Spacer z kamerą drogami wspomnień

Spacer z kamerą drogami wspomnień

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Sometime during the seven years (1755-62) of mass deportation of all Acadians from Nova Scotia to Louisiana, a girl called Evangeline was deported, too. Whether her existence was a historical fact or a result of a mythical romantic story of love and death – we will never know.  But we know that many ‘Evangelines’ must have faced that tragic fate.  A story as old in the annals of literature as any tragic love story going back to times immemorial.  When young lovers are torn apart by powerful forces of kings, gods, and generals unmoved by any cries or tears.

I have written here more extensively about the story and its background years ago.  Have traveled almost the entire length of Evangeline Trail – a route she took on her way back from her exile in the marshes of Louisiana in search of her beloved. Almost the entire Trail. Yet, there was one, pivotal one, I have not visited. We planned to go there many times with my late husband but kept postponing it for various and absolutely mundane reasons.  And a time came when my story become also a story of love lost and constant searches of memories of that love…

The other day, on a cold, wet, and windy Easter Saturday I went to the last spot, the pivotal spot, where Evangeline’s story began – to the little old town of French Acadian settlement of Grand Pré in Annapolis Royal Valley, close to quaint little town of Windsor.

The story was immortalized by no one other but the supposedly great American romantic era poet Henry Longfellow, who published “Evangeline. The tale of Acadie” in 1847. Never was an admirer of Longfellow’s style of writing and his literary testament. On the contrary, I see him rather as a mediocre talent.  But the story achieved great popularity in the late XIX and the first half of the XX century. At a time of no television and relative seclusion of small towns in Main, USA and Maritime Canadian provinces of New Brunswick, Nova Scotia, and Prince Edward Island. It was read by many generations. And thus literature became a fact and a legend was born. Like in ancient Greece.

I first became aware of the story more than 30 years ago, sitting in the foothills of Kananaskis Country, in my in-law’s home in Priddis, Alberta. Thousands of kilometers from the Atlantic. A wonderful great aunt Theresa Cormier was just visiting, a dame of different epoch, sister of my mother-in-law’s mom – Mimi  McDonald de domo Cormier. Mimi and her sister Theresa came to Pictou in Nova Scotia from a French-speaking Isle de Madelaine on the St. Lawrence Waterway in Quebec.  In her youth, she loved the story of Evangeline and read it many times. We talked about the romantic-era poets and as a result, I got from her the Longfellow poem and an old print of a small album of black and white photography of places and the journey of Acadians and Evangeline’s exodus. A little old printed album called “Evangeline Land”  containing no text, but a lot of very old photographs of the entire western shore on Nova Scotia associated with the history of the Great Exodus – the military expulsion of Acadians (French-speaking and mostly loyal to their French king) from their settlements in Nova Scotia. What you would call today – an ethnic and political cleansing.

The day was not pleasant. Windy, and very wet. Nonending drizzle of snow and rain. I thought it was very appropriate for the occasion – somber, sad, cold. That’s how it must have felt for the Acadians when they were first beaten down in a surprise attack of the English. And how it must felt when ‘Evangelines’, their families were being expelled by ships from their homes.

Of course, it has a truly epic ending – tragic and glorious in Evangeline’s finding of her beloved Gabriel only to give him to the Death itself.  But – to the defense of Longfellow and so many other authors of tragic love stories – love could be a bit perverted. Especially truly great love. The death of one of the lovers is followed by years, if no lifetime, of unspeakable despair and suffering. As if gods would whisper with irony – I will answer your prayer and give you great love, but be aware that the price for it is very high …

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami (i tu należy dodać: za oceanami), żyła biedna wiejska dziewczyna, Akadyjka o imieniu Ewangelina. Akadyjczykami nazwano kolonistów francuskich  w części Nowej Francji (marzenie króla Ludwika), którą właśnie tak nazwano: Akadia. Ewangelina mówiła naturalnie tylko po francusku. I zakochała się w młodym chłopaku, też Akadyjczyku, Gabrielu.

Ale zaraz po Francuzach w Akadii znaleźli się żołnierze brytyjscy. Ich król też marzył – tyle, że nie o Nowej Francji a o Wielkim Imperium, brytyjskim naturalnie. I zaczęli wzajemnie się przepędzać, strzelać do siebie. No i Anglicy nie chcieli nazywać Akadii ‘Akadią’ a nazwali Nową Szkocją. Nowa Francja, Nowa Szkocja. Strach pomyśleć, gdyby jakiś niemiecki Wiluś zapragnął też kawałka tego Nowego Świata, bo jakby on to by nazwał? Nową Germanią? Może Walkirią? Aż strach się bać, LOL. Ale było, jak było. Więc ci brytyjscy wojacy jednak przeważyli militarnie. W dużej mierze de facto nie potęgą brytyjskiego garnizonu, co wojnami w Europie (między innymi pod Sewastopolem, tak tym krymskim).  Nic lub bardzo pewnie niewiele o tym wszystkim wiedzieć mogli młodzi kochankowie, Ewangelina i Gabriel. 

Najpierw ich osadę w Grand Pré w Annapolis Valley zaatakował oddział żołnierzy brytyjskich i wybił wielu mieszkańców. W krótkim czasie lokalny rząd Nowej Szkocji zdecydował pozbyć się kłopotu z Akadyjczykami i podjął decyzje ich deportacji  do odległej, obcej Luizjany, tysiące kilometrów na południu kontynentu. Taki los spotkał Ewangelinę i właśnie z Grand Pré ta masowa deportacja statkami się odbyła. Gabrielowi cudem jakimś deportacji udało się ominąć. Ale Ewangelina nigdy o wielkiej miłości nie zapomniała. Po latach i zapewne po heroicznej i strasznej wędrówce – wróciła do Nowej Szkocji.  Z miejsca, gdzie wyladowała odbyła bardzo długą drogę pieszo lub przygodnie spotkanymi furmankami ze wschodniego wybrzeża Nowej Szkocji na zachodnie. Dotarła w końcu do Grand Pré.  Jej ukochany dalej tam mieszkał. Ale radość była krótkotrwała. Gabriel był już ciężko chory, na śmiertelnym łożu. Miała jeszcze czas by złożyć na jego ustach gorący pocałunek.  

Czy tą historię stworzył z własnej weny artystycznej Henry Wadsworth Longfellow, czy też spisał zasłyszane od innych wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce – któż dziś wiedzieć może na pewno? I czy to ma znaczenie? Nie, nie ma. Fakt jest faktem, że w przeciągu kilku krótkich generacji poemat Logfellowa zyskał olbrzymią popularność. Były to czasy wszak przed telewizją, radiem nawet i masowymi gazetami. O Facebooku nie wspomnę. Ludzie długimi wieczorami czytali książki. A w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku naturalnie czytano to bodaj jak Biblię. Wszak to ich historia, ta Ewangelina i Gabriel to ich dzieci, z ich osad i miasteczek! W dodatku napisana przez takiego wielkiego i znanego poetę, jak amerykański Longfellow!

Ja trochę zawsze na przekór – historia piękna zaiste, romantyczna. Longellow był bezwzględnie znanym poetą – nigdy bym go do grona wielkich romantyków nie dodał jednak. Ponoć był pod dużym wrażeniem twórczości Adama Mickiewicza  – ale Mickiewiczem ani amerykańskim ani kanadyjskim nie był w jakimkolwiek względzie. Tak, znał warsztat wersyfikacyjny dość porządnie. Więc bez wątpienia był dobrym rzemieślnikiem. Dość na ten temat.

Ja jego poemat i historię Ewangeliny znam od blisko 40 lat. Mieszkałem wówczas w Albercie, pod Calgary. Na farmie wynajmowanej przez rodziców mego męża, u podnóża pasma Kananaskis w Górach Skalistych. Siedzieliśmy bodaj na werandzie tej farmy i prowadziłem ożywioną rozmowę z uroczą damą poprzedniej epoki – ciotką Teresą. Ciotka Teresą Cormier była siostrą mamy mojej teściowej, Mimi  MacDonald de domo Cormier.  Obie siostry pochodziły z francuskojęzycznej wyspy Madelaine na rzece św. Wawrzyńca. I obie już tam, nim osiedliły się w Nowej Szkocji, rozczytywały się w poemacie o Ewangelinie. Ciotka Teresa była absolutnie zdeterminowana, że prześle mi poemat Longfellowa i że musze go przeczytać. Co zrobiła po powrocie do Nowej Szkocji. A kiedy widziałem ją po raz ostatni, podczas ciężkiej wizyty w Nowej Szkocji w roku 2000 ( ostanie tygodnie życia jej siostrzenicy, a mojej kochanej teściowej, Leony) obdarowała mnie jeszcze swoistym ‘białym krukiem’ – wydanym przez fotografa A. L. Hardego z Kenville w Nowej Szkocji, małym, czarno-białym albumem fotografii miejsc związanych z przypuszczalnymi miejscami w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku, związanymi z Akadyjczykami i Ewangeliną z Gabrielem[i].  

I ten właśnie skromny album zdjęć, w dość podniszczonej okładce, towarzyszył mi ostatniej soboty w drodze do miejsca, gdzie Ewangelina spotkała się ostatni raz ze swoim ukochanym. Sobota była dniem podłej pogody. Wietrznie, padał gesty drobny śnieg z deszczem. Wszystko było szare, smutne. Mieliśmy do tego miejsca przyjechać razem, ja i mój ‘Gabriel’ – John. Objechaliśmy razem całą Trasę Ewangeliny (Evangeline Trail). Planowaliśmy pojechać naturalnie i tam, do tego Grand Pré. I zawsze jakaś rzecz zwyczajna wypadała, że odkładaliśmy na dzień następny. Aż nadszedł czas, że już tego dnia zabrakło. Już pojechać razem nie mogliśmy. Tak, jak mimo wszystko w tych romantycznych lub antycznych historiach wielkiej miłości.  Kończą się zawsze tragicznie. Im większa, im głębsza – tym ból i strata niewyobrażalne. Jakby bogowie faktycznie zazdrościli nam tego owocu, jakby szeptali uśmiechając się ironicznie:  nie proś o rzeczy wielkie, bo może cię nimi obdarujemy ale za wielką cenę, która może być zbyt dla ciebie – człowieka – wygórowana …

Więc byłem w tą zimną, mokrą sobotę tam. I było mi dobrze, że taka podła pogoda, że żywej duszy w parku przy tym kościółku nie spotkałem. Był tylko duży pomnik Evangeliny wypatrującej w dal. Za znajomym brzegiem? Za Gabrielem? 

I był obok, w drugim małym parku, wiele mówiący inny pomnik: kamienna grupa, rodzina – wypędzeni ze swych domostw Akadyjczycy pospieszani do wejścia na statek, którym miał ich wywieźć w jakiś ląd odległy, nieznany …  Ostatnia w grupie była mała dziewczynka, bez zastanowienia się dlaczego i po co podszedłem i położyłem rękę na jej małej kamiennej główce.  Chciałem powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze, poznasz tam inne fajne dzieci. Naturalnie, że kłamałem. Zawsze w takich sytuacjach kłamiemy, bo nie wiemy co powiedzieć.  A królom i prezydentom jest to kompletnie obojętne – przecież mają cały świat na głowie, więc gdzież mieliby czas by zająć się jakąś jedną małą dziewczynką?!


[i] Hardy A.L., „The Ewangeline land made famous by the expulsion of the Acadian farmers by the British Government on account of their fidelity to their French King, and afterward immortalized by Longfellow, an American poet.; oocihm.64903 (numeracja ‘oocihm’ stosowana zanim wprowadzono system ISBN), r. ok 1899; s. 76

My Rocks and memories it evokes. Moje Kamienie i refleksje, jakie przynoszą.

Ostatnie być może tygodnie moich spacerów dziennych i nocnych od tylu już lat trasą głazów i krzewów między torami a wodą Kanału Bedfordzkiego, jaki ooddziela Halifaks od Dartmouth. Znam tu każdą krzewinę i kształt każdego bodaj kamiennego wielkoluda. Mam kamienne fotele, gdzie przy dobrej pogodzie siadać lubię i czytać, myśli spisywaś w kajecie, pstrykać portrety wody i nieba wzajem się przeglądające w sobie. Moje Kamienie. Niemi świadkowie moich radostek i mojego odchodzenia od świata.

Ale moje Kamienie też się zmieniły. A właściwie zmienili je ludzie. Świat uległ wszędzie zmianie na gorsze po tej strasznej pandemii. Nanieśli śmieci, ktoś powyrzucał połamane meble, jakiś stary materac. Udaję, że tego nie widze, gdy chodzę. Na nocnych spacerach udaje się to łatwiej.

A to taki magiczny ogród niesamowitości przyrody. Na kamiennym podłożu, u skraju miasta wąska przestrzeń zamieniona wiosną i latem w bajeczne dzikie łaki. Krzewy czerwone, zielone, pachnace słodyczą dzikie róże, krzewy wysokie czerwonych jagód, kraina małego ptactwa i wron. Jest tam kilka miejsc z rzędami drobnych i niewysokich białych brzóż – brzeziny. I zaraz wspominam cudowną powieść o tym tytule starego poety, Jarosława Iwaszkiewicza. I widzę chadzających tam i Stanisława z Bolesławem, i Malwinę i może grobek Barbary.

A dziś, na jednym z moich ostatnich tu spacerów? Mijam miejsce, gdzie po drugiej stronie torów, od strony miasta była po prostu niesamowita łąka. Wejść tam nie można było od dzikiej gęstwiny. A siedzieć można było przed tym zjawiskiem i godzinę, obserwując te wszystkie kolory fauny i unuszące się na nimi pyłki pszczół, ważek. Teraz przechodzę i widzę straszną jamę, straszny dól, jak lej po bombie. Maszyny wyrwały wszystko, rozkopały całe wzgórze. Będa widocznie stawiać tu domy. I pewnie drogie, bo frontem do wody i z widokiem na cały Halifaks. I zaraz na myśl przychodzą słowa z innej książki polskiej literatury, też mi bardzo bliskiej – z ‘Dzienników’ czasów wojny Zofii Nałkowskiej. Często zapis nowy zaczynała od owego: ‘i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia’. Zaszła.

Ze spaceru w przedwiośniu

Ze spaceru w przedwiośniu

Antologie poezji polskiej w Kanadzie

(z perspektywy antologisty)

Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:

Kanada blaskiem rozsypana,

Na dwóch lecąca oceanach,  

Nie słyszy mnie i nie dostrzega

 Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,

przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.

Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.

Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:

Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.

W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:

Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych – od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez których o jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.

Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.

Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecum porto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:

kiedy staję na palcach

by zanurzyć dłoń

w jasnym powietrzu

spod stóp ucieka mi ziemia

jak wahadło

zawieszone

na iglicy zenitu.

Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.

addendum

tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego

Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com

Putin, traktory i ‘chłopi’

Muzeum Narodowe w Krakowie; http://www.zbiory.mnk.pl ; ‘Żółkiewski pod Cecorą’ W. Piwnickiego

Przyglądam się z coraz większym niepokojem polskim szosą prowadzącym do przejść granicznych z Ukrainą. Tym kilometrowym wystawom sprzętu rolniczego, zwłaszcza ciągników i traktorów. Bardzo zresztą ładnym i nowoczesnym, tutaj furmanek czy zdezelowanych Ursusów nie uwidzisz. Polska wieś zasobna, gospodarna. Mam nadzieję, że gospodarna i że ktoś tym krówkom w stajniach i świnkom w kojcach siana i innej strawy na czas daje. Słowem, że gospodarstwa pilnuje. Wszak od dziesięcioleci słyszeliśmy, że chłop urlopu nie ma, bo w oborze i na zagonie ni zwierzę ni rola urlopu nie biorą – świątek, piątek czy niedziela. Pewnie panie Gospodynie wiejskie i dzieciaki chłopskie chłopa-męża dzielnie w tej pracy znojnej zastępują.

Ach, łza się w oku kręci, gdy taki obraz wsi polskiej maluję. Tyle, że jest to obraz, tak jak od Chełmońskiego, a nie rzeczywistość. Mamy de facto dziś producentów żywności. Chłopa z małego gospodarstwa na tych szosach nie obaczysz przypuszczalnie – na samą benzynę (lub ropę) by go stać nie było. Więc ci polscy przedsiębiorcy żywnościowi idą blokować granicę ukraińską by produkty rolne od obszarników ukraińskich nie zalewały polskiego i europejskiego rynku.

A co polskiemu klientowi w sklepach spożywczych za różnica, czy kupuje drogie jajka od obszarnika ukraińskiego czy od kułaka polskiego? Bo kurze to kompletnie obojętne, kto jej te jajka podbiera. A te ciągniki wysiewające stale zbędne i groźne, trujące otoczenie wyziewy spalinowe to na granicy ukraińskiej stać mogą – tylko pomyliliście na której granicy. Powinny być tam dalej na wschód, na rosyjsko-ukraińskiej.  Jak tabor Żółkiewskiego pod Cecorą. I nie pozwalać dziczy rosyjskiej wchodzić na dawne ziemie Rzeczypospolitej. Ale – tak, jak klęska Żółkiewskiego była w dużej mierze spowodowana zdradami i ucieczkami podwładnych Żółkiewskiego – tak i ci ‘ciągnikowi bohaterzy’ innemu panu dziś służyć się zdają.  Nie sułtanowi tureckiemu, z którym mierzył się Żółkiewski. Nie – carowi rosyjskiemu.

Wstyd i hańba polscy producenci żywności (chłopami was nie chce nazywać więcej,  bo jesteście faktycznie przedsiębiorcami i w dodatku wielu z was pewnie zatrudnia za psie pieniądze właśnie ukraińskich robotników rolnych), że własna chciwość i łasość na mamonę zastąpiła wszelkie poczucie odpowiedzialności za kraj, wszelką obywatelskość zgubiła. Ach , i jeszcze ta po-pisowska nienawiść do Unii Europejskiej, która chce narzucić wam przepisy nowego ‘zielonego ładu’! Krzyczycie, że wy sami najlepiej wiecie, jak środowisko naturalne ratować.

Ot, to wam powiem –  …no wiecie i tyle. Zaśmiecaliście od dziesięcioleci te środowisko, zatruwaliście je bez końca. Za czasów komuny i po 1990. Kiedy tam mieszkałem i później, gdy często odwiedzałem, widziałem to często i gęsto. Nie wszyscy naturalnie. Ale podejrzewam, że większość tych, co tymi ciągnikami blokują te szosy. Są piękne cechy chłopskie. Ale są i obrzydliwe – przysłowiową jest pazerność i upór. Znam i takich tu, w Kanadzie, gdzie mieszkam. Gdy trzeba wyciągać od rządu dotacje i daniny – to naturalnie identyczne hasła: my farmerzy, sól tej ziemi! My żywimy Kanadę i świat od świtu do nocy harując na rodzinnych gospodarstwach! Tyle, że przeciętny mieszczuch ciągle romantycznymi oczami widzi tą wizję domowego gospodarstwa: stara chata-rancho drewniana, kury w obejściu, sad za oknem i paręnaście-parędziesiąt hektarów ziemi ornej. Podczas, gdy w rzeczywistości to latyfundia na miarę tych polskich magnackich na starej Ukrainie. I tysiące letnich robotników rolnych sprowadzanych za grosze z Meksyku i trzymanych na ‘gospodarstwie’ w urągających warunkach po 3-6 osób na izbę.

Gdybym był Donaldem Tuskiem, to bym nie jechał do Brukseli odblokować jakieś fundusze dla was rolnicy-putinowcy na szosach. Wysłałbym siły policyjne i odpowiednie wozy do ściągnięcia tych ciągników z szosy, was ukarał grzywną za blokowanie infrastruktury przygranicznej i obarczył kosztami tej operacji policyjnej. I pożegnał pozdrowieniem, jakim za mojego dzieciństwa na polach się chłopi witali i żegnali – szczęść Boże!

Zimowy Syriusz i Wielka Niedźwiedzica

Czemu wołasz mnie Syriuszu, lampo nocnego nieboskłonu? Czemu żądasz: pisz o mnie Pieśń Pochwalną?

Ja już pisać nie potrafię, a ty nie masz prawa wymagać ode mnie peanów na cześć twej świetności i świetlności pozaziemskiej. Lubię cię oglądać na zimowym nieboskłonie, gdy mija cię Księżyc popędzany batem rydwanu Wielkiej Niedźwiedzicy. Ale nie, nie jestem twoim oblubieńcem ani ty moim. Lubić spoglądać a kochać – to nie to samo miły, choć nieco zadufany w sobie Syriuszu. Ale, aby przyjemność ci zrobić, pomyślałem, że jeśli nie pean, to chociaż fotograficzny portret ci wymaluję nocą.

Ubrałem się koło północy w ciepłą kurtkę, buty z cholewami na głęboki śnieg i zszedłem nad wodę. Woda, sama zazdrosna, zgotowała pokaz bardziej kolorowy, świetlisty niż nieba ponad nią. Odbijała światła portów, mostów, latarń. Tak, jakby jakiś francuski impresjonista sam ją malował. Powiedzmy Bal w Le Moulin de la Galette pana Renoir’a. Lub coś w tym rodzaju. Ale to wodne odbicia, naturalne i lokalno-ziemskie. Jasno było, bo te światła i od wody i śnieg wokół bialutki. Już trójnóg kamery ustawiałem i spojrzałem w niebo. A tu ic. Zaciągnęło grubą kotarę nisko nad horyzontem. Śladu nieba i gwiazd jakiegokolwiek.

Więc zadrwiłeś sobie ze mnie drogi Syriuszu. Niech ci będzie. Nie będę się dąsał. Ale pieśni ci nie napiszę i tak, ani peanu z wersetami, ustrojonymi niczym falbanki halek moich babek i prababek. Nie dąsaj się i ty, nie do twarzy ci z grymasami. A twarz masz piękną, świetlistą. I będziesz wiecznie, nie jak ja. Ponoć masz jeszcze ponad 190 tysięcy lat. Nie, nawet nie ziemskich ale kosmicznych, a kosmiczne lata są tysiące dłuższe niż nasze. Nie będzie już Wenus, którą o świcie czasem podglądam. Pewnie i Ziemi też. Po mnie już śladu najmniejszego, nawet mikroskopijnej cząstki promieniowania węgla lub wodoru, które są moim budulcem zasadniczym.

Rozpływam się zresztą już teraz w czasie ziemskim, praktycznym. Jest mnie mniej każdego dnia. Więc kurczy się też moje pisanie. Wszak nie wypada stale pisać o przeszłości. A przyszłość przede mną nikła zaiste. Nawet ziemskim czasem odmierzana. Uśmiecham się jeszcze do gwiazd i gwiazdeczek ale już skromnie i bez głodu. Nie będę pił w kryształowym pucharze ambrozji gwiazd zmieszanych z winem leżakowanym latami doświadczenia. Nic nie mam do zaoferowania: ani sonetu, ani sonaty. Epos? Jeśli, to nie epiczny i bardzo prozaiczny.

 

ODBICIE
Patrzę w lustro
dotykam dłonią
zimnej płaszczyzny
która odbija moją twarz
jej rysy rozpływają się
w falującej wodzie szkła
z każdym dniem
jest mnie mniej
staje się niewyraźny
nie podobny do siebie

Nadejdzie moment
gdy nie poznam tej twarzy
patrzącej na mnie z lustra
nie będę wiedział
która z nich będzie mną
ta odbita w lustrze
czy ta patrzące w nie

(16 luty, 2024, B. P-G)

Dwie wojny. Dwa inne światy i wymiary.

Dwa największe i najbardziej obecnie niebezpieczne dla pokoju światowego ogniska wojenne to wojna w Ukrainie i wojna w Gazie-Palestynie. To nie największe zagrożenie i nie najniebezpieczniejsze wojny dla świata. Ta zacznie się w Azji. Ale te dzieją się już teraz: z bombami, czołgami, rakietami i tysiącami zabitych.

Ten Wielki Konflikt, to zdaniem moim nieunikniony prawie konflikt amerykańsko-chiński. Chiny nie rozpoczną go, dopóki nie będą pewne swej autentycznej siły militarnej. Ale mowy być nie może, by mocarstwo (jakim Chiny są) pozwoliły sobie na nieustanną amerykańską dominację w Azji. Nie zamierzają tej dominacji kontestować ani w Europie, bezwzględnie nie w Ameryce Północnej, ani nawet w Ameryce Południowej. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że nie pogodzą się z ekspansjonizmem amerykańskim w Azji.  Afryka już jest i pozostanie miejscem rywalizacji obu mocarstw. Rosja jest ciągle wielką niewiadomą. Moim zdaniem to kolos na glinianych nogach. Ale może być dla Chin wygodnym sojusznikiem.

Do wielkiego wojennego zderzenia Chin i USA może być jeszcze długa droga. Jest możliwe nawet, że spór o dominacje w Azji będzie rozwiązany negocjacjami tych dwóch kolosów. O ile przedtem nie dojdzie do dużego zderzenia z innym kolosem azjatyckim – Indiami.

A wojny na Ukrainie i w Palestynie są teraz. I są bardzo groźne. I bardzo inne.  Tak przyczyny, jak i cele oraz gargantualne różnice w uzbrojeniu, możliwościach militarnych stron konfliktu na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie – czynią te konflikty kompletnie ze sobą nieporównywalne.

Ukraina

Rosja napadła na drugie, suwerenne i niezależne państwo. Państwo z własna armią i bardzo duże (ponad sześć milionów km2 powierzchni i ok. 40 milionów mieszkańców). Rosja jest wielokrotnie większa i obszarem i ludnością – nie jest to jednak walka olbrzyma z karzełkiem. Zasoby ukraińskie, jak zaznaczyłem, nie są niewiele znaczące. Sam fakt, że Rosji nie udało się do tej pory – po dwóch latach walk – odnieść zdecydowanie olbrzymich i spektakularnych sukcesów świadczy o wytrzymałości i gotowości bojowej Ukrainy w wojnie obronnej. W wielkim stopniu znaczeniu masowej i nie do przecenienia pomocy finansowej i dostaw olbrzymiej ilości sprzętu wojskowego dla Ukrainy przez państwa zachodnie, na czele z USA.

Strefa Gazy

Totalna wojna Izraela na terenach Gazy, a od niedawna też na obszarze całej Strefy, łącznie z pograniczem egipskim między Rafah i Han Yunis. Na wielokrotnie większym obszarze Zachodniego Wybrzeża (wzdłuż rzeki Jordan, która tworzy granice miedzy Palestyną i Jordanią), gdzie znajdują się władze polityczne państwa Palestyńskiego nie ma bezpośredniej inwazji armii izraelskiej. Ma tam jednak miejsce nieustanna działalność grabieżczo-terrorystyczna uzbrojonych osadników izraelskich. Odbywa to się często przy współudziale lub milczącym przyzwoleniu żołnierzy izraelskich na akty napaści na Palestyńczyków tam  mieszkających. Jeszcze przed terrorystycznym napadem oddziałów Hamasu na te osiedla izraelskie po drugiej stronie granicy w Gazie – Palestyńczycy od wielu lat byli poddawani aktom wypędzania ich z rodzinnych farm i zbrojnego zajmowania ich domostw i gospodarstw przez napływających stale nowych osadników żydowskich. W ostatnich dekadach ci osadnicy przybywali głównie z Rosji i bardzo przypuszczalne jest, że charakteryzowali się pewną specyficzną mentalnością rosyjską, która przez pokolenia bez wątpienia odbiła się na ich własnej mentalności. Mentalności bezprawia, lub prawa pięści i brutalnej siły. Tego samego, które charakteryzuje rządy i Mikołaja II, i Stalina, i Putina.

Te szukanie podobieństwa emigracji żydowskiej z Rosji do Izraela i cechami mentalności jest jedynym podobieństwem wojny na Ukrainie i najazdu izraelskiego na Strefę Gazy.

1. Sytuacja na Ukrainie:

24 lutego 2022 Rosja rozpoczęła totalną wojnę przeciw Ukrainie. Główne siły uderzenia poszły z terenu Białorusi w kierunku Kijowa wykorzystując zgromadzone tam wcześniej potężne siły rosyjskie: 35 Armią i 127 Dywizję Zmechanizowaną; jednocześnie z drugiego brzegu Dniepru uderzyła 36 Armia wspomagane silnymi jednostkami wojsk powietrznych. W kolejnych tygodniach do natarcia dołączyły inne wielkie jednostki rosyjskie. W tym samym czasie rozpoczęły się natarcia rosyjskie z zajętych wcześniej separatystycznych prowincji Ługańskiej i Donieckiej oraz z zajętego przez Rosję kilka lat wcześniej Krymu. Z portów na Krymie działały jednostki rosyjskiej Floty Wojennej. Przewaga wojsk rosyjskich w sprzęcie, uzbrojeniu oraz liczebności była duża. Sami Rosjanie byli przekonani, że zajęcie stolicy – Kijowa – to kwestia krótkiego czasu.

Panowało też silne przekonanie, że istnieje duża sympatia pro-rosyjska w szerokich rzeszach obywateli ukraińskich, że sama Ukraina i pojęcie narodowości ukraińskiej jest sztucznym konstruktem. Słowem, że Ukraińcy to po prostu nieco inny odłam jednej wielkorosyjskiej rodziny narodowej. Rosjanie wykazali się w tym zdumiewająco naiwni i pozbawieni najbardziej podstawowej wiedzy historycznej. Wszak do czasów XVII wieku i rozejmu w wojnach polsko-rosyjskich  oraz  Powstania Chmielnickiego w XVII wieku – żadna znacząca terytorialnie część terenów nazywanych obecnie ‘Ukrainą’ do państwa rosyjskiego nigdy nie należała. Zmieniło się to drastycznie w ramach Ugody Perejasławskiej w 1654. Poza terenami od wieków średnich należącymi do Korony Polskiej lub Węgier, które przy Polsce pozostały do końca istnienia Królestwa Polskiego, a duże jej obszary również w okresie  II RP (1918-1945).

Mnie się wydaje, że Ugoda Perejasławska przyniosła więcej szkody Ukraińcom niż Polsce. Car zresztą nigdy nie podpisał tej Ugody wychodząc z założenia, że Samodzierżca nie może składać jakiejkolwiek przysięgi poddanym. Zapoczątkowało to silny proces rusyfikacji, podporządkowanie Cerkwi Kijowskiej Patriarchatowi Moskiewskiemu (do tej pory była w bezpośrednim podporządkowaniu Patriarchy Konstantynopola). Wszystko to opóźniło bardzo rozwój świadomości narodowej Ukraińców, jak i sam rozwój gospodarczo-ekonomiczny tych ziem. A Polskę uratowało od nieustannych problemów zatargów wewnętrznych z Kozaczyzną i powodowanych przez tą Kozaczyznę zatargów z Imperium Osmańskim. Ale wracajmy do XXI wieku.

Mimo wielkiej różnicy w sprzęcie wojskowym, a przede wszystkim potencjale ludzkim (potencjał ludzki Rosji to 144 mln mieszkańców; Ukrainy – 45 mln. ) – dwuletnia już agresja Rosji na Ukrainę jest jednak porażką agresora. Nie udało mu się odnieść wielkiego zwycięstwa w jakimkolwiek z założonych celów. Nie zdobył Kijowa; nie zajął całego terytorium (poza Wschodnią Ukrainą – też nie w całości). Po dwóch latach nieustannych walk  Rosja w zasadzie jest na tych samych pozycjach terytorialnych od ponad roku. Największe straty rosyjskie są na arenie politycznej:  przyspieszyła a nie zlikwidowała możliwości akcesu Ukrainy do NATO, w dużej mierze zjednoczyła naród ukraiński i większość sił politycznych w Ukrainie; otworzyła prostą drogę Ukrainy do partnerstwa, a w konsekwencji do członkostwa w Unii Europejskiej. Putin przeliczył się militarnie i politycznie na skalę olbrzymią.  To był chyba największy błąd polityczny w całej jego karierze. Stosunkowo duża łatwość z jaką udało mu się dwa lata wcześniej zająć Krym, przyłączyć Okręgi/Republiki Ługańską i Doniecką uniemożliwiła mu rozróżnienie tych w dużej mierze rosyjskojęzycznych Okręgów od reszty Ukrainy zasadniczej.  Jeśli kiedyś dojdzie ( a dojść musi) do konferencji pokojowej, do pertraktacji między Ukrainą a Rosją to możliwe, że będzie to gorzka pigułka-cena Ukrainy za pokój. Nie wolno zapomnieć, że powstanie niepodległej i suwerennej Ukrainy w granicach, jakie wyznaczyły jej władze ZSRR nie było koniecznie granicami, jakie historycznie do Ukrainy należały. Odbyło się to kosztem wielu innych państw i terytoriów historycznych wzdłuż całej granicy zachodniej: Polski, Zakarpacia, Węgier i Rumunii. Fakt, że Trójka Jałtańska (Stalin, Roosevelt i Churchill) ołówkami na mapie sobie nowe granice tworzyli nie oznacza, że te granice były historycznie czymkolwiek uwarunkowane. Jakiekolwiek z tych państw (być może Węgry Orbana miały jakąś nadzieję na odzyskanie skrawka Zakarpacia i stąd ich pro-Putinowskie nastawienie?). Ale żadne z tych państw pretensji terytorialnych dziś do Ukrainy nie zgłasza. Tak, jak w Polsce nikt nie domaga się zwrotu całych Grodów Czerwieńskich łącznie ze Lwowem – mimo, że to piastowska kolebka państwowości polskiej w większym stopniu niż wiele innych obszarów obecnej Polski. Dobrosąsiedztwo i pokój w Europie jest ważniejszy niż stare historyczne kształty granic. Zwłaszcza w Europie, gdzie od wielu już lat ludzie traktują granice państwowe, jako administracyjne linie na mapach niż jakiekolwiek utrudniania w przemieszczaniu się ludności europejskiej.

Od roku czasu trwa wojna pozycyjna na wschodzie Ukrainy, przypominająca beznadziejne walki na błotach flandryjskich I wojny światowej. W zasadzie zapowiadana od dawna ‘letnia’  ofensywa ukraińska załamała się i ugrzęzła w miejscu. Jednocześnie nieustanne bombardowania i ostrzeliwania całego terytorium Ukrainy (łącznie ze Lwowem, który wcześniej był świadomie przez Rosjan nie bombardowany) powoduje olbrzymie straty dla całej ekonomii ukraińskiej. Rosja już wie, że tej wojny wygrać nie może – to wcale nie oznacza, że Rosja pogodzi się z przegraniem tej wojny. Przegraniem militarnym (politycznie już ją dawno przegrała). I Rosja może sobie na to pozwolić, gdyż właśnie jej zasoby ludzkie są wielokroć większe niż ukraińskie. Jest co prawda możliwość zastosowania pełnego ‘kordonu sanitarnego’  wobec Putina (mam na myśli nie wybrane sankcje a kompletną izolację ekonomiczną Rosji) – nie sądzę jednak by to się stało i by Zachód miał na to ochotę i czy Zachód na to stać. Raczej nie. Na bardzo długą metę nie stać nas – Polski, NATO i Zachodu – na  taką długą wojnę pozycyjną. Nie stać też Ukrainy.  I tak ma coraz większe trudności z poborem do wojska. I znalezieniem rąk do pracy na stanowiskach, które są nie obsadzone przez tych, którzy musieli założyć mundury. Jest zdumiewające, że nie wprowadzono powszechnej mobilizacji w Ukrainie. A nie wprowadzono, ponieważ Ukraińcy nie chcą tej mobilizacji i Żeleński doskonale o tym wie.   Nawet najnowocześniejsze samoloty z USA, Francji i Anglii, najlepsze czołgi i haubice z Polski i Niemiec same strzelać, latać i jeździć nie będą. Spada też procent poparcia na olbrzymie darowizny i pożyczki wojenne dla Ukrainy, które początkowo były udzielane bez problemu i bez protestów społecznych. Kryzys ekonomiczny, jaki dotknął prawie całą Europę i  Północną Amerykę  te nastroje zmienia. Podobnie masowa emigracja Ukraińców. Sam tutaj, dziwię się widząc tylu młodych mężczyzn Ukraińców w Kanadzie. Rozumiem to z ludzkiego punktu widzenia – każdy woli żyć niż umierać na froncie. Ale nie jeden Kanadyjczyk zadaje sobie te pytanie: dlaczego jam mam bez końca płacić olbrzymie sumy z naszego budżetu, jeżeli ci młodzi ludzie tych karabinów za te pieniądze i tak nosić nie będą, bo oni są tutaj, nie tam?  To przykre słowa i tematy. Ale słyszalne, zauważalne.

W styczniu tego roku ukazał się długi i bardzo krytyczny wobec Ukrainy wywiad w „Kulturze Liberalnej”[i] z gen. Waldemarem Skrzypczakiem – cenionym bardzo przez sojuszników dowódcą polskich i międzynarodowych dużych jednostek w wojnach afganistańskiej i irackiej (otrzymał m.in. Medal Wdzięczności od Gubernatora Generała Kanady za wspomaganie i ochronę żołnierzy kanadyjskich w Afganistanie). Zaskoczony byłem jak silnie krytyczny wobec Ukrainy był ten wywiad.

Mowy być nie może byśmy mogli sobie pozwolić na ‘machnięcie ręką’ i rezygnację z dalszego wspierania Ukrainy. Już pomijając zwykłą solidarność między narodami i państwami, zwykłe poczucie sprawiedliwości. Nie możemy, bo utrata Ukrainy byłaby tragedią dla Polski i Europy. Pomijam oddalone kraje obu Ameryk.  Zaangażowaliśmy się (słusznie) w ten konflikt i nie możemy bez wielkiej szkody dla nas samych się teraz z tego wycofać. Rysuję jedynie pewne możliwe i realne możliwości jego zakończenia. W realnej, bezdusznej wielkiej polityce wszystko ma niestety swoją cenę. Oczywiście zdarzyć się może jakiś ‘przykry’ wypadek Putinowi (wszystko zdarzyć się może) – ale czekać na to w nieskończoność nie można. A Rosja to nie Polska, nie Francja, nie Kanada ani USA. Skala niezadowolenia społeczeństwa i masowe, wielkie protesty rządów rosyjskich nie zmienią … bo takich w Rosji nie będzie. Rosja to znowu Samodzierżawie, jak za ‘dobrych’ starych czasów Cara lub Carycy.     

2. Sytuacja w Strefie Gazy

Zacząć trzeba od jasnego stwierdzenia, że to nie jest wojna dwóch państw czy dwóch narodów. Sytuacja jest odwrotna – to Izrael napadł w totalnym najeździe na tereny palestyńskie Strefy Gazy. Wiemy od czego ta wojna się zaczęła, co było jej bezpośrednią przyczyną: niewyobrażalny w okrucieństwie napad bojowników organizacji wojskowej Hamasu na izraelskie kibuce w pobliżu granicy z Gazą. Zaskoczenie, szok i olbrzymie medialne nagłośnienie tej napaści legło u podstaw masowego oburzenia rządów i wielu społeczeństw państw Zachodu. Podjęta szybko przez Izrael akcja odwetowa była zrozumiała i znalazła poparcie tych państw. Najważniejsze i decydujące w tej kwestii było pełne poparcie i natychmiastowa pomoc tak militarna (obecność floty wojennej USA tak na Morzu Śródziemnym, jak i w pobliżu morza Czerwonego, na Morzu Arabskim), jak finansowa i polityczna Ameryki.  Prezydent Biden jednoznacznie publicznie udzielił pełnego wsparcia i poparcia wojskowej operacji Izraela. Mimo kryzysu politycznego w Kongresie USA – w kwestii natychmiastowego wparcia finansowego dla Izraela pokonał wszelkie kłopoty polityczne. Niestety, bardzo szybko stało się jasne, że celem Izraela nie jest szybka akcja wojskowa jako odwet-cena za napaść Hamasu, ani nawet chirurgiczne błyskawiczne akcje komandosów i Mosadu które mogły odbić porwanych przez Hamas zakładników izraelskich. Celem było kompletne zniszczenie Gazy, totalne, systematyczne – nic z tego miasta zostać nie miało. Nic nie było poza nieustannym bombardowaniem i ogniem artylerii żydowskiej: szkoły, meczety, szpitale. Łamiąc wszelkie prawa wojny ludność cywilna była bezustannym i nieustępliwym celem. Wyłączono elektryczność i dostawy gazu niezbędne nie tylko dla ludności cywilnej, ale niezbędne dla szpitali, które natychmiast zapełniły się umierającymi i rannymi. Tak, na bojowników Hamasu też oczywiście polowano – ale faktycznie głównym celem tych wszystkich akcji i głównymi ofiarami śmierci i ran była palestyńska ludność cywilna. Na nakazy opuszczenia miasta Gazy i przeniesienia się wyznaczoną drogą – tłumy uciekinierów ruszyły tą drogą. I zostały ostrzelane. Ofiary ludności cywilnej rosły setkami, potem tysiącami z dnia na dzień. I trwa to do dziś. Zniszczono prawie cała Strefę Gazy, doprowadzono do nędzy, głodu, braku wody pitnej steki tysięcy ludzi. Pozbawiono ich pomocy i jakiejkolwiek realnej opieki medycznej. Bohaterscy lekarze – w tym niezłomni medycy kanadyjskiego stowarzyszenia ‘Medycy bez granic’ – uciekali się do średniowiecznych metod amputacji bez znieczulenia i generalnie leczenia bez podstawowych środków współczesnej medycyny. Powoli rosło oburzenie i protest wielu społeczeństw. Politycy i przywódcy, którzy początkowo wsparli Izrael w pełni – zaczęli krytykować i odsuwać się od tego, co Izrael robi. Ale Biden bodaj najdłużej nie zmieniał swego stanowiska.  A stanowisko i pozycja USA były ze wszystkich najważniejsze. Decydujące.  Przyznaje, że ten człowiek obrzydł mi kompletnie. Straciłem wobec niego kompletnie wszelki szacunek. Mam nadzieję, że Demokraci amerykańscy przebudzą się i nie dopuszczą by kandydował w kolejnych wyborach. To by było nie tylko oddaniem prezydentury Trumpowi – to by był wielki cios dla samej Ameryki. Ten człowiek reprezentuje Amerykę sprzed wielu, wielu lat, i świat sprzed wielu, wielu lat . Jego ‘best before’ data już dawno minęła.

Netanyahu jest też najgorszym, co mogło spotkać Izrael. Nikt tyle szkody dla Żydów izraelskich i milionów Żydów żyjących w diasporze nie zrobił w czasach współczesnych, co on właśnie. Nikt nie może też zaprzeczyć, że był przez dekady bardzo wpływowym i  często cenionym politykiem, tak w samym Izraelu, jak i wielu innych krajach. Jest politykiem zdecydowanie ultraprawicowym.  A ultraprawicowi politycy maja jedna tendencję: nie widza różnicy między kasą państwowa a własna kasą prywatną. Zresztą sam ten oksymoron ‘polityk ultraprawicowy’ jest tylko mylącą koszulką: postawa ultraprawicowa nie jest odmianą patriotyzmu – to zwykły szowinizm. Szowinizm dziś to też populizm. W tych kręgach znalazł przyjaciół na arenie międzynarodowej i domowej. Z Trumpem tworzyli niezły duet – to znajomość bardzo stara, bo ,Bibi’ w latach młodości pracował razem z Fredem Trumpem, tatusiem Donalda i malwersantem finansowym w Nowym Jorku.  Ma bliskie stosunki z Putinem, którego określił, jako przyjaciela. Z brazylijskim Bolsanaro, z Berlusconim, z indyjskim Modim – same gwiazdy i gwiazdeczki światowego populizmu, malwersacji finansowych i szowinizmu etnicznego.

Czemu tyle miejsca poświęcam jednemu politykowi Izraela, jakby był carem-samodzierżawcą tego państwa odpowiedzialnym jednoosobowo za wszystko? Dlatego, że uważam, iż za konkretną sytuację tej okrutnej kampanii maksymalnego wyniszczenia Palestyńczyków w Strefie Gazy on właśnie jest odpowiedzialny personalnie. Nie ma wśród żyjących polityka izraelskiego, który by przez tyle dziesięcioleci miał taki silny, bezpośredni wpływ na politykę państwową, na kształt rozmów i rokowań izraelsko-palestyńskich. Na to, że de facto – mimo dobrobytu ekonomicznego Izraela, mimo wielu praw społecznościowych czyniących Izrael oazą wolności osobistych – jest to kraj od dziesięcioleci trwający w gotowości i niepewności wojennej, kraj oficjalnego apartheidu. Jest do pewnego stopnia (przez te konflikty) jednym z centrów zarzewia światowego konfliktu zbrojnego. Ten zdumiewający dualizm Izraela, jako państwa nowoczesnego, obywatelskiego zderza się bez przerwy z Izraelem, jako państwem uzbrojonym po zęby i bezwzględnie bezlitosnym wobec faktycznych i domniemanych wrogów. Państwem obywatelskim i państwem religijno-szowinistycznym. Ten trend religijno-szowinistyczny ‘narodu wybranego’ jest najbardziej dla pokoju i bezpieczeństwa w tym newralgicznym punkcie świata, punkcie styku cywilizacji i kontynentów najbardziej niebezpieczny.

W eseju opublikowanym w „Jeruzalem Post” 11 lutego 2024, Yitz Greenberg twierdził (jako odpowiedź na sugestie amerykańskie o konieczności realizacji postulatu dwóch państw: Izraela i Palestyny): Ameryka powinna dodać, jako warunek, że Palestyńczycy musza zdecydowanie przejść na pokojową taktykę nacjonalizmu, inaczej nie zasługują na państwo. Ludzie tracą prawo do samostanowienia jeśli podstawa ich  celu jest zniszczenie drugiego narodu[ii]. To jets pod wieloma względami dość racjonalny tekst. Nie można jednak nie zauważyć, że w tym konkretnym cytacie Greenberg opisuje dokładnie postawę i politykę Izraela wobec Palestyńczyków i Palestyny – wyniszczenie drugiego narodu.     


[i] https://kulturaliberalna.pl/2024/01/16/mielismy-szanse-by-rozbic-rosje-i-ja-zmarnowalismy/

[ii] https://www.jpost.com/opinion/article-786409

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.

Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!

Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.

Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.