Antologie poezji polskiej w Kanadzie

(z perspektywy antologisty)

Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:

Kanada blaskiem rozsypana,

Na dwóch lecąca oceanach,  

Nie słyszy mnie i nie dostrzega

 Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,

przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.

Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.

Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:

Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.

W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:

Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych – od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez których o jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.

Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.

Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecum porto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:

kiedy staję na palcach

by zanurzyć dłoń

w jasnym powietrzu

spod stóp ucieka mi ziemia

jak wahadło

zawieszone

na iglicy zenitu.

Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.

addendum

tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego

Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com

Putin, traktory i ‘chłopi’

Muzeum Narodowe w Krakowie; http://www.zbiory.mnk.pl ; ‘Żółkiewski pod Cecorą’ W. Piwnickiego

Przyglądam się z coraz większym niepokojem polskim szosą prowadzącym do przejść granicznych z Ukrainą. Tym kilometrowym wystawom sprzętu rolniczego, zwłaszcza ciągników i traktorów. Bardzo zresztą ładnym i nowoczesnym, tutaj furmanek czy zdezelowanych Ursusów nie uwidzisz. Polska wieś zasobna, gospodarna. Mam nadzieję, że gospodarna i że ktoś tym krówkom w stajniach i świnkom w kojcach siana i innej strawy na czas daje. Słowem, że gospodarstwa pilnuje. Wszak od dziesięcioleci słyszeliśmy, że chłop urlopu nie ma, bo w oborze i na zagonie ni zwierzę ni rola urlopu nie biorą – świątek, piątek czy niedziela. Pewnie panie Gospodynie wiejskie i dzieciaki chłopskie chłopa-męża dzielnie w tej pracy znojnej zastępują.

Ach, łza się w oku kręci, gdy taki obraz wsi polskiej maluję. Tyle, że jest to obraz, tak jak od Chełmońskiego, a nie rzeczywistość. Mamy de facto dziś producentów żywności. Chłopa z małego gospodarstwa na tych szosach nie obaczysz przypuszczalnie – na samą benzynę (lub ropę) by go stać nie było. Więc ci polscy przedsiębiorcy żywnościowi idą blokować granicę ukraińską by produkty rolne od obszarników ukraińskich nie zalewały polskiego i europejskiego rynku.

A co polskiemu klientowi w sklepach spożywczych za różnica, czy kupuje drogie jajka od obszarnika ukraińskiego czy od kułaka polskiego? Bo kurze to kompletnie obojętne, kto jej te jajka podbiera. A te ciągniki wysiewające stale zbędne i groźne, trujące otoczenie wyziewy spalinowe to na granicy ukraińskiej stać mogą – tylko pomyliliście na której granicy. Powinny być tam dalej na wschód, na rosyjsko-ukraińskiej.  Jak tabor Żółkiewskiego pod Cecorą. I nie pozwalać dziczy rosyjskiej wchodzić na dawne ziemie Rzeczypospolitej. Ale – tak, jak klęska Żółkiewskiego była w dużej mierze spowodowana zdradami i ucieczkami podwładnych Żółkiewskiego – tak i ci ‘ciągnikowi bohaterzy’ innemu panu dziś służyć się zdają.  Nie sułtanowi tureckiemu, z którym mierzył się Żółkiewski. Nie – carowi rosyjskiemu.

Wstyd i hańba polscy producenci żywności (chłopami was nie chce nazywać więcej,  bo jesteście faktycznie przedsiębiorcami i w dodatku wielu z was pewnie zatrudnia za psie pieniądze właśnie ukraińskich robotników rolnych), że własna chciwość i łasość na mamonę zastąpiła wszelkie poczucie odpowiedzialności za kraj, wszelką obywatelskość zgubiła. Ach , i jeszcze ta po-pisowska nienawiść do Unii Europejskiej, która chce narzucić wam przepisy nowego ‘zielonego ładu’! Krzyczycie, że wy sami najlepiej wiecie, jak środowisko naturalne ratować.

Ot, to wam powiem –  …no wiecie i tyle. Zaśmiecaliście od dziesięcioleci te środowisko, zatruwaliście je bez końca. Za czasów komuny i po 1990. Kiedy tam mieszkałem i później, gdy często odwiedzałem, widziałem to często i gęsto. Nie wszyscy naturalnie. Ale podejrzewam, że większość tych, co tymi ciągnikami blokują te szosy. Są piękne cechy chłopskie. Ale są i obrzydliwe – przysłowiową jest pazerność i upór. Znam i takich tu, w Kanadzie, gdzie mieszkam. Gdy trzeba wyciągać od rządu dotacje i daniny – to naturalnie identyczne hasła: my farmerzy, sól tej ziemi! My żywimy Kanadę i świat od świtu do nocy harując na rodzinnych gospodarstwach! Tyle, że przeciętny mieszczuch ciągle romantycznymi oczami widzi tą wizję domowego gospodarstwa: stara chata-rancho drewniana, kury w obejściu, sad za oknem i paręnaście-parędziesiąt hektarów ziemi ornej. Podczas, gdy w rzeczywistości to latyfundia na miarę tych polskich magnackich na starej Ukrainie. I tysiące letnich robotników rolnych sprowadzanych za grosze z Meksyku i trzymanych na ‘gospodarstwie’ w urągających warunkach po 3-6 osób na izbę.

Gdybym był Donaldem Tuskiem, to bym nie jechał do Brukseli odblokować jakieś fundusze dla was rolnicy-putinowcy na szosach. Wysłałbym siły policyjne i odpowiednie wozy do ściągnięcia tych ciągników z szosy, was ukarał grzywną za blokowanie infrastruktury przygranicznej i obarczył kosztami tej operacji policyjnej. I pożegnał pozdrowieniem, jakim za mojego dzieciństwa na polach się chłopi witali i żegnali – szczęść Boże!

Zimowy Syriusz i Wielka Niedźwiedzica

Czemu wołasz mnie Syriuszu, lampo nocnego nieboskłonu? Czemu żądasz: pisz o mnie Pieśń Pochwalną?

Ja już pisać nie potrafię, a ty nie masz prawa wymagać ode mnie peanów na cześć twej świetności i świetlności pozaziemskiej. Lubię cię oglądać na zimowym nieboskłonie, gdy mija cię Księżyc popędzany batem rydwanu Wielkiej Niedźwiedzicy. Ale nie, nie jestem twoim oblubieńcem ani ty moim. Lubić spoglądać a kochać – to nie to samo miły, choć nieco zadufany w sobie Syriuszu. Ale, aby przyjemność ci zrobić, pomyślałem, że jeśli nie pean, to chociaż fotograficzny portret ci wymaluję nocą.

Ubrałem się koło północy w ciepłą kurtkę, buty z cholewami na głęboki śnieg i zszedłem nad wodę. Woda, sama zazdrosna, zgotowała pokaz bardziej kolorowy, świetlisty niż nieba ponad nią. Odbijała światła portów, mostów, latarń. Tak, jakby jakiś francuski impresjonista sam ją malował. Powiedzmy Bal w Le Moulin de la Galette pana Renoir’a. Lub coś w tym rodzaju. Ale to wodne odbicia, naturalne i lokalno-ziemskie. Jasno było, bo te światła i od wody i śnieg wokół bialutki. Już trójnóg kamery ustawiałem i spojrzałem w niebo. A tu ic. Zaciągnęło grubą kotarę nisko nad horyzontem. Śladu nieba i gwiazd jakiegokolwiek.

Więc zadrwiłeś sobie ze mnie drogi Syriuszu. Niech ci będzie. Nie będę się dąsał. Ale pieśni ci nie napiszę i tak, ani peanu z wersetami, ustrojonymi niczym falbanki halek moich babek i prababek. Nie dąsaj się i ty, nie do twarzy ci z grymasami. A twarz masz piękną, świetlistą. I będziesz wiecznie, nie jak ja. Ponoć masz jeszcze ponad 190 tysięcy lat. Nie, nawet nie ziemskich ale kosmicznych, a kosmiczne lata są tysiące dłuższe niż nasze. Nie będzie już Wenus, którą o świcie czasem podglądam. Pewnie i Ziemi też. Po mnie już śladu najmniejszego, nawet mikroskopijnej cząstki promieniowania węgla lub wodoru, które są moim budulcem zasadniczym.

Rozpływam się zresztą już teraz w czasie ziemskim, praktycznym. Jest mnie mniej każdego dnia. Więc kurczy się też moje pisanie. Wszak nie wypada stale pisać o przeszłości. A przyszłość przede mną nikła zaiste. Nawet ziemskim czasem odmierzana. Uśmiecham się jeszcze do gwiazd i gwiazdeczek ale już skromnie i bez głodu. Nie będę pił w kryształowym pucharze ambrozji gwiazd zmieszanych z winem leżakowanym latami doświadczenia. Nic nie mam do zaoferowania: ani sonetu, ani sonaty. Epos? Jeśli, to nie epiczny i bardzo prozaiczny.

 

ODBICIE
Patrzę w lustro
dotykam dłonią
zimnej płaszczyzny
która odbija moją twarz
jej rysy rozpływają się
w falującej wodzie szkła
z każdym dniem
jest mnie mniej
staje się niewyraźny
nie podobny do siebie

Nadejdzie moment
gdy nie poznam tej twarzy
patrzącej na mnie z lustra
nie będę wiedział
która z nich będzie mną
ta odbita w lustrze
czy ta patrzące w nie

(16 luty, 2024, B. P-G)

Dwie wojny. Dwa inne światy i wymiary.

Dwa największe i najbardziej obecnie niebezpieczne dla pokoju światowego ogniska wojenne to wojna w Ukrainie i wojna w Gazie-Palestynie. To nie największe zagrożenie i nie najniebezpieczniejsze wojny dla świata. Ta zacznie się w Azji. Ale te dzieją się już teraz: z bombami, czołgami, rakietami i tysiącami zabitych.

Ten Wielki Konflikt, to zdaniem moim nieunikniony prawie konflikt amerykańsko-chiński. Chiny nie rozpoczną go, dopóki nie będą pewne swej autentycznej siły militarnej. Ale mowy być nie może, by mocarstwo (jakim Chiny są) pozwoliły sobie na nieustanną amerykańską dominację w Azji. Nie zamierzają tej dominacji kontestować ani w Europie, bezwzględnie nie w Ameryce Północnej, ani nawet w Ameryce Południowej. Nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że nie pogodzą się z ekspansjonizmem amerykańskim w Azji.  Afryka już jest i pozostanie miejscem rywalizacji obu mocarstw. Rosja jest ciągle wielką niewiadomą. Moim zdaniem to kolos na glinianych nogach. Ale może być dla Chin wygodnym sojusznikiem.

Do wielkiego wojennego zderzenia Chin i USA może być jeszcze długa droga. Jest możliwe nawet, że spór o dominacje w Azji będzie rozwiązany negocjacjami tych dwóch kolosów. O ile przedtem nie dojdzie do dużego zderzenia z innym kolosem azjatyckim – Indiami.

A wojny na Ukrainie i w Palestynie są teraz. I są bardzo groźne. I bardzo inne.  Tak przyczyny, jak i cele oraz gargantualne różnice w uzbrojeniu, możliwościach militarnych stron konfliktu na Bliskim Wschodzie i na Ukrainie – czynią te konflikty kompletnie ze sobą nieporównywalne.

Ukraina

Rosja napadła na drugie, suwerenne i niezależne państwo. Państwo z własna armią i bardzo duże (ponad sześć milionów km2 powierzchni i ok. 40 milionów mieszkańców). Rosja jest wielokrotnie większa i obszarem i ludnością – nie jest to jednak walka olbrzyma z karzełkiem. Zasoby ukraińskie, jak zaznaczyłem, nie są niewiele znaczące. Sam fakt, że Rosji nie udało się do tej pory – po dwóch latach walk – odnieść zdecydowanie olbrzymich i spektakularnych sukcesów świadczy o wytrzymałości i gotowości bojowej Ukrainy w wojnie obronnej. W wielkim stopniu znaczeniu masowej i nie do przecenienia pomocy finansowej i dostaw olbrzymiej ilości sprzętu wojskowego dla Ukrainy przez państwa zachodnie, na czele z USA.

Strefa Gazy

Totalna wojna Izraela na terenach Gazy, a od niedawna też na obszarze całej Strefy, łącznie z pograniczem egipskim między Rafah i Han Yunis. Na wielokrotnie większym obszarze Zachodniego Wybrzeża (wzdłuż rzeki Jordan, która tworzy granice miedzy Palestyną i Jordanią), gdzie znajdują się władze polityczne państwa Palestyńskiego nie ma bezpośredniej inwazji armii izraelskiej. Ma tam jednak miejsce nieustanna działalność grabieżczo-terrorystyczna uzbrojonych osadników izraelskich. Odbywa to się często przy współudziale lub milczącym przyzwoleniu żołnierzy izraelskich na akty napaści na Palestyńczyków tam  mieszkających. Jeszcze przed terrorystycznym napadem oddziałów Hamasu na te osiedla izraelskie po drugiej stronie granicy w Gazie – Palestyńczycy od wielu lat byli poddawani aktom wypędzania ich z rodzinnych farm i zbrojnego zajmowania ich domostw i gospodarstw przez napływających stale nowych osadników żydowskich. W ostatnich dekadach ci osadnicy przybywali głównie z Rosji i bardzo przypuszczalne jest, że charakteryzowali się pewną specyficzną mentalnością rosyjską, która przez pokolenia bez wątpienia odbiła się na ich własnej mentalności. Mentalności bezprawia, lub prawa pięści i brutalnej siły. Tego samego, które charakteryzuje rządy i Mikołaja II, i Stalina, i Putina.

Te szukanie podobieństwa emigracji żydowskiej z Rosji do Izraela i cechami mentalności jest jedynym podobieństwem wojny na Ukrainie i najazdu izraelskiego na Strefę Gazy.

1. Sytuacja na Ukrainie:

24 lutego 2022 Rosja rozpoczęła totalną wojnę przeciw Ukrainie. Główne siły uderzenia poszły z terenu Białorusi w kierunku Kijowa wykorzystując zgromadzone tam wcześniej potężne siły rosyjskie: 35 Armią i 127 Dywizję Zmechanizowaną; jednocześnie z drugiego brzegu Dniepru uderzyła 36 Armia wspomagane silnymi jednostkami wojsk powietrznych. W kolejnych tygodniach do natarcia dołączyły inne wielkie jednostki rosyjskie. W tym samym czasie rozpoczęły się natarcia rosyjskie z zajętych wcześniej separatystycznych prowincji Ługańskiej i Donieckiej oraz z zajętego przez Rosję kilka lat wcześniej Krymu. Z portów na Krymie działały jednostki rosyjskiej Floty Wojennej. Przewaga wojsk rosyjskich w sprzęcie, uzbrojeniu oraz liczebności była duża. Sami Rosjanie byli przekonani, że zajęcie stolicy – Kijowa – to kwestia krótkiego czasu.

Panowało też silne przekonanie, że istnieje duża sympatia pro-rosyjska w szerokich rzeszach obywateli ukraińskich, że sama Ukraina i pojęcie narodowości ukraińskiej jest sztucznym konstruktem. Słowem, że Ukraińcy to po prostu nieco inny odłam jednej wielkorosyjskiej rodziny narodowej. Rosjanie wykazali się w tym zdumiewająco naiwni i pozbawieni najbardziej podstawowej wiedzy historycznej. Wszak do czasów XVII wieku i rozejmu w wojnach polsko-rosyjskich  oraz  Powstania Chmielnickiego w XVII wieku – żadna znacząca terytorialnie część terenów nazywanych obecnie ‘Ukrainą’ do państwa rosyjskiego nigdy nie należała. Zmieniło się to drastycznie w ramach Ugody Perejasławskiej w 1654. Poza terenami od wieków średnich należącymi do Korony Polskiej lub Węgier, które przy Polsce pozostały do końca istnienia Królestwa Polskiego, a duże jej obszary również w okresie  II RP (1918-1945).

Mnie się wydaje, że Ugoda Perejasławska przyniosła więcej szkody Ukraińcom niż Polsce. Car zresztą nigdy nie podpisał tej Ugody wychodząc z założenia, że Samodzierżca nie może składać jakiejkolwiek przysięgi poddanym. Zapoczątkowało to silny proces rusyfikacji, podporządkowanie Cerkwi Kijowskiej Patriarchatowi Moskiewskiemu (do tej pory była w bezpośrednim podporządkowaniu Patriarchy Konstantynopola). Wszystko to opóźniło bardzo rozwój świadomości narodowej Ukraińców, jak i sam rozwój gospodarczo-ekonomiczny tych ziem. A Polskę uratowało od nieustannych problemów zatargów wewnętrznych z Kozaczyzną i powodowanych przez tą Kozaczyznę zatargów z Imperium Osmańskim. Ale wracajmy do XXI wieku.

Mimo wielkiej różnicy w sprzęcie wojskowym, a przede wszystkim potencjale ludzkim (potencjał ludzki Rosji to 144 mln mieszkańców; Ukrainy – 45 mln. ) – dwuletnia już agresja Rosji na Ukrainę jest jednak porażką agresora. Nie udało mu się odnieść wielkiego zwycięstwa w jakimkolwiek z założonych celów. Nie zdobył Kijowa; nie zajął całego terytorium (poza Wschodnią Ukrainą – też nie w całości). Po dwóch latach nieustannych walk  Rosja w zasadzie jest na tych samych pozycjach terytorialnych od ponad roku. Największe straty rosyjskie są na arenie politycznej:  przyspieszyła a nie zlikwidowała możliwości akcesu Ukrainy do NATO, w dużej mierze zjednoczyła naród ukraiński i większość sił politycznych w Ukrainie; otworzyła prostą drogę Ukrainy do partnerstwa, a w konsekwencji do członkostwa w Unii Europejskiej. Putin przeliczył się militarnie i politycznie na skalę olbrzymią.  To był chyba największy błąd polityczny w całej jego karierze. Stosunkowo duża łatwość z jaką udało mu się dwa lata wcześniej zająć Krym, przyłączyć Okręgi/Republiki Ługańską i Doniecką uniemożliwiła mu rozróżnienie tych w dużej mierze rosyjskojęzycznych Okręgów od reszty Ukrainy zasadniczej.  Jeśli kiedyś dojdzie ( a dojść musi) do konferencji pokojowej, do pertraktacji między Ukrainą a Rosją to możliwe, że będzie to gorzka pigułka-cena Ukrainy za pokój. Nie wolno zapomnieć, że powstanie niepodległej i suwerennej Ukrainy w granicach, jakie wyznaczyły jej władze ZSRR nie było koniecznie granicami, jakie historycznie do Ukrainy należały. Odbyło się to kosztem wielu innych państw i terytoriów historycznych wzdłuż całej granicy zachodniej: Polski, Zakarpacia, Węgier i Rumunii. Fakt, że Trójka Jałtańska (Stalin, Roosevelt i Churchill) ołówkami na mapie sobie nowe granice tworzyli nie oznacza, że te granice były historycznie czymkolwiek uwarunkowane. Jakiekolwiek z tych państw (być może Węgry Orbana miały jakąś nadzieję na odzyskanie skrawka Zakarpacia i stąd ich pro-Putinowskie nastawienie?). Ale żadne z tych państw pretensji terytorialnych dziś do Ukrainy nie zgłasza. Tak, jak w Polsce nikt nie domaga się zwrotu całych Grodów Czerwieńskich łącznie ze Lwowem – mimo, że to piastowska kolebka państwowości polskiej w większym stopniu niż wiele innych obszarów obecnej Polski. Dobrosąsiedztwo i pokój w Europie jest ważniejszy niż stare historyczne kształty granic. Zwłaszcza w Europie, gdzie od wielu już lat ludzie traktują granice państwowe, jako administracyjne linie na mapach niż jakiekolwiek utrudniania w przemieszczaniu się ludności europejskiej.

Od roku czasu trwa wojna pozycyjna na wschodzie Ukrainy, przypominająca beznadziejne walki na błotach flandryjskich I wojny światowej. W zasadzie zapowiadana od dawna ‘letnia’  ofensywa ukraińska załamała się i ugrzęzła w miejscu. Jednocześnie nieustanne bombardowania i ostrzeliwania całego terytorium Ukrainy (łącznie ze Lwowem, który wcześniej był świadomie przez Rosjan nie bombardowany) powoduje olbrzymie straty dla całej ekonomii ukraińskiej. Rosja już wie, że tej wojny wygrać nie może – to wcale nie oznacza, że Rosja pogodzi się z przegraniem tej wojny. Przegraniem militarnym (politycznie już ją dawno przegrała). I Rosja może sobie na to pozwolić, gdyż właśnie jej zasoby ludzkie są wielokroć większe niż ukraińskie. Jest co prawda możliwość zastosowania pełnego ‘kordonu sanitarnego’  wobec Putina (mam na myśli nie wybrane sankcje a kompletną izolację ekonomiczną Rosji) – nie sądzę jednak by to się stało i by Zachód miał na to ochotę i czy Zachód na to stać. Raczej nie. Na bardzo długą metę nie stać nas – Polski, NATO i Zachodu – na  taką długą wojnę pozycyjną. Nie stać też Ukrainy.  I tak ma coraz większe trudności z poborem do wojska. I znalezieniem rąk do pracy na stanowiskach, które są nie obsadzone przez tych, którzy musieli założyć mundury. Jest zdumiewające, że nie wprowadzono powszechnej mobilizacji w Ukrainie. A nie wprowadzono, ponieważ Ukraińcy nie chcą tej mobilizacji i Żeleński doskonale o tym wie.   Nawet najnowocześniejsze samoloty z USA, Francji i Anglii, najlepsze czołgi i haubice z Polski i Niemiec same strzelać, latać i jeździć nie będą. Spada też procent poparcia na olbrzymie darowizny i pożyczki wojenne dla Ukrainy, które początkowo były udzielane bez problemu i bez protestów społecznych. Kryzys ekonomiczny, jaki dotknął prawie całą Europę i  Północną Amerykę  te nastroje zmienia. Podobnie masowa emigracja Ukraińców. Sam tutaj, dziwię się widząc tylu młodych mężczyzn Ukraińców w Kanadzie. Rozumiem to z ludzkiego punktu widzenia – każdy woli żyć niż umierać na froncie. Ale nie jeden Kanadyjczyk zadaje sobie te pytanie: dlaczego jam mam bez końca płacić olbrzymie sumy z naszego budżetu, jeżeli ci młodzi ludzie tych karabinów za te pieniądze i tak nosić nie będą, bo oni są tutaj, nie tam?  To przykre słowa i tematy. Ale słyszalne, zauważalne.

W styczniu tego roku ukazał się długi i bardzo krytyczny wobec Ukrainy wywiad w „Kulturze Liberalnej”[i] z gen. Waldemarem Skrzypczakiem – cenionym bardzo przez sojuszników dowódcą polskich i międzynarodowych dużych jednostek w wojnach afganistańskiej i irackiej (otrzymał m.in. Medal Wdzięczności od Gubernatora Generała Kanady za wspomaganie i ochronę żołnierzy kanadyjskich w Afganistanie). Zaskoczony byłem jak silnie krytyczny wobec Ukrainy był ten wywiad.

Mowy być nie może byśmy mogli sobie pozwolić na ‘machnięcie ręką’ i rezygnację z dalszego wspierania Ukrainy. Już pomijając zwykłą solidarność między narodami i państwami, zwykłe poczucie sprawiedliwości. Nie możemy, bo utrata Ukrainy byłaby tragedią dla Polski i Europy. Pomijam oddalone kraje obu Ameryk.  Zaangażowaliśmy się (słusznie) w ten konflikt i nie możemy bez wielkiej szkody dla nas samych się teraz z tego wycofać. Rysuję jedynie pewne możliwe i realne możliwości jego zakończenia. W realnej, bezdusznej wielkiej polityce wszystko ma niestety swoją cenę. Oczywiście zdarzyć się może jakiś ‘przykry’ wypadek Putinowi (wszystko zdarzyć się może) – ale czekać na to w nieskończoność nie można. A Rosja to nie Polska, nie Francja, nie Kanada ani USA. Skala niezadowolenia społeczeństwa i masowe, wielkie protesty rządów rosyjskich nie zmienią … bo takich w Rosji nie będzie. Rosja to znowu Samodzierżawie, jak za ‘dobrych’ starych czasów Cara lub Carycy.     

2. Sytuacja w Strefie Gazy

Zacząć trzeba od jasnego stwierdzenia, że to nie jest wojna dwóch państw czy dwóch narodów. Sytuacja jest odwrotna – to Izrael napadł w totalnym najeździe na tereny palestyńskie Strefy Gazy. Wiemy od czego ta wojna się zaczęła, co było jej bezpośrednią przyczyną: niewyobrażalny w okrucieństwie napad bojowników organizacji wojskowej Hamasu na izraelskie kibuce w pobliżu granicy z Gazą. Zaskoczenie, szok i olbrzymie medialne nagłośnienie tej napaści legło u podstaw masowego oburzenia rządów i wielu społeczeństw państw Zachodu. Podjęta szybko przez Izrael akcja odwetowa była zrozumiała i znalazła poparcie tych państw. Najważniejsze i decydujące w tej kwestii było pełne poparcie i natychmiastowa pomoc tak militarna (obecność floty wojennej USA tak na Morzu Śródziemnym, jak i w pobliżu morza Czerwonego, na Morzu Arabskim), jak finansowa i polityczna Ameryki.  Prezydent Biden jednoznacznie publicznie udzielił pełnego wsparcia i poparcia wojskowej operacji Izraela. Mimo kryzysu politycznego w Kongresie USA – w kwestii natychmiastowego wparcia finansowego dla Izraela pokonał wszelkie kłopoty polityczne. Niestety, bardzo szybko stało się jasne, że celem Izraela nie jest szybka akcja wojskowa jako odwet-cena za napaść Hamasu, ani nawet chirurgiczne błyskawiczne akcje komandosów i Mosadu które mogły odbić porwanych przez Hamas zakładników izraelskich. Celem było kompletne zniszczenie Gazy, totalne, systematyczne – nic z tego miasta zostać nie miało. Nic nie było poza nieustannym bombardowaniem i ogniem artylerii żydowskiej: szkoły, meczety, szpitale. Łamiąc wszelkie prawa wojny ludność cywilna była bezustannym i nieustępliwym celem. Wyłączono elektryczność i dostawy gazu niezbędne nie tylko dla ludności cywilnej, ale niezbędne dla szpitali, które natychmiast zapełniły się umierającymi i rannymi. Tak, na bojowników Hamasu też oczywiście polowano – ale faktycznie głównym celem tych wszystkich akcji i głównymi ofiarami śmierci i ran była palestyńska ludność cywilna. Na nakazy opuszczenia miasta Gazy i przeniesienia się wyznaczoną drogą – tłumy uciekinierów ruszyły tą drogą. I zostały ostrzelane. Ofiary ludności cywilnej rosły setkami, potem tysiącami z dnia na dzień. I trwa to do dziś. Zniszczono prawie cała Strefę Gazy, doprowadzono do nędzy, głodu, braku wody pitnej steki tysięcy ludzi. Pozbawiono ich pomocy i jakiejkolwiek realnej opieki medycznej. Bohaterscy lekarze – w tym niezłomni medycy kanadyjskiego stowarzyszenia ‘Medycy bez granic’ – uciekali się do średniowiecznych metod amputacji bez znieczulenia i generalnie leczenia bez podstawowych środków współczesnej medycyny. Powoli rosło oburzenie i protest wielu społeczeństw. Politycy i przywódcy, którzy początkowo wsparli Izrael w pełni – zaczęli krytykować i odsuwać się od tego, co Izrael robi. Ale Biden bodaj najdłużej nie zmieniał swego stanowiska.  A stanowisko i pozycja USA były ze wszystkich najważniejsze. Decydujące.  Przyznaje, że ten człowiek obrzydł mi kompletnie. Straciłem wobec niego kompletnie wszelki szacunek. Mam nadzieję, że Demokraci amerykańscy przebudzą się i nie dopuszczą by kandydował w kolejnych wyborach. To by było nie tylko oddaniem prezydentury Trumpowi – to by był wielki cios dla samej Ameryki. Ten człowiek reprezentuje Amerykę sprzed wielu, wielu lat, i świat sprzed wielu, wielu lat . Jego ‘best before’ data już dawno minęła.

Netanyahu jest też najgorszym, co mogło spotkać Izrael. Nikt tyle szkody dla Żydów izraelskich i milionów Żydów żyjących w diasporze nie zrobił w czasach współczesnych, co on właśnie. Nikt nie może też zaprzeczyć, że był przez dekady bardzo wpływowym i  często cenionym politykiem, tak w samym Izraelu, jak i wielu innych krajach. Jest politykiem zdecydowanie ultraprawicowym.  A ultraprawicowi politycy maja jedna tendencję: nie widza różnicy między kasą państwowa a własna kasą prywatną. Zresztą sam ten oksymoron ‘polityk ultraprawicowy’ jest tylko mylącą koszulką: postawa ultraprawicowa nie jest odmianą patriotyzmu – to zwykły szowinizm. Szowinizm dziś to też populizm. W tych kręgach znalazł przyjaciół na arenie międzynarodowej i domowej. Z Trumpem tworzyli niezły duet – to znajomość bardzo stara, bo ,Bibi’ w latach młodości pracował razem z Fredem Trumpem, tatusiem Donalda i malwersantem finansowym w Nowym Jorku.  Ma bliskie stosunki z Putinem, którego określił, jako przyjaciela. Z brazylijskim Bolsanaro, z Berlusconim, z indyjskim Modim – same gwiazdy i gwiazdeczki światowego populizmu, malwersacji finansowych i szowinizmu etnicznego.

Czemu tyle miejsca poświęcam jednemu politykowi Izraela, jakby był carem-samodzierżawcą tego państwa odpowiedzialnym jednoosobowo za wszystko? Dlatego, że uważam, iż za konkretną sytuację tej okrutnej kampanii maksymalnego wyniszczenia Palestyńczyków w Strefie Gazy on właśnie jest odpowiedzialny personalnie. Nie ma wśród żyjących polityka izraelskiego, który by przez tyle dziesięcioleci miał taki silny, bezpośredni wpływ na politykę państwową, na kształt rozmów i rokowań izraelsko-palestyńskich. Na to, że de facto – mimo dobrobytu ekonomicznego Izraela, mimo wielu praw społecznościowych czyniących Izrael oazą wolności osobistych – jest to kraj od dziesięcioleci trwający w gotowości i niepewności wojennej, kraj oficjalnego apartheidu. Jest do pewnego stopnia (przez te konflikty) jednym z centrów zarzewia światowego konfliktu zbrojnego. Ten zdumiewający dualizm Izraela, jako państwa nowoczesnego, obywatelskiego zderza się bez przerwy z Izraelem, jako państwem uzbrojonym po zęby i bezwzględnie bezlitosnym wobec faktycznych i domniemanych wrogów. Państwem obywatelskim i państwem religijno-szowinistycznym. Ten trend religijno-szowinistyczny ‘narodu wybranego’ jest najbardziej dla pokoju i bezpieczeństwa w tym newralgicznym punkcie świata, punkcie styku cywilizacji i kontynentów najbardziej niebezpieczny.

W eseju opublikowanym w „Jeruzalem Post” 11 lutego 2024, Yitz Greenberg twierdził (jako odpowiedź na sugestie amerykańskie o konieczności realizacji postulatu dwóch państw: Izraela i Palestyny): Ameryka powinna dodać, jako warunek, że Palestyńczycy musza zdecydowanie przejść na pokojową taktykę nacjonalizmu, inaczej nie zasługują na państwo. Ludzie tracą prawo do samostanowienia jeśli podstawa ich  celu jest zniszczenie drugiego narodu[ii]. To jets pod wieloma względami dość racjonalny tekst. Nie można jednak nie zauważyć, że w tym konkretnym cytacie Greenberg opisuje dokładnie postawę i politykę Izraela wobec Palestyńczyków i Palestyny – wyniszczenie drugiego narodu.     


[i] https://kulturaliberalna.pl/2024/01/16/mielismy-szanse-by-rozbic-rosje-i-ja-zmarnowalismy/

[ii] https://www.jpost.com/opinion/article-786409

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

After Sturm und Drung – Sunny Days will follow

In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.

Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!

Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.

Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.

9 thermidor a Terror Praworządności. Naturalnie o Polsce.

Cóż ma piernik do wiatraka? Oryginalną cechą wiatraka były wielkie koła (napędzane skrzydłami) mielące ziarno, efektem czego była mąka. Piernik robi się z mąki.  Proste.

9 thermidor to data w kalendarzu Rewolucji Francuskiej, która była związana z terrorem ‘praworządności’ i zgilotynowaniem Robespierre’a. Wiadomo – rewolucja pożera swoje dzieci.

No ale co Rewolucja Francuska i jej terror ma wspólnego z Polską? Oj niedobrze, niedobrze, nic nie rozumiecie drodzy moi. Terror to terror, bez znaczenie czy to terror praworządności w Polsce czy we Francji. Raz poczęty z prawa czy z lewa, kończy się tym samym: nierządem. A nierząd (użyję tym razem słowa łatwo rozpoznawalnego i znanego wszystkim) to burdel. Może być na kółkach.

Powiedzmy sobie, że w 2015 rozpoczęto w Polsce rewolucję. Obalano (jak we Francji) ancien regime i zaczęto nowe rządy i system jakobiński. Mamy większość i pokażemy. Przeciwnych ‘gilotynowano’ politycznie, wprowadzano nowe Urzędy i Instytucje, stare wykastrowano najpierw, a potem wprowadzono do nich nową kastę kapłanów (najlepszym tego przykładem był Trybunał Konstytucyjny, ale powoli uległy temu też Sądy Powszechne na czele z Sądem Najwyższym). Kiedy już pewne rewolucyjne zmiany wprowadzono i skutecznej obrony przeciwnicy zrobić nie mogli, to ziobryści (najbardziej radykalny odłam jakobinów) zadbali o to, by ten nowy reżym prawnie ustawić. I ustawili, gdzie tylko się dało prawomocnymi ustawami. Nie, nie zwykłymi uchwałami – ustawami Parlamentu, podpisanymi przez prezydenta. Kiedy doszło do kolejnej rewolucji lub kontrrewolucji w październiku 2023 to marszałek Hołownia stanął wobec wielkich problemów. A wobec jeszcze większych – Premier Tusk. No bo z jakobinów i ziobrystów ostał się jeszcze Wielki Wóc. I zrozumiał, że chcieć to móc. Ten ustaw sejmowych podpisywać nie chciał. Na zagrożenie, że większość sejmowo-senacka potwierdzi je ponownie (po odrzuceniu poprawek prezydenckich) i wtedy prezydent podpisać je musi (nakaz konstytucyjny) – Wóc pomyślał, popytał się doradców nadwornych i zdecydował: dobrze, podpiszę. Ale automatycznie skieruję do Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem o zgodność konstytucyjną. A Trybunał, no to wiecie, takie dwa wielkie kwiecie: Przyłębska i ta druga, taka głośna a’la Hanka Bielicka. Tyle, że Bielicka się śmiała i miała humor. Cechy zdecydowanie obce tej sędzinie. Do tego jeszcze dodać można Sąd Najwyższy i jego Prezeskę, panią Manowską. Obie lubią spotkania towarzyskie i obiady u przyjaciół. Pani Prezes Przyłębska u Prezydenta, a pani Prezes Manowska nie chce do pałacu jeździć, więc zaprasza Prezydenta do siebie. Możliwe, że gotuje lepiej niż Przyłębska, więc się nie krępuje.

autor z założycielem KODu i jego Żoną przed budynkiem SN w Warszawie

Co tam jeszcze o sądach nie dopisałem? A, w tym Najwyższym są dwie Izby (pewnie więcej, bo gmaszysko baaardzo duże, wiem bo chodziłem tam na manifestacje poparcia dla poprzedniej pani I Prezes). Ale te dwie Izby to takie ważne. Widać, że jedna chce być ważniejsza od drugiej. Bo w tej samej sprawie (chodziło o spór – bagatelka –  między Prokuraturą Krajową i Prokuraturą Generalną) każda z Izb wydała dwie sprzeczne z sobą opinie/wyroki. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby poszły na wokandę do innej izby (wszak pokoi w tym gmaszysku nie brakuje)? Inny wyrok? Inne prawo, inny zapis konstytucyjny, inna ustawa? Burdelik niezły, przyznać trzeba. Coś robić umiemy w końcu. A wstydzić się może nie ma powodu – ostatecznie kurwa to najstarszy zawód świata. A Polacy tradycję i historię szanują.

Więc ukłuł się publicystycznie i politycznie nawet termin – Terror Praworządności. Że niby by odzyskać czystość i jasność prawa – nie ma innej drogi jak … po trupach. Ostro i bez pardonu. Taka dziejowa sprawiedliwość i zemsta ludu (wyborców z października 2023, którym rozliczenie starej ekipy obiecano wprost). Jak jakiś przepis lub jakieś prawo w tym przeszkadza – to znaczy, że to prawo i przepis zły. Niegodnie wprowadzony, więc nieważny. Zaczynają się coraz głośniejsze nawoływania, że może czas by tą Konstytucję poprawić, uzupełnić. Jest faktem, że czasy gdy była uchwalana, po okresie przejściowym rządów premiera Mazowieckiego, były zupełnie nieporównywalne do czasów obecnych. To dwie różne Polski, dwa różne światy i społeczeństwa.

Ale póki ta Konstytucja, jaka jest – jest, to musi być szanowana i stosowana. Proponowany i częściowo stosowany już tenże Terror Praworządności jest absolutnie prawnie gorszący i niedopuszczalny. Kompletnie się z opinią bardzo szanowanych przeze mnie Prokuratora Generalnego, premiera Tuska i Marszałka Hołowni nie zgadzam. Konstytucja i prawo z konstytucją zgodne i na jej zapisie musi być bezwzględnie stosowane i respektowane. Sądy winny być – zgodnie z tą Konstytucją i wynikającymi z niej ustawami sejmowymi – zreformowane, przekształcone ale ich wyroki muszą być szanowane i wykonywane. Nawet jeśli się nowej władze niektóre nie podobają. Więcej – szczególnie wtedy, gdy się politykom, zwłaszcza rządzącym nie podobają. Inaczej otwieramy prostą drogę dla każdej kolejnej ekipy rządowej – jak wam prawo i sądy stoją w drodze do waszych rządów, to te prawo i te sądy po prostu olewajcie. Wygraliście wybory czyli możecie robić, co chcecie. Nawet jeśli możecie – to nie powinniście.

Moja bezpardonowa działalność i moja publicystyka na tematy krajowe od pierwszego zamachu na polską Konstytucję i polski Trybunał Konstytucyjny w styczniu 2015 na tym się właśnie opierała. Na obronie niezależności sądowniczej i Konstytucji RP. To sine qua non każdego państwa demokratycznego. I nic się w moim stanowisku i w moim punkcie widzenia na te tematy nie zmieniło. Nie możemy uznawać tylko tych sędziów, których uważamy za uczciwych (tacy, którzy przetrwali nagonkę i terror pisowski) a tzw. neo-sędziów nie uznawać ani ferowanych przez nich wyroków. Bo nie może być dwóch kategorii sądów i dwóch kategorii sędziów. Na wymianę jest inna, legalna i dużo dłuższa droga – ale to jedyna słuszna droga. Na przełaj nie można, tak jak nie można na czerwonych światłach przechodzić przez ulicę. Czerwone światło znaczy: stop. Nie wolniej, nie ‘ a może się uda’ – STOP i koniec. Poczekaj na zielone.

 

W tych czasach już wspomnianych początków Trzeciej Rzeczypospolitej ukazała się mała, głośna książeczka-broszurka, która wywołała skandaliki i była przez to popularna, „Pamiętnik Anastazji P.”. Skandalizujący zapis  erotycznych ekscesów tej pani z każdym bodaj politykiem tej nowopowstającej wolnej Polski. Niektórzy z nich do dziś żyją, choć już w bardzo podeszłym wieku. Anastazja Domaros vel Potocka mieszka teraz ponoć gdzieś pod Gdańskiem. Ile było prawdy w jej opowieściach – trudno powiedzieć. Przez resztę życia czynnego była głównie oszustką, wydała potem jakąś nie najgorsza płytę z własnymi piosenkami. Ale ten Sejm, ci posłowie i senatorowie (skrajna prawica i skrajna lewica w tej prawie pornograficznej spowiedzi wiedli prym) nowej Rzeczypospolitej wyglądali, jak tania knajpa lub remiza strażacka, gdzie wszyscy ze wszystkimi się … no tak, to właśnie robili. Jeden burdel. Może to skaziło bardzo poważnie przyszłe losy tej nowej Polski? Może ludziom się wydało, że tak właśnie politycy w wolnych krajach wszędzie się zachowują i nie należy się temu zbytnio dziwić? Ja mam inne widzenie na ten temat. Większość długiego już życia spędziłem w tych ‘innych’ krajach starych demokracji. Tak, skandale erotyczne zdarzają się i tu. Ale zdarzają, a nie są cechą typową dla polityków. Parlamenty to nie są burdele, nie są tak traktowane i tak oceniane. I politycy to w zasadzie dość porządni ludzie. Czasami ich nie znosimy za ich poglądy sprzeczne z naszymi. Ale nie za seksualną rozwiązłość.

Więc dość już z tymi odnośnikami do domów wesołej proweniencji. Szanujmy się w Polsce nawzajem. I szanujmy prawo i konstytucję. Bez terrorów, bez zemsty. Tak, powoli ale skutecznie rozliczać, wystawiać rachunki, wymieniać kadry. Wszystko w zgodzie z prawem. I pamiętajmy: fundamentem państwa jest sztywny rozdział na trzy władze: rządową, sądową i ustawodawczą. Ten rozdział i całkowita niezależność musi być przestrzegana bez zająknięcia.  

Nasz świat alternatywny

Zagubienie

Dużo tego wokół.

Coś stale się dzieje,

jakieś dni mijają,

kolejne nadchodzą

w dziwnym marszu

brzasków i zachodów.


Przyzwyczaiłem się już

i do smutku i do żalu.

Ale dalej nic z tego

zrozumieć nie potrafię.

Coś kiedyś zaczęliśmy

i mieliśmy gdzieś skończyć,

dokądś dojść. A nie doszliśmy,

nie skończyliśmy. Dlaczego?


Byłeś i nie ma cię.

Brak w tym zupełnie

jakiejkolwiek logiki,

sensu lub choćby

symboliki czegokolwiek.

Po co ja zostałem?

W rozgardiaszu rzeczy ważnych

zapomniał Los o takim drobiazgu?


Jak jedna litera

może być słowem?

Jak słowo może być

zdaniem o czymkolwiek?

To obcy mi język

i niezrozumiały.

31.01.24

Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę.  Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca. 

Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.

Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno.  Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.

Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.

Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal  mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.

Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło.  A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.

Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!

Wąsik, Kamiński i … Sempoliński

Ludwik Sempoliński

Oglądam posiedzenia Sejmu, a już zwłaszcza (ostatnio) posiedzenia Sejmowej Komisji Śledczej, która okazuje się lepsza od wielu tanich kryminałów.

Ale nad to wszystko najbardziej lubiłem zamieszanie wobec dwóch średniego wieku kryminalistów. Światek przestępczy z ‘wyższej półki’. Czasem lepszy nawet niż ten ze starego Bródna na warszawskiej Pradze. Otóż tych dwóch kryminalistów, mimo legalnego wyroku sądowego za czasów poprzedniej ekipy nie siedziało w ogóle. Nawet w areszcie. Pan Prezydent bardzo ich sobie polubił. Co trochę jest niesmaczne, bo i pan Prezydent jest żonaty i żonaci są ci rzezimieszkowi urzędnicy służb wywiadowczych. Trochę taka nadwiślańska wersja Agenta 07. Tyle, że agenciarze nadwiślańscy nie bronili państwa a je trochę tak jakby rozwalali od środka. Po zakończeniu pracy w tych agencjach wewnętrznego wywiadu (współczesna forma UB z lat znanych starszym) agencików wybrano staraniem opiekuńczej partii sprawiedliwości i ziobrystów do Sejmu. Tu ich nikt nie ruszy. A gdy ruszyć się starano poprzez Sądy – to pan Prezydent natychmiast ułaskawił. Okazało się bezprawnie, bo aktu łaski nie można stosować wobec wyroku, który jeszcze nie zakończył swej drogi i nie uzyskał stempelka prawomocności. Przeoczenie. Mógł pan Prezydent naprawić i łaski udzielić ponownie, gdy wyrok był już prawomocny. Ale się uwziął –  jestem Prezydentem Polski i nie będę dwa razy tego samego robił, prawomocny-smoczny, guzik mnie to obchodzi: jak ułaskawiam to ułaskawiam i dupy mi więcej tym nie zawracajcie! Mocny chłop, z jajami (co dla wielu było zaskoczeniem). Ale czasy się trochę zmieniły. Nowa władza do tej władzy doszła i chciała jednak agencików do ciupy wsadzić.  

Więc prezydent, facio sprytny zawołał Wąsika i Kamińskiego do Pałacu Prezydenckiego. Tu wam kochanieńcy nic nie grozi. Do własnej piersi przytulę i od kul uchronię.  A tak ich ściskał, tak obejmował, że aż łzy się zbierały ale i nieco jednak niewygodne zażenowanie mną wstrząsnęło. Ja wiem, słyszałem te legendy o pewnej erotycznej stronie cel więziennych – ale żeby tak publicznie, w Sali pałacu prezydenckiego, przed kamerami?!

I tu mi ten zapomniany a wspaniały, dawno temu zmarły Ludwik Sempoliński się przypomniał. Nienagannie zawsze we fraczku, ze swoimi szmoncesami. Jakże to on pięknie ujął, tą przyjaźń, to oczarowanie, pewien wręcz erotyzm uścisku i opiekuńczości mężczyzny wobec mężczyzny:

„… ten wąsik, ach ten wąsik, ten gest, ten ruch, ten pląsik! Titina, ach Titina – to cała piosnka ma! tralalala la, tralalal la …”  

Już słyszę, jak z płyty starej Pan Prezydent puszczał ten szlagier w Pałacu, emocjonując się sytuacją. I trochę jednak mi żal biednej Pani Prezydentowej … Bo ona wąsika wszak nie ma …

Od Sprawozdawcy sejmowego w styczniu roku 24

uwaga: w ostatnich dwóch dniach oglądałem obrady Sejmu Polskiego. Coś chciałem z tego … hmm, bajzlu(?) zrozumieć. Informuję, że sprawozdanie dziennikarskie było pracą niemożliwą lub ponad moje nadwątlone zdrowie i kondycję nerwową. Więc napisałem to w formie literackiej, a nie dziennikarskiej. Łatwiej mi było, bo to daje licencję i do aforystyki i do przenośni wielkich, omal cywilizacyjnych. Tyle celem wyjaśnienia. Koniec wstępu.

O Polsce raz jeszcze. O tej nowej, lub odrodzonej. O tej poczętej październikiem pamiętnego roku 2023, a faktycznie posiedzeniami Sejmu Walnego na Wiejskiej (a jakże – na Wiejskiej, bo Polska to kraj bogobojnych włościan przecież, więc nie na Miejskiej pełnej rynsztoków) w styczniu 2024. A jakże o Polsce bez jej przymiotu najważniejszego, najwartościowszego pisać? Jakież to przymioty? Naturalnie literatura! Wielka, wieszcząca, krwią i potem oblana (nie tylko potem, przedtem też). Słowem – ojczyźniana. Jak łan zboża i dzięcielina biała.

Wiec jakże, jak nie od tej Wielkiej i Pięknej literatury zacząć sejmowe sprawozdanie cytując najsłodszego pieściciela polskiego słowa, samego Juliana Tuwima w przepięknym poemacie, gdy każe się wpierw całować przez brać własną, żydowską, by w ostatniej części zwrócić się czule do braci słowiańskich, polskich:

Izraelitcy doktorkowie,

Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,

Co w Bochni, Stryju i Krakowie

Szerzycie kulturalną francę;

Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”

Swą intelektualną zupę,

Mądrale, oczytane faje,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,

Ciągnący z nieba grubą rentę,

 O, łapiduchy z Jasnej Góry,

Z Góry Kalwarii parchy święte,

I ty, księżuniu, co kutasa

Zawiązanego masz na supeł,

Żeby ci czasem nie pohasał,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Czas jednak na sale sejmowe, czas na sprawozdanie obrad. Najpierw o atmosferze, o ubiorach i zachowaniach Posłów i Posłanek Najjaśniejszej Rzplitej. Raz jeszcze głos oddam sprawozdawcy sejmowemu, też zresztą Julkowi i Tuwimowi z kwiatami polskimi w butonierce:

Krawacik musną, klapy obciągną

I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,

Taką wiadomą, taką okrągłą.

I oto idą, zapięci szczelnie,

Patrzą na prawo, patrzą na lewo.

A patrząc – widzą wszystko oddzielnie,

Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Jak ciasto biorą gazety w palce

I żują, żują na papkę pulchną,

Aż papierowym wzdęte zakalcem,

Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią, że Ford… że kino…

Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…

Warstwami rośnie brednia potworna,

I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Głowę rozdętą i coraz cięższą

Ku wieczorowi ślepo zwieszają.

(oba utwory Julka w wybranych przeze mnie fragmentach)

No tak. Nie wypada wszak tak zupełnie, bez własnej pracy intelektualnej, wysługiwać się tylko wielkim  poetą. Coś od siebie wypada dodać, myśl jakąś, może aforyzm, zwieńczenie oratoryjnego koncertu posłów i posłanek kochanej, patriotycznej Prawicy Polskiej. Szczególnie jedna, wzorem Rejtana niezapomnianego: do szlochu omal mnie nie przywiodła sama Wielka Kępa, czasem Kempą zwana, jeszcze przez innych Tępą. Jak ona broniła innych posłów (dwóch szczególnie) za ich prace i poświęcenie Ojczyźnie! Z jaką perorą płonącą wystąpiła w oku, niczym senator rzymski, w pewnym kroku na Ołtarz poświęcenia wiodła. Co dalej się w tym kroku działo – przyznaję, nie wiem a domyślać się nie śmiem. Osamotnione dwie, wygłodzone biedne niewiasty pokazała za balustradą ustawione. Te żony, a wdowy prawie-już tych posłów dwóch, których okrutny prokurator do lochów ciemnych zamknął. Białogłowy wychudzone, w szarych mundurkach, prosto pewnie z fabryk niemieckich fabrykantów, gdzie dla dzieci wygłodzonych na strawę harowały. O, Matko-Polko, co w Ostrej płaczesz Bramie, zmiłuj się nad nimi!

Słów wprost brakuje mnie, a te co się na papier pchają zbyt może są dosadne, zbyt często w mowie polskiej używane (w każde wkładane prawie zdanie), by nimi moment ten opisać. A serce łka, o …a.

Cóż wobec tych dramatów ludzkich znaczyć mogą mowy o czyichś gdzieś zarobkach? Jakież znaczenie może mieć, że sklepikarka, która jest prezesem jakiejś firmy – miliony w niej zarabia, a dziennikarka zwykła z telewizji setki tysięcy złotych? Że jakiś syn lub znajoma ciotki kogoś dostała pracę, gdzieś w zarządzie spółki wczoraj utworzonej? Jakieś obiadki w Pałacu Namiestnikowskim, u Namiestnika z udziałem sędzin i skazanych? Nic to, betka zwykła. Aż się Pegasus wzniósł na Wiejską i skrzydłem wielkim koło zrobił kierując się na Saską Kępę, która Wielka nie jest.

I wyszło Szydło z worka. Tym innym posłom, tym niecnotom bez serc i dusz – w dupie to jest i już! Im tylko forsa w głowach, nie dramat ludź (specjalnie dwóch ludziów). Ale na szczęście Namiestnik grzmi – liberum veto! Ja i Wielki Mały w dupie mamy wybory kasty waszej i się nie damy.

A tak już było dobrze przecie na tym polskim świecie. Kościelne kasy pełne, zadowolony dobry bóg i jeden ojciec Święty, który ogrzewa mieszczan zabiedzonych w mieście wielkiego Kopernika. Nie, nie ten gdzieś z Rzymu przewrotnego, o którym Wieszcz nasz wielki pisał: Polsko, Twoja zguba w Rzymie!’ – ten  nasz, bohater pieśni narodowej „Rudy, rudy, rudy rydz-yk lepszy niż maślaczek”. I Instytut Pamięci Narodowej zbudowano, by dziatwa miała, gdzie i co pamiętać (i za co), i Świątynię Opatrzności Bożej  prawem Wielkiego Sejmu Czteroletniego i króla Stasia zatwierdzoną w 1791. Tyle lat budowa trwała, nie od razu Warszawę zbudowano – ale idee wielkie nie giną! A wy tylko w tym nowym Sejmie o pieniądzach – gdzie, kto i za ile. Aż serce łka, o …a!