Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Synopsis in English: My travels trough Nova Scotia’s Eastern Shore brought me so much joy through last year. I should say: OUR travels, mine and John, as that what it really was. Traveling through OUR places, OUR spots. Re-visiting them. Celebrating OUR time.

On surface it might have appeared as simply photographic chronicle of the gems this Province has to offer for a traveler. Of course, in a way it was, and I’m happy if it enticed someone to visit the wonders of our beaches. As wonderous they are, indeed. But this year, in the last few months, it has become harder for me to feel only the joy, the childish almost happiness in playing in waves of Atlantic. Muscular, powerful waves, that can caress you like if you were a child – if you trust them, if you respect them. Or can hurt you if you arrogantly pretend that you can outsmart them.

This year I started loosing John’s presence on this journeys. As if he become bored with the pretense of staging reality. Him becoming a shadow, but a shadow seldom willing to be an active part in these beach plays. Back in our days in BC, there used to be a Theater Festival in Vancouver called Bard on The Beach. There was a circus-like huge tent next to gray building of Vancouver Music Conservatory and Shakespeare was performed there.

My Bard lost interest in my festival of Love. So I thought. That is how my written chronicle of these visits with Atlantic had to turn to literary word, to prose and poetry. And now He is back with me again. Helping me again to find my spot on the map. My new place for OUR love, Our time.

And I can post again happy pictures of children frolicking in the water, of couples walking on shore holding hands.

In the Polish text below I write of my search of familiar places, of my past mountain peaks, about fog and mist that obscures the vistas from my memory. But I sense their presence. I will not translate it, it is pointless. But you, dear reader, will understand why I write what I write. With poetic prose, with poetry you escape the boredom of repetitions of the same images and stories. Even if they are small parts of one large story. In a sense – Epiphany of Love.

Ogarnia mnie dziwny niepokój, rosnący każdego dnia.

Stoję na wąskiej granicy oddzielającym skrawek plaży od nadbiegającej grzywy wielkiej fali. Galopuje w pianie opadającej jej z pyska białymi płatami, jak Wielki Koń Czasu. Tratuje kopytami plażę, wyrzuca wysoko w górę ciężkie kamienie wyrwane ziemi w odległych zatokach. Bawi się nimi, jak piłeczkami ping ponga. Przynosi zapach glonów, małż i wielkich ryb łypiących okrągłymi oczami bez wyrazu.

Oddalam się od tego pola walki. Idę w przeciwną stronę – do siniejących szczytów Wielkich Gór po drugiej stronie kontynentu.

Z dna zielonych dolin kieruję się w głębokie żleby skał. Wspinam się na grań przełęczy. Wokół gołoborza szarych skał, w dole ciemnozielone ramiona sosen. Szczyt nad przełęczą ma jedna stronę płonącą w promieniach słońca, drugą otuloną chustą mgły.

Szukam zagubionej ścieżki, zarośniętego szlaku, który ma mnie zaprowadzić do zapomnianego schroniska, chatki z kamieni i omszałych pni, która ma dawać schronienie zagubionemu nocą wędrowcy.

Zza tej mgły wyłaniają się nagle znajome szczyty Gór Świata: Świnica, Rysy i Zawrat tatrzańskie; kruszące się w spiekocie stare włoskie Apeniny; groźne śnieżne olbrzymy na granicy Patagonii i Chile; Mount Temple i Castel Mountain w kanadyjskich Kordylierach, majestatyczna strażniczka Gór Skalistych – Mount Assiniboine, górująca nad nimi z oddali Mount Robson; wyrastające z wiecznych lodowców szczyty Gór św. Eliasza na Jukonie; samotny szczyt Mount Cook w Nowej Zelandii; Dwa Lwy nad Vancouverem.

Kuszą spoza tej mgły, wołają cichym gwizdem świstaków: chodź raz jeszcze z dolin do nas! Opowiemy ci nowe stare legendy. I już bym czekan chwycił, już buty silne założył … i nagle budzę się w składanym krześle na plaży atlantyckiej, która mnie uśpiła monotonną kołysanką fal. Pod nogami leży w piasku notes z jakimiś historiami o jakichś szczytach w różnych częściach świata. Od morza nadchodzi znowu mgła, robi się zimno. Czas się zbierać do domu.

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

O mgle mokrej jeszcze,

póki nie porwą ją deszcze,

która jak Afrodyta

pianą morską zmyta,

obłóczy się półsnem.

Lecz gdy Horacy ją zoczy,

Gdy mgła się napatoczy –

Ha! Non omnis moriar,

i dumnie zwinie foliał.

Sen? Mnie nieśmiertelność!

Horacy był cichaczem z wiarą nie przebraną w swoją wielkość.  Cóż mu legendy powtarzane za Homerem, za Telemachem. Pisał bardzo dużo i lekkość miał w tym pisaniu niczym kiplingowski Mowgli w skakaniu po lianach w dżungli. Gdy inni znani – o gruntowniejszym wykształceniu i ogładzie utytułowanych obywateli Rzymu, bogatych wielkich właścicieli ziemskich – z dumą czytali swe pieśni zebranym zawsze licznie słuchaczom, gdy publikowali w kopiach opasłych swe treny, tragedie i komedie greckie, on Pieśni swe pisał dla nieśmiertelności. Tej ponad Czeluścią Wielką, za i ponad mgłą Historię i Przyszłość skrywającą.

Czy mu się udało? Jeśli wierzyć w niezaprzeczalny fakt, że ja sam Horacego czytałem – to chyba tak. Zaliści skłamałbym, żem nie czytał Homera, Arystotela i Plato (a za Plato – Sokrata). Ba! Glinianych tabliczek Sumeru odczytać sam nie potrafię – czytałem wszak ich o kilka tysięcy lat późniejsze tłumaczenia na ludzki bardziej język. Więc i ten Gilgamesz non omnis moriar.  

Horacego samego przetłumaczył pięknie bardzo lubiany przeze mnie poeta Stefan Gołębiowski. Jakże on tegoż Horacego kochać musiał! Wstęp Gołębiowskiego i wprowadzenie do tegoż tłumaczenia jest cudowny, bajeczny i urzekający. Poetycko wspanialszy niż całe te ‘Dzieła’ Horacego[i]. Nigdym się nie spodziewał, że Gołębiowski do takich uniesień jest zdolny. Leśmian może – tak, ale Gołębiowski zawsze jawił mi się jako osoba stateczna, w garniturze. A tu nagle tańczy, szlocha, wzdycha, jakby spotkał tą Afrodytę właśnie, Venus peloponeską. W rzeczy samej archaiczną wszechpotężną Isztar – niedoszłą kochankę Gilgamesza z Ur, który odrzucił jej zaloty na rzecz swego ukochanego dzikusa Enkidu. Którego z bezsilnej wściekłości Isztar naturalnie zabija. Nie ma nic gorszego niż wściekłość, zazdrość i zemsta bogów i bogiń. Od zawsze do dzisiaj, bez wyjątku.  

Horacy – trochę nudny przyznaję, trochę w tej mgle wydobywającej się z Czeluści krańca Czasu. Może to wina i łaciny samej, która mimo wszystko (i wbrew rozbudowanej w nieskończoność deklinacji, LOL) jest językiem nad wyraz sztywnym. Kto to wie? Może gdybym był żył w czasach Republiki i Cesarstwa taka sztywna, jak truposzek na desce płaskiej, by się nie zdała. Nigdy zresztą płynnie kompletnie jej nie opanowałem. Czytać jeszcze potrafię (choć niektóre słowa tylko z kontekstu wyłuskuję), ale mówić lub pisać już nie. Znajomość porzekadeł i sentencji nie jest wszak znajomością języka.

Czas wrócić z praczasów, z mgły gęstej niczym smoła do Horacego nieśmiertelnego. O nieśmiertelność swą dbał bardzo. Jak to robić, pytasz? Prócz własnej wiary głębokiej w swój geniusz (to musi być poety porządnego niezbywalne sine qua non) trzeba zadbać o PR (Public Relations), a jakże lepiej niż podkopując kolegów po piórze. Bo na szczyty wspinamy się po trupach. Więc Horacy w poetyckim geniuszu dołki kopie pod mu współczesnymi poetami co niemiara. Tu ironią, tam prosto mówiąc, że niemota i miernota. Nic od tamtych czasów rzymskich mili moi się nie zmieniło lub mało bardzo. Im bardziej kurczy się rynek czytelniczy – tym więcej i głębszych dołków się kopie wobec ewentualnej konkurencji. Ostatecznie, dlaczego świat literacki miałby różnić się od Bazaru Różyckiego czy Hali Mirowskiej? Delikatna konfiturka porzeczkowa, jak poemat proszę pana szanownego!  Lub tak: Ach ten liryk, niczym świeża poziomka uwodzi i wyobraźnię rozpala!

Ale Horacy, Horacy do diaska, więc wracam. Ot, choćby w Pieśni IV, (Eupulis atque Cratinus) nie oszczędza Lucyljusza, Kryspina chwali z zadąsem i ironią Faniusza.[ii]  ‘Satyry’ jego zdały się być niezłą lekcją setki długie lat później dla naszego biskupa Krasickiego. Nie przepuścił nikomu. Samemu sobie – trochę. Pisze: Wzniosłem pomnik trwały, trwalszy od spiżu // czołem wyższy od królewskich piramid: // Akwilony przezwyciężę, żarłoczny // deszcz, lat niezliczony szereg. Szczytami // wieków umknę Libytynie. Nie wszystek // umrę.”[iii]

Zaiste – cztam teraz wszak te wersy, dwa tysiące lat później. Patrzę w dal, przez gęstą, jak mleko mgłę wydaje się, że dostrzegam zarys linii horyzontu. Nad Czeluścią. I uśmiecham się do siebie: czy ktoś moje wersy będzie czytać dziesięć lat po tym, gdy będę już za tą linią? I po prawdzie nie przejmuję się tym zupełnie. Może będę stał na Wielkim Moście Tęczy oparty o balustradę i czekał na to jedno spotkanie z Nim. W końcu. Po dwuletnim oczekiwaniu, marzeniu. Tęsknocie.

Czy Horacy przeżył, czy sięgnął nieśmiertelności? W wąskim bardzo kręgu. Tak, inni poeci go czytają dziś. Czytają historycy literatury.  Gdy ktoś spoza kręgu miłośników legend i mitów rzymsko-greckich nie znuży się tymi imionami, tymi nazwami bogów i władców, senatorów i budynków tamecznego Rzymu? Nie. Minęła też epoka, gdy kultura łacińska i przywiązanie do rymu i rytmiki samej łaciny cokolwiek by dziś znaczyło.

Tak, jak przyszedł moment, kiedy szalony chłopiec Dżungli, Mowgli, przestał rozumieć Czas Nowej Gwary, język Czarnej Pantery Bagheery, która była tak długo jego najbliższym powiernikiem[iv] Mgła unosiła się z wysokich trwa i gęstych krzewów dżungli. Wszystko się w niej rozpływało, traciło kontury.

Co zostało z Horacego? Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To właśnie, te trzy słowa tylko. Nic więcej.

Non omnis moriar. Ach,

zakwili morski ptak,

zaszumi pianą fala –

a łódź już się oddala,

już mgła łagodzi czas.

Z wydm ostre szable traw

strzegą wysokich naw

katedr z piasku plaży.

Czy coś się ma zdarzyć

na Tęczowym Moście?


[i] Horacy. Dzieła; LSW, Warszawa 1986; tł. St. Gołębiowski; s. 267

[ii] ibid; s. 145

[iii] Ibid; s. 99

[iv] Druga Księga Dżungli; R. Kipling; wyd. KiW, Warszawa 1988; cytat ze s. 188

Link do części 1

Egzystencjalna Mgła i Tęczowy Most

Wszystko się pogubiło, zaplątało. Było słońce – jest mgła. Rozciągnięta, powłóczysta. Płynie od morza, jak zagubiony Latający Holender, gdy osiada na piaszczystym brzegu: na linach opuszczają się po ścianie burty na brzeg cienie obdartusów z pustymi oczodołami wyżartych przez mewy oczu. Patrzą tymi czarnymi otworami, a widzą tylko przeszłość. Widzą rozsłonecznioną plażę, widzą gromadę dzieci ze śmiechem biegnących ku morzu. Rozbitkowie widzą czas wczorajszy, nie dostrzegają gęstej mgły i milczącej ciszą plażę.

               Podobno za skrytą we mgle linią horyzontu jest wielka Czeluść, w którą wpadają wszystkie zagubione statki i łodzie rybaków. Po drugiej stronie tej Czeluści są morza ciepłe i słoneczne, plaże pełne śmiechu i zabaw dzieci, kochankowie igraszkujący w łagodnych pianach fal. Podobno. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że Czeluść stworzył Telemach, ojciec Homera, by zatrzymać okręty zalotników jego matki Penelopy, którzy chcieli go zamordować. Jej ściany są wysokie, pionowe i ostre, dotykają chmur.

Raz na pokolenie ukazuje się Wielki Łuk Tęczowego Mostu spinający przeciwległe krańce Czeluści. Na jeden tylko dzień. Szczęśliwi, którzy tego dnia dobijają do linii horyzontu za którą jest Czeluść. Przechodzą wówczas po tym Tęczowym Moście trzymając się za ręce, z zaufaniem w oczach.

Tak – o politykach (niestety) znowu …

Dawno w publicystykę polityczną tu się nie bawiłem. Jakoś ot, takie rzeczy zwykłe, człowiecze, bardziej czas i myśli zaplątały. Uczucia, strata, miłość, ba – nawet taka cichutka, skromna czułość. Tematy, do których opisania język publicystyczny słabo się nadaje.

Ale świat, zbiorowość toczy się dalej. Ponad indywidualną troską i radością. Człowiek pomnożony przez tysiące staje się społeczeństwem. I grupowo inne często stosuje miary niż wedle drogowskazu jednostkowego.

Dwie sprawy, dwa zasadnicze zagadnienia są absolutnie priorytetowe we wszystkim innym: wojna i pokój. Zdecydowanie nie w Tołstojowskim wydaniu. Raczej w takim uproszczonym na współczesność: kula w łeb, śmierć lub życie.

Wojny toczą się wszędzie i bez przerwy. O tych małych, lokalnych prawie nie wiemy nic, zwłaszcza gdy oddalone o tysiące kilometrów, na innych kontynentach. Aby o nich coś powiedzieć należy zgłębić kontekst historyczny miejsca, przyczyny, racje stron. Bywają wojny czysto obronne, przed obcym najazdem – te są usprawiedliwione, są broniącym się narzucone. Pomijając wszak wszystkie te racje, to mimo to kosztują życia indywidualnych ludzi. Ich marzeń, pragnień.

Znam natomiast dość dobrze podłoża dwóch obecnie wielkich wojen. Jedna zagraża wręcz pokojowi światowemu, druga poważnemu konfliktowi regionalnemu. Naturalnie mówię o najeździe rosyjskim na Ukrainę i izraelskiej masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy.

Trzeba jasno powiedzieć, bez bycia zbędnie delikatnym, bo przy mordercach w delikatność bawić się nie uchodzi: tacy mordercy jak Netanjahu i Putin winni być możliwie błyskawicznie wysłani do piekła, ich pobyt w tym wymiarze rzeczywistości ziemskiej jest kontynuowaniem zbrodni. Więc niech tam się znajdą tak szybko, jak możliwe. Trump może ich tam odwiedzać i mogą w przerwach między sauną w gorącej smole robić sobie rundki golfa, jak w Mar-a-Lago.

A do dobrego dziadka z Białego Domu mam szczery apel: Joe, you have done enough. I mówię to szczerze i z wdzięcznością, na którą zasłużyłeś. Odejdź w nimbie mędrca, augura, a nie błazna i upartego starca. Wierz mi, że oficjalna kawalkada limuzynowa w honorowej asyście Marine Corp jest o wiele lepsza niż taczka. A jak się będziesz upierał, toś cep stary i to wszystko. A taczka czekać na ciebie będzie na Konwencji Demokratów. Nie uchodzi byś tak z tej Konwencji wyjeżdżał.  

To zdumiewające, jak politycy państw demokratycznych ubzdurali sobie, że są panującymi, a nie rządzącymi z dobrej woli społecznej. Nagle zaczęły się im śnić korony i kadencje od pierwszego wyboru do … grobowej deski. Wszędzie. Jak ta władza cholera kusi. Mądrzy też temu ulegają i się psują kompletnie. Zapomnieli, że te panowanie ‘z Bożej Łaski’ nie zawsze takie szczęśliwe. A to szafoty po drodze, a to gilotyny i rewolucje, a potem strzały z nagana … .  Nawet prześwietny Szach nad Szachami 2.5-tysiącletniej Persji, Mohammad Reza Pahlawi ledwie z życiem uciekł w czasach już bardzo współczesnych. A powinno być zdecydowanie dwie kadencje i nie więcej – i dla prezydentów i dla premierów, bez pardonu. Nie trzeba nam zbawców ojczyzny, dosyć się na niej przejechaliśmy równo w dół nie raz.

Co to za partia polityczna, której lider uważa, że nie ma w niej w każdym momencie kilku zdolnych i uczciwych, którzy go na funkcji mogą zastąpić? Chcecie rządzić w państwie demokratycznym, a we własnej partii uprawiacie zamordyzm i autokratyzm. Dziwne zaiste.  Jedynym odstępstwem od takiej żelaznej reguły może być jedynie stan wojny. Okres wojny do ilości i długości kadencji winien się nie liczyć.

Dla zbyt wielu polityków (w skali lokalnej też) – polityk stał się zawodem. Tak de facto widział to Arystoteles w swoim dziele „Polityka”[i]. Chcesz należeć do klasy obywatela, to musisz mieć środki i czas na zajmowanie funkcji publicznych. Tylko w starożytnych greckich Polis nie płacono politykom za pełnienie funkcji publicznych, musieli sami mieć na to środki. Słowem szlachetność kosztowała. A dziś ‘szlachetność’ daje szansę na nabicie własnej kiesy.

Naturalnie, że trochę to refleksje naiwne. Wszak tyle razy nam wmawiano, że aby najzdolniejszych pozyskać, musimy im godziwie płacić – inaczej najlepsi pójdą do biznesu lub będą w rządzie kraść. Lub rządzić będą niedorajdy. Dwa na to świetne są antidota: tych, co kradną, bez względu za zasługi inne, karać bezlitośnie i osadzać w więzieniach. I sądzić nie w jakiś beznadziejnych Trybunałach Stanu (jak w Polsce choćby) ale w normalnych Sądach karnych. Czy tylko słabi bez ambicji będą się więc do polityki pchać?  No cóż, jeśli będzie to kraj, gdzie tzw. godny i mądry obywatel będzie stronił od służenia dobru tego państwa i narodu – to takie państwo zasłużyło na niedorajdów, którzy będą nimi rządzili. I koniec. Lub może inni, z zewnątrz, winni takim państwem zarządzać. Jakiś balans w naturze być musi.

I to by było chyba na tyle, uraziłem pewnie wystarczająco wielu. Na dziś w każdym raziemnie


            Aliści, aliści dobrodziejko i dobrodzieju-czytelniku, rzecz wczoraj jedna uderzyła mnie nieco przeglądając różne strony wszechmocnego Fejsbuka:  

Pewien bardzo uznany badacz-historyk Uniwersytetu w Ottawie, ale i członek szanownych instytucji naukowych w Polsce specjalizujący się w gehennie tragicznych losów Żydów w Polsce (nie tylko w Polsce, ale tam głównie) w latach Holocaustu zamieścił na swoim profilu zdjęcie jakiegoś tam oświadczenia niejakiego Matuszka (Morawieckiego zresztą), w którym tenże Mateuszek brał w obronę dzielny Naród Polski wobec oskarżeń o masowe szmalcownictwo i brak aktywności Polaków etnicznych w ratowaniu większej ilości naszych współobywateli wyznania Mojżeszowego. Mateuszek podpisał się w tym Oświadczeniu jako ‘historyk’. A nawet dodał (czort wie po co) w tymże piśmie, że historykiem jest też Donald Tusk[ii]. Kompletnie mnie nie interesuje bohaterska obrona Polaków przez tegoż Matuszka-Kłamczuszka. Ci, którzy ratowali Żydów – nie robili tego, by oczekiwać od niego takiej ‘obrony’. I on to oświadczenie wydał tylko w jednym celu – podlizaniu się swojemu twardemu elektoratowi twardogłowych, a nie z szacunku dla tych, którzy ryzykowali życie swoje i swoich najbliższych za pomoc Żydom polskim. Ale pod tym postem tegoż pana profesora wywiązała się dziwna dyskusja. Chwilami bardzo dziwna. Ktoś np. napisał, że statystycznie łatwiej było przeżyć obóz koncentracyjny niż żyć wśród Polaków … Czyli logicznie konkludując Niemcy budowali Auschwitz by ratować Żydów przed krwawymi represjami zdziczałych Polaków. Hitlerowcy ratowali Żydów przed Polakami. Nie wiem w ogóle w jakiej kategorii tego typu ‘refleksję’ zaliczyć: szaleństwa czy odrażającego kłamstwa? Inny uczestnik dyskusji napisał: „Pan premier Morawiecki zapomina, że dziesiątki tysięcy Żydów nie przeżyły wojny dzięki Polakom i niestety więcej dzięki Polakom ich nie przeżyło niż przeżyło. „ Oj, słów by wiele użyć można. Nie użyję, bo temat zbyt bolesny, tragiczny by głupie dyskusje prowadzić. Ale jedno tym dyskutantom szczerze mogę zaproponować: jeśli wy wiecie, co wówczas należało robić, jakiego heroizmu sięgać to proszę kupić bilet do Strefy Gazy i pojechać tam (nie w czołgu a z plecakiem pełnym opatrunków sanitarnych) by udzielać pomocy umierającym od bomb, pocisków i ze zwykłego głodu dzieciom palestyńskim. Giną codziennie w setkach (jeśli dzień dobry to tylko w dziesiątkach). Sam wówczas posadzę wam drzewko oliwkowe Sprawiedliwego i uznam wasze moralne prawo do wymagania od innych bezprzykładnego heroizmu i poświęcenia.

Tym razem kończę. A wcale nie tak kończyć ten tekst chciałem.


[i] Aristotle; ‘The Politics’;  wyd Penguin Classics, s.506; 1981 (tł. T.A. Sinclair)

[ii] (7) Polish former PM Mateusz Morawiecki has… – Jan Zbigniew Grabowski | Facebook

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Dziś trochę dalej samochodem szosą nr.7, z Halifaksu aż za Martinique Beach – w kierunku rzeki Tangier. Kiedyś już wspominałem, że tych nazw prawie tropikalnych tu sporo. Co latem nie dziwi. Tylko latem, naturalnie.

Ale dziś do plaży, na której nigdy nie byłem – a wydawałoby się, że byłem tu na każdej przez te sześć lat. Ta jednak z bardzo długim i skomplikowanym dojazdem bocznymi drogami. Jeśli już mijałem Musquoboit Harbour – to po prostu prałem dalej, do końca prawie, na ukochaną plażę Taylors Head Beach tuż za Spry Bay.

Więc tym razem zdecydowałem tą jednak poznać. Głównie dlatego, że mimo tych wielokilometrowych wąskich nitek szos w dół, do oceanu – to i tak o ponad połowę bliżej niż Taylors Head.

Jak ją opisać? Po prostu, prawdziwie. To Północna Polinezja. Te dwa słowa wydają mi się oddawać najlepiej charakter tej mało znanej plaży. Te dwa, lub może nawet tylko jedno: bajka.

Już końcowy dojazd wąską, krętą drogą wśród lasów i rozsianych rzadko malowniczych gospodarstw, nadaje tej wycieczce charakter bukoliczny.  

Plaża z cudownym szerokim i wielokilometrowym pasem drobnego, jak mąka piasku przypomina nieco właśnie tą w Taylor Park. Tylko przez fakt, że jest bardzo szeroką zatoką i całkowicie otwartą na ocean – ma duże fale nieustannie podpływające na brzeg. Co mnie naturalnie od razu ucieszyło. Pływanie w falach raduje mnie najbardziej. W przeciwieństwie do większości plaż, zejście z wody płytkiej do głębokie jest bardzo łagodne i bardzo długie. W zasadzie jest to sam w sobie niezły spacer i daje czas ciału na oswojenie się z szokiem temperatury (o ciele to jeszcze trochę potem powiem, LOL). Gdy jednak dojdziesz gdzieś do pół-pasa, to jużeś przepadł, już nie uciekniesz. Jeśli nie pierwsza, to na pewno druga fala cię zimnymi ramionami obejmie całego! Wtedy to już lepiej pływać z tymi falami niż być targany nimi w tę i we wtę.

Pierwszy dzień lata kalendarzowego i słonce sprezentowało temperaturę sierpniową. W Europie na takiej plaży byłoby tysiące ludzi. Tu dziś naliczyłem, ok.  … trzydziestu. Pewnie byłem jedynym nie lokalnym. No i ta temperatura iście sierpniowa była na plaży, na lądzie. Królestwo Posejdona ciągle zimne i mroziło stawy nóg. Ciało ludzkie jest jakieś dziwne, a że mężczyzna też czasem bywa człowiekiem, więc i moje jak rozkapryszona kobieta. Najpierw wrzeszczy, gdy zanurzam się po szyję: szaleju się idioto obżarłeś?! Wracaj mi zaraz na plażę z tej lodówki albo nogi zabiorę i razem na plażę uciekniemy, a ciebie niech te fale gdzieś w głębiny pociągną. I nie wiem czy żarty to, czy groźby prawdziwe, więc na wszelki wypadek wracam i siadam w słońcu na składanym krzesełku. Słońce grzeje. Nieźle. To ciało zaraz odwrotną litanie śle: czy ty myślisz, że ja to jakaś krewetka, którą w oleju na tej plażowej patelni będziesz smażył?! Wracaj mi zaraz do wody lub udarem cię draniu zabiję!  No tak – rozkapryszona kobieta, której nie sposób dogodzić. Więc kończę pisać i wracam do fal.

Tako rzecze Miś Puchatek …

Pan poeta, pan poeta … we wsi podkrakowskiej westchnęła kiedyś jakaś wioskowa białogłowa. A tu trzeba było nic tylko wyrżnąć w gębę zalanego wierszokletę i go do gleby sprowadzić z obłoków.

Ludzie są mądrzy i myślą, że wszystkie rozumy zjedli. A swojego własnego przetrawić nie potrafią. Więc Miś Puchatek zgodził się z przestrogą statecznej dziewanny skierowaną do nieroztropnych rumianków i floksów. Bo cóż by to było, gdyby tak każdy z każdym, jak i kiedy tylko mają ochotę? Sodoma-Gomorra panie kochanku, ot i co. A miś wie, co mówi.

Floksy i dzikie róże,

Rumianki, jak panienki,

Dziewanny, jak matrony,

Obsiadły małe wzgórze.

Na tej górce pod lasem,

W leniwe popołudnie

Plotły ploteczki wiejskie –

Tak bywało tu czasem.

Przechadzał się kawaler

Słomkę żujący w ustach.

Floksy oblał rumieniec,

Dziewanny podniosły szpaler,

Syknęły do rumianków:

Panienkom z dobrej gleby

Nie uchodzi rumienić

Lic łudząc tak kochanków!

Jaki morał z tego, pytasz?

Stateczna dziewanna wie, że

Dla rumianków trzmiel, nie chłopiec,

Jest tą bajką, którą czytasz.

I tyle na dziś –

mruknął śpiący miś.

A dlaczego mi się to wzięło i napisało? Gdybym ja to wiedział, to byłbym, jak ten Żyd z musicalu ‘Skrzypek na dachu’, który śpiewa:

Taki koncert – ojojoj! – jak ze snu,
Tu indyk, tam znów gęś, coś z kaczek i coś z kur
I już każdy w krąg połapie się,
Że właśnie ja, milioner, mieszkam tu.

Może z tego, że najdłuższy dzień w roku i upał jak cholera nieznośny. A o 10 w nocy nad wodą, na moich Kamieniach nic nie lepiej, tylko Łysy wylazł na niebo olbrzymi i śmieje się ze mnie. To się wzięło i napisało. I Miś był zadowolony, bo już dawno chciało mu się iść spać, a nie słuchać piosenek wiecznie narzekającego Żyda. A jak wyglądał Łysy? Ano tak:

Czy powroty są możliwe?

Dualizm języka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu

Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)

Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?

Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.

Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.  

To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował.
Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?

Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.

Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?

Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).

Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.

Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.

Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.

W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.

Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne.  A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.

Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.

Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu.  No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .   

Brunatny nie jest biały ani czerwony ani niebieski.

Populizm ostatniej dekady to zdaniem moim nic innego niż puder i makijaż nałożony na straszna gębę faszyzmu. Na całym świecie. Jako, że faszyzm kojarzy się ciągle jeszcze z hitleryzmem, z obozami śmierci i obozami koncentracyjnymi, z Oświęcimiem, Majdankiem i Dachau – to lepiej nazwać tą wykrzywioną nienawiścią gębę ‘populizmem’. Mało sympatyczne słowo, ale nie gorszące aż tak. Zwłaszcza, gdy postawimy je jako antidotum wobec elitaryzmu, czyli tych światowych bankierów i gabinetowych polityków pociągających sznureczki kukiełek w starej grze wędrującej grupy sztukmistrzów i błaznów wyśmiewających naiwną gawiedź oglądającą te przedstawienie. Czyli jak rządzić by rządzący myśleli, że to dla ich dobra i że to oni są kukmistrzami, a nie kukiełkami.

Otóż współczesny ‘populista’ to nowa twarz i faszysty, i dyktatora, i polityka ohydnego pod każdym względem. Bardzo niebezpiecznego.

Wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem niedawno osiadłym w Kanadzie. Emigrantem z Indii, Hindusem etnicznym. W rozmowie brała udział też znajoma Kanadyjka pochodzenia chińskiego, mieszkająca tu już od dwóch lub trzech dziesięcioleci.

Chińska Kanadyjka była oburzona, jak jej znajomy Hindus narzekał na Kanadę, jej strasznie wysokie ceny kupna lub wynajmu mieszkania w kontraście do zarobków nowych emigrantów. Narzekając na kanadyjskiego premiera Justina Trudeau, który był w jego opinii elitarnym i zadufanym w sobie politykiem nie rozumiejącym przeciętnego człowieka – wychwalał premiera Indii, niejakiego pana Modi. Spytała się jego ostro: skoro tam jest tak dobrze, a tu tak źle, to po co tu przyjechałeś i czemu nie wracasz? Ja też przyjechałam z Azji, z Chin. I zostałam na stałe, bo to o niebo lepszy kraj. Tam za narzekanie na prezydenta Chin znalazłabym się w więzieniu lub była pobita przez policję. Tu za narzekanie na premiera Kanady nic mi nie grozi. Narzekanie na rząd w wolnych krajach to raczej rodzaj sportu, spędzania wolnego czasu.

Byłem z niej dumny. Sam jako uchodźca przybyłem tu wiele dekad temu. Kraj przyjazny, zdecydowanie wolny. Żyłem i mieszkałem pod każdym prowincjonalnym i federalnym rządem: lewicowym, prawicowym i po środku. Wszystkie były demokratyczne i praworządne. Niektóre lubiłem, inne mniej. Zawsze, co kilka lat ja i moi współobywatele mogliśmy je zmienić. Lub nie, bo byliśmy akurat w mniejszości. Nikt nas za to nie pobił, nie zamknął w więzieniu, nikt nie szykanował.

Tak, dekady temu czasy były lepsze. Ceny nieporównywalne, zwłaszcza ceny mieszkań i na kupno i na wynajem. Ale czasy były lepsze w całym tzw. wolnym świecie. Bez porównywalnie. Lata pandemii covidowskiej zmieniły z dnia na dzień wszystko. Klasa korporacyjna przejęła w dużym stopniu komercyjną kontrolę nad społeczeństwem. Chciwość stała się poniekąd orderem dumy ekonomicznych możnowładców.

Spytałem więc tego znajomego Hindusa: a co myślisz o premierze Modi w Indiach? Odpowiedział, że jest wspaniały, że bardzo dba o Hindusów i Indie.

Kontynuowałem pytania: ty jesteś etnicznym Hindusem, prawda i wyznania hinduskiego? Ponownie – odpowiedź twierdząca.  Borowałem więc głębiej: znasz Indie bez porównywalnie lepiej niż ja, więc wiesz, że w tym olbrzymim kraju jest wiele grup etnicznych, wiele religii – czy wszyscy mają równe prawa z największą grupą hinduską?  Moment (ale bardzo krótki) jeden zastanowienia i odpowiedź: ci którzy pamiętają, że żyją w hinduskich Indiach i szanują premiera, którego wybraliśmy – tak.

Otóż i idealny, prawie bukoliczny obraz ‘demokracji ‘z łaski większości’. Jeśli dziedzicowi się pokłonisz, dziesięcinę odrobisz, to kijów na plecy nie dostaniesz.

A był to jednocześnie moment, kiedy służby kanadyjskie wydały jednoznaczną opinię, że rząd indyjski dokonał dwóch śmiertelnych zamachów w Kanadzie na kanadyjskich Hindusach islamskiego wyznania postulujących niepodległość lub autonomię Kaszmiru – od lat kości niezgody między Pakistanem i Indiami.

Zbędnym jest chyba przypomnienie tragicznych lat, gdy po ogłoszeniu niepodległości Indii kraj objęła pożoga bratobójczej wojny kierowanej właśnie przez wyznawców hinduizmu przeciw Hindusom wyznania mahometańskiego. Sąsiad mordował sąsiada, kuzyn wypędzał kuzyna. Tak powstał Pakistan i Bangladesz i współczesne Indie: w morzu bratobójczej krwi.

Dziś ten sentyment podgrzewa na nowo premier Modi – zbudzony z odmętów przeszłości populista, hinduski faszysta.

Bo czymże zaprawdę jest ten ‘populizm’? Brzmi niewinnie, prawda? Podobne do od ‘popularność’. A cóż złego być popularnym? Oczywiście właściwe pochodzenie lingwistyczne jest z łaciny i oznacza generalnie: ogólne, wszystkich, ludu.

Ale czyż nie był populistą ostatecznie sam Hitler?  Polityczny kombinator wyrosły na fali rewanżyzmu za poniżenie wersalskie?  Salazar był populistą, kimże innym niż popularnym trybunem ludowym był niejaki Il Duce – Benito Mussolini? Czyż ultrakatolicka Hiszpania nie kochała popularnego obrońcy wiary, Generalissimusa Franco? 

Po zwycięstwie faszystowskich ugrupowań we Francji w ostatnich wyborach europejskich, Prezydent Republiki Emmanuel Macron podjął wyzwanie rzucone mu przez francuską faszystkę Le Pen i jej sprzymierzeńca Jordana Bardella i zarządził nowe wybory parlamentarne w czerwcu. Nie musiał. Ale Macron jest demokratą. Nie będzie trzymał się władzy tylko dlatego, że może. To nie Andrzej Duda – to człowiek honoru i dumy. Jeśli Macron i jego koalicja wybory przegra, czy Francja, podobnie jak w 1941, przeniesie swój rząd do Vichy? Mam nadzieję, że jeśli wygra Le Pen i Bardellla nie zhańbią Paryża i przeniosą.

Fala europejskiego faszyzmu wraca do wielu krajów, w których kwitła w latach 30.  Francuscy populiści krzyczeli: nie będziemy umierać za Gdańsk! Dziś krzyczą: nie będziemy umierać za Ukrainę! Czym różni się premier Słowacji Fico dzisiaj, of premiera Słowacji księdza Tiso w latach 40. ubiegłego wieku? Różnice pewnie podobne do tych, jakie są między premierem Węgier Orbanem w 2024 a regentem Węgier w 1939 admirałem Horthy. Horthy ogłosił się regentem króla Karola … ale biednego Karola nigdy po koronacji do Budapesztu nie wpuścił, samemu zostawiając sobie nieograniczoną władzę królewską, a króla zmuszając na banicję i wczesną śmierć na Maderze.

Przypominane w dłuższym wstępie nazwiska i postacie współczesne i historyczne różnią się między sobą metodami rządów (a nawet i celami dalekosiężnymi) i środkami, samym charakterem, osobowością tych przywódców. Ale łączy je kilka cech bardzo zasadniczych: 1) głód nieograniczonej władzy, 2) generalna niechęć do klasycznej demokracji opartej na wolnym wyborze; 3) niechęć do wszelkich mniejszości: etnicznych, socjalnych, religijnych, które są zawsze podejrzewane o hołdowanie obcej tradycji, a przez to ponętne na sprzyjanie opcji przeciwnej populistom (wewnętrznie i zewnętrznie). 4) Nie zawsze wyraźnym i praktycznym jest też marzenie o powiększaniu własnej ‘przestrzeni życiowej’, tegoż wyraźnie określonego przez Hitlera lebensraum. Ale zawsze podkreślanym jest element bronienia ‘za każdą cenę’ lebensraum istniejącego – ten element jest sprytnie połączony jako nierozłączna część patriotyzmu (‘nie oddamy piędzi ziemi naszej’). Więc bardzo dobrze jest tworzyć nawet wyimaginowanego wroga-najeźdźcę.

W tym znaczeniu faszystowskiego populizmu, populistą był batiuszka Stalin. Rewolucja społeczna i komunizm/radykalny socjalizm były tylko wygodnym narzędziem, pojazdem do osiągnięcia marzeń terytorialnych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może przypuszczać, że Stalin pozwoliłby lokalnym komunistom niemieckim czy francuskim na samodzielne i niezależne rządzenie Francją czy Niemcami. Zresztą okres 1945-1990 wykazał w praktyce, jak ta niezależność i samodzielność wyglądała w państwach RWPG i Układu Warszawskiego.

Aby nie było cienia wątpliwości dwie zasadnicze końcowe refleksje:

  1. Polska – celebrowano fakt, że wyborach europejskich Polska wyraźnie stanęła w poprzek populistycznych zwycięstw tradycyjnych bastionów demokracji w Europie. Ale patrzono na to jedynie z perspektywy zwycięstwa PO i KO nad PiSem. Politycznie wygodne kłamstwo. Czemu kłamstwo? Dlatego, że poza PiSem i jego przybudówkami politycznymi (ziobryści, itd.) była jeszcze naturalnie jedna, bardzo poważna siła polityczna. Siła, która nie była koalicjantem PiS. Ale nie była bastionem tradycji zachodniej tradycji demokratycznej. Mówię o Konfederacji. Konfederacja zyskała w Polsce dużo więcej głosów niż i cała Lewica, ludowcy i Trzecia Droga. Z mojego punktu widzenia i rozważań na temat czym jest populizm – Konfederacja w tym zakamuflowanym faszystowskim populizmie mieści się idealnie. Gdy połączę więc procentowe wyniki wyborów w Polsce, to jasno się okazuje, że połączone na tej zasadzie wyniki wyborcze PiS i Konfederacji masowo pokonały cały blok demokratyczny. I to jest zatrważające. I odrażające.
  2. Jednego państwa nie wymieniłem. A pominąć milczeniem nie można. Izrael. Nie interesują mnie jakiekolwiek wyjaśniania i tłumaczenia na płaszczyźnie religijnej. Kto, skąd i dlaczego jest Żydem, kto jest tylko (lub aż) żydem? Kompletnie mnie te legendy religijne nie interesują. Interesuje mnie Żyd etniczny, który jest większością etniczną w tym państwie i który od samego początku tego państwa nim rządzi. Więc te państwo jest (wyjątkowo ostro i jaskrawo w ostatnich miesiącach ludobójczej wojny przeciw Palestyńczykom) na wskroś państwem populistycznym. Pod obecnymi rządami Netanjahu na wskroś faszystowskim.   

Ach, te czerwone wiśnie ust …

Niefrasobliwe słówka o młodości, wiośnie i wspomnieniach. I snach, które ciągle się śnią. Bo poeta to (wbrew pozorom) też człowiek.

Czereśnie

A dziś Pont Neuf
skąpany we mgle.
Czy to Sekwany
brzeg czy Wisły,
czy ktoś to wie?


Zanika w nim
fin de siè·cle
kapelusza z
szerokim rondem,
panem z monoklem.

Na bulwarach
w jakimś mieście
na ławce siądzie
młodzieniec, powie:
adieu czereśnie.

Letnie czereśnie,
czerwone usta,
na nic: za wcześnie!
Szklanka nie pusta!


@B. Pacak-Gamalski, 06.2024@B. Pacak-Gamalski, 06.2024

@B. Pacak-Gamalski, 06.2024