muzyczne legendy

Pamięta jeszcze wielu czasy gigantów klawiatur fortepianowych Artura Rubinsteina i Vladimira Horowitza[i]. Ich niewypowiedzianą, niepotwierdzaną wojnę o palmę pierwszeństwa – zwłaszcza w interpretacji kompozycji Chopina. Sami w sobie byli żywymi legendami muzyki, co wiązało się też z długowiecznością obu pianistów. Zmieniały się generacje słuchaczy, bywalców scen koncertowych – nie zmieniali się tylko ci wielcy pianiści. Horowitz i Rubinstein przetrwali swoją własną publiczność. Całe moje dzieciństwo i wczesna młodość dwa te nazwiska towarzyszyły mojej edukacji muzycznej.  Nawet podsłuchiwane rozmowy starszych w domu, gdzie były jakby częścią rodzinnego leksykonu. Jakichś dwóch odległych wujków z bardzo daleka i bardzo dawna. Lub sąsiadów ciotek i babć z dawnych czasów. Niewątpliwie wzmacniane ad nausea powtarzana anegdotką, jak to brat mojego taty, mój ojciec chrzestny, oglądał i dotykał brylantowe guziki na kamizelce od fraka Rubinsteina w czasie jego koncertu w Filharmonii Warszawskiej. Wuj wówczas grał na skrzypcach w tej Filharmonii i Rubinstein miał się ze śmiechem chwalić tą ekstrawagancją światowej sławy pianisty i pokazywał kamizelkę kolega muzykom.  Naturalnie władał świetnie rodowitym polskim. Nikt wówczas w domu. lub na ulicy nie ośmieliłby się nazwać go pianistą polsko-amerykańskim!  Był polskim pianistą zamieszkującym teraz w Ameryce i koniec, kropka. Naturalnie nikt też nie podkreślał jego żydowskich korzeni … ale to już inna sprawa.

Horovitz pojawił się na moim horyzoncie nieco później, kiedy już sam wybierałem i zawłaszczałem ,muzyczne pokrewieństwa’ lub upodobania.  Szczerze muszę powiedzieć, że jego elokwencja muzyczna i elegancja wypowiadania się do kamer (od których, jak każda gwiazda, nie stronił) zdaje się też przemawiała do mnie bardziej niż trochę staroświecki i nieco bombastyczny sposób wypowiadania się Rubinsteina.

Na moim horyzoncie coraz częściej i gęściej pojawiały się też nazwiska innych słynnych pianistów, polskich i zagranicznych.  Ale nikt już nigdy ich legendzie nie dorównał.

Pisze o tym, bo oto na naszym tutaj, lokalnym ‘podwórku’ w Vancouverze, pojawia się olbrzymia i niepowtarzalna okazja spotkania i pożegnania się ze współczesną legendą fortepianu. Legendą scen koncertowych prawie równie długą, jak jego znamienitych poprzedników.

Za sprawą Vancouver Chopin Society[ii] już 30 maja będzie okazja posłuchać w Christ Church Cathedral na Burrard Street rosyjskiego pianistę światowej sławy, Michaiła Woskriesieńskiego. Dziewięćdziesięcioletni pianista zamyka swoją karierę sceniczną. 

Była równie może imponująca, jak wspomniana wyżej jego wielkich poprzedników. I niepozbawiona akcentów polskich!  Wychowawcą Woskriesieńskiego w Rosji był uczeń innego wielkiego pianisty – Lew Oborin. Kto pamięta nazwisko? Podpowiem – laureat I miejsca na  … Pierwszym Konkursie Szopenowskim w Warszawie w 1927 roku! Jaki świat jest mały, prawda?  Co jeszcze z ‘poloników’? Bo ja wiem, aa! Lidia Grychtołówna – zajął z nią ex quo trzecie miejsce na Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym Schumanna w Berlinie w 1956. 

Woskriesieński urodził się w Berdiańsku na Ukrainie w 1935, w rodzinie rosyjskiej. W 1958 ukończył słynne Konserwatorium Muzyczne w Moskwie. Zostaje tam w prestiżowej roli Dziekana Wydziału Pianistycznego. Wychował kilka pokoleń cenionych pianistów. Ale gdy nadszedł rok 2022 i Putin rozpoczął inwazję Ukrainy, Woskresieński nie mógł tego przetrawić. Zdecydował wówczas na opuszczenie Rosji, jako formę protestu politycznego. Nie było to proste. Rosja Putinowska niewiele się różni od Rosji Breżniewa lub nawet Stalina. Wśród licznych swoich uczniów, którzy mieszkali i koncertowali w innych krajach nie znajduje pomocy. W sukurs przyszedł przypadek. Naturalnie tego typu ‘przypadki’ nie stwarzają się same.  Muzycy ze słynnej  Juilliard School of Music kontaktują się z Alanem Fletcherem z Aspen Musical Festival i proszą o zaproszenie pianisty na koncerty –  tak otwierają się powoli drzwi umożliwiające nie tylko emigrację do USA ale i uzyskanie … pozwolenia na pracę. Wydaje się to absurdalne, ale wizytujący artysta nie musi mieć pozwolenia ‘na pracę’, artysta starający się o stały pobyt – musi. Czy jest pianistą czy buchalterem nie ma znaczenia. Biurokracja, jak w każdym kraju, jest ślepa i głucha.

Dla nas dziś nie ma to też znaczenia. Znaczenie mieć będą bez wątpienia czarodziejskie dźwięki pięknej muzyki płynącej do nas spod palców wybitnego, legendarnego pianisty.

Popular English language on-line publication In Vancouver, Createastir, mentions this concert, the pianist and the music that will be performed in an extensive article. It is worth reading and well prepared. Here is the link:

Russian pianist Mikhail Voskresensky is a rebel with a cause — Stir


[i] A. Rubinstein urodził się w 1887, zmarł w 1982; W. Horowitz urodził się w 1903, zmarł w 1989

[ii] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George

SPK i historia małego znaczka w tle dużej historii

Rok jest 1987, w Londynie, w auli głównej POSKU jest wielka Akademia na 70 lecie odzyskania niepodległości Polski w 1917[i]. Jadę właśnie z Calgary w Kanadzie do Londynu. Pełniłem wówczas funkcję v-ce Prezesa Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Albercie. Na Akademii w Londynie nie ma żadnego reprezentanta KPK na całą Kanadę (ówczesny Prezes, pan Kaszuba miał dość bliskie stosunki z władzami PRL, a niepodległościowe postawa KPK w Kanadzie dawno przestała mieć jakiekolwiek ‘znaczenie’. Więc gospodarze Akademii w Londynie, którzy mnie dobrze znali jeszcze z okresu w 1981,  gdy w Londynie mieszkałem i witają mnie serdecznie  prosząc o reprezentowanie Polonii kanadyjskiej na Akademii. Ówczesny Prezes Światowego ZG SPK, pan Soboniewski bardzo się na to cieszy i podszeptuje mi do ucha – obiecałem generałowi Tarczyńskiemu wręczyć panu odznakę SPK za pańska nieugiętą postawę niepodległościową[ii].

I tu zaczyna się historia pewnego znaczka, co to było SPK i kto ma prawo nosić taki znaczek SPK wpięty w klapę. Źle mówię: ‘ma’ – kto miał – bo de facto w 2025 nie ma żyjących w Vancouverze kombatantów-weteranów wojska polskiego z okresu walk 2 wojny światowej. Odeszli na wieczna wartę. Bodaj ostatni dosłownie w tych miesiącach, a był w zasadzie chłopcem, gdy Anders uratował go z obozów w Rosji. Za młody do wcielenia do wojska. Dopiero już u schyłku wojny, w organizowanych na podbitych ziemiach niemieckich batalionach strażniczych, wcielono go do tych batalionów. Do 1947 roku w Anglii były jeszcze obozy wojskowe dla żołnierzy polskich po formalnej demobilizacji. Po 1947 już i tego nie było. Od 47. minęło w tym roku 78 lat. Przyznaję z pochylona głową, że matematyka nigdy nie była moim celującym przedmiotem w szkole, ale na palcach liczyć jakoś sobie daję radę, no to policzę: w 1947 taki zdemobilizowany żołnierz nie mógł mieć mniej niż 18 lat, minęło 78 lat. Czyli najmłodszy mógłby mieć 96 lat. A gdyby brał udział faktycznie w walkach frontowych, to 98 lat. Bardzo bym się ucieszył, że ktoś z tych wspaniałych ludzi jeszcze żyje w Vancouverze, o ile jednak wiem, niestety już nie. Więc nikt z młodszych Polaków takiej odznaki nosić nie ma prawa.  Może w formie pamiątkowej po ojcu lub matce, ale nie, jako odznakę członkowską. Ten, który ja noszę jest też tylko odznaką członka honorowego, nie zwyczajnego, a więc bez statutowych uprawnień należnych tylko członkom zwyczajnym, tj weteranów walk o niepodległość w latach 1938-45. Nie dotyczy żadnych wojen koreańskich, afganistańskich czy gdziekolwiek indziej. Zdecydowanie nie dotyczy żadnego stanu wojennego w latach 80. – który, mimo że był okrutny i ciężki – wojną bezwzględnie nie był, a członkowie „Solidarności’ (i ja byłem działaczem ‘S” w Warszawie) nie byli żołnierzami. Nie mają więc jakichkolwiek uprawnień moralnych bycia członkami Stowarzyszenia Kombatantów Polskich. Równie dobrze mogliby się określać tytułem Powstańców  z Powstania Styczniowego lub Listopadowego.

(0statnie zdjęcie w prawym rogu to skromny budynek nie istniejącej już organizacji British Air Force Veterans – dosłownie po drugiej stronie budynku SPK na Kingsway)

Dość charakterystyczny jest tu przykład brytyjskiego RAF (Royal Air Force). Tak się złożyło, że spora grupa byłych żołnierzy brytyjskich też po wojnie osiedliła się w Kanadzie, gdyż warunki ekonomiczne w zniszczonej wojną Anglii ( i w Europie kontynentalnej) były bardzo trudne. Było biednie, chłodno i głodno. Podstawowe produkty przemysłowe i żywnościowe były na kartki.  Jedynie USA i Kanada przeżywały ekonomiczny rozkwit. Tutaj, gdzie ani Luftwaffe ani Wermacht nie bombardowały miast i wiosek, infrastruktury przemysłowej – wojna przyniosła rozwój ekonomiczny i wzrost poziomu życia.

Otóż weterani tego brytyjskiego RAF wybudowali swój budynek dokładnie tam, gdzie nasi weterani mieli SPK  – na Kingsway, po przeciwnej stronie ulicy. Naturalnie obie grupy kombatanckie – brytyjska i polska – utrzymywały dobre i koleżeńskie kontakty. Jest też naturalne, że mieszkają w Vancouverze dzieci tych brytyjskich lotników, wnukowie i (bez cienia wątpliwości) są w Vancouverze na pewno jacyś nowi emigranci z Anglii, którzy w tych ostatnich dziesięcioleciach po wojnie zwyczajnie wyemigrowali do Vancouveru. Nikomu z nich do głowy nie przyszło, że mają jakiekolwiek uprawnienia do kontynuowania działalności organizacji weteranów RAF-u ani prezentowania się, jako członkowie koła weteranów RAF. To by było absurdalne. Więc ten budynek stoi pusty. Nie ma nawet napisu, że tu było Koło RAF.

A nasi młodsi o pokolenie ‘weterani’ SPK , którzy też urodzili się już po II wojnie światowej, bohatersko członkami SPK się mianują. Nie ma to jak pewność siebie i przekonanie o własnym heroizmie. Cóż za różnica, że wyimaginowanym? Jeszcze trochę czasu upłynie i dowiemy się, że walczyli pod Monte Casino, bronili Narwiku i przelewali krew pod Tobrukiem … .  Postanowili dziarsko po prostu zaanektować część historii Polskich Sił Zbrojnych dla siebie. Ta historia może aż tak ważna dla nich nie jest, ale wartość potencjalna małego budyneczku-ruderki w tak newralgicznym fragmencie Vancouveru, to owszem, kąsek łakomy. A przecież są organizacje świeckie, gdzie Polacy mogą się organizować, zrzeszać, spotykać. I wielu to robi i po prawej i po lewej stronie Burrard Inlet.

Potem pojechałem właśnie do miejsca właściwego i honorowego upamiętnienia polskich lotników (a więc części Polskich Sił Zbrojnych w latach 39-47): blisko Rose Gardens, na pięknym wzniesieniu stoku Stanley Parku. Pamiętam przed laty nie aż tak wielu, paradę pocztów sztandarowych kombatantów kanadyjskich, polskich[iii] i inny narodów, przelot samolotów Royal Canadian Air Force, i bodaj jeden Lancaster też koło nad Stanley Parkiem zatoczył. Byłem tam wtedy też oficjalnie reprezentując z Januszem Kowalskim i Lawrencem Waterfall vankuverski i kanadyjski oddział Komitetu Obrony Demokracji[iv].

Byłem tam ledwie kilka dni temu, przeszedłem spacerem przez te lekkie wzgórze, zatrzymałem się przy wszystkich tablicach oddających hołd ówczesnym bohaterom tych walk, najdłużej przy naszej, polskiej i skłoniłem głowę w refleksji nad ich poświęceniem i ich trudnej młodości. Zawdzięczamy im dużo.

Ale niech ta wdzięczność wobec nich nikomu nie pomyli się z jakimkolwiek zawładnięciem tej tradycji. To była tylko ich chwała i ich młodość z karabinem w ręku i życiem w plecaku. Ja, jako były działacz „Solidarności” (ani jakikolwiek inny były członek „S”) lub ponieważ jestem Polakiem do tej tradycji i tej chwały nie mam moralnego prawa. To tradycja ściśle wojskowa.

Suwerenność Polski przyszła w 1990 roku, jesienią w drodze wolnych wyborów, które wygrał Lech Wałęsa. Bez jednego wystrzału. Tak samo, jak w 1980-81,  gdy nikt z nas, działaczy i członków „Solidarności”, nie nosił karabinów na ramieniu. Byliśmy działaczami związkowymi i społecznymi – nie byliśmy żołnierzami i nie planowaliśmy akcji zbrojnych. Tak, zakończyło się to Stanem Wojennym i obozami odosobnienia dla wielu głównych przywódców Związku – nigdy jednak nie padł z naszej strony apel o akcje zbrojne, o barykady z butelkami z benzyną i dubeltówkami na sznurku na ramieniu. I całe szczęście. Bo polska krew jest za droga by ją tanio toczyć.  Więc osoby, które dziś ustawiają się w szeregu ‘bojowników o wolność i niepodległość’ niech nieco zluzują. Jeżeli byli, to byli działaczami a nie bojownikami. I bez najmniejszej wątpliwości nikt z nas nie reprezentował opcji faszystowskiej. Ideologia faszystowska była i jest koszmarem, który Polskę i świat kosztował miliony ofiar. Jest obca najszlachetniejszym i najpiękniejszym ruchom, filozofiom i prądom ludzkości.

               A co stało się w końcu z tym maleńkim znaczkiem, który do dziś czasem w klapie noszę, tej odznaki ‘członka honorowego SPK’? Nic, dostałem na tej Akademii w Londynie. Przypiął mi ten znaczek Premier Rządu RP na Uchodźstwie, pan Kazimierz Sabbat. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu podziękował mi za działalność na rzecz Skarbu Narodowego.

Tu chyba trochę wyjaśnienia, przypomnienia się należy: Rząd Polski w Londynie nie utrzymywał się z jakiś tajnych dotacji FBI czy CIA. Jedynym źródłem dochodów były dobrowolne składki polonijne na Skarb Narodowy. Po prawdzie nie były one masowe i odbywały się w głównie wśród członków SPK. Aby pamiętać, bym je regularnie opłacał poprosiłem pana Ferensowicza  (nie pamiętam dziś pierwszego imienia), który reprezentował Skarb w Albercie, o wstawienie mi legitymacji członka Skarbu Narodowego. Mała, szara legitymacja z stroniczkami, gdzie wpisywano miesięczne opłaty. Z nowej emigracji byłem bodaj jedynym, który ją miał[v]. Umożliwiało mi to pamiętanie o regularności miesięcznych opłat. W którymś roku odwiedził nas w Calgary z wizytą z ‘Polskiego Londynu’ minister, który miał tekę Skarbu Narodowego. Skromny pan, wyglądający faktycznie na urzędnika bankowego. Bardzo grzeczny i miły. Była w Domu Polskim jakąś uroczystość/bankiet z tej okazji i byli goście z Rady Miejskiej, może nawet z rządu prowincjonalnego. Był naturalnie i ten pan minister Sabbat. To był okres nim został i premierem, a potem Prezydentem RP. Działacze polonijni w Calgary bardzo bali się przedstawiać go, jako ‘ministra Skarbu Rządu Polskiego na Uchodźstwie’, bo przecież Kanada miała stosunki dyplomatyczne i uznawała rząd PRL. Będzie skandal dyplomatyczny! LOL. Starałem się wytłumaczyć, że goście kanadyjscy to radni miejscy, a ten ktoś z rządu to rząd prowincji a nie Kanady, a prowincje stosunków dyplomatycznych nie utrzymują ani z Warszawą ani z polskim ‘Londynem’. Obiecałem być ostrożny. Jednak w przemówieniu-powitaniu gości … jakoś zapomniałem (LOL) i podkreśliłem, że szczególnie serdecznie witamy specjalnego gościa z Londynu, pana Ministra legalnego rządu emigracyjnego Polski w Londynie, Kazimierza Sabbata. I tak się poznaliśmy i pan Sabbat pamiętał to świetnie po latach na spotkaniu w Londynie, kiedy był już premierem przypinał mi tą odznakę Honorowego Członka SPK. Po kilku ledwie latach, po śmierci Prezydenta Raczyńskiego został de facto ostatnim prezydentem II RP. De facto, bo de iure był Prezydent Kaczorowski, ten, który zginał w tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Ale prezydent Kaczorowski w zasadzie wykonał tylko jedną formalną funkcję Głowy Państwa: rok był 1990, Polska odzyskała pełną suwerenność i Prezydent londyński przywiózł nowemu Prezydentowi w Warszawie insygnia władzy państwowej, łącznie z oryginałem Konstytucji RP i formalnie złożył swój Urząd na ręce prezydenta nowej demokratycznej III RP, Lecha Wałęsy.

Gdy wrócił do Warszawy na zaproszenie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego by wziąć udział w tragicznym locie do Katynia/Smoleńska była to jedynie forma grzecznościowa wobec byłego już, ale i ostatniego legalnego prezydenta RP na Uchodźstwie.
Tragiczny wypadek tego lotu i autentyczna głęboka żałoba narodowa była jednocześnie możliwością pogodzenia sporu i podziału społecznego i politycznego, który kładł się głębokim cieniem na stosunkowo ciągle młodą polska demokrację. Przez krótki moment wydawało się, że tak się stanie. Niestety Jarosław Kaczyński, ten enfant terrible polskiej sceny politycznej, zrobił wszystko by do tego nie dopuścić. Twarzą dzisiejszej organizacji związkowej „Solidarność” jest niejaki Piotr Duda[vi] – postać cyniczna i ostro faszyzująca. Potępiona m.in. przez francuskie związki zawodowe za wspieranie liderki francuskiej partii faszystowskie, Marine Le Pen. Podejrzewam, że dzisiejsi ‘solidarnościowcy’ tak w Polsce, jak i w Vancouverze utożsamiają się i wiekiem i tradycją właśnie z panem Piotrem Dudą, a nie z oryginalną ‘Solidarnością’ z Porozumień Gdańskich i z Lechem Wałęsą.

Ot i cała historia pewnego małego znaczka w klapie mojej marynarki. Gdy ma się kilka dziesiątek lat na karku aktywnego życia publicznego i organizacyjnego, to takie historie bywają długie.


[i] formalnie uznaje się rok 1918 za datę międzynarodowego formalnego uznania wskrzeszenia Państwa Polskiego; w warunkach krajowych zalążki tego państwa i kilka form jego rządu istniały już wcześniej, od 1917 i można mówić o jego istnieniu na długo przed powrotem Marszałka Piłsudskiego z więzienia w twierdzy magdeburskiej w listopadzie 1918.

[ii] gen. bryg. Tadeusz Alf-Tarczyński był adiutantem Józefa Piłsudskiego i oficerem legionowym z walk na Ukrainie w latach 1918-1919; poznaliśmy się i bardzo zaprzyjaźniliśmy w Londynie 1981. Utrzymywaliśmy bliski kontakt korespondencyjny prawie do dnia jego śmierci w 1985.

[iii] wówczas była jeszcze mała grupa starszych panów i pań (PSWK – Pomocnicza Służba Woskowa Kobiet – popularnie nazywane Pestkami), którzy byli autentycznymi weteranami walk o niepodległość 1939-47.

[iv]  w 2015, w Stanley Parku, w 70-tą rocznicę zakończenia 2 wojny światowej.

[v] z mojej fali emigracyjnej inni też dawali datki, ale były one nieregularne i nie wszyscy, a legitymację miałem tylko ja

[vi] “S” wyleci z europejskiej centrali związkowej za promocję skrajnej prawicy?OKO.press – OKO.press

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

I have few passions in my life. No, I will not write fifty pages blog post, don’t panic, LOL. But generally speaking I wear my emotions on my sleeve and if I like something and enjoy it – I usually use terms ‘I loved it’ instead of ‘I liked it’. Be it a dance, or a kiss, a poem or an operatic aria. Yet, also a … long walk on a beach, in the forest, through bustling streets of big cities.

I do the walks much more often the operas – it is much more affordable. The trails and streets do not need to be re-done completely with new sidewalks, shops, and cafes.  In opera – they do. A piano concert very often does not need even an orchestra – just one instrument and one player. In an opera, whoa! A lot: en entire orchestra, most of the time a choir, many actors-singers, and sometime even ballet parts; new set for the stage. None of it comes cheap. So, you pay for the tickets.

But I go to operas much less than to other musical events. There is also a much larger chance that it might be disappointing. Not because a composer was bad, but it could (and often is) that the singers are very un-even in their talent and ability. It could drive you crazy listening to beautiful aria being murdered- I prefer when the dying are the operatic characters, not the delivery of a song LOL.

In the past two days I did both – long walks and an opera. It started with a long and tiring walk in Downtown Vancouver. I enjoyed it – but still suffering (when will it end, brrrr?) from an bad accident a month ago, it was a challenge. By the time I got the Queen Elizabeth Theater[i] I was already a bit exhausted, especially if you add to it a visit to the Holy Rosary Cathedral for a beautiful Latin Mass for late Pope Francis. It wasn’t the Old Rite Latin Mass, just the language of the Liturgy and songs by the choir were in Latin. I thought very appropriately. The pews were full.

From there, a walk to the theater. And my seat was in the second last row of the balcony. I almost compared it to the religious experience from the church and thought of (how inappropriately, LOL!) – Calvary. I sat on the, edge (for that I’m grateful), right by the stairs. Never noticed that the seats are so small and leg space is almost non-existent! I’m sure my neighbor didn’t appreciated my constant attempts to shift my body and relive my screaming left leg.

Madama Butterfly offers one of the most enduring and sad arias for soprano sung by the greatest: Montserat Caballe[ii], Maria Callas and many other great divas. I must say truly that the soprano at this performance was superb. Yasko Sato was extraordinary in her rendition of both the joy (first part) and incomprehensible sadness in the second part of the opera. Actually, the entire ensemble was very good … except the tenor singing the part of Butterfly husband – Pinkerton. Sad. Why doesn’t he seek engagement in the choir perhaps, or some local pubs offering pop songs for jolly clientele? Just about every other male voice in that ensemble was better than his. Ej wej… I will not mention his name. No need. Orchestra performed very well, thank you Maestro Lacombe.

Very poignant and interesting change was the historical setting of the opera – the director moved it to Nagasaki in … 1945. I thought that it has added some deeper sense of tragedy to the story.

               Alas, the next day came. The other passion, emotions: the walks. And what could be better on a nice walk if not the company of dear friend? Nothing, indeed. Wawa and I went to very dear for me paths of Crescent Beach in South Surrey[iii].  So many dear memories: with John, with my Mom, who loved it here, with my Damian. The days I was truly happy.  Not much has changed there, thanks heavens. As they say: if it ain’t broken – don’t fix it. Although the local business owners (same business, as in my times) were telling us with horror of some plans by local city politicians of idiotic plans for new parking restrictions. That might kill these businesses right out.

I even took my socks off and it was such a wonderful sensation to feel the rocks under my soles, the broken shells, and water! You have no idea how beautiful sensation it gives you, unless like me you were denied that for long weeks now because of the accident. I felt as free as being on Wreck Beach almost, LOL[iv]. Simply by … removing socks, ha ha ha.

Wawa, that old soul wonderful guy, was a company par excellence. There was not a single word uttered, that was forced, or unnecessary; likewise there was not a single moment of silence that felt uncomfortable. Yet, a lot of words were said and there were moments of silence.

We looked at Point Roberts, at Tsawwassen and its Centennial Beach. I was telling him what it was then; he told me what has changed.

What has changed? I don’t know. The colour of your dress, of his pants, oh her hair, of their car? Maybe. But if they were your friends – nothing really changed. They didn’t, you didn’t, and we stayed true to ourselves. Remember – that’s what made us friends at the beginning.

Yeah – it was a nice walk. Earlier, before Crescent Beach, I went for breakfast to Wawa’s magic house – all the overgrown greenery, the abundance of spring lowers, petals on the trail, on the porch, the friendly parrot. Later to peaceful Ocean View Cemetery in Sapperton and there rows upon rows of flowering cherry trees. His friend was just waking her lovely and friendly blind dog there. We had nice chat.

Yeah – it was a nice walk with a friend.


[i] Queen Elizabeth Theatre – Vancouver Civic Theatres – Vancouver Civic Theatres

[ii] Madama Butterfly (1995 Remastered Version): Un bel dì vedremo (Act II) – YouTube Music

[iii] Crescent Beach | City of Surrey

[iv] Wreck Beach is a famous Vancouver’s nudist beach

Swing

Swing

Słucham urywanej rozmowy siedzącego obok mojego stolika (stąd ‘urywanej’ a nie całą, bo słyszę mimo woli, ale nie podsłuchuję, LOL) młodego poety i dramaturga o swojej twórczości.

Mała dziupelka kawiarni o filuternej nazwie „Mood Swing”[i]. Czasami wolę by nazywała się po prostu „Swing”. Przyjść i zwyczajnie tańczyć. Ot, taki swing poety, który już dawno przestał być młody. Dziś tańczyłbym z laską, jak kiedyś Sempoliński w Warszawie (ci co mają około setki lat pamiętają Mistrza Sempolińskiego!) i nic by mi to nie przeszkadzało – tańczyłem z laseczką, kiedy nie musiałem, to bym i zatańczył teraz, kiedy muszę.

Wracajmy do tego młodego poety ze stolika obok i  jego wywodów; mówi, że chce mieć wieczór poetycki tu, a dodatek muzyki by to wzbogacił. Dodaje: i może nawet sparkles?

Ach! Już to widzę sam jego oczami: oczarowany tłum kołysze się, jak na wielkim koncercie, a w podniesionych ramionach, jak rozedrgana fala światła, błyszczą sparkles! No, ale rzeczywistość dmucha w tą wizję-bańkę i bańka pęka bezgłośnie.  

Tutaj, w tej dziupelce-kawiarence muzyka raczej tylko w formie dyskietki CD, może jedynie gitarzysta? No, niechby ze skrzypkiem lub wiolonczelistą, lub kontrabas z violą właśnie. Tak, kontrabas koniecznie i żaden alt. A już absolutnie verbotten kontralt. Chyba, że sam Cherubin: młodziutki, niewinny i nagi, ale ze skrzydełkami. Koniecznie te skrzydełka by nimi jakoś tą nagość zakryć, bo nagość to pełna szczerość, a szczerość tak przecież utrudnia poezję. Wyobraźcie sobie nagi sonet! Nonsens.

Młody poeta prowadzi dyskurs z młodą, bardzo rozmowną dziewczyną.  Z tej rozmowy mogę się domyśleć, że jest kimś w rodzaju agenta, impresario, organizatorki eventów. Pewnie dlatego mówi tak dużo. Stara się prędkimi nożyczkami słów ukrócić długie falbany wyobraźni młodego poety i jego oczekiwań. Chyba zbytecznie, zaprawdę – życie zrobi to o wiele skuteczniej.

Nagle on, widocznie zniechęcony jej kubkiem zimnej wody, zmienia temat i mówi, że jest zafascynowany serialem „Twin Peaks”[ii].  Jestem autentycznie zamurowany! To był serial sprzed wielu laty. Jego najlepszy opis to : dziwny. Oglądałem, bo mój John pasjami uwielbiał. Jeśli odcinka nie mógł obejrzeć ze względu na prace, koniecznie ustawiał VCR i nagrywał na taśmie (dla młodszych o parędziesiąt lat – VCR to po prostu urządzenie do nagrywania taśm video-dżwiękowych). A ten młody poeta nie mógłby wówczas być starszy niż 5-10 lat, myślę sobie. Więc pytam. Okazuje się, że znalazł na jakimś systemie on-line. Ponoć znowu bardzo popularne. Przyznaję, że zabrakło mi trochę czasu wówczas, by to szczerze polubić i zrozumieć na tyle na ile tą fabułę można zrozumieć, LOL.

               Widać nie byłem tak dobrym poetą, jak ten młody ze stolika obok…  A mój John? Przecież on poetą nie był w ogóle.  Tak, ale John był za to mądrym chłopakiem. Czego nie można powiedzieć o wszystkich poetach, najwyraźniej…


[i] Moodswing Coffee + Bar

[ii] Twin Peaks (TV Series 1990–1991) – IMDb

The Pope

As Kevin Farell, the Cardinal Camerlengo of the Vatican, announced on Monday the death of Jorge Mario Bergoglio, the 266 Pope of Vatican and Catholic world – His Holiness Francis – I had to look back at His record as a Pontiff.

Who was that man, what he meant to his followers, his flock; what he meant to the world as a whole?

Perhaps the best answer lies in his own memories of that day in Sistine Chapel in 2013, when his fellow cardinals from around the world choose him as a new Vicar of Christ – the pope.

He recalled his conversation on that day, at that moment with his friend, Cardinal Claudio Hummes. Hummes kissed him and congratulated and then said quietly word: the poor. Don’t forget the poor. Cardinal Bergoglio, the new pope, was struck by it and right away thought of St. Francis of Assisi, the patron of the poor, friend of the natural flora and fauna. That’s it – it was clear for him without hesitation – the new pope from far away Argentine will be Francis. And so he was on many occasions, through long, fourteen years of papacy: a friend of the underprivileged, the hungry, and the immigrants hoping for better life, refugees, and victims of wars all over the entire globe. He truly was not a politician, diplomat – he was a shepherd looking after the flock of humanity. Very often beyond that – in his support of ecosystem, for environment, also for his ecumenical work.

He wasn’t John, Paul, Benedict, Pius, Leo – names of great apostles and famous saints of the Church. Just Francis, after a poor young man from Toscany.

After the great scandals of sexual transgressions (in many cases rapes of young boys and girls) during the later days of John Paul II, and during the reign of Benedict, it followed Francis as a dark cloud. Another difficult times was his struggles and fights with the powerful group of conservative cardinals, who rejected the 2 Vatican Synod. Yet, Francis persevered. He understood that the Church to survive it must move from XIX century way of thinking into the XXI century. That if the world changes, so must the Church, without missing or altering the basic tenets of faith. There was always a theological and scholastic doctrine that there is the Church as an embodiment of Christ and there is the Church as an institution, administration, and that second role must move forward with the faithful in the world.

Yet, he wasn’t a ‘revolutionary’ pope by any means. He was just practical and educated. After all, he was a Jesuit, and for a very long time it was widely believed that a Jesuit should never become a pope. ‘Civilian’ clergy (not belonging to any order and the most common) didn’t trust them and were afraid of them. Other, mostly older orders, disliked them too, believing that they were to educated in scientific pursuits instead of proper monastic hymns and payers to God and saints.

Very important in Canada, especially among the First Nations, was the pope visit here and offering an unconditional apology for the role of Catholic Church in the tragedy of running the Residential Schools.

He was also unapologetically critical of Israel’s genocide of Palestinian civilians in their total war with Hamas.

In conclusion it could be said that Francis I came to Rome and changed it in profound way, much more substantial than not wearing the triple crown on the official enthronization or not using all the ‘imperial’ insignia of the Office.  

The new pope will not be able to return to the old ways and will have a hard time to fill his shoes.

On my part the only serious disappointment was his inability to full accept the women role in Church. As the Church couldn’t and will not survive without women, both from religious Orders and laity.

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Mija właśnie piętnaście lat od tragicznej i strasznej katastrofy polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku, blisko lasku katyńskiego. Wydarzenia samego w sobie o wyjątkowym znaczeniu dla państwa polskiego, dla układów polityczno-społecznych. Wydarzenia, które mogło i które zjednoczyło na krótko w głębokim żalu i smutku całe społeczeństwo. Poczym równie szybko rozdarło go na połowę skutkiem szatańskiej gry brata Prezydenta Polski, Jarosława Kaczyńskiego, wsparte późniejszym z piekła rodem ‘śledztwem’ i Podkomisją szaleńca Antoniego Macierewicza. Nie mogła nosić nazwy ‘Komisja”, gdyż brakowało w niej (sic!) przedstawicieli polskiego Lotnictwa wojskowego. Właściwie zorganizowaną Komisją kierował Leszek Miller.

Nie będę tu przypominał detali prac Komisji i Podkomisji, Millera i Macierewicza – pisałem o tym i badałem te dochodzenia i i ich raporty bardzo szczegółowo w ówczesnych czasach. Otwieranie ponowne tej puszki Pandory, może doprowadzić do szału każdego normalnego człowieka.

Tragiczny wypadek w Smoleńsku otworzył drogę do władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Rasputinowi polskiej sceny politycznej od prawie początków całej historii suwerennej Polski od upadku komunizmu w Europie, czyli mniej więcej od 1991 roku. A jednym z filarów politycznej kariery Jarosława był właśnie przez długie lata Antoni Macierewicz. Macierewicz dziś to raczej komiczny pionek sceny politycznej, jego gwiazda już dawno zgasła. Nigdy nie miał sprytu i zimnej krwi gracza, jakim jest jego polityczny dowódca – Jarosław. W pamięci powszechnej pozostanie zabawnym pajacem od latającej brzozy i bomby barycznej. Ale dobry historyk doskonale i po stu latach zrozumie jego olbrzymią pracę na podziałem Polaków, nad niewymiernymi szkodami, jakie Polsce przyniósł.

Filarem, potęgą instytucjonalną władzy, zaplecza finansowego i politycznego jest przekształcona, przebudowana prawie od podstaw i zdyscyplinowana partia polityczna PiS. To szeregi nie tylko aktywu i członków partii – to rzesze jej wyznawców, nowy rodzaj religii narodowej. A jak w każdej religii: ziarno od plew trudno odróżnić, fakt od mitu niemożliwy do rozłączenia. I potęga finansowa przekraczająca składki członkowskie, daniny rzesz wyznawców. Kaczyński to wiedział, znał i rozumiał. I nad tym bardzo skutecznie pracował. Można się śmiać i żartować ze starszego pana wyglądającego niezaradnie w poplamionym, wymiętoszonym garniturze, z jego kota i ‘misiewiczów’ podsyłanych tajemnie dla starzejącego się homofoba-homoseksualisty. To już jednak tylko zabawne dla motłochu i satyryków tajemnice dworu imperialnego Jarosława Pisowskiego, który marzył nocami, by dodano mu przydomek, jeśli nie „Mądry”, to choć ‘Wspaniały”. Ale nie wyszło. Rzędy starych babć kościelnych nie mają na to wpływu.

Co wyżej pisałem, to zaplecze sprawnej organizacji politycznej. PiS na tym nie poprzestał, ani na daninach rzesz starzejących się z każdym rokiem i odchodzących powoli z aktywnej sceny politycznej i finansowej zasobności ‘bab kościelnych’.  Jarosław Kaczyński po objęciu pełnych rządów i przy zawładnięciu wymiarem sprawiedliwości, a głównie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, mógł zacząć budować jawną i bezprecedensową hierarchię finansowego imperium partii i jej członków. Usłużni prokuratorzy i sędziowie, którzy dostali od niego togi urzędnicze szybko podporządkowali sobie nawet służby policyjne. Nikt nie stał na przeszkodzie … robienia wielkiej kasy. Nie danin – Wielkiej Kasy polskiej gospodarki, przedsiębiorstw. Tu politycy, autentyczni wyznawcy idei politycznej, wizji Polski ‘pod sztandarami Chrystusa i Marii Panny’, byli zbędni. Nie, to zaplecze już istniało poprzez chojne, milionowe zasiłki ze Skarbu Państwa dla diecezji, etatów państwowych dla armii szkolnych katechetów, różnych duszpasterstw przy zawodowych i ochotniczych remizach strażackich, pensjach i pałacach dla kapelanów wojskowych (obleśny ksiądz-general Głódż tu przkładem wymownym). Trzeba było sięgnąć głębiej. Do polskiego przemysłu, polskiej gospodarki i aktywów państwowych. Znaleziono ‘Obajtków’ różnej maści, ale jednego rysu charakteru: pełna dyspozycyjność wobec centralnej władzy politycznej. Polski przemysł i aktywa gospodarcze od tego momentu były feudalną własnością rządu i dykasterii władz państwowych podległych PiSowi i Kaczyńskiemu. Działy się rzeczy niewyobrażalne w nowoczesnym państwie w środku Europy.

Jeszcze dziś nie wiemy wszystkiego, jeszcze toczą się śledztwa i procesy zwalniane uporczywie przez pozostałości PiS w Parlamencie, w Sądach Powszechnych, w Trybunale Konstytucyjnym. Nawet w czasach komunistycznego, z sowieckiej łaski systemu PRL, nikomu z ówczesnych ministrów, premierów czy sekretarzy PZPR przekręty finansowe na taką skalę się nie śniły. W porównaniu do PiSu i jego malwersacji i korupcji – tamci partyjniacy wyglądają, jak dziecinni złodzieje kieszonkowi. Pierwszoklasiści, a ci współcześni to już po jakiejś specjalnej akademii najwyższego sortu. Coś w rodzaju Colegium Humanum, LOL, które miało ich nobilitować. A skompromitowało wszystkich, którzy się o nie otarli.

Dochodzimy do wiosny 2025, do wyborów nowego prezydenta, który ma zastąpić ‘pieczątkę Kaczyńskiego’, jaką był pan Andrzej Duda.

               Jak wiemy z poważnych i bardziej znanych kandydatów zaakceptowanych przez Państwową Komisję  Wyborczą, to: Rafał Trzaskowski, Prezydent  Warszawy (reprezentujący program Platformy Obywatelskiej); Szymon Hołownia, Marszałek Sejmu RP, reprezentuje ruch Polska 2050 Szymona Hołowni; Sławomir Mentzen, doradca podatkowy, reprezentuję Konfederację Wolność i Niepodległość szerząca program faszystowski; Karol Nawrocki, urzędnik państwowy w niesławnym Instytucie Pamięci Narodowej (IPN to ‘dziecko’ Jarosława Kaczyńskiego, siedziba myśli faszystowsko-wielkopolskiej i katolickiej) mający naturalnie silne poparcie PiS; Grzegorz Braun, euro poseł, reprezentujący skrajnie prawicową Konfederację Korony Polskiej.

Nie kończą oni listy kandydujących, gdyż prawo startu w wyborach dostało łącznie trzynaście osób (tak, 13, o czym wiele osób już pewnie nie pamięta) – nie wymieniam nazwisk pozostałych, gdyż doprawdy tylko tzw ingerencja Opatrzności mogłaby im dać realne szanse, a w Opatrzność nie wierzę. Dodam tylko informacje o konstytucyjnym organie wyborczym, jakim jest Państwowa Komisja Wyborcza, niezależna od władzy politycznej, która wybory organizuje, kontroluje i zatwierdza.

Komisja Wyborcza jest jedynym ciałem mającym konstytucyjne uprawnienia zaakceptowania lub odmowy akceptacji proponowanych kandydatów. Warto przypomnieć, że odmówiła akceptacji na kandydatów aż czterem osobom: Pawłowi J. Tanajno, Dawidowi J. Jackiewiczowi, Romualdowi Starosielcowemu i Wiesławowi Lewickiemu.

Kto wygra, pytasz Czytelniku? Zły adres pytania. Powinieneś spytać siebie, bo ty będziesz głosować. Jedyny, wyjątkowy moment raz na kilka dobrych lat, gdy jesteś królem, władcą, decydentem. Tak, ty! Nie ja, nie Stach ani Elka. Nawet nie wszechpotężny Naczelnik Policji w twoim miasteczku. Nie, on ma tylko jeden głos. Jeden ma biskup i jeden ma pan wojewoda potężny. Tak, jak ty. A jeden głos to więcej niż dawniej jedna szabla. Bez tego jednego głosu wybory można unieważnić.

Ja mogę jedynie napisać kto i dlaczego moim zdaniem wygrać powinien, a kto stracił moralne i etyczne prawo do kandydowania nawet. Zdaniem jednej osoby. A że gębę mam niewyparzoną i opinii swoich nie kryję, to i tym razem się nimi podzielę. A nuż kilka osób się zastanowi? To dużo – pamiętajcie o tym jednym głosie.

Tylko machinacjami sił politycznych w Sejmie przy pełnym poparciu prezydenta Dudy, oddaniu wręcz służebnym pewnej sędziny (pożal się Boże) z Trybunału Konstytucyjnego i ciągle nie w pełni funkcjonującemu Sądowi Najwyższemu udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu i całej partii Prawo i Sprawiedliwość uniknąć do tej pory rozwiązania i zakazu funkcjonowania (dla partii) oraz procesu z wysoką możliwością kary więzienia dla drugiego aktora – Jarosława Kaczyńskiego.

Gdyby tej partii nie było – nie mogłaby wystawić kandydatury Karola Nawrockiego. Musiałby dalej zaspakajać swoje ambicje otwieraniem drzwi dla swego wodza w budynku na Nowogrodzkiej. Funkcji, do której być może ma kwalifikacje.

Ze względu na olbrzymie zagrożenie demokracji i praw obywatelskich, ochrony wszelkich mniejszości (większość nigdy sobie samej nie zaszkodzi i nie zagrozi) – nie wolno pod jakimkolwiek względem oddawać głosu na kandydata faszystów (Konfederacja). To by było splunięciem w twarz naszej historii i wskrzeszeniem upiorów Dmowskiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich. Te ruchy były wówczas w Europie bardzo popularne – ale doskonale wiemy czym się skończyły: narodowym socjalizmem, który dał początek władzy Hitlera w Niemczech. Nie wolno zapominać lekcji historii. Inaczej skazani jesteśmy na popełnianie tych samych błędów.

Polska stoi na wąskiej miedzy dzielącej ostre zagrożenie od autentycznej wojny. O tej realności w jakikolwiek sposób zapominać nie można. Wysiłki nowej administracji amerykańskiej idą bardziej w kierunku misji ‘pokojowych’ Anglików i Francuzów w Monachium w 1938, które miały zapobiec dalszej agresji Niemiec hitlerowskich, a zakończyły się kompletnym fiaskiem. Tak się nie buduje trwałego pokoju. Nie przez układy z najeźdźcą, z agresorem. Putin nie jest partnerem do negocjacji. Należy kontynuować, zwiększyć wręcz wsparcie dla Ukrainy, która jest jedynym buforem między Polską z Europą Zachodnią a armiami rosyjskimi. To jest rzeczywistość namacalna, sprawdzalna. Trump może, co najwyżej, zostać drugim Chamberlainem lub Deladierem[i] – nigdy Rooseveltem ani Churchillem. Jego narcystyczne marzenia o Pokojowym Noblu są nieuleczalną chorobą maniaka nierozumiejącego otaczającej go rzeczywistości. To wymaga leczenia a nie nagradzania. Wszystko to zwiększa bezpośrednio zagrożenie granic Polski, jako najdalej wysuniętej flanki NATO. Pierwszą poważniejszą przeszkodą przed frontalnym atakiem armii rosyjskich na Europę Zachodnią.  Rok 1920 coś kogoś nauczył?

Z tego względu i przede wszystkim świadomy sytuacji i zagrożeń międzynarodowych obywatel polski winien głosować przede wszystkim na Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że prezydent Trzaskowski miałby najlepsze szanse ofensywy dyplomatycznej na świecie w celu wzmocnienia pozycji Polski, a jednocześnie skupiłby się na wspólnych z rządem Tuska planach wzmocnienia i modernizacji polskich wojsk. Trump będzie prezydentem USA dużo krócej niż Putin prezydentem Rosji. Z tej przyczyny, tego autentycznego zagrożenia wojną – winniśmy oddać głos na silnego i zdecydowanego polityka, który jednocześnie wykazał się znaczącym przywiązaniem dla praw człowieka i obywatela. Zagrożenie wojną i nieustanna erozja (choć w końcu z widocznym elementem zwartej kontrofensywy sił demokratycznych) nowoczesnej demokracji musi nas obudzić.   


[i] premierzy Wlk. Brytanii i Francji, którzy spotkali się z Hitlerem na konferencji w Monachium w 1938 dla ‘ratowania pokoju’ w Europie

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

Świat Donalda Trumpa

Elon Musk czy Donald Trump?  Kto z nich jest głównym architektem największego zagrożenia pokoju światowego od czasów Kryzysu Kubańskiego?

Bez względu na wyjątkowo ohydną osobowość najbogatszego (jakby w tej grupie multimiliarderów miało to jakiekolwiek znaczenie) człowieka na świecie, ja uważam, że Trump, jako prezydent światowego mocarstwa, ponosi odpowiedzialność największą.  To on jest tym, który decyzje podpisuje, on dowodzi armią, on jest kapitanem tego statku nazywanego „Ameryka”. Niestety, jego megalomania nie zna granic. Porównać ją można jedynie do jego arogancji i ignorancji niespotykanej w skali do każdego obecnego dyktatora – z tych ważnych i istotnych dyktatorów (Chiny, India, Brazylia, i tak nawet Rosja). O mniejszych kacykach wspominać nie ma sensu, bo w skali ich znaczenia dla pokoju światowego, jest to bliskie lub poniżej zera. Być może z pominięciem tego potwora Północnej Korei, ale on może wywołać jedynie katastrofę w swoim rejonie Azji – o jego możliwościach pokonania (i w jakim celu?) Ameryki Północnej, Europy czy Ameryki Południowej szkoda nawet rozmawiać. Są żadne.  

Najlepszym przykładem kompletnej ignorancji Trumpa jest właśnie Kanada i jego kuriozalne, wręcz nienormalne, ‘propozycje’ wobec Palestyńczyków i budowa ‘riviery’ w Gazie.  I oczywiście skandaliczne ‘rozmowy pokojowe’ z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie – bez udziału Ukrainy.

Zacznijmy od Kanady. Trump przegrał ‘wojne amerykańsko-kanadyjską’ w trakcie jego pierwszej kadencji. Można ten absurd amerykańsko-meksykańsko-kanadyjski nazywać i oceniać, jak się chce. Fakt pozostaje faktem, że Trudeau tamtą batalię wygrał i wygrał w spektakularnym stylu. A zadufany w sobie i arogancki pajac, jakim bez wątpienia Trump jest nigdy mu tego nie mógł darować.

Kanada jest idealnym i najlepszym z możliwych partnerem USA. Była od XIX wieku bez przerwy. Nie tylko, jako przyjazny sojusznik – jako olbrzymie zaplecze bogactwa naturalnego Kanady, które bez problemów było zawsze łatwo dostępne głodnemu wiecznie olbrzymowi amerykańskiemu. Mało jest przykładów na świecie tak bliskiej współpracy gospodarczej, ekonomicznej i politycznej (w tym militarnej), jak współpraca amerykańsko-kanadyjska. Poza może wieloletnim problemem handlu drewnem, który od długich lat jest przedmiotem zatarć. Ze względów naturalnych zasoby drzewostanu, a już zwłaszcza tzw. ‘starego lasu’ (dużych, dorosłych i dorodnych drzew) sa o wiele większe i tańsze w Kanadzie niż w wysoko zurbanizowanych i uprzemysłowionych Stanach. Ostatecznie Kanada jest obszarowo większa od USA, a ludnościowo dużo mniejsza. Ale to tylko jeden niezbyt aż tak ważny przykład. Pod każdym względem jest partnerem niezwykle gospodarczo wartościowym dla USA. Bez specyficznego ciężkiego oleju bitumicznego – Ameryka byłaby w poważnych problemach energetycznych.  Mimo, ze sama ma tegoż duże zasoby też. Ale ani wystarczające dla energochłonnej gospodarki amerykańskiej, a z tych, które eksploatuje duża część nie nadaje się do rafinerii amerykańskich nastawionych właśnie na ten olej bitumiczny. To jedynie jeden z licznych (ale najbardziej newralgiczny dla gospodarki amerykańskiej) bogactw naturalnych niezbędnych dla przemysłu amerykańskiego. Naturalnie te więzy gospodarcze idą w obie strony. Kanada jest bardzo (zbyt zdaniem moim) chętnym i ustabilizowanym klientem produktów gospodarki amerykańskiej, czy to naturalnych (owoce, warzywa, wszelkie produkty żywnościowe – na ogół dużo gorszego gatunku niż kanadyjskie) czy przemysłowych (większość uzbrojenia armii kanadyjskiej, samoloty (tutaj wymiana jest w obie strony), samochody. Wymieniać można w nieskończoność. Trudno chyba znaleźć dwa państwa złączone specjalnym układem wymiany handlowej (umowa trio-państwowa USA- Kanada-Meksyk), tak intensywnie i organicznie złączonym, jak te gospodarki właśnie. Naturalnie elementem nierozłączne z tym związanym jest obopólna turystyka miedzy tymi narodami przynosząca setki milionów towarów dla tych partnerów.  Dla Trumpa jest to rozumienie zbyt skomplikowane. Kompletnie go takie stosunki nie interesują. On widzi to jedynie w pryzmacie uproszczonego układu Pryncypialnego Księcia (USA) i wasali (Kanada i Meksyk). Autentyczna historia i wnikające z niej szczególne uzależnienia, umowy, powiązania są czymś, co wykracza poza możliwości jego percepcji. Nie chce mieć partnerów, szuka poddanych. Nowy Habsburg, lub Kaiser. Naturalnie nieistniejąca dziś Korona Imperium Brytyjskiego też by go satysfakcjonowała. Gotów podzielić świat na strefy wpływów i bezustannej ingerencji między Chiny, USA i Rosję. Cała reszta (w tym Europa, której chyba kompletnie nie rozumie i jej nie znosi).

Trump-Gołąbek Pokoju. Temat na satyrę nie kończącą się. Wojny na Ukrainie w ogole by nie było, gdyby to on, a nie Biden był prezydentem. Ale to drobiazg. On ją i tak zakończy.  

Zacznijmy od Konferencji Pokojowej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Nie, nie – Ukrainy zapraszać nie będziemy do udziału i rozmów. I zwołamy ją w … Arabii Saudyjskiej. Czemu nie? Do Jałty nie wypada trochę teraz …  (jednocześnie może się jednak uda się z boku namówić Saudyjczyków na osiedlenie na ich rozległych piaskach kilku milionów tych durnych Palestyńczyków. Co, jak co, ale zimno im tam nie będzie), więc Rijad jak ulał. 

Była już kiedyś taka konferencja ministrów spraw zagranicznych. I pewne umowy podpisano. Rosja (wówczas ZSRR) brała w niej udział. Trump (sorry – Adolf Hitler oczywiście!) wyznaczył Joahima Ribbentropa, Putin (sorry – Stalin oczywiście!) Wiaczesława Mołotowa. Dla zabezpieczenia pokoju światowego (naturalnie z tymi wzniosłymi myślami)… i napadli wspólnie na Polskę. Nie, pokoju światowego nie uratowali, a na końcu sami się za łby też wzięli. I Stalin był cwańszy i Adolfa wykończył na końcu. Podobnie, jak Putin jest cwańszy i wyroluje Trumpa, bez cienia wątpliwości.

Jeszcze wcześniej nieco spotkali się w Monachium naiwny brytyjski premier Chamberlain, jeszcze bardziej naiwny francuski Daladier i oczywiści kompletnie neutralny Benittko, Mussolini zresztą. Zjechali się uratować Czechów przed wojną. Nie, Czechów nie zaproszono. Ten może fragment historii, Musk podsunął Trumpowi do przeczytania i stąd zrozumiałe, że Trump Ukraińców na rozmowy w Rijadzie nie zaprosił.

Można tak bez końca. Historia długa ludzkości pełna jest – niestety – takich oszalałych dyktatorów zapatrzonych w siebie i umiejętnych, a zdecydowanie cwańszych i inteligentniejszych doradców tronów, których najczęstszym testamentem są rzeki krwi i cierpienia ludzkiego. Narody wypędzone, przesiedlane, mordowane.

Ale średni poziom wiedzy o świecie, stosunkowy (porównywalnie) wysoki poziom życia i edukacji olbrzymiej masy wielu narodów od ostatniej dekady XX i dwóch pierwszych XXI wieków daje szansę na to, że przetrwamy, pokonamy i przeżyjemy Trumpów, Putinów i Musków (proszę wymawiać dokładnie: m-u-s-k-ó-w nie m-u-z-g-ó-w!).  Inaczej czeka nas zapaść nieopisywalna. Czarna chmura, która może pochłonąć każde światło, jak zapadająca się gwiazda. Nasza wysoko rozwinięta cywilizacja dała nam możliwości niemal globalnego samozniszczenia.

Wydaje mi się, że Europa specjalnie, a szerzej cały tzw. świat zachodniej kultury (tj. tych wyznających główne zasady – tenet – demokracji parlamentarnej) jest w stanie odrzucić te niebezpieczeństwo. Nie dąć się zastraszyć i odmówić udziału w tej niebezpiecznej grze.

Jedno w swej pysze, w swym zarozumialstwie i obrzydliwym samo zachwycie Donald Trump osiągnął. Świat o nim mówi i mówi z lękiem. Lękiem usprawiedliwionym. Ale świat musi i może go odrzucić.  Zadać mu klęskę najgorszą: uśmiechać się, jeśli nie ma możliwości uniknąć tego, to podać mu rękę, gdy sytuacja i protokół tego wymaga – i kompletnie ignorować w swoich własnych decyzjach i decyzjach własnych krajów i grup zrzeszających te kraje. Nec Hercules contra plures, mości Panowie i Panie Obywatele Demokracji.