Spacerem z młodością, wierszami i poetami.

Wiersze – wielu uważa – to takie fruwanie w chmurach. Ale wiersze i fruwanie w chmurach wielu bardzo pomogły. Pozwoliły przetrwać. Może był też i jakiś barek “Pod Chmurką”, któż to spamięta? Ale wiersze były na pewno.

Pewne, że wszystkich was nie znajdę, wielu nie przypomnę. To już tyle lat… . Chodzenia po parkach i czytania, czytania w trolejbusie warszawskim, na twardym siedzeniu Wukadki, gdzieś między Michalicami a Opaczem. Bo ja wiem, gdzie jeszcze? Nad ranem w moim maciupkim pokoiku blisko stawów Pęcickich nad zatraconą Utratą? A potem jeszcze powroty do was, polskich wierszy i poetów polskich, znad Pacyfiku Kolumbii Brytyjskiej, Atlantyku Nowej Szkocji. Więc jakże spamiętać, które i kogo? Nawet, gdy spotkam na karteluszkach spisanych, ale bez obwoluty, bez stopki wydawniczej – czy poznam który i kogo? A kiedyś ważny być musiał, bo bym na karteluszku tym nie spisywał bez potrzeby.

Tyle lat. Z nazwiskiem czy bez, z tytułem czy bez – polskie wiersze i polscy poeci szli ze mną drogami, szosami, przez łąki i lasy. Ich świat poznaję bardziej niż własny. Bo to był świat odkrywania świata, to było życie budzenia się życia. Czas otwierania skrzydeł, próbowania ich, czas formowania się, tak jak Ziemia kiedyś się formowała.  Pierwszych rozkoszy ciała i duszy. Pierwszych katorg tej duszy (ciało było dużo bardziej wytrwałe i łatwo podnoszące się z upadków). Tylko, że Ziemia, mój boże,  miała tyle czasu na te próby, te znajdowania kształtu, temperatury i atmosfery najlepszej do przetrwania. Ja? A gdzież tam! Hop! i wio koniku! Fiu, poleciało, jak z bicza strzelił. Czasem wydawało mi się, że nie jestem pewny czy przeżywam ich czas – tych wierszy i tych poetów – czy mój własny.

Staff – ten to nie pisał a malował. Nie używał pióra tylko kredki, pędzelek do malowania liter i słów.

Nie utaisz  ty przede mną, wodo,

Wodo, wodo polnego strumienia,

Swego smutku, choć z taką pogodą

Gwarzy fal twych szept z duszą milczenia.

Słyszę w piasku twojej fali, wodo,

Wodo, wodo, żałośliwe tętna,

Chociaż zmierzchu owiana ochłodą,

Płyniesz, zda się, senna, obojętna.[i]

I jeszcze tylko wrzucę, by sielankowej sielskości nie utracić, krótką zwrotkę z tegoż tomiku, z wiersza ‘Gęsiarka’:

Sznur gęsi, z których każda jak łódka się słania,

Sunie jak szereg białych znaków zapytania:

Czy dziecko ich pilnuje, czy one je wiodą.[ii]

To jest prosta linia genetyczna od Kochanowskiego, godnego ojca dojrzałej poezji polskiej, godnej nazwania poezją.

Leśmian. Leśmian, proszę Państwa, nie ma ani poprzedników ani genetycznie zdrowych następców. Ostał się sam na swej Łące polskiej, w swoim ‘Sadzie rozstajnym’. Tego poznam i pamiętam, jak Mickiewicza, Słowackiego lub Norwida. Stworzył własną polszczyznę, własną  leśmianowską gwarę lub narzecze polskiego.

W sen tym pewniejszy, że nawet nie boli,

A w bezbolesność patrzysz, jak w przynętę

Dla swej niemocy i swojej niedoli.

Lecz dokąd skrzydeł skierujesz zniechętę

Bez tej, co ziemię odarła ci z cudów?

Czym są twe wargi – jej wargą nie tknięte?…

Czym dłonie, które nie zaznały trudów

Przy piersiach, śpiewnych westchnienia hałasem?

Marnieją, więdną w tej próżnicy nudów!…[iii]

Tak, byli tacy, którzy naśladowali (i czynią to do dziś) styl i słowotwórczość Leśmiana. Szkoda. Robią sobie krzywdę. Bo poeta, który w swoim wierszu napisze dziś, że ‘więdnie w próżnicy nudów’ wywoła tylko uśmiech litości. Pisz pan(i), co pan masz na sercu, nie kombinuj za bardzo, bo to takie sztuczne – moja rada. Szczera. Inaczej nabawisz się pan(i) … ‘zniechęty’ w rozwijaniu skrzydeł?

Do cudownego, niepowtarzalnego Leśmiana wrócić na chwile jeszcze muszę. Muszę. Bo to tyleż moich ścieżek wydeptanych, przebiegniętych w truchcie uniesienia emocjonalnego pierwszej miłości i przyjaźni najszczerszych. Polskich jeszcze ścieżek, co gorsza – warszawskich. Nie będąc warszawiakiem ‘na papierze’ byłem wszak nim pełnym sercem i duszą. I praktycznie, tyle, że nocowałem pod Warszawą (o ile zdążyłem ostania kolejkę złapać z Ochoty lub później z Centralnego, co często mi się nie udawało). Bez Leśmiana jednego wiersza (no, pewnie jeszcze i jego ‘Asoki’ o królu i wierzbie). Więc ten wiersz w tych uniesieniach i katorgach dojrzewania łaził, jak cień po tych moich ulicach warszawskich. Za dnia i po nocy.

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

ale w innym sadzie, w innym lesie –

Może by inaczej zaszumiał nam las,

wydłużony mgłami na bezkresie … [iv]

Herbert, ach, ten Herbert. I wielki i mały jednocześnie. Ale ważny i w tej wielkości i w tej małości. Wszystko było w nim z tej – tamtej, naszej wtedy – Polski. I wóda, i wielkość jednocześnie. Poplamiony garnitur i kontusz. Mistrz formy i uśpiony filozof, którego zżerała szarość PRLu. Pewnie przeżarła by go do cna, gdyby nie długie pobyty za granicą. Sztandar pokolenia z hasłem-sprzeciwem wymalowanym na tym sztandarze:” Pan Cogito”. Nie wiem na jakiej drodze go umiejscowić, jaką ścieżką czy ulicą z nim chodziłem? Nie był malarzem mej młodości ani marzycielem jej pasji. Jeżeli bym musiał go określić w swojej pamięci literackiej, to pewnie nazwałbym poetą intelektu. Nie karmił mi duszy ale karmił mózg. Czasem wręcz go nie lubię, bo przypomina mi wiele rzeczy tej młodości, tamtej mojej Polski, które niekoniecznie chcę pamiętać. Że moglibyśmy – a nie byliśmy, bo czas był podły. Z ważnych poetów (a ważnym był) najbardziej kojarzy mi się właśnie z tym: sztandarami haseł i popękanymi chodnikami miast i miasteczek. Ale i bezwzględną niezłomnością. Stąd fragment wiersza może nie bardzo popularnego, a jakże tamtą złą rzeczywistość ukazującego:

kobieta pochyla się

a w jej oczach jest wyraz

którego nie odda

żaden malarz rozbitych dzbanów

zgarnia ciemną ręką

roztrwonione bogactwo

i z powrotem wsypuje

jasne krople i proch

jak

ona

długo

 klęczy

na kolanach

jakby chciała zebrać

słodycz ziemi

do ostatniego ziarna[v]

Naturalnie Iwaszkiewicza wstawię tu.  Nie wstawić znaczyłoby pominąć Broniewskiego lub Baczyńskiego z kanonu poezji Polski Walczącej, tzw. ‘patriotycznej’.  Iwaszkiewicz był proszę miłych Państwa absolutnie nieusuwalnym meblem polskiego saloniku (lub polskiej kawalerki) doby PRL.  Pominę tu jego poezje lat 30. Mówił: tak, można być eleganckim nawet w okolicach chlewu.  Ba, trzeba być. I był. Był sentymentem. Myślę, że faktem iż został i z wyjazdów wracał udało mu się uratować trochę tamtej, z przed 39, Polski. A o której stale słuchaliśmy od rodziców, dziadków, ciotek. Został też pewnie z przyczyny, że ważnej funkcji poetycko-artystycznej raczej by na Emigracji spełniać nie był w stanie.  Lubiłem go dużo bardziej jako eseistę i znawcę literatury i kultury ogólnie niż poetę. Wszak pewne wiersze też lubiłem. Gdy się jest nieco sentymentalnym tradycjonalistą w wieku 15-17 lat mieszkając w podłym miasteczku powiatowym (a przez pięć ostatnich lat szkoły podstawowej w takim mieszkałem) to taki Iwaszkiewicz bardzo pomagał, gdy chodziłem po zniszczonych chodnikach tej mieściny z … pałeczką w ręku. Nie taką do bicia (ta by się tam bardzo też przydała) to w tej fantazji świadomej i czupurnej – Iwaszkiewicz pomagał. To było 25-30 lat zanim pewien młodziutki (wówczas) poeta polski zaczął z pałeczką chodzić po Warszawie podkreślając swoją oryginalność. Oryginalność z laseczką-pałeczką w Warszawie. Fantazją było to robić za Gierka i na zadupiu, nie za Wałęsy w Warszawie, LOL. Za tamtą ‘pałeczkę’ Iwaszkiewiczowi dziękuję. Pomógł mi w tym siedząc na Stawisku niczym na rozległych włościach na Ukrainie, podkochując się w kuzynie Karolu. Wiec z cyklu ‘Garść liści wierzbowych’:

Bo duch wierzby, duch fujarek

w gołych witkach także mieszka

i czeka aż z wyzwoleniem

przyjdzie Milda lub Agnieszka

Wiatr się wtedy uspokoi

cisza wierzbę ukołysze

i nawet ten co się boi

uwierzy w wierzbową ciszę[vi]

To by na tyle starczyło dziś. Czterech poetów ścieżek młodości krajowej. W następnej rozmowie-wspomince kolejne cztery nazwiska. I tak, będą naturalnie poetki. Trzy i tylko jeden facet.


[i] dwie pierwsze zwrotki wiersza ‘Nad wodą’ (L. Staff, „Desz majowy”, wyd. Nasza Ksiegarnia, Warszawa, 1978

[ii] ibid, s. 32

[iii] z poematu ‘Nieznana podróż Sindbada-Żeglarza’ (B. Leśmian, „Poezje”, wyd. PIW, Warszawa, 1975)

[iv] ibid, s.16

[v] ostatnie trzy zwrotki z wiersza „Sól ziemi (Z, Herbert, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1997)

[vi] wiersz nr 7 cyklu (J. Iwaszkiewicz, „Mapa Pogody”, wyd. Czytelnik, Warszaw, 1977)

Nasza podróż przez życie i przez wiersze

Strawberry Fields w Hyde Parku w Nowym Jorku – z naszej podróży w 2012

Wszystko wydaje się zgiełkiem,

hałasem słów, tupotem zdań.

Gasną, jak smugi zachodu

ukradkowe i nieśmiałe

spojrzenia dziewczyn i chłopców;

muśnięcia warg czerwonych

rzucane wzrokiem ponad

głowami przechodzących

obojętnie szpalerów

budzących się ciżb wieczoru.

Idę z Tobą brzegiem długiej plaży, gdzieś pod Tofino na Wyspie Vancouver.  Mogłoby być Portofino, słoneczne, bliskie Lazurowego Wybrzeża, może żaglówką wycieczkę na Korsykę lub Sardynię? Czy pod południowym słońcem bardziej bym Cię kochał, goręcej? Całował natarczywiej, uporczywiej, nieustannie?

Tu, nad Północnym Pacyfikiem jest jednak ciszej z wieczora. I tak wolę. Możemy patrzeć na wschodzący księżyc, zapalające się, jak fruwające świetliki, gwiazdy. I iść na długi, kilometrami bez końca, spacer po tej plaży. Gdzieś z półmroku, wynurza się inna para spacerująca też. Ona z nim i ja z Tobą. Skinamy głowy ku sobie znakiem pozdrowienia. Jest miło. Jest dobrze. Jesteś obok. Tuż przed nocą głęboką pójdziemy posiedzieć  w dymiącym od pary małym jacuzzi otoczonym szpalerem zielonych choinek.

Rano właściciele tego Bed&Breakfast, para przystojnych mężczyzn w naszym mniej więcej wieku, zastuka do drzwi sypialni i nie otwierając ich zaanonsuje, że jadą do pracy do Tofino, ale zostawili dla nas w saloniku gotowe śniadanie i jeśli czegoś potrzebujemy to możemy do nich zadzwonić.

Kilka lat później, gdzieś w środku głębokich lasów, pięknych jezior i rzek Montany zatrzymujemy się w jakimś hoteliku w uroczym miasteczku Kalispell nad rzeką Flathead.  Tak pysznych wypieków lokalnych kawiarenek i cukierenek dawno nie jadłem.  Śmiejesz się, że muszę czuć się, jak w siódmym niebie. A przecież Ty byłeś moim ‘Siódmym Niebem”, nie musiałem go nigdzie szukać w świecie. Mimo, że sam nie byłeś amatorem słodyczy – piekłeś w domu stale jakieś rarytasy dla mnie. A piekarzem byłeś wyśmienitym, co bez wątpienia odziedziczyłeś po mojej teściowej – Twojej mamie.

Wszystko dziś zdarzyć się może.

Dotykasz palcem nuty na

pięciolinii dźwięków nazw

miłości – nuta szybuje w

wysoki ton górnego C.

Przebija błony uszu i

pędzi drożynkami puszczy

mózgu, ścieżkami łąk płuc,

niżej, przez wzgórki podbrzusza –

ku lędźwiom napiętym jak łuk.

Jedziemy niekończącą się szosą przez niekończące się wielkie pasma gór, płaskie jak kartka papieru prerie, przez puszcze porastające olbrzymie jeziora. Ciągniemy w dwóch samochodach, niczym w karawanie przez pustynię, dobytek naszego życia. Od fal Pacyfiku, ku falom Atlantyku, spięci tymi oceanami niczym okładką wielkiej księgi.  Wielkiej Księgi Miłości. Dojeżdżamy wśród tych puszcz i jezior do sympatycznego miasteczka Wawa nad jeziorem Superior. Warszawa w puszczy kanadyjskiej. U wjazdu w opłotki wita nas wielki pomnik kanadyjskiej gęsi. Jest karykaturalnie olbrzymi i brzydki. Typowa tandeta sztuki małomiasteczkowej. Mimo to – nie razi. Nieco dalej duży sklep kolonialny, przed wejściem stoi wielka drewniana beka kiszonych ogórków pachnących koprem. Blisko sklepu duży biały budynek  ‘Polish Community Hall’. Szyld z Białym Orłem w koronie opadł ze ściany i leży oparty o mur budynku. Nikt tu już prawie po polsku nie mówi ale wielu ma polskie korzenie i są z tego dumni. Potomkowie XIX-wiecznej fali emigracyjnej. Idziemy na obiad na jakiegoś wielkiego schaboszczaka z surówką z kapusty kiszonej.

Najprostsze słowa są trudne.

Ot, choćby: wniebowzięcie lub

uniesienie, rozkosz, pasja.

Brzmią, jak organy w barokowym

kościele pod plafonem

fruwających aniołków

z różowymi ustami,

i loczkami włosów na

korpulentnych ramionach,

skrzydełkach, błękitnych kapach.

Od Montrealu jedziemy wzdłuż potężnej rzeki św. Wawrzyńca. Nieustannie w dół, z szerokim widokiem na cały otwierający się niczym długa rola dywanu rozwijającego zielony Nowy Brunszwik. Tu, w szpitalu we Fredericton, urodziłeś się. Oczywiście, że tego nie pamiętasz. Ani żadnych widoków ni wspomnień z atlantyckiej Kanady nie masz z tamtego czasu. Jedziemy z drugiego końca świata, jak pierwsi przybysze ze Szkocji, z Anglii,  z Francji. Osadnicy na ziemiach nieznanych.

Ale znowu omijam, udaje, że nie pamiętam ‘tamten czas’. Czas zły. Czas, który zmienił Twoje życie, a przez to zmienił i moje. Czas za który zapłaciłeś wówczas – po powrocie do domu nad Pacyfikiem – prawie swoim życiem. Czas Twojej pierwszej pamięci Nowej Szkocji, pamięci niezatartej. Nie chciałeś do tej pamięci wracać. I mojej pamięci tego czasu i małego miasteczka  Pictou, nieco większego New Glasgow. I tej długiej, zielonej szosy od lotniska, która tam prowadziła. Czasu roku 2000. Roku odejścia Leony, Twojej matki. Przyleciałem wtedy być z Tobą choć trochę, być z Leoną. Bałem się o Ciebie. Musiałem zostawić w domu nad Pacyfikiem moją matkę, która ledwie kilka miesięcy wcześniej przyleciała zamieszkać z nami na stałe. Tak złożyło się niespodziewanie, że nastąpiła wówczas poprawa stanu Leony, odzyskała przytomność, nawet ograniczoną mobilność, z trudem ale mogła się z nami porozumiewać. Wróciła do domu ze szpitala. Tobie jakby też wróciło życie. Swoim uporem udało mi się i Ciebie wyrwać chwilami od tej okrutnej rzeczywistości. Pokazywałeś mi wtedy Pictou.  Potem musiałem wracać. Odwiozłeś mnie na lotnisko. A nieubłagany wyrok losu wkrótce się ziścił. Twoja matka odeszła. Ale było już tam Twoje rodzeństwo, masa bliskich i znajomych z okolic. Ja kolejnego urlopu z pracy dostać nie mogłem. W niczym też bym już pomóc Ci nie mógł.  Po pogrzebie wróciłeś do domu, do nas. Początkowo ani Ty ani ja nie wiedzieliśmy, nie poznawaliśmy objawów tej rozpaczy, tej choroby, która już zaczynała Cię drążyć. Trwało to wiele miesięcy. Dni i nocy. Nieprzespanych, zarwanych, nieprzytomnych. Były dni, gdy czułem się bezbronny, bezużyteczny. Osaczony zewsząd nieporównywalnymi przeszkodami. Walczyłem, jak oślepiony wilk o Twoje życie. Nic innego nie miało znaczenia. Na kilka miesięcy musiałem wysłać swoja matkę do Polski. Chciała, starała się pomóc Tobie i mnie ale to przekraczało jej możliwości i siły. Było przeszkodą w moim kompletnym poświęceniu wszystkiego Tobie. Bo wiedziałem, że giniesz. I ta walka była gigantyczna, jak walka żywiołów życia i śmierci. Wszystko materialne prawie wówczas straciliśmy: dom, oszczędności, zasoby. Ale wygraliśmy. Ty wygrałeś. Wygrałeś chyba wtedy, gdy wyczułeś – zanim ja to spostrzegłem – że ja tracę wiarę i resztki sił. I dla mnie, dla ratowania mnie – sam tą walkę podjąłeś. Wtedy wiedziałem, że walkę wygramy. I wygraliśmy. Wtedy chyba tak w pełni zrozumiałem, co to jest miłość. Ta najczystsza, najwspanialsza. Potężna, walcząca gdy życie samo nie starcza, poddaje się.

Od tamtej walki, którą wygraliśmy, którą niespodziewanie wygrałeś Ty – stałeś się moja opoką, moją przystanią, moim spokojem. Moją twierdzą, która broniła naszej miłości. Do ostatnich dni. Choć przyszły też tak strasznie za wcześnie i tak nieoczekiwanie – ale dwukrotnie ze Śmiercią targu prowadzić nie można. Raz uległa prośbie Miłości. Dostaliśmy prezent  ponad dekady szczęścia ponownie, gdy wszystko wydało się leżeć w ruinie. Nie zmarnowaliśmy go. Użyliśmy każdy dzień, każdą minutę.

I teraz już na zawsze jesteś ze mną, bo już nie ma ‘mnie’ i ‘ciebie’.  Jesteśmy ‘my’.  Póki wiatr nie rozwieje mojego życia w pyle, który po sekundzie opadnie gdzieś w trawy, w nurty jakiejś rzeki lub morza. Jeśli będę miał czas, to uśmiechnę się wówczas do Ciebie.

IDĘ SOBIE

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.           

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

Greenwich, The Stonewall Inn

Jeszcze jedna dla nas podróż ważna. Jedne jeszcze ścieżki wydeptane w betonowym lesie- dżungli Manhattanu nowojorskiego. Listopad 2012. Potrzebowaliśmy tam pojechać. Lecieliśmy z naszego ulubionego miasta w USA, z Seattle. Planowałem jeszcze jedną podróż. Samochodem z Vancouveru przez piękne wybrzeże Oregonu – do San Francisco.  Niestety odkładaliśmy ją i nagle już nie było czasu. Zresztą wiedziałem, że starego San Francisco, tego które znałem z młodości przed poznaniem Ciebie – już  nie znajdę. Ale chciałem byśmy trochę pochodzili śladami De-De, Mary Ann, Anny Madrigal, Mouse i oczywiście…  Babycake z trylogii Maupina ‘Tales of the City’. Nie udało się. Tego żałuję. Ale od tamtego czasu nazywałem Cię Babycake. I lubiłeś to.

Ale Nowy Jork się udał. Długi spacer w jakiejś strasznej wichurze i śnieżycy noreastera (słynne wichury o kierunku północno-wschodnim, który w tunelach wieżowców Nowego Jorku łamie wszystkie parasolki i porywa kapelusze zaskoczonym turystom) z górnego Manhattanu do Greenwich i do matecznika ‘naszego szczepu LGBTQ’  – do Stonewall Inn. To tam w 1969 wspaniałe queer queens w wysokich obcasach dały popalić nowojorskim ‘bohaterom’ policyjnym. W 1969 chyba jeszcze nie wiedziałem, że byłem gejem. Komiczne, co? W Polsce w 1969, w tym wieku nikt nie wiedział, że jest gejem. Świat był inny. Nikt nie znał tego słowa. Nie w tym znaczeniu, jakie ma dziś. Już kilka ledwie lat później wiedziałem, że lubię chłopców bardziej niż dziewczynki – ale słowa ‘gay’ dalej nie znałem, LOL.

W Nowym Jorku ważne też dla nas było pójść na ten mały skwerek Hyde Parku przed dużym budynkiem Dakota, gdzie mieszkał John Lennon. 8 grudnia 1980, przy wejściu do tego budynku Lennona zastrzelono.  Na tym skwerze, znanym jako Pole Truskawkowe, jest specjalne upamiętnienie Lennona – duża rozeta z napisem w centrum: Imagine. To już były moje czasy. Pokolenia, które uchwyciło się słów tej piosenki, jak nowej Ewangelii. 

Imagine there’s no countries

It isn’t hard to do

Nothing to kill or die for

And no religion too

Imagine all the people

Living life in peace

You

Ty też wierzyłeś w te słowa “Imagine”. To była też Twoja Ewangelia. Ja ciągle w nią wierzę. Jedyna Ewangelia w jaką wierzę. Jaką potrafię sobie wyobrazić.

Jutro pójdziemy znowu na

spacer. Nie ja ani nie ty.

Jesteśmy tylko my – razem.

Nie ma ciebie – jesteś we mnie.

Palce będą się splatać

w czwórdłoniach, usta całować

w czwórwargach, wzrok obejmować

w czwóroczach czułych, widzących.

Popędzimy kwadrygą na

grzywach fal w smugę zachodu.

Póki wiatr nie rozsypie mojego życia w pyle … . …uśmiechnę się wówczas do Ciebie. I wreszcie uśmiechnę się do siebie też.


Link do cyklu ‘Moje Rozmowy z Johnem

Nowy rząd w Polsce. Przebudzenie?

Przebudzenie czy Przedwiośnie? Realizm czy żeromoszczyzna? Szklane domy czy po prostu domy, mieszkania dla ludzi – zwyczajne? Szkoły dla dzieci i młodzieży czy plebanki opłacane z funduszu rządowego? Kobieta-człowiek i obywatel czy tylko kobieta-matka i kobieta-żona? Pytan dużo, oczekiwań jeszcze więcej a możliwości mało.

Jutro, 13 grudnia kończy się farsa ‘rządu’ PiSowskiego. Farsa bardzo droga, bardzo szkodliwa. Ale opłacalna dla wielu. Bardzo wielu. Polska, Europa i świat 2023 to nie to samo, co Polska, Europa i świat 2015. Osiem lat tylko – a cała epoka jakby.

Herkules spotyka Augiasza

Oto kształt tego rządu:

Premier Donald Tusk – Oczywista oczywistość. Na czele nowego rządu stanie przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. To będzie jego szósta kadencja w Sejmie (był posłem I., IV., V., VI., i VII kadencji). Współzałożyciel i długoletni przewodniczący Platformy Obywatelskiej (2003–2014). Dwukrotny prezes Rady Ministrów (2007–2014). W latach 2014-2019 przewodniczący Rady Europejskiej. Od 2019 roku przewodnicący Europejskiej Partii Ludowej.

Wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz – Od 2011 do 2015 minister pracy i polityki społecznej, od 2015 prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego i poseł na Sejm VIII i IX kadencji. W 2020 roku kandydował na urząd Prezydenta RP (uzyskał 2,36 proc. głosów).

Wicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski – Poseł na Sejm IX i X kadencji, od 2021 roku wiceprzewodniczący Nowej Lewicy.

Minister Sprawiedliwości Adam Bodnar – Wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka (2010–2015), członek rady dyrektorów Funduszu ONZ na rzecz Ofiar Tortur (2013–2014). Od 2015 do 2021 roku Rzecznik Praw Obywatelskich. Obecnie senator.

Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski – Senator PiS VI kadencji, Minister Obrony Narodowej w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego (2005–2007), potem poseł PO. Minister Spraw Zagranicznych (2007–2014) w rządach Donalda Tuska. Obecnie europoseł.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Marcin Kierwiński – Poseł od VII kadencji. W 2015 roku został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i szefem gabinetu politycznego premier Ewy Kopacz, od 2020 sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej.

Minister koordynator ds. służb specjalnych Tomasz Siemoniak – Wiceminister Spraw Wewnętrznych i Administracji w rządzie Donalda Tuska (2007–2011). Minister Obrony Narodowej w rządach Donalda Tuska oraz Ewy Kopacz (2011–2015). Od lutego 2016 wiceprzewodniczący PO.

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bartłomiej Sienkiewicz – W latach 2013–2014 minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Finansów Andrzej Domański – Jest absolwentem ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, przez wiele lat pracował w instytucjach finansowych, między innymi jako analityk i dyrektor inwestycyjny. Wykładał na Uczelni Łazarskiego i Uniwersytecie SWPS.

Minister Aktywów Państwowych Borys Budka – Poseł PO na Sejm VII i VIII kadencji. Minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz (2015). Od 2020 do 2021 i powrotu Donalda Tuska szef PO.

Minister Sportu i Turystyki Sławomir Nitras – Poseł na Sejm V, VI, VIII i IX kadencji. W latach 2009–2014 był posłem do Parlamentu Europejskiego. Od 2014 do 2015 roku doradzał premier Ewie Kopacz.

Minister Edukacji Barbara Nowacka – Posłanka na Sejm IX kadencji (od 2019 roku). W latach 2015–2017 była współprzewodniczącą partii Twój Ruch (wcześniej kierował nią Janusz Palikot). W 2016 roku założyła stowarzyszenie Inicjatywa Polska, które w 2019 roku przekształciło się w partię polityczną (obecnie część Koalicji Obywatelskiej).

Minister Zdrowia Izabela Leszczyna – Posłanka na Sejm VI, VII, VIII i IX kadencji. Od 2013 do 2015 roku sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Minister Infrastruktury Dariusz Klimczak – Wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego, poseł na Sejm IX i X kadencji.

Minister Rozwoju i Technologii Krzysztof Hetman – Wiceprezes PSL. Poseł na Sejm X kadencji. W latach 2014-2023 eurodeputowany.

Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi Czesław SiekierskiPolityk PSL. Poseł na Sejm III, IV, IX i X kadencji, oraz deputowany do Parlamentu Europejskiego czterech kadencji.

Minister Klimatu i Środowiska Paulina Hennig-Kloska – Posłanka, w Sejmie od VIII kadencji. Najpierw w Nowoczesnej, a od 2021 r. w Polsce 2050.

Minister Funduszy i Polityki Regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – Była ambasador RP w Rosji. Szefowa think tanku Strategie 2050.

Minister Rodziny i Polityki Społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – Od 2015 do 2019 roku w partii Razem. Od 2021 roku w Nowej Lewicy. Posłanka IX i X kadencji.

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Dariusz Wieczorek – Wiceprzewodniczący Nowej Lewicy, poseł od 2019 roku.

Minister Przemysłu Marzena Czarnecka – Prawniczka, wykładowczyni Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Kieruje Katedrą Transformacji Energetycznej.

Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej;

Oprócz szefów resortów w skład rządu Tuska wejdzie też pięcioro tzw. ministrów bez teki, którzy zajmą się konkretnymi zadaniami zleconymi im przez premiera. Marzena Okła-Drewnowicz – minister do spraw polityki senioralnej; Katarzyna Kotula – minister do spraw równości; Agnieszka Buczyńska – minister do spraw społeczeństwa obywatelskiego; Adam Szłapka – minister do spraw Unii Europejskiej; Jan Grabiec – szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów; Szefem Centrum Legislacyjnego Rządu zostanie Maciej Berek.

Niektóre nazwiska nic mi nie mówią (co zrozumiałe po czterdziestu ponad latach nieobecności …), inne mowią dużo. Sam problem manewrowania politycznego kogo-kim zrobić w rzadzie obejmujacym tyle partii, stronnictw i ruchów politycznych, to praca istnie heraklitańska. Co dziwić nie może też – wszak czeka ich sprzątanie stajni Augiasza.

Tusk, jak premier to raczej bez tłumaczenia – politycznie inaczej niemozliwe. Bodnar świetny na ministra sprawiedliwości (będzie miał najpierw problem z używaniem tego tytułu, który po porzedniu stał się symbolem niesprawiedliwości i beprawia); Nowacka, jako minister Edukacji – strzał w dziesiątkę. Sikorski do MSZ (choć szczerze go nie znoszę i uważam za polityka, który dla władzy sprzeda duszę) wyjściem dyplomatycznie najlepszym – zna wszystkie ścieżki dyplomacji światowej a europejskiej zwłaszcza. Cieszy mnie bardzo uczestnictwo Nowej Lewicy, która Polsce jest potrzebna, jako pewna osłona przed neoliberalizmem. Ministerstwa Rodziny i Szkolnictwa Wyższego właśnie politykom Lewicy przypadły. To dobrze.

Refaat Alareer. When a poet dies …

Wczoraj , 8 grudnia, palestyński poeta z Gazy był w szkole na spotkaniu z młodzieżą, która tam się schroniła. Normalnie byłby pewnie na swoim uniwersytecie w Gazie, gdzie wykładał literaturę angielską. Ale uniwersytetów w Gazie już też nie ma, zbombardowane, jak reszta tego miasta-polis. Więc był z tą młodzieżą i dziećmi w szkole. Nagle dostał telefon od kogoś, kto przedstawił się jako oficer z wywiadu izraelskiego. Ten ktoś poinformował go tylko, że wiedzą, gdzie on jest i że zbombardują to miejsce, że powinien uciekać do domu. Alareer miał powiedzieć, że wychodzi natychmiast ze szkoły, aby nie bombardowali. I zbiegł do domu, gdzie były jego dzieci, żona i siostra z dziećmi. Minuty póżniej w ich doom uderzył pocisk i wszyscy zgineli. Dla najeźdźców poeci są często groźniejszym celem niż żołnierze. Bo poeci to duch narodu.

zdjęcie ze strony Facebooka poety

Przetłumaczyłem właśnie wiersz Refaata Alareera, wiersz profetyczny. Wiele jest takich wierszy w annałach literatury polskiej czasów wojny. Do tego smutnego Gabinetu Poezji Śmierci wstawiam teraz i ten, palestyński. Jak napisał sam poeta z Gazy: “ Pisanie jest świadectwem, pamiecią która przetrwa ludzkie doświadczenie, jest obowiązkiem komunikowania się ze sobą i światem. Żyjemy by opowiedzieć historię straty, przetrwania i nadziei.”

Jeśli muszę zginąć,

ty musisz przeżyć
by spisać moją historię,
sprzedać rzeczy po mnie,
kupić kawałek materiału
i trochę sznurka
(niech będzie biały z długim ogonem) –
niech dziecko gdzieś w Gazie,
patrząc niebiosom w oczy,
czekając na ojca, który odszedł w płomieniu –
nie żegnając nikogo,
nawet swego ciała,
nawet siebie samego –
zobaczy go, mój latawiec, który zrobiłeś, szybujący
wysoko
i pomyśli przez moment – oto anioł tam
roznosi znowu miłość
Jeśli muszę zginąć,
niech przyniesie nadzieję,
niech zostanie spisane.

(autor: Refaat Alareer, Gaza, 2023 ; tł. B. Pacak-Gamalski)

Co to znaczy: dom?

fot. by B. Pacak-Gamalski

“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi  (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.

Urodziłem się w  Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.

Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski. 

Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.

Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..

Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.

Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.

Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.

Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.

Fundacja BASTA

Tidal Bore of Fundy Bay. Bor przypływu z zatoki Fundy. (part 2/część 2.)

At the end of my journey, this fellow met me in Stewiacke

Pamiętacie poprzednią próbę wycieczki śladami potężnego wiertła oceanu, które boruje sobie kanały wzdłuż Nowej Szkocji? Tak po prostu. Włazi sobie w ląd, wyrywa pewnie miliony metrów sześciennych ziemi, boruje kanały i wlewa się swoim żółto-brunatnym mułem. Pamięta skubany, że kiedyś mógł tu skutecznie łączyć się z cieśninami North Cumberland i św. Wawrzyńca i nie był żadną ‘zatoką’ a też cieśniną, nie był zamulony a czysty, jak świeża woda. Nagle wody opadły i Nowa Szkocja z wyspy stała się półwyspem zamykając swobodną wędrówkę wody oceanicznej. No to ta Fundy Bay, która ‘bay’ nie chciała być, pcha się w ten ląd swoją starą drogą. Boruje.  Zaczyna to się w okolicach miejscowości Maintland i drąży ziemię.  Raczej wiadomo, że wydrąży. Woda , panie dobrodzieju, zawsze była silniejsza od najtwardszych skał. Uparta, ot co. Skała to taka trochę zarozumiała jest. No bo silna, twarda, niewzruszona. Więc siedzi tak sobie nieruchomo pewna swej mocy. A woda to żywa, jak rtęć. Smyk, smyk i już miejsce znajdzie. I zacznie drążyć aż tak wydrąży na około twardej skały, że skała sama się zawali w proszek.  

Tamta wycieczka częściowo się tylko udała, bo zachciało mi się ‘bocznych wycieczek’, gdzie w jakiś ostępach leśnych mało nie zniszczyłem swego traka.Wiec dziś pojechałem z surowym sobie danym nakazem: od A do B i wtedy do C. Żadnych bocznych atrakcji.  Co prawda, tak zupełnie posłuszny i skoncentrowany na jeździe utartymi szlakami nie byłem i właziłem tam, gdzie były napisy: Halt! Verbotten! No, ale co to płotek niby metalowy, ale nie wyższy niż do klatki piersiowej? Bo niby zima wszystko nieczynne. A co ja niedźwiedź jaki, że zimą mam spać w norze?! Albo dróżka boczna przez las i wzgórza, niby żwirowa a nie asfaltowa ale porządna.  No tak, był duży napis, że roboty i stała wielka kobieta w walonkach i żółtym skafandrze z dużym znakiem ‘stop’.  Podchodzi do mnie i mówi: reperują most dalej, tylko dla ruchu lokalnego, wracaj do szosy i szosa do głównej trasy. A przecież ja też miałem walonki na sobie, jadę trakiem, jak farmer, więc mówię: ale ja lokalny. No to ona: a,  to OK, jedź. Tylko powoli i uważaj na ciężarówy ze żwirem. I pojechałem. Za mostkiem już robót nie było i droga była dobra.

I cała drogę tej wielkiej rzeki-mułu przejechałem, zaglądałem do niej, podziwiałem potęgę natury. Spotkałem orły, choć zdjęć zrobić nie zdążyłem. Zanim kamerę ustawiłem, odleciały za drzewa. Ale wiecie, jak orły wyglądają. Klucze dzikich gęsi za to po niebie szybujące dały się, niby pięciolinie, w obiektywie złapać.

On the last day of November as you remember, I went to view the immense power of the tidal bore that starts from Minas Basin around Maitland. At that time my unfortunate side trips took so much time, that when I eventually arrived to view the brown mud-river – it was too late to properly explore it. A few days later, still not fully recovered from my bad flu, I went again. This time I took a shorter route and no ‘side trips’. Winter offers totally different views. And lack of tourists. Zero. None. Yes, some spots were gated and closed. But the gates were not really that tall and maybe I didn’t see the sign ‘closed for the season’? Who knows. I was there and the river was there and we had to meet somehow. So we did. The rest is history. The Tidal Bore is an absolute must to see. Such immense power of the ocean tides and the constant struggle of the land against it. A struggle the land will eventually lose. But observing it is something to admire. Nature has so much majesty. I took this time Highway 102 to Shubenacadie and #215 to Maintland. Came back by scenic Riverside Road that follows the flow of the Channel (called also Subenacadie River).  

Gdzie pies z kulawą nogą …where the devil won’t …

… nie pójdzie, to polazę. … there I will go.

The other day, on the last day of November I decided to go and explore parts of Nova Scotia hinterland I have not traveled through. It wasn’t the smartest choice but – what the heck, not the first and certainly not the last time I did things I maybe shouldn’t, and a bit too late, as it was already 1 PM.  Took the #101 west to Lower Sackville and turned into #354 north toward Beaver Bank. Between the little and tremendously loooong towns of Beaver Bank and Middle Beaver Bank, the traffic and road repairs stretched my patience to the limit. I was just about to turn around and go home. But past the Upper Beaver Bank the highway climbed higher and higher, the sky became bluer and bluer and the new snow was so white on passing tree branches and endless fields. I was in heaven. Around the small community of Upper Rawdon the highway reached its peak and you could enjoy endless view in front while driving. And there was almost no one else driving. Such a peace. And peace is what I went for in my driving that day.

I was aiming to go to Maitland to view the power of the Tidal bore of Minas Basin as it rips the land and goes toward Truro on one end and all the way to Shubenacadie on the other end. There is no escape – that bore and power of the Fundy Bay will in not so distant future finish its job and separate once again Nova Scotia from the mainland and we will become an island again. Little chance I will see it (although rising sea levels might accelerate even faster …) but people in their twenties most likely will. I was aiming to…. My famous words, LOL. At the footsteps of the lovely town of Kennetcook I took a sharp turn to the west. Let’s explore some more of the hinterland. Sure, why not?  Especially that it started snowing and daylight became a bit greyish …  It was the last day of November, after all.  Around small Tom Barron Road, I thought that I should start heading back to my original destination. Turned right into the road, passed two or three ancient homes, lost my internet connection. But west is west and east is east with or without internet.  The gravel and mud road instantly becomes narrow. Have a big truck, so what? Just drive to the end and turn on the first road toward the east. What’s the problem?. Passed a very small enclosure in the thick forest with one solitary bull there.  Waved to him and very slowly moved further. Slowly because the road stopped being a road. It became very narrow, with deep holes tunnel. Suddenly for a moment my wifi came back and said: continue for six kilometres and turn left. I tried. But there was no chance. One could hardly walk there and no car (maybe a tank, but I doubt it) can possibly drive through that tunnel. Turning around was impossible. The only choice was driving in reverse trying not to get stuck. Took me forever, meter by meter, back and forth. Branches scratched my poor truck seriously. But I had to get out. The phone was dead again. Finally, I got back to the enclosure with the bull, and used the small clearing around it, turned around and headed back. That was interesting, LOL.

The rest was easy. Back to Kennetcook, down to Maitland. And to the power of the yellowish bore of Minas Basin. It was getting too late already to explore the view of the ‘river of mud’. Took a few pictures and took Highway 215 to Shubenacadie by #102 and back to Dartmouth.  Very soon, I will have to take that drive again to observe the tidal waters coming through the land. But will not engage in doing ‘side trips to nowhere’.

Ostatniego dnia listopadowego nie mogłem więcej wytrwać w domu. Mimo ciągle męczącego kaszlu i myśli zwróconej w kierunku strasznej rocznicy – zdecydowałem pojechać w tereny nieznane jeszcze, na północ przez wzgórza, ku dolinie którą zamieniła w rwącą, żółtą rzekę potęga fali przypływu z Fundy Bay. To nie jest rzeka słodkowodna. To morska fala, potęga oceanu, który rozerwał tą dolinę, jak pługiem. Wyborował sobie drogę. Dawniej, tysiące lat temu Zatoka Fundy była po prostu cieśniną, która oddzielała Nową Szkocje od lądu stałego.  Teraz, podnoszący się stale poziom morzą związany ze zmianami klimatycznymi wraca w swoje dawne koryta. Za pięćdziesiąt lat spodziewamy się, że Fundy Bay znowu będzie cieśniną i połączy się z Zatoką św. Wawrzyńca czyniąc Nową Szkocję wyspą ponownie. Być może nastąpi to szybciej.  Więc pojechałem w kierunku Maitland przez rozległy płaskowyż zobaczyć gdzie ten potężny bor przypływu wyżłobił tą słoną, mulistą rzekę, której jedno ramię delty prowadzi do Truro, a drugie na południe, do Shubenacadie.

Ale, zwyczajem swoim, miast jechać wytyczoną trasa do celu, w okolicach uroczego miasteczka Kennetcook, skręciłem nie w prawo do Maintland, a w lewo. Troszkę wiejsko-sielankowego uroku tej zachodniej części Nowej Szkocji zasmakować. To trochę taka dzielnica zapomniana, nie na głównym szlaku. Zaczynało się robić lekko późno, śnieg prószył już nieźle. Po parudziesięciu kilometrach dojechałem do małej wioski przy drodze Toma Barrona. Pomyślałem, że czas wracać w kierunku Kennetcook i na trasę zaplanowaną. Nova Szkocja obszarem to nie Kolumbia Brytyjska czy Ontario. Wszędzie tu blisko, więc po co wracać ta sama drogą? Przejadę przez tą wioskę i z drugiej strony lasku w pierwszą napotkana drogę w prawo. Co za problem? Droga tylko bita, wąska, ale mam przecież trucka a nie fiacika. Wioska była malutka, osada w zasadzie , może trzy-cztery domki. Zaraz za domostwami zaczął się lasek. Potem gęstszy, droga węższa. Straciłem wifi i googla. Jechałem już wolno. W pewnym momencie była małe obejście otoczone palisadą wewnątrz którego stał samotny byk. Pomachałem ręką. Śnieg prószył bardziej i widoczność zmalała. Zaraz za obejściem droga stała się drużką, tunelem w zasadzie z głębokimi koleinami. W pewnym momencie mój gogle się odezwał! Dalej mnie prowadził mówiąc wyraźnie – za sześć kilometrów skręć w prawo i kontynuuj do szosy 236. Zawahałem się ale nie było jakiejkolwiek możliwości zawrócenia, mój truck ledwie się mieścił między drzewami. Może za kilkadziesiąt metrów ta dróżka się powiększy? Nie powiększyła się. W pewnym momencie zwężała się na dróżka dla jednego-dwóch piechurów. Nie było wyjścia. Wifi też przestał działać ponownie. Musiałem cofać się metr po metrze pilnując by nie wpaść w koleiny i nie zabuksować się lub nie uszkodzić zawieszenia kół. Na gałęzie szorujące bogi samochodu uwagi nie już nie zwracałem.  W zasadzie smiac mi się chciało. W najgorszym wypadku będziesz tu w tej dzikiej gęstwinie nocować, benzyny masz sporo to będziesz mógł się ogrzewać., LOL. Ale metr po metrze jakoś udało mi się wycofać do miejsca tego zagrodzenia z bykiem. Przy zagrodzeniu była mała wycinka, gdzie udało mi się samochód przekręcić. Byłem więc ‘w domu’. Pogadałem chwilę z bykiem, który patrzył się na mnie z politowaniem.

Wróciłem do trasy i przez Kennetcook pojechałem szosą 236 do Maintland. Zaczynała się  niezła szarówka, śnieg ciągle padał.  Obejrzałem tylko mały fragment tej ‘żółtej rzeki’. Jej ciekawsze fragmenty były blisko ale wymagałby zjechania w inną szosę a widoki z minuty na minutę były gorsze. Obiecałem sobie tu jeszcze wrócić (bez bocznych ‘objazdów’).  Szosa 215 pojechałem do głównej trasy 102 i stamtąd do Dartmouth, do domu. Było już czarno. Ale wycieczka mimo to udana.

Zeitgeist



The term ‘zeitgeist’ is not fully clear. It came to be prominently used by the end of the XIX century and early XX century in Europe, especially in Germany, and comes from the unclear land between philosophy and psychology, from where it leaked into literature and historiozophy ( philosophy of history).

Generally speaking, it describes a certain time in history, an epoch, when non-ethical behavior was permissible or even expected. Morality was stretched beyond its meaning or got a new meaning. New leaders are rising to power as a result of new social acceptance. Strong chauvinism and nationalism trump other norms. The world becomes dual-colored: Them or Us or Us contra Them

In 2020 there were some events concentrated on the most abhorrent and evil time and place in modern history: Auschwitz. The German concentration camp in the town of Oświecim in Poland. Treblinka was an extension of that ‘Factory of Death’.  That’s when I constructed a literary piece called ‘Zeitgeist’.  For people to build such a place, for leaders to want it to be built – it must be a zeitgeist: time and place for it.

In the last decade, I see a powerful wave of xenophobia raising its head all over the world. Growing trend of populism. And I do call it a new zeitgeist.  Trump in US; new type of angry, populist conservative leaders in Canada’s politics (Poilievre in federal politics; Scott Moe in Saskatchewan; Danielle Smith in Alberta – to name a few most dangerous ones). It is not only xenophobia – with it homophobia is rising, racism (often covertly), and islamophobia, to name a few.



There is a group of people, who suffered in the last hundred years tremendously. People, who were stateless, become through centuries settlers, and nomads settling other states, mixing with their populace. But maintained to a large degree their difference. Mainly because of religious devotion and cardinal religious schism between the old one (Judaism) and the new one (Christianity). It wasn’t the language (most of them over time could not communicate in their old Hebraic language) or looks, but precisely the religious schism that laid the foundation of antisemitism, that created pogroms.

I have always had a special affinity and sentiment toward Jews. After all – Poland for centuries was a safe refuge for them compared to other countries in Europe. I was sad that being born after the 2 world war – I was robbed of their distinct presence in Polish towns, and cities. A presence that was still felt very much, was talked about by your parents, and grandparents, and was filled in entire Polish literature, and art. Detested angrily the act of violence perpetrated against them (the very few who survived) in new Poland after the fall of Hitler.

And something happened that forced me to see a different Jew. An Israeli Jew. A settler. October 7,  2023.

 Hamas–led terrorist attack on Israeli kibbutzes on occupied Palestinian land resulted in the brutal murder of about 1200 Israelis and some foreign nationals. They also took about 240 (according to Israeli count) hostages back to Gaza. Everyone was shocked. Not by that attack itself – after all Palestinians have a right to fight for at least an internationally recognized part of old Palestine. The part that was internationally reserved for a Palestinian state. Every nation on Earth has a right to self-determination and a right to fight for it. What was shocking was the brutality of it, the massive failure of the Israeli army and police (one of the best-equipped army in the world) to protect the civilian Jewish population. The assault was a ghastly way of murdering civilians. Many states (unanimously in Europe and North America) condemned the attackers.

But what followed in a wake of Israel’s military response – shocked everyone even more. And harshly polarized the opinion of the majority of the world, even within one state. In a short few weeks a non-stop air, artillery, and missile attacks on the entire population and infrastructure of Gaza left Gaza City, it’s services (medical, sanitary, and everything else) were reduced to ruins. The civilian population was not spared the onslaught of bombs. Quickly, the deaths counted in thousands. Approximately 7000 kids were slaughtered.  All border crossings (controlled by Israel) were shut down. Nowhere to escape. Nowhere to search for food, nowhere to ask for medical help for thousands more wounded, nowhere to search for water to drink.

And I saw the shadow of enormous Zeitgeist hovering over the entire Middle East.  Black, angry, spewing ashes and flames.


above – Left panel: a kid in Warsaw in 1945; right panel: a kid in Gaza in 2023

Miejsca i ludzie w akwarelach

Miejsca i ludzie w akwarelach
Kto czeka?

Gdy idę sobie ulicą i stukam
obcasem w głuche płyty chodnika,
to myślę, że nie czas jeszcze chyba
na zapomnienie, odjazd w gęsty las.

Gdzie wiolonczela łka,
piszczałka drewniana
piszczy, śpiewa łąka.

Są jeszcze książki nie przeczytane,
filharmonie z symfoniami nowymi.
Są jeszcze groby, które chce odnaleźć.
Gdzieś przyjaciel może ma mnie spotkać?

Może miasto i rzeka?
Vancouver, Warszawa,
Wilno i Lwów czeka?

Kiedyś, przed wielu laty, malowałem trochę. Portret przyjaciela, portret polskiego baletmistrza tańczącego ‘Harnasi’ Szymanowskiego, portret Julisza Osterwy grającego na wileńskiej Pohulance rolę Księcia, portret mojej wielkiej improbable Edith Piaf. Wszystko w oleju. A! i jedną martwą naturę, nawet dość udaną. I na tym się chyba skończyło. Wszystko w Polsce jeszcze. Tylko tą martwą naturę jedną jedyną już w Kanadzie. Bo chciałem namalować jakąś akwarelę. Tata robił piękne akwarelki. A ja nie potrafiłem. A akwarela to poezja malarstwa. Olej to wiecie – można przerabiać, poprawiać, wracać po miesiącu. Tak samo, jak w powieści i opowiadaniach – edycji może być bez końca. A wiersz przepracowany nadaje się do kosza. To samo akwarelka. Więc, gdy mi akwarelki nie wychodziły – to ogólnie pędzle poszły do kosza też i wszelkie malowanie zarzuciłem. Pewnie z zyskiem dla sztuki malarskiej.

Po latach dopiero bardzo wielu w sukurs przyszły mi techniki manipulacji fotograficznej. Do palety i tubek farb nie wróciłem ale zdjęcia ‘akwarelowe’ zrobić mi się udało. Jak te ostatnio –

Te moje oleje wiszą gdzieś na ścianach w Polsce, a ja tylko mam nie najlepsze ich zdjęcia.