Kategoryzacja lub oceny na Świadectwach Niedojrzałości polityków – cz. 1

A koła się kręcą. Koła czasu naturalnie i koła dziejów. Świata – nie tych niezliczonych a zagubionych w niekończących się galaktykach, a tego tu – gdzieś w maleńkim rogu małego układu słonecznego z jedną niebieską planetą – Ziemią.

W głowie od tego bezustannego kręcenia kręci się też. Jak dzieciakowi rozpędzonemu po raz pierwszy na jakiejś karuzeli w objazdowym Wesołym Miasteczku.

Więc takie bardziej mi znane i bliskie wioski tej niebieskiej planety: Kanada, Polska, Unia Europejska i nie znany mi bezpośrednio, fizycznie, ale odkąd pamiętam zajmujący mnie róg na krzyżujących się szlakach Europy, Azji i Afryki – Bliski Wschód. Czemu jest ‘bliski’ i dla kogo nie mam pojęcia.  Ale, jak znany filozof sprzed wielu tysięcy lat powiedział: kak zwał tak zwał i wsio. No i jeszcze Hamerykę muszę tu wymienić. Nie wiem czy bliską mi (ma kilka małych kawałków urbanistycznych, które bardzo mile wspominam), ale potężną sąsiadkę przez miedzę od ponad czterdziestu lat.

Nie wiem skąd i kiedy tak wydoroślała i taka ważna się stała, no ale się stała. Teraz mieszkam od ponad sześciu laty w Halifaksie w Nowej Szkocji. A żadnych panie tam ‘ stanów zjednoczonych’ by nie było, gdyby nie ten Halifaks, te centrum polityczne i militarne Imperium Brytyjskiego.  Nie gdzieś tam w Waszyngtonach czy Losandżelesach ani nawet w Njujorkach. Tu, w twierdzy Halifaksu i cieniu jego potężnych dział kształtował się świat tego całego kontynentu. I w dyskusjach między trzema potęgami całego Nowego Świata – Anglią, Francją i Hiszpanią – dokonano podziału sfer wpływów i wstępnych granic. Tu, a potem jeszcze w Nootce, po drugiej stronie tego Nowego Świata – u wybrzeży Kolumbii Brytyjskiej, gdzie Hiszpanie machnęli ręką na te olbrzymie, najbardziej na zachód wysunięte tereny i oddali je Anglikom. Koło Nootki też mieszkałem, wiele lat dłużej niż w Halifaksie. Czy palce maczałem w tych wielkich przemianach? Jak wielu dziś polityków i włodarzy PiSu w Polsce zasłonię się prawem odmówienia składania zeznań, które może by mnie inkryminowały. Jak wspominany już filozof powiedział : na wszelakij słuczaj lub inny równie ważny dziejopis, który przez kilka tysięcy lat pisał w broszurce zwanej Stary Testament: strzeżonego pan bóg szczerze. Zawsze miałem ochotę spytać się Jakuba ile było tych szczebli w tej drabinie, czy była składana czy mechaniczna (jak te na specjalnych wozach strażackich) – bo przecież do nieba strasznie daleko więc musiałaby być dłuuuuga. Jak ten chłopak ją targał na plecach – nie mam pojęcia.  Inni mędrcy –dziejopisi podają, że drabina się Jakubowi śniła i wszystko w tym śnie się zdarzyło. Pewnie po antałku jakiegoś wina. Gdyby tak inni o moich snach mogli przez tysiąclecia pisać to ho, ho, bo co mi to się nie śniło przez te lata. Fantazji mi nie brakuje, o tym zapewniam. 

Na drabinie nie siedzę, wina (jeszcze) nie piłem więc do rzeczywistości. Tu i teraz.

Politycy to takie dziwne osoby. Albo (a) szlachetni do nienormalności, którzy politykę uznają jako służbę, a siebie jako służących obywateli, albo odwrotnie – (b) dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników.  Są jeszcze (c) tzw. ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi. Jak ten Jakub uważają, że mają misję. I koniec, kropka. Bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.  Nawet gdy z chwilowych interesów i potrzeby  jakiś kompromis podpisze – to przy pierwszej okazji go wyrzuci do kosza na śmieci i zrobi, co planował wcześniej. Są jeszcze (d) tacy, którzy szczerze coś dobrego chcą dla wszystkich zrobić. Nie z jakiejś misji ani powołania. Niektórzy myślą, że mają np. pewien dług wdzięczności, moralny może wobec kraju.  I tradycje polityczne środowiska i rodziny. W zasadzie tych raczej lubię najbardziej.  I wierzę im. Tych szlachetnych trudno oskarżać i podejrzewać. No bo, jak szlachetni to skąd mieliby być źli?! Trochę się ich jednak boję. Bo w tej szlachetności mogą zapomnieć o normalności i robić i mnie świętym. A ja świętym nie chce być. Są też jeszcze po prostu (e) politycy-profesjonaliści.  Tacy, którzy nie są ani świniami ani świętymi.  Po prostu wybrali to jako zawód a nie jakieś powołanie. Chcą tym zarabiać na życie, jak ktoś zarabia pisaniem, liczeniem, malowaniem domów lub obrazów. Po prawdzie to ciężki chleb i im nie zazdroszczę.  Płatny dobrze zdecydowanie, ale bardzo niewygodny. Stale pod lupą, stale w lęku, że jakieś tam ośmieszające zdjęcie, wspomnienie kogoś, lub jakieś nagranie się znajdzie. Nie z morderstwa, czy gwałtu, nawet nie ze złodziejstwa – nie, zwyczajnie z jakiegoś pijaństwa, z jakiegoś biegania na golasa po jakiejś plaży, z jakiejś afery miłosnej lub po prostu czysto seksualnej (nie daj boże z afery z innej niż publicznie oświadczona orientacja seksualna!).  Już ja tam wolę to bieganie na golasa niż te zarobki profesjonalnego polityka, LOL.  Nie muszę nikomu się z tego tłumaczyć. Moja sprawa i koniec.

I powiedziawszy prawdę, to właśnie ci ‘politycy zawodowi’ stanowią olbrzymią większość wszystkich polityków. Nie ci ‘świeci’, nie te zdecydowane ‘świnie’. Większość z tych właśnie ‘zawodowych’nawet tego pewnie nie planowała. Ale się wciągnęli.  Adrenalina? Pewnie tak. I łechtana ambicja: wybrali mnie znowu, robię coś dobrze i ludzie mnie lubią, wierzą mi, poznałem dzięki polityce tylu Wielkich Polityków, nawet niektórych monarchów, przywódców religijnych, gwiazdy kina i estrady, znanych artystów, twórców!  To musi w końcu imponować. A potem to już trudno wrócić (dla większości) do ‘normalnego życia’. Ostatecznie większość posłów i senatorów nie miała jakiejś ciekawej kariery zawodowej, jakiejś pasji do której mogą wrócić. A pisanie obszernych wspomnień i autobiografii, wykłady i katedry w znanych uniwersytetach dostępne jest dla prezydentów i premierów, bardzo rzadko nielicznych znanych ministrów.  Dla przeciętnego posła – nie. Ten przeciętny najczęściej nie ma do czego wracać. Gdyby do polityki nie wszedł pewnie by się w jakiejś firmie dorobił może i lepszej funkcji, pensji. A tak co? Wrócić jako gryzipiórek, sprzedawca w sklepie, księgowy? To już lepiej w tym parlamencie, radzie miejskiej czy powiatowej siedzieć do emerytury. Ludzkie.

Kim są znani nam politycy, w której kategorii ich umieścić? Politycy z kręgu tych obszarów i państw które z praktycznych lub emocjonalnych względów są mi znani i mają wpływ na moje codzienne życie.

Koszula ciału bliższa, więc kilka nazwisk z Kanady – mojego domu przez większość mojego życia.

  1. Justin Trudeau i w jakiej kategorii? Myślę, że najbardziej pasuje do kategorii ‘d’ (nie, nie dla tego, że do d… – gdyby tak było nie byłby premierem przez trzecią już kadencję). Jego pierwszą kadencję, a zwłaszcza zwycięską kampanię wyborczą można poetycko, ale szczerze  i chyba prawdziwie określić okresem nadziei, uśmiechu, dobrej obietnicy. Trudeau mówiący światu: we are back, Canada is back among the just and caring societies.  I starał się szczerze. Poza osiągnięciem jego ojca, Pierre’a Trudeau, który przyniósł Kanadzie pełna konstytucyjną niezależność od jakichkolwiek formalnych związków z brytyjskim Parlamentem – nikt w historii Kanady nie podjął tak olbrzymich wysiłków w tylu olbrzymich obszarach polityki, ekonomii, a przede wszystkim historii: wielkie porozumienia z narodami autochtonicznymi, wyzwanie zmian klimatycznych i szereg innych tak w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Widziałem w tym dużą szczerość jego intencji.  Rok był 2015, dziś jest 2024. Dziewięć lat w polityce, u steru władzy to jak wiek. Świat się zmienił w tym czasie. Trudeau też. I całe społeczeństwo. Tak Trudeau jak i społeczeństwo zmienili się na gorsze.  Wszystko zaczęło się od pandemii. Otworzyła wrota dla zalewu obrzydliwego populizmu i egoizmu społecznego. Nie tylko w Kanadzie – ale w Kanadzie było to wyjątkowo zauważalne. Pewnie dlatego, że ja w Kanadzie mieszkam tak mi się pewnie wydaje, bo obrzydliwy populizm, który jest tylko milimetry od faszyzmu zalał wielkie obszary wielu państw i kontynentów. Do tego oczywiście doszedł jeszcze ‘trumpizm’ – czyli goebelsowska metoda powtarzania każdego wygodnego kłamstwa tak długo, póki tłumy w nie uwierzą. Ostatnią refleksją po dziewięciu latach Trudeau jest … zmęczenie.  Zmęczenie samego Trudeau, w którym rzadko już można zobaczyć jego szczery entuzjazm. A co gorsze dla niego – zmęczenie całego społeczeństwa Justinem.  Dziewięć lat to naprawdę długo. Wyrosło pokolenie, które pojęcia nie ma (jaki normalny chłopak czy dziewczynka w wieku dziesięciu lat zwraca uwagę na nazwiska premierów czy ministrów?!), kto to był Harper, Dion czy Chrétien. Alternatywa w Kanadzie wobec Trudeau to Singh z NDP (New Democratic Party) – odmiana europejskiej socjaldemokracji lub Poilievre od Konserwatystów. Najlepszym wyjściem dla Liberałów Trudeau byłaby formalna koalicja z Singhiem socjaldemokratów. Dla Kanady chyba też. Ale populizm robi swoje i jeśli takiej koalicji nie będzie (w Kanadzie tradycje rządów koalicyjnych są bliskie zera) to wygra chyba Pierre Poilievre.
  2. Jagmeet Singh, lider NDP. Mam problemy z zaliczeniem go do kategorii jakiejkolwiek. Prawdziwej wizji nie pokazał (tak, jak pokazał jego poprzednik, niezapomniany Jack Layton, który należał chyba zdecydowanie do kategorii ‘a’). Myślę, że najbezpieczniej jest go zaliczyć do kategorii ‘e’.
  3. Pierre Poilievre, lider Konserwatystów. Tu nie mam najmniejszej wątpliwości. A jeśli ufać sondażom, to jestem w zdecydowanej mniejszości. Moja absolutnie pewna kwalifikacja Poilievre to kategoria ‘c’ – najniebezpieczniejsza: wredny ideolog, oszust polityczny i kłamca.

Na szczęście nie znalazłem w Kanadzie ani jednego znaczącego polityka federalnego z kategorii ‘b’ – oszustów i złodziei. Politykami prowincjonalnymi zajmować się tu dziś nie będę.

Natomiast znalazłem takiego w tej wielkiej i potężnej Hameryce czyli Stanach Zjednoczonych – Donalda Trumpa. To nie ideolog, nie demagog. Po prostu złodziej i oszust. To wszystko, wyjaśniać nie będę.

Temat USA więc:

  1. Joe Biden, Prezydent. Kategoria? Zdecydowanie i bez namysłu (jak większość polityków amerykańskich) ‘e’ – polityk profesjonalny. Pierwszy raz w Senacie znalazł się w 1972, pięćdziesiąt lat temu. Zresztą Senat USA ( w mniejszej wersji i Kongres) to dożywocie lub kara śmierci. Przeciętna wieku tam to ile? 90, 110 czy 150 lat? A pogrzeby urzędujących senatorów wydają się po prostu czymś notorycznym. Czy ma jakaś wizję? Może miał ale zapomniał, a jakby ktoś mu z notatek dawnych spisał – to by nie odczytał, bo za mały druk, a wzrok nie taki. Z wielkim żalem moja pozytywna opinia o nim (ostatecznie pokonał Trumpa i wszyscy odetchnęliśmy na jakiś czas) wyparowała w związku z postawą wobec wojny izraelskiej. Biden jest współodpowiedzialny zbrodni ludobójstwa na Palestyńczykach. Jest jedynym, który mógłby dać Netanjahu wręcz ultimatum. Jedynym, który może mieć decydujący wpływ na politykę izraelską. I świadomie tego nie robi. Nie wiem czy z bardzo silnego lobby izraelskiego w Waszyngtonie, czy z przyzwyczajenia do starej doktryny amerykańskiej, która czyniła z Izraela fort zabezpieczający Bliski Wschód przed zalewem komunizmu ZSRR?  Może trzeba by mu ktoś przypomniał, że rok jest 2024, a nie 1994. Nie ma Nasera, nie ma Husajna (są za to zgliszcza Iraku po tej idiotycznej i kompletnie zakłamanej agresji amerykańsko-brytyjskiej). Ani Egipt ani monarchie arabskie zdecydowanie o komunizmie nawet nie śnią (chyba, że w formie koszmarów). No i Syria leży w gruzach. I długo się z nich nie wygrzebie. Iran?  Iran nie ma zamiaru prowadzić otwartej wojny z Izraelem. Iran to stara Persja, po Chinach i Japonii chyba ostatnie starożytne imperium, które chce zachować swoje dziedzictwo. Ale to nie imperium XXI wieku i takich ambicji nie ma. Chce być ważnym graczem i ważnym państwem w swoim regionie, bez globalnych ambicji.  Atak odwetowy na Izrael (zapowiedziany z dokładnością godziny aby i Izrael i flota USA w tej okolicy mogli się dokładnie do tego przygotować) był jedynie publiczną manifestacją siły i oczekiwaną odpowiedzią na wcześniejszy zamach izraelski na irańską ambasadę w Damaszku.  W wyniku tego zamachu izraelskiego zginął jeden z głównych dowódców i budowniczy całych sił zbrojnych Iranu  wraz z dwoma innymi irańskimi generałami oraz inni wojskowi i dyplomaci irańscy. Było nie do pomyślenia, że Iran nie będzie wręcz zmuszony do militarnej odpowiedzi.  Ale wbrew mojej opinii, że Biden jest współwinny ludobójstwa w Palestynie – jego kategoryzacji nie zmienię. To polityk zawodowy dodatkowo kompletnie uwikłany w matnię imperialnej polityki amerykańskiej. Co jest kolejnym paradoksem, bo Ameryka jest mocarstwem gwarantującym światowy, globalny pokój. I jest zdecydowanie państwem demokratycznym.
  2. Nancy Pelosi – była Liderka Kongresu USA i pierwsza kobieta na tej funkcji (lider Kongresu jest trzecią osobą w państwie w sukcesji do objęcia Prezydentury w sytuacji niemożliwości wypełnienia tej funkcji przez v-ce prezydenta). Moja kategoryzacja jej jako polityczki to obszar międy  literami ‘d’ i … ‘a’. Tak, wiem, że pierwszy raz daję tu ‘a’. To za jej olbrzymi wysiłek i wiarę w przewagę dobra nad złem, uczciwości nad malwersacją w dwóch nadzwyczajnych momentach historii USA – rozpoczęcia procesu impeachment przeciw Donaldowi Trump, gdy był prezydentem i u szczytu władzy oraz silny i zdecydowany protest dekadę wcześniej przeciw wojnie amerykańskiej w Iraku. To za to, gdy tłum rozwścieczonych zwolenników Trumpa zaatakował budynek Kongresu, niektórzy z nich planowali zamordowanie Pelosi. Wykazała wówczas więcej odwagi cywilnej i wiary w demokrację niż większość mężczyzn Kongresu i Senatu USA. Również obecnie, mimo że już autentycznie bardzo sędziwa, wyraźnie i publicznie potępiła reżym Netanjahu i stanęła po stronie niewinnej ludności palestyńskiej. Niezbyt często spotykany przykład praktycznej idealistki.
  3. Chuck Schumer, obecny lider większości  (Demokraci)w Senacie USA.  Zdecydowanie kategoria dobra – ‘d’. To on był tym, który wspomagał Pelosi w przeprowadzeniu procesu impeachment Trumpa. Będąc amerykańskim Żydem zachował się bardzo godnie publicznie apelując do Izraelitów o usuniecie Netanjahu z premierostwa i postawienie go przed Sądem Najwyższym Izraela. Tacy politycy jak Schumer są bardzo nielicznym plemieniem ludzi, którzy ogólnoludzką godność i bezpieczeństwo stawiają powyżej własnej plemiennej przynależności.
  4. Ostatni z USA to obecny lider mniejszości (Republikanie) w Senacie – Mitch McConnell. To on, udając niezależnego świętoszka (często istotnie w sposób molierowski) bronił zaparcie Trumpa przed prowadoznym przez Pelosi procesie impeachment. I to on obecnie, kiedy już nie musi, nie pozwala na krytykowanie obecnego kandydata Trumpa.  A nie musi. Senatorem jest już czterdzieści lat. Sam ma osiemdziesiąt. Dokładnie tyle samo, co Biden. Czas już zacząć pisać pamiętniki. Póki nie zapomni, co robił 30 lat temu (prócz tego, że był senatorem, LOL). Zastanawiam się czy jestem może gerontofobem, kimś kto prześladuje ludzi starych.  Nie, raczej nie. Wiekowo już mi bliżej do nich niż do młodych. Poza tym mają olbrzymi zapas mądrości życia. Ale przywódcami państw już być nie powinni. To wymaga już nie tylko mądrości (bo o dobrą radę zawsze starszych spytać można) – to wymaga olbrzymiej staminy fizycznej, zwłaszcza w okresie kryzysu. A jesteśmy chyba w dekadzie kryzysu na całym świecie. Może nawet wieku kryzysu.
  5. Sporo to powiązań politycznych z Izraelem. Więc jedno nazwisko wymienię. Wieloletniego i obecnego premiera Izraela, Benjamina ‘Bibi’ Netanjahu. Tak, tego który ponosi największą odpowiedzialność za tragedię, która dzieje się cywilnej ludności palestyńskiej. Dzieciom, kobietom. Tragedii, która wyraźnie nosi cechy ludobójstwa, etnicznej czystki.  To on też, zdaniem moim, ponosi olbrzymią odpowiedzialność za ten okrutny napad terrorystyczny Hamasu na nadgraniczny szetel Be’eri i miasto Sederot (ten dystrykt Izraela znajduje się na terenach palestyńskich okupowanych zbrojnie przez Izrael). Hamas napadł i wymordował setki ludzi a winny jest izraelski premier? Jak to możliwe? Oczywiście bezpośrednio odpowiedzialni za ten krwawy atak to palestyńskie ugrupowanie polityczno-militarne Hamas. Tu nie może być jakiejkolwiek wątpliwości. Ale nie ma też wątpliwości, że pewną moralną,  a zwłaszcza polityczną odpowiedzialność ponosi rząd Izraela. Jak to jest możliwe, że uzbrojone po zęby państwo izraelskie z jedną z najlepszych i najbardziej bezwzględnych służb wywiadowczych do tak zmasowanego ataku dopuścił? Netanjahu był pod presją kolejnego już kryzysu gabinetowego. Widmo utracenia fotela i miejsca na ławie oskarżonych własnego Sądu Najwyższego unosiło się nad jego głową, jak czarna chmura. A co gdyby jakaś awantura większa niż  nużące ale w sumie prawie nieskuteczne domowej roboty ‘katiusze’ Hamasu, się wydarzyła?  Bezwzględnie uwaga wyborców izraelskich skupiła by się na tym zagrożeniu i ‘wielki obrońca’ Netanjahu mógłby w zdecydowanej akcji odwetowej wypaść na bohatera?  W Tel Awiwie i w Jerozolimie witano by go, jako wybawcę a nie malwersanta. Czy zbyt daleko dymam? Może. Nie wiem. Ale wiem, że w polityce wszystko się zdarzyć może.  Odstawmy gdybanie. Wróćmy do kategorii politycznych.

Wiec Netanjahu – kategoria bezwzględnie ‘b’ i zdaje się ‘c’. Obie na samym dnie ocen moralnych i politycznych.

Jeśli nawet pominę niewyobrażalna tragedię palestyńską, Netanjahu i tak staje w jednym szeregu z węgierskim Orbanem i jemu podobnych. Faszyzujący populista i bezwzględnie malwersant finansowy. Trochę przypominający ekipę Ziobrów, Objatków i Kurskich herszta Kaczyńskiego.

  • Polityczno-militarni przywódcy Hamasu (nie wymieniam nazwisk bo te i tak mało są znane w popularnym przekazie medialnym i nic przeciętnemu widzowi-czytelnikowi nie mówiące). Nie, nie uznaje ich za ‘bojowników o wolność ‘Palestyny i Palestyńczyków. Uznaje ich za terrorystyczną organizację religijną. Organizację, która terroryzuje nie tylko Żydów ale i Palestyńczyków. Nawet może głównie Palestyńczyków, bo Żydów przynajmniej bronią silne i sprawne policja, służby bezpieczeństwa i armia. Palestyńczyków w Gazie nikt przed terrorem Hamasu nie broni. Hamas to zdecydowanie kategoria ‘c’.  Bezwzględni i nieustępliwie ideolodzy.  Dla idei wszystko można poświęcić i każdą zbrodnie sobie wytłumaczyć. Nie posiadają moralnych hamulców. A ideologia religijna to jeszcze bardziej uwypukla , umacnia w ortodoksji.

Na terenie Bliskiego Wschodu moją kategoryzację zamknę, bo obszernością tekstu przekracza ramy blogu autorskiego. W następnej części zajmiemy sie obrzeżem Europy, które ma olbrzymie znaczenie dla świata, a przez wieki graniczyło z Rzecząpospolitą I , II, okresem PRL i III, czyli Rosją. Po Rosji wrócę do Polski. I jej obecnych polityków.

List do Przyjaciela

List do Przyjaciela

List do Ciebie

Za grzbietem gór i szczytów niedostępnych z chmur jest taka przełęcz daleko stąd. Z niej, jak w kinie jakiś piękny film, otwiera okno się na morza łąk. Pojechać jeszcze miałem tam nim zapadnie mrok, odpłynie mój czas, zaśnie mój las.

Miałem przyjechać  i pokazać ci, jak piękny jednak jest ten świat. W nim, na kępach traw rosną sny, pachnie słodkim odurzeniem kwiat paproci, młodości gwiazd i chmur. Tam, tuż za grzbietem tych sinych gór – słodkim dniem, drżącym snem.

Ale ten czas, ten mój czas, kurczył się jak cień. Aż znikł prawie. Przyszedł zmierzch, nastała noc. Potykałem się o grań śliską nocy wilgocią. Odeszła gdzieś moja moc i młodość, która miała trwać oceanem sił, milionem chwil.

Jeszcze się w ognisku żagiew tlił, jeszcze ciepło od popiołów biło.  Ale tliło – nie gorzało już. Ognisko dogasało. I ramię drżało z lęku, gdy ci go użyczałem byś niepewnym krokiem nie potknął się o żerdź przerzuconą nad wartką roztoką.

Przełęcz ‘Krzyżnem’ zwana przez zbiegające się tam szlaki niebiańskie i turystyczne niech cię woła, niech wabi, niech czaruje śpiewem Tatr. Opowieściami muzycznymi Szymanowskiego, Karłowicza, niech mówi prawdy i kłamstwa o Witkacym, nuci Asnykiem. Niech szepcze do ucha o pocałunkach chłopców zakochanych w swoich odbiciach w źródlanej wodzie, o dziewczynach z warkoczami grubymi jak ramię, czarnymi jak noc w tatrzańskiej puszczy. Musisz tam pójść byś mógł to miejsce przez całe życie pamiętać.

Nie zgubisz się, nie lękaj się – będę z tobą nawet gdy mnie nie będzie.  A jest mnie coraz mniej, zasypia mój las i moje trasy mrok pokrywa coraz to gęstszą mgłą. Ale przyjdę. Może nie poznasz, nie zauważysz w tej mgle – ale będę. Gdy się potkniesz – podniosę. Gdy pośliźniesz się na grani – za rękaw podtrzymam.  Wiesz, że będę, gdy mnie nie będzie.  Będę drżał z lęku byś ty go nie odczuwał, bo mnie lęk nie straszy. Stracił swoją moc. Więc nie czekaj aż przyjadę i razem tam pójdziemy.  Może na pociąg, na samolot nie zdążę.  A wówczas będę czekał tam. Na jakimiś kamieniu sobie siądę, pod jakimś świerkiem, nad strumieniem jakimś. I będę gwizdał do ptaków, do gór i świstaków. Aż przyjdziesz. Bo przecież kiedyś będziesz chciał.

Z Krzyżnego wzrok zatoczysz, Morskie Oko puści ci oko, o Wołoszyn oprzesz się plecami i w dolinę zwrócisz wzrok. Tam, w oddali, otworzy ci ramiona Twoja młodość – z gwiazd i chmur. Chwyć ją pewnie, w plecak włóż. I to wszystko, i to już. Możesz wracać już spokojnie ku dolinom, ku ulicom miast dudniących, rozbieganych, zagonionych. Lecz Krzyżnego nie zapomnisz i młodości nie zagubisz. Może nawet kiedyś moją wspomnisz.

Ot, i noc w me okno puka, wiec już kończę, nie przedłużam (okno nocy, gdy w nie puka, nie otworzyć nie wypada) – ściskam cię serdecznie więc,

Twój przyjaciel, ja.


Karkonoska akwarela z przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku autorstwa ojca autora, Milo Pacaka seniora

A jednak Kiężyc … back to the Moon

About ten days ago I drove hundreds of kilometers after the Sun. Sun – as you know – is very vane and proud, like a peacock. Blinds you with its glory. It comes as no surprise that a certain French king, after the construction of Versailles and its Hall of Mirrors was named Louise the Sun. He regularly walked that famed Hall blinding with his majesty the poor subjects taking to himself: I am France! Of course, my journey with throngs of other people running to places where the total solstice was taking place – ended up being blinded by the god of the heavens. And the only pictures I took were of that small, black rock that covered the blinding god. Naturally, a glowing aureola of the god was still flaming in full glory. The poor, grey Moon seldom shows up during the daytime in the skies. It feels too timid, too embarrassed by its own greyness, and lack of splendor.

Hence tonight, at 2 o’clock, feeling a bit ashamed that I forgot my faithful friend – I took my camera and made a series of his portraits. As I used to do. I told him: you are beautiful and charming in your shyness. Thank you for lighting the old gas lantern in this dark mews.

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Nieistniejący wiersz

Wczoraj uciekł mi jeden wiersz.

Tak zwyczajnie, po prostu

wybiegł z kartki,

wdrapał się na parapet otwartego okna

i wyskoczył.

Poszedł sobie, nawet się nie obejrzał.


Zabrał ze sobą wszystkie litery,

przecinki, wielokropki

i znaczenia słów.


I już go nigdy nie napiszę,

nie opowiem tej historii,

która może była

lub być mogła.

A nie będzie. Nie dam jej

szansy nawet na spróbowanie,

na niepewność,

na drżenie oczekiwania.

Niewiadomej bycia.

/12. 04. 2024; B. Pacak-Gamalski/

Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.

Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.

Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.

Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.

Zbrodnia i kara – w wersji izraelskiej

Naturalnie, że nie będę tu pisał ani o literaturze rosyjskiej ani o zjawisku ‘dostojewszczyzny’.  Ale będę tu pisał o pewnych zachowaniach, które żywcem prawie z duszy rosyjskiej przeciekły w duszę izraelską. Celowo i z rozmysłem nie piszę ‘w duszę żydowską’.  Izrael dzisiejszy, Izrael od wielu już lat kształtowany przez Netanjahu nie jest tym państwem, jakim był wcześniej. Izrael –państwo wymaga od wszystkich Żydów na świecie moralnego, pełnego i niekwestionowanego wsparcia i poparcia. I kategorycznie zabrania Żydom, obywatelom i mieszkańcom innych krajów, krytykowania poczynań izraelskich. Żyd, który krytykuje Izrael jest w oczach współczesnego Izraela zdrajcą. A zdrajca, to wiadomo: gorszy niż wróg.

Nawet Kaczyński w trumwiracie z Ziobrą i Szydło-Morawieckim nie ośmielił się tak oficjalnie mówić do mnie i setek tysięcy innych Polaków zamieszkałych poza granicami Polski, kiedy głośno i zdecydowanie wobec ich rządów mówilismy: No pasarán!

To w Rosji jest to umiłowanie ‘mateczki Rasiji’ bez względu na to, jaką jest ‘mateczką’. Rosja była zawsze (w rozumieniu rosyjskim) tą, która była niezrozumiała przez obcych, była poszkodowana, szkalowana, napadana. Otoczona zewsząd wrogami, którzy chcieli ja osłabiać, napadać, zagrażać jej istnieniu. Scenariusz wypisz-wymaluj oddający postawę Izraela wobec  nie tylko żydów ale i Żydów (przypomnę, że ‘żyd’ pisany z małej litery oznacza osobę wyznania mojżeszowego, niekoniecznie oznacza pochodzenie etniczne lub narodowe; podobnie jak ‘katolik’, ‘protestant’ czy ‘buddysta’ – pisane jest to z małej litery).

Jest bezwzględną prawdą, że Izrael  dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści  lat temu nie był państwem, jakim jest dzisiaj. Przeciwnie – był wyspą i oazą demokracji, praw człowieka i obywatela, tolerancji, otoczony morzem państw dalekich od tych ideałów. Świat arabski ( i nie tylko) Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki był ciągle w mrokach. Nigdy nie był państwem idealnym. Od początku hołdował zasadzie apartheidu wobec mniejszości palestyńskiej w granicach Izraela. I od dziesięcioleci odmawiał Palestyńczykom ich niezbywalnego prawa do własnego, niezależnego i w pełni suwerennego państwa. Państwa, które te prawo miało potwierdzone od zarania istnienia ONZ – od tego samego czasu, gdy to samo prawo przyznano w ONZ dla Żydów. Ale był państwem, które ciągle miało szerokie uznanie i szacunek innych państw demokratycznych.

Pisałem o tym w szeregu tekstów z tym tematem związanych, więc dalej tego wstępu rozwijać nie będę.  Podobnie jak w długiej serii moich artykułów rozpatrywałem kwestie polskiego antysemityzmu – w świetle antysemityzmu innych państw cywilizacji chrześcijańskich.

Ale teraz o tym, co stało się ledwie dwa dni temu, 3 kwietnia.  A 3 kwietnia Izrael dokonał zbrodni niewytłumaczalnej, niewybaczalnej, zbrodni wojennej  wedle Konwencji Genewskiej. Nie, nie piszę o masowym mordowaniu dzieci, kobiet  i generalnie palestyńskiej ludności cywilnej. O tym też już pisałem i nic się w tej materii nie zmieniło (poza zwiększającą się stale liczbą ofiar cywilnych  terroru izraelskiego) – piszę o ataku na wyraźnie oznaczone, zapowiedziane wobec wojsk izraelskich samochody międzynarodowej organizacji pomocowej ofiar wojny – World Central Kitchen.

Dzięki temu właśnie, że były bardzo wyraźnie oznaczone, dzięki temu, że wojska izraelskie miały dokładnie podane namiary i śledziły ruch tych transportów żywności dla umierających z głodu dzieci i kobiet palestyńskich – wojska izraelskie ostrzelały je ogniem artyleryjskim i zamordowały cywilną obsługę tych samochodów. Nie pierwszy raz celem ataków lotniczych, rakietowych i artyleryjskich  byłe pojazdy międzynarodowych organizacji pomocowych – wiemy co stało się samochodami i ich załogą ONZ-owskiej organizacji niosącej pomoc Palestyńczykom. Hałas był też olbrzymi  – nie taki jednak silny i konsekwentny, jak obecnie.  Głównie dlatego, że transporty ONZ-owskie były obsługiwane przez załogi palestyńskie.  A życie Palestyńczyka, jak się wielokrotnie przekonaliśmy, jest bardzo tanie.

Tym razem hałas i żądania odpowiedzialności, przeprosin i dochodzenia, jak do tej zbrodni doszło były silne. Bardzo silne. I gniew wielu potężnych państw nie ukrywany. W Wielkiej Brytanii tysiące naukowców, polityków a nawet byłych sędziów Sądu Najwyższego opublikowały list publiczny domagający się natychmiastowego zaprzestania jakiejkolwiek pomocy w przekazywaniu środków militarnych dla Izraela. Zwolennicy Partii Demokratycznej w USA – mimo, że jest to rok decydujący o tym, kto stanie w przeciw Trumpowi w najbliższych wyborach prezydenckich – zagrozili Bidenowi odmową poparcia. A to byłby najprawdopodobniej koniec jego marzeń o kolejnej kadencji. Premier Kanady nie ukrywał swojego oburzenia i ostrego potępienia tej zbrodni w swoim publicznym wystąpieniu. Polska (co wyjątkowe w obecnym układzie sił politycznych w Polsce) w tandemie Premiera i Prezydenta wystosowała równie silne żądania wobec Izraela i powołanie niezależnej, międzynarodowej Komisji do zbadania tej zbrodni. Dlaczego teraz?

Oczywiście powodem jest też rosnące zniecierpliwienie świata tą trwającą już od wielu miesięcy totalną wojną Izraela wobec Palestyńczyków. Ale zasadniczą przyczyną był fakt, że ofiarami tej zbrodni padli woluntariusze innych niż palestyńska narodowości. W tym obywatel Kanady, USA i Polski.

W tle tego wszystkiego pojawia się nagle postać ambasadora Izraela w Warszawie, Yacova Livne.  Pan ambasador na oficjalnej stronie Ambasady na Twiterze wyraża swoje niezadowolenie i wyraźną wściekłość wobec Polski o nagłaśnianie tej sprawy, o jakieś żądania przeprosin, sankcji może nawet wobec Izraela. Oskarża ‘skrajną prawicę i lewicę w Polsce’ o antysemityzm. W tym oświadczeniu de facto przestawia fakty tak, by ci, którzy w Polsce są tym zamachem izraelskim oburzeni postawienie byli w świetle tej zmory i ohydnej ideologii antysemityzmu. Jest bez znaczenia, że np. Krzysztof Bosak z Konfederacji ma przypuszczalnie pewne tendencje (mówiąc bardzo ‘delikatynie’) antysemickie – ogólnie rzecz biorąc jest po prostu rasistą i ksenofobem.  Ale w świetle zamachu dokonanego na Polaku w tym ataku na transport  World Central Kitchen używanie przez ambasadora Izraela określeń : “antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do istnienia. Również dla dobra całego świata zachodniego” jest po prostu ohydne. Zwłaszcza przy rażącym braku jednego: przepraszam.

Tu przytoczę in corpore oświadczenie Jakova Livne:

 „Amb. Yacov Livne 🇮🇱

@YacovLivne

Skrajna prawica i lewica w Polsce oskarżają Izrael o umyślne morderstwo we wczorajszym ataku, w skutek którego śmierć ponieśli członkowie organizacji humanitarnej, w tym obywatel Polski. Wicemarszałek Sejmu i lider Konfederacji Krzysztof Bosak twierdzi, że Izrael popełnia „zbrodnie wojenne” i terroryzuje organizacje humanitarne, aby zagłodzić Palestyńczyków. To ten sam Bosak, który do dziś nie zgodził się potępić masakry dokonanej przez Hamas 7 października i którego partyjny kolega, prawicowy ekstremista, zgasił gaśnicą chanukową menorę, którą zapaliliśmy w parlamencie w Warszawie. Wniosek: antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do istnienia. Również dla dobra całego świata zachodniego.”

Po tym oświadczeniu pan ambasador został poproszony na rozmowę do gabinetu v-ce Ministra Spraw Zagranicznych i efektem tej rozmowy było jego ‘odwołanie’ tego oryginalnego twittu Ambasady Izraela i przeprosiny. Co w niczym nie zmieniło smrodu, jaki pan ambasador zostawił. Nie dostał też od Radka Sikorskiego listu persona non grata, który nakazywałby mu zbieranie manatek i wyjazd z Polski. A powinien. W zasadzie taka rozmowa, nawet bez owego określenia ‘persona non grata’ jest wskazówką, że winien sam wrócić do Tel Avivu. Czy tak się stanie – nie wiem. Polska chce utrzymać dobre stosunki z Izraelem. Choćby dla czasów przyszłych, gdy Izrael wróci (?) do rodziny narodów praworządnych i demokratycznych.

Teraz dwa słowa wyjaśnienia czemu we wstępie te odniesienia do ‘charakteru rosyjskiego’, do rusofilii zamieściłem.  Otóż pan Yakov Livne urodził się w Moskwie, gdzie mieszkał prawie do ósmego roku życia. I nigdy nie ukrywał serdecznych związków z Rosja i kulturą rosyjską.  Przeciwnie – cenił je sobie. Nie ukrywał też sympatii jaką darzy prezydenta Rosji, niejakiego Vladimira Putina. Co owocowało jego ambasadorowaniem w Rosji właśnie.  Tej słodko-romantycznej, mistycznej Rosji jego dzieciństwa…

Ach, łza się w oku , psiakrew, kręci …

Natomiast ja mam pytanie do byłego ministra Spraw Zagranicznych (z okresu tych ultra-patriotycznych rządów PiSu, z czasów tych ‘antysyjonistycznych’ kampanii IPN-u (niesławny Instytut Pamięci Narodowej, gdzie celowo mieszano szlachetne z podłym, by tym światłem szlachetnego pokryć bród tego podłego z naszej historii najnowszej): jak to się stało, że rząd PiSu udzielił akredytacji dla pana Livne? Czyżby romans i zachwyt wobec tego szmatławca Netanjahu, którym im imponował tą samą demagogią, tą samą niechęcią do niezależnego i silnego sądownictwa był silniejszy niż dobro i honor własnego kraju?

Nie, nie udzielę odpowiedzi na to pytanie. Naturalnie, że jest czysto retoryczne.

Spacer z kamerą drogami wspomnień

Spacer z kamerą drogami wspomnień

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Sometime during the seven years (1755-62) of mass deportation of all Acadians from Nova Scotia to Louisiana, a girl called Evangeline was deported, too. Whether her existence was a historical fact or a result of a mythical romantic story of love and death – we will never know.  But we know that many ‘Evangelines’ must have faced that tragic fate.  A story as old in the annals of literature as any tragic love story going back to times immemorial.  When young lovers are torn apart by powerful forces of kings, gods, and generals unmoved by any cries or tears.

I have written here more extensively about the story and its background years ago.  Have traveled almost the entire length of Evangeline Trail – a route she took on her way back from her exile in the marshes of Louisiana in search of her beloved. Almost the entire Trail. Yet, there was one, pivotal one, I have not visited. We planned to go there many times with my late husband but kept postponing it for various and absolutely mundane reasons.  And a time came when my story become also a story of love lost and constant searches of memories of that love…

The other day, on a cold, wet, and windy Easter Saturday I went to the last spot, the pivotal spot, where Evangeline’s story began – to the little old town of French Acadian settlement of Grand Pré in Annapolis Royal Valley, close to quaint little town of Windsor.

The story was immortalized by no one other but the supposedly great American romantic era poet Henry Longfellow, who published “Evangeline. The tale of Acadie” in 1847. Never was an admirer of Longfellow’s style of writing and his literary testament. On the contrary, I see him rather as a mediocre talent.  But the story achieved great popularity in the late XIX and the first half of the XX century. At a time of no television and relative seclusion of small towns in Main, USA and Maritime Canadian provinces of New Brunswick, Nova Scotia, and Prince Edward Island. It was read by many generations. And thus literature became a fact and a legend was born. Like in ancient Greece.

I first became aware of the story more than 30 years ago, sitting in the foothills of Kananaskis Country, in my in-law’s home in Priddis, Alberta. Thousands of kilometers from the Atlantic. A wonderful great aunt Theresa Cormier was just visiting, a dame of different epoch, sister of my mother-in-law’s mom – Mimi  McDonald de domo Cormier. Mimi and her sister Theresa came to Pictou in Nova Scotia from a French-speaking Isle de Madelaine on the St. Lawrence Waterway in Quebec.  In her youth, she loved the story of Evangeline and read it many times. We talked about the romantic-era poets and as a result, I got from her the Longfellow poem and an old print of a small album of black and white photography of places and the journey of Acadians and Evangeline’s exodus. A little old printed album called “Evangeline Land”  containing no text, but a lot of very old photographs of the entire western shore on Nova Scotia associated with the history of the Great Exodus – the military expulsion of Acadians (French-speaking and mostly loyal to their French king) from their settlements in Nova Scotia. What you would call today – an ethnic and political cleansing.

The day was not pleasant. Windy, and very wet. Nonending drizzle of snow and rain. I thought it was very appropriate for the occasion – somber, sad, cold. That’s how it must have felt for the Acadians when they were first beaten down in a surprise attack of the English. And how it must felt when ‘Evangelines’, their families were being expelled by ships from their homes.

Of course, it has a truly epic ending – tragic and glorious in Evangeline’s finding of her beloved Gabriel only to give him to the Death itself.  But – to the defense of Longfellow and so many other authors of tragic love stories – love could be a bit perverted. Especially truly great love. The death of one of the lovers is followed by years, if no lifetime, of unspeakable despair and suffering. As if gods would whisper with irony – I will answer your prayer and give you great love, but be aware that the price for it is very high …

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami (i tu należy dodać: za oceanami), żyła biedna wiejska dziewczyna, Akadyjka o imieniu Ewangelina. Akadyjczykami nazwano kolonistów francuskich  w części Nowej Francji (marzenie króla Ludwika), którą właśnie tak nazwano: Akadia. Ewangelina mówiła naturalnie tylko po francusku. I zakochała się w młodym chłopaku, też Akadyjczyku, Gabrielu.

Ale zaraz po Francuzach w Akadii znaleźli się żołnierze brytyjscy. Ich król też marzył – tyle, że nie o Nowej Francji a o Wielkim Imperium, brytyjskim naturalnie. I zaczęli wzajemnie się przepędzać, strzelać do siebie. No i Anglicy nie chcieli nazywać Akadii ‘Akadią’ a nazwali Nową Szkocją. Nowa Francja, Nowa Szkocja. Strach pomyśleć, gdyby jakiś niemiecki Wiluś zapragnął też kawałka tego Nowego Świata, bo jakby on to by nazwał? Nową Germanią? Może Walkirią? Aż strach się bać, LOL. Ale było, jak było. Więc ci brytyjscy wojacy jednak przeważyli militarnie. W dużej mierze de facto nie potęgą brytyjskiego garnizonu, co wojnami w Europie (między innymi pod Sewastopolem, tak tym krymskim).  Nic lub bardzo pewnie niewiele o tym wszystkim wiedzieć mogli młodzi kochankowie, Ewangelina i Gabriel. 

Najpierw ich osadę w Grand Pré w Annapolis Valley zaatakował oddział żołnierzy brytyjskich i wybił wielu mieszkańców. W krótkim czasie lokalny rząd Nowej Szkocji zdecydował pozbyć się kłopotu z Akadyjczykami i podjął decyzje ich deportacji  do odległej, obcej Luizjany, tysiące kilometrów na południu kontynentu. Taki los spotkał Ewangelinę i właśnie z Grand Pré ta masowa deportacja statkami się odbyła. Gabrielowi cudem jakimś deportacji udało się ominąć. Ale Ewangelina nigdy o wielkiej miłości nie zapomniała. Po latach i zapewne po heroicznej i strasznej wędrówce – wróciła do Nowej Szkocji.  Z miejsca, gdzie wyladowała odbyła bardzo długą drogę pieszo lub przygodnie spotkanymi furmankami ze wschodniego wybrzeża Nowej Szkocji na zachodnie. Dotarła w końcu do Grand Pré.  Jej ukochany dalej tam mieszkał. Ale radość była krótkotrwała. Gabriel był już ciężko chory, na śmiertelnym łożu. Miała jeszcze czas by złożyć na jego ustach gorący pocałunek.  

Czy tą historię stworzył z własnej weny artystycznej Henry Wadsworth Longfellow, czy też spisał zasłyszane od innych wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce – któż dziś wiedzieć może na pewno? I czy to ma znaczenie? Nie, nie ma. Fakt jest faktem, że w przeciągu kilku krótkich generacji poemat Logfellowa zyskał olbrzymią popularność. Były to czasy wszak przed telewizją, radiem nawet i masowymi gazetami. O Facebooku nie wspomnę. Ludzie długimi wieczorami czytali książki. A w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku naturalnie czytano to bodaj jak Biblię. Wszak to ich historia, ta Ewangelina i Gabriel to ich dzieci, z ich osad i miasteczek! W dodatku napisana przez takiego wielkiego i znanego poetę, jak amerykański Longfellow!

Ja trochę zawsze na przekór – historia piękna zaiste, romantyczna. Longellow był bezwzględnie znanym poetą – nigdy bym go do grona wielkich romantyków nie dodał jednak. Ponoć był pod dużym wrażeniem twórczości Adama Mickiewicza  – ale Mickiewiczem ani amerykańskim ani kanadyjskim nie był w jakimkolwiek względzie. Tak, znał warsztat wersyfikacyjny dość porządnie. Więc bez wątpienia był dobrym rzemieślnikiem. Dość na ten temat.

Ja jego poemat i historię Ewangeliny znam od blisko 40 lat. Mieszkałem wówczas w Albercie, pod Calgary. Na farmie wynajmowanej przez rodziców mego męża, u podnóża pasma Kananaskis w Górach Skalistych. Siedzieliśmy bodaj na werandzie tej farmy i prowadziłem ożywioną rozmowę z uroczą damą poprzedniej epoki – ciotką Teresą. Ciotka Teresą Cormier była siostrą mamy mojej teściowej, Mimi  MacDonald de domo Cormier.  Obie siostry pochodziły z francuskojęzycznej wyspy Madelaine na rzece św. Wawrzyńca. I obie już tam, nim osiedliły się w Nowej Szkocji, rozczytywały się w poemacie o Ewangelinie. Ciotka Teresa była absolutnie zdeterminowana, że prześle mi poemat Longfellowa i że musze go przeczytać. Co zrobiła po powrocie do Nowej Szkocji. A kiedy widziałem ją po raz ostatni, podczas ciężkiej wizyty w Nowej Szkocji w roku 2000 ( ostanie tygodnie życia jej siostrzenicy, a mojej kochanej teściowej, Leony) obdarowała mnie jeszcze swoistym ‘białym krukiem’ – wydanym przez fotografa A. L. Hardego z Kenville w Nowej Szkocji, małym, czarno-białym albumem fotografii miejsc związanych z przypuszczalnymi miejscami w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku, związanymi z Akadyjczykami i Ewangeliną z Gabrielem[i].  

I ten właśnie skromny album zdjęć, w dość podniszczonej okładce, towarzyszył mi ostatniej soboty w drodze do miejsca, gdzie Ewangelina spotkała się ostatni raz ze swoim ukochanym. Sobota była dniem podłej pogody. Wietrznie, padał gesty drobny śnieg z deszczem. Wszystko było szare, smutne. Mieliśmy do tego miejsca przyjechać razem, ja i mój ‘Gabriel’ – John. Objechaliśmy razem całą Trasę Ewangeliny (Evangeline Trail). Planowaliśmy pojechać naturalnie i tam, do tego Grand Pré. I zawsze jakaś rzecz zwyczajna wypadała, że odkładaliśmy na dzień następny. Aż nadszedł czas, że już tego dnia zabrakło. Już pojechać razem nie mogliśmy. Tak, jak mimo wszystko w tych romantycznych lub antycznych historiach wielkiej miłości.  Kończą się zawsze tragicznie. Im większa, im głębsza – tym ból i strata niewyobrażalne. Jakby bogowie faktycznie zazdrościli nam tego owocu, jakby szeptali uśmiechając się ironicznie:  nie proś o rzeczy wielkie, bo może cię nimi obdarujemy ale za wielką cenę, która może być zbyt dla ciebie – człowieka – wygórowana …

Więc byłem w tą zimną, mokrą sobotę tam. I było mi dobrze, że taka podła pogoda, że żywej duszy w parku przy tym kościółku nie spotkałem. Był tylko duży pomnik Evangeliny wypatrującej w dal. Za znajomym brzegiem? Za Gabrielem? 

I był obok, w drugim małym parku, wiele mówiący inny pomnik: kamienna grupa, rodzina – wypędzeni ze swych domostw Akadyjczycy pospieszani do wejścia na statek, którym miał ich wywieźć w jakiś ląd odległy, nieznany …  Ostatnia w grupie była mała dziewczynka, bez zastanowienia się dlaczego i po co podszedłem i położyłem rękę na jej małej kamiennej główce.  Chciałem powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze, poznasz tam inne fajne dzieci. Naturalnie, że kłamałem. Zawsze w takich sytuacjach kłamiemy, bo nie wiemy co powiedzieć.  A królom i prezydentom jest to kompletnie obojętne – przecież mają cały świat na głowie, więc gdzież mieliby czas by zająć się jakąś jedną małą dziewczynką?!


[i] Hardy A.L., „The Ewangeline land made famous by the expulsion of the Acadian farmers by the British Government on account of their fidelity to their French King, and afterward immortalized by Longfellow, an American poet.; oocihm.64903 (numeracja ‘oocihm’ stosowana zanim wprowadzono system ISBN), r. ok 1899; s. 76

My Rocks and memories it evokes. Moje Kamienie i refleksje, jakie przynoszą.

Ostatnie być może tygodnie moich spacerów dziennych i nocnych od tylu już lat trasą głazów i krzewów między torami a wodą Kanału Bedfordzkiego, jaki ooddziela Halifaks od Dartmouth. Znam tu każdą krzewinę i kształt każdego bodaj kamiennego wielkoluda. Mam kamienne fotele, gdzie przy dobrej pogodzie siadać lubię i czytać, myśli spisywaś w kajecie, pstrykać portrety wody i nieba wzajem się przeglądające w sobie. Moje Kamienie. Niemi świadkowie moich radostek i mojego odchodzenia od świata.

Ale moje Kamienie też się zmieniły. A właściwie zmienili je ludzie. Świat uległ wszędzie zmianie na gorsze po tej strasznej pandemii. Nanieśli śmieci, ktoś powyrzucał połamane meble, jakiś stary materac. Udaję, że tego nie widze, gdy chodzę. Na nocnych spacerach udaje się to łatwiej.

A to taki magiczny ogród niesamowitości przyrody. Na kamiennym podłożu, u skraju miasta wąska przestrzeń zamieniona wiosną i latem w bajeczne dzikie łaki. Krzewy czerwone, zielone, pachnace słodyczą dzikie róże, krzewy wysokie czerwonych jagód, kraina małego ptactwa i wron. Jest tam kilka miejsc z rzędami drobnych i niewysokich białych brzóż – brzeziny. I zaraz wspominam cudowną powieść o tym tytule starego poety, Jarosława Iwaszkiewicza. I widzę chadzających tam i Stanisława z Bolesławem, i Malwinę i może grobek Barbary.

A dziś, na jednym z moich ostatnich tu spacerów? Mijam miejsce, gdzie po drugiej stronie torów, od strony miasta była po prostu niesamowita łąka. Wejść tam nie można było od dzikiej gęstwiny. A siedzieć można było przed tym zjawiskiem i godzinę, obserwując te wszystkie kolory fauny i unuszące się na nimi pyłki pszczół, ważek. Teraz przechodzę i widzę straszną jamę, straszny dól, jak lej po bombie. Maszyny wyrwały wszystko, rozkopały całe wzgórze. Będa widocznie stawiać tu domy. I pewnie drogie, bo frontem do wody i z widokiem na cały Halifaks. I zaraz na myśl przychodzą słowa z innej książki polskiej literatury, też mi bardzo bliskiej – z ‘Dzienników’ czasów wojny Zofii Nałkowskiej. Często zapis nowy zaczynała od owego: ‘i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia’. Zaszła.

Ze spaceru w przedwiośniu

Ze spaceru w przedwiośniu