Tidal Bore of Fundy Bay. Bor przypływu z zatoki Fundy. (part 2/część 2.)

At the end of my journey, this fellow met me in Stewiacke

Pamiętacie poprzednią próbę wycieczki śladami potężnego wiertła oceanu, które boruje sobie kanały wzdłuż Nowej Szkocji? Tak po prostu. Włazi sobie w ląd, wyrywa pewnie miliony metrów sześciennych ziemi, boruje kanały i wlewa się swoim żółto-brunatnym mułem. Pamięta skubany, że kiedyś mógł tu skutecznie łączyć się z cieśninami North Cumberland i św. Wawrzyńca i nie był żadną ‘zatoką’ a też cieśniną, nie był zamulony a czysty, jak świeża woda. Nagle wody opadły i Nowa Szkocja z wyspy stała się półwyspem zamykając swobodną wędrówkę wody oceanicznej. No to ta Fundy Bay, która ‘bay’ nie chciała być, pcha się w ten ląd swoją starą drogą. Boruje.  Zaczyna to się w okolicach miejscowości Maintland i drąży ziemię.  Raczej wiadomo, że wydrąży. Woda , panie dobrodzieju, zawsze była silniejsza od najtwardszych skał. Uparta, ot co. Skała to taka trochę zarozumiała jest. No bo silna, twarda, niewzruszona. Więc siedzi tak sobie nieruchomo pewna swej mocy. A woda to żywa, jak rtęć. Smyk, smyk i już miejsce znajdzie. I zacznie drążyć aż tak wydrąży na około twardej skały, że skała sama się zawali w proszek.  

Tamta wycieczka częściowo się tylko udała, bo zachciało mi się ‘bocznych wycieczek’, gdzie w jakiś ostępach leśnych mało nie zniszczyłem swego traka.Wiec dziś pojechałem z surowym sobie danym nakazem: od A do B i wtedy do C. Żadnych bocznych atrakcji.  Co prawda, tak zupełnie posłuszny i skoncentrowany na jeździe utartymi szlakami nie byłem i właziłem tam, gdzie były napisy: Halt! Verbotten! No, ale co to płotek niby metalowy, ale nie wyższy niż do klatki piersiowej? Bo niby zima wszystko nieczynne. A co ja niedźwiedź jaki, że zimą mam spać w norze?! Albo dróżka boczna przez las i wzgórza, niby żwirowa a nie asfaltowa ale porządna.  No tak, był duży napis, że roboty i stała wielka kobieta w walonkach i żółtym skafandrze z dużym znakiem ‘stop’.  Podchodzi do mnie i mówi: reperują most dalej, tylko dla ruchu lokalnego, wracaj do szosy i szosa do głównej trasy. A przecież ja też miałem walonki na sobie, jadę trakiem, jak farmer, więc mówię: ale ja lokalny. No to ona: a,  to OK, jedź. Tylko powoli i uważaj na ciężarówy ze żwirem. I pojechałem. Za mostkiem już robót nie było i droga była dobra.

I cała drogę tej wielkiej rzeki-mułu przejechałem, zaglądałem do niej, podziwiałem potęgę natury. Spotkałem orły, choć zdjęć zrobić nie zdążyłem. Zanim kamerę ustawiłem, odleciały za drzewa. Ale wiecie, jak orły wyglądają. Klucze dzikich gęsi za to po niebie szybujące dały się, niby pięciolinie, w obiektywie złapać.

On the last day of November as you remember, I went to view the immense power of the tidal bore that starts from Minas Basin around Maitland. At that time my unfortunate side trips took so much time, that when I eventually arrived to view the brown mud-river – it was too late to properly explore it. A few days later, still not fully recovered from my bad flu, I went again. This time I took a shorter route and no ‘side trips’. Winter offers totally different views. And lack of tourists. Zero. None. Yes, some spots were gated and closed. But the gates were not really that tall and maybe I didn’t see the sign ‘closed for the season’? Who knows. I was there and the river was there and we had to meet somehow. So we did. The rest is history. The Tidal Bore is an absolute must to see. Such immense power of the ocean tides and the constant struggle of the land against it. A struggle the land will eventually lose. But observing it is something to admire. Nature has so much majesty. I took this time Highway 102 to Shubenacadie and #215 to Maintland. Came back by scenic Riverside Road that follows the flow of the Channel (called also Subenacadie River).  

Gdzie pies z kulawą nogą …where the devil won’t …

… nie pójdzie, to polazę. … there I will go.

The other day, on the last day of November I decided to go and explore parts of Nova Scotia hinterland I have not traveled through. It wasn’t the smartest choice but – what the heck, not the first and certainly not the last time I did things I maybe shouldn’t, and a bit too late, as it was already 1 PM.  Took the #101 west to Lower Sackville and turned into #354 north toward Beaver Bank. Between the little and tremendously loooong towns of Beaver Bank and Middle Beaver Bank, the traffic and road repairs stretched my patience to the limit. I was just about to turn around and go home. But past the Upper Beaver Bank the highway climbed higher and higher, the sky became bluer and bluer and the new snow was so white on passing tree branches and endless fields. I was in heaven. Around the small community of Upper Rawdon the highway reached its peak and you could enjoy endless view in front while driving. And there was almost no one else driving. Such a peace. And peace is what I went for in my driving that day.

I was aiming to go to Maitland to view the power of the Tidal bore of Minas Basin as it rips the land and goes toward Truro on one end and all the way to Shubenacadie on the other end. There is no escape – that bore and power of the Fundy Bay will in not so distant future finish its job and separate once again Nova Scotia from the mainland and we will become an island again. Little chance I will see it (although rising sea levels might accelerate even faster …) but people in their twenties most likely will. I was aiming to…. My famous words, LOL. At the footsteps of the lovely town of Kennetcook I took a sharp turn to the west. Let’s explore some more of the hinterland. Sure, why not?  Especially that it started snowing and daylight became a bit greyish …  It was the last day of November, after all.  Around small Tom Barron Road, I thought that I should start heading back to my original destination. Turned right into the road, passed two or three ancient homes, lost my internet connection. But west is west and east is east with or without internet.  The gravel and mud road instantly becomes narrow. Have a big truck, so what? Just drive to the end and turn on the first road toward the east. What’s the problem?. Passed a very small enclosure in the thick forest with one solitary bull there.  Waved to him and very slowly moved further. Slowly because the road stopped being a road. It became very narrow, with deep holes tunnel. Suddenly for a moment my wifi came back and said: continue for six kilometres and turn left. I tried. But there was no chance. One could hardly walk there and no car (maybe a tank, but I doubt it) can possibly drive through that tunnel. Turning around was impossible. The only choice was driving in reverse trying not to get stuck. Took me forever, meter by meter, back and forth. Branches scratched my poor truck seriously. But I had to get out. The phone was dead again. Finally, I got back to the enclosure with the bull, and used the small clearing around it, turned around and headed back. That was interesting, LOL.

The rest was easy. Back to Kennetcook, down to Maitland. And to the power of the yellowish bore of Minas Basin. It was getting too late already to explore the view of the ‘river of mud’. Took a few pictures and took Highway 215 to Shubenacadie by #102 and back to Dartmouth.  Very soon, I will have to take that drive again to observe the tidal waters coming through the land. But will not engage in doing ‘side trips to nowhere’.

Ostatniego dnia listopadowego nie mogłem więcej wytrwać w domu. Mimo ciągle męczącego kaszlu i myśli zwróconej w kierunku strasznej rocznicy – zdecydowałem pojechać w tereny nieznane jeszcze, na północ przez wzgórza, ku dolinie którą zamieniła w rwącą, żółtą rzekę potęga fali przypływu z Fundy Bay. To nie jest rzeka słodkowodna. To morska fala, potęga oceanu, który rozerwał tą dolinę, jak pługiem. Wyborował sobie drogę. Dawniej, tysiące lat temu Zatoka Fundy była po prostu cieśniną, która oddzielała Nową Szkocje od lądu stałego.  Teraz, podnoszący się stale poziom morzą związany ze zmianami klimatycznymi wraca w swoje dawne koryta. Za pięćdziesiąt lat spodziewamy się, że Fundy Bay znowu będzie cieśniną i połączy się z Zatoką św. Wawrzyńca czyniąc Nową Szkocję wyspą ponownie. Być może nastąpi to szybciej.  Więc pojechałem w kierunku Maitland przez rozległy płaskowyż zobaczyć gdzie ten potężny bor przypływu wyżłobił tą słoną, mulistą rzekę, której jedno ramię delty prowadzi do Truro, a drugie na południe, do Shubenacadie.

Ale, zwyczajem swoim, miast jechać wytyczoną trasa do celu, w okolicach uroczego miasteczka Kennetcook, skręciłem nie w prawo do Maintland, a w lewo. Troszkę wiejsko-sielankowego uroku tej zachodniej części Nowej Szkocji zasmakować. To trochę taka dzielnica zapomniana, nie na głównym szlaku. Zaczynało się robić lekko późno, śnieg prószył już nieźle. Po parudziesięciu kilometrach dojechałem do małej wioski przy drodze Toma Barrona. Pomyślałem, że czas wracać w kierunku Kennetcook i na trasę zaplanowaną. Nova Szkocja obszarem to nie Kolumbia Brytyjska czy Ontario. Wszędzie tu blisko, więc po co wracać ta sama drogą? Przejadę przez tą wioskę i z drugiej strony lasku w pierwszą napotkana drogę w prawo. Co za problem? Droga tylko bita, wąska, ale mam przecież trucka a nie fiacika. Wioska była malutka, osada w zasadzie , może trzy-cztery domki. Zaraz za domostwami zaczął się lasek. Potem gęstszy, droga węższa. Straciłem wifi i googla. Jechałem już wolno. W pewnym momencie była małe obejście otoczone palisadą wewnątrz którego stał samotny byk. Pomachałem ręką. Śnieg prószył bardziej i widoczność zmalała. Zaraz za obejściem droga stała się drużką, tunelem w zasadzie z głębokimi koleinami. W pewnym momencie mój gogle się odezwał! Dalej mnie prowadził mówiąc wyraźnie – za sześć kilometrów skręć w prawo i kontynuuj do szosy 236. Zawahałem się ale nie było jakiejkolwiek możliwości zawrócenia, mój truck ledwie się mieścił między drzewami. Może za kilkadziesiąt metrów ta dróżka się powiększy? Nie powiększyła się. W pewnym momencie zwężała się na dróżka dla jednego-dwóch piechurów. Nie było wyjścia. Wifi też przestał działać ponownie. Musiałem cofać się metr po metrze pilnując by nie wpaść w koleiny i nie zabuksować się lub nie uszkodzić zawieszenia kół. Na gałęzie szorujące bogi samochodu uwagi nie już nie zwracałem.  W zasadzie smiac mi się chciało. W najgorszym wypadku będziesz tu w tej dzikiej gęstwinie nocować, benzyny masz sporo to będziesz mógł się ogrzewać., LOL. Ale metr po metrze jakoś udało mi się wycofać do miejsca tego zagrodzenia z bykiem. Przy zagrodzeniu była mała wycinka, gdzie udało mi się samochód przekręcić. Byłem więc ‘w domu’. Pogadałem chwilę z bykiem, który patrzył się na mnie z politowaniem.

Wróciłem do trasy i przez Kennetcook pojechałem szosą 236 do Maintland. Zaczynała się  niezła szarówka, śnieg ciągle padał.  Obejrzałem tylko mały fragment tej ‘żółtej rzeki’. Jej ciekawsze fragmenty były blisko ale wymagałby zjechania w inną szosę a widoki z minuty na minutę były gorsze. Obiecałem sobie tu jeszcze wrócić (bez bocznych ‘objazdów’).  Szosa 215 pojechałem do głównej trasy 102 i stamtąd do Dartmouth, do domu. Było już czarno. Ale wycieczka mimo to udana.

Zeitgeist



The term ‘zeitgeist’ is not fully clear. It came to be prominently used by the end of the XIX century and early XX century in Europe, especially in Germany, and comes from the unclear land between philosophy and psychology, from where it leaked into literature and historiozophy ( philosophy of history).

Generally speaking, it describes a certain time in history, an epoch, when non-ethical behavior was permissible or even expected. Morality was stretched beyond its meaning or got a new meaning. New leaders are rising to power as a result of new social acceptance. Strong chauvinism and nationalism trump other norms. The world becomes dual-colored: Them or Us or Us contra Them

In 2020 there were some events concentrated on the most abhorrent and evil time and place in modern history: Auschwitz. The German concentration camp in the town of Oświecim in Poland. Treblinka was an extension of that ‘Factory of Death’.  That’s when I constructed a literary piece called ‘Zeitgeist’.  For people to build such a place, for leaders to want it to be built – it must be a zeitgeist: time and place for it.

In the last decade, I see a powerful wave of xenophobia raising its head all over the world. Growing trend of populism. And I do call it a new zeitgeist.  Trump in US; new type of angry, populist conservative leaders in Canada’s politics (Poilievre in federal politics; Scott Moe in Saskatchewan; Danielle Smith in Alberta – to name a few most dangerous ones). It is not only xenophobia – with it homophobia is rising, racism (often covertly), and islamophobia, to name a few.



There is a group of people, who suffered in the last hundred years tremendously. People, who were stateless, become through centuries settlers, and nomads settling other states, mixing with their populace. But maintained to a large degree their difference. Mainly because of religious devotion and cardinal religious schism between the old one (Judaism) and the new one (Christianity). It wasn’t the language (most of them over time could not communicate in their old Hebraic language) or looks, but precisely the religious schism that laid the foundation of antisemitism, that created pogroms.

I have always had a special affinity and sentiment toward Jews. After all – Poland for centuries was a safe refuge for them compared to other countries in Europe. I was sad that being born after the 2 world war – I was robbed of their distinct presence in Polish towns, and cities. A presence that was still felt very much, was talked about by your parents, and grandparents, and was filled in entire Polish literature, and art. Detested angrily the act of violence perpetrated against them (the very few who survived) in new Poland after the fall of Hitler.

And something happened that forced me to see a different Jew. An Israeli Jew. A settler. October 7,  2023.

 Hamas–led terrorist attack on Israeli kibbutzes on occupied Palestinian land resulted in the brutal murder of about 1200 Israelis and some foreign nationals. They also took about 240 (according to Israeli count) hostages back to Gaza. Everyone was shocked. Not by that attack itself – after all Palestinians have a right to fight for at least an internationally recognized part of old Palestine. The part that was internationally reserved for a Palestinian state. Every nation on Earth has a right to self-determination and a right to fight for it. What was shocking was the brutality of it, the massive failure of the Israeli army and police (one of the best-equipped army in the world) to protect the civilian Jewish population. The assault was a ghastly way of murdering civilians. Many states (unanimously in Europe and North America) condemned the attackers.

But what followed in a wake of Israel’s military response – shocked everyone even more. And harshly polarized the opinion of the majority of the world, even within one state. In a short few weeks a non-stop air, artillery, and missile attacks on the entire population and infrastructure of Gaza left Gaza City, it’s services (medical, sanitary, and everything else) were reduced to ruins. The civilian population was not spared the onslaught of bombs. Quickly, the deaths counted in thousands. Approximately 7000 kids were slaughtered.  All border crossings (controlled by Israel) were shut down. Nowhere to escape. Nowhere to search for food, nowhere to ask for medical help for thousands more wounded, nowhere to search for water to drink.

And I saw the shadow of enormous Zeitgeist hovering over the entire Middle East.  Black, angry, spewing ashes and flames.


above – Left panel: a kid in Warsaw in 1945; right panel: a kid in Gaza in 2023

Miejsca i ludzie w akwarelach

Miejsca i ludzie w akwarelach
Kto czeka?

Gdy idę sobie ulicą i stukam
obcasem w głuche płyty chodnika,
to myślę, że nie czas jeszcze chyba
na zapomnienie, odjazd w gęsty las.

Gdzie wiolonczela łka,
piszczałka drewniana
piszczy, śpiewa łąka.

Są jeszcze książki nie przeczytane,
filharmonie z symfoniami nowymi.
Są jeszcze groby, które chce odnaleźć.
Gdzieś przyjaciel może ma mnie spotkać?

Może miasto i rzeka?
Vancouver, Warszawa,
Wilno i Lwów czeka?

Kiedyś, przed wielu laty, malowałem trochę. Portret przyjaciela, portret polskiego baletmistrza tańczącego ‘Harnasi’ Szymanowskiego, portret Julisza Osterwy grającego na wileńskiej Pohulance rolę Księcia, portret mojej wielkiej improbable Edith Piaf. Wszystko w oleju. A! i jedną martwą naturę, nawet dość udaną. I na tym się chyba skończyło. Wszystko w Polsce jeszcze. Tylko tą martwą naturę jedną jedyną już w Kanadzie. Bo chciałem namalować jakąś akwarelę. Tata robił piękne akwarelki. A ja nie potrafiłem. A akwarela to poezja malarstwa. Olej to wiecie – można przerabiać, poprawiać, wracać po miesiącu. Tak samo, jak w powieści i opowiadaniach – edycji może być bez końca. A wiersz przepracowany nadaje się do kosza. To samo akwarelka. Więc, gdy mi akwarelki nie wychodziły – to ogólnie pędzle poszły do kosza też i wszelkie malowanie zarzuciłem. Pewnie z zyskiem dla sztuki malarskiej.

Po latach dopiero bardzo wielu w sukurs przyszły mi techniki manipulacji fotograficznej. Do palety i tubek farb nie wróciłem ale zdjęcia ‘akwarelowe’ zrobić mi się udało. Jak te ostatnio –

Te moje oleje wiszą gdzieś na ścianach w Polsce, a ja tylko mam nie najlepsze ich zdjęcia.

W pogoni za gasnącym słońcem i wschodącym księżycem. In search of hiding sun and waking up moon.

The last two days in Halifax – just before the incoming storm of a dying hurricane – were gorgeous. More like late September than the end of November. I had such plans for them! Two days of ‘Indian summer’ during my days off! Lucky me, I thought. But not so much. Having avoided probably close to three years any cold or flu – I got it now. With chills, and fever. Everybody knows that for a man a flu or cold is worse than any other plaque known to humanity. The bottomless pot of self-pity, LOL. But despite that, I gathered all the remnants of my heroism and packed my camera, and small bottle of Advil and went to a small but wonderful and little-known park between the end of Halifax and the beginning of Bedford – the Sea View Park, just above Africville. Enjoy the views.

Druga połowa listopada, tuż przed nadchodzącymi z Florydy resztkami tropikalnego huraganu, przyniosła nagle cudowne dwa dni ‘babiego lata’. Dni, które miałem wolne! Ba, fatum złośliwe powaliło mnie z nóg. Spotkała mnie straszna dla każdego szanującego się bohaterskiego mężczyzny biblijna plaga przeziębienia lub grypy. Mimo to, nadludzkim wysiłkiem podobnym do dzieł greckich herosów, popołudniem zebrałem w torbę kamerę, buteleczkę aspiryny, wsiadłem na mojego czarnego uskrzydlonego pegaza i popędziłem do mało znanego zakątku w pogonii za zachodzącym słońcem i w powitaniu nadchodzącego księżyca. W małym parku na granicy między Halifaksem a Bedford.

Bike ride #2. Trasa rowerowa nr 2

Bike ride #2. Trasa rowerowa nr 2

That was a very strange night. I watched some TV, and couldn’t watch any more news, as the stories from Gaza were just so depressing. Watched some Netflix movie about some Argentinian young fashion megastar. It was tiring just by the speed of the movie-documentary, him being like high on something nonstop, all the time.  Somehow I started talking to You. Was sad and happy at the same time. Sad for obvious reasons, happy because we talked. Told you that life is like that now, like this movie on speed. I rush to do things, and have to be busy all the time. Just to avoid life. The reality. Sort of: not now, please. I’m busy. Will talk about it later. I have to finish this, that; have to run, have to drive somewhere.

Avoiding.  Not being irrational but not willing to deal with reality, either.

Went to bed about midnight saying that I had to get up about 5 am to drive to a bike trail in the middle of a forest near West Lawrencetown to catch with my camera the sunrise over the ocean. But the night was strangely hot, couldn’t fall asleep even with a wide-open window. Then a train started going back and forth near my building with a terrible noise of the train breaking and smashing of the train cars as they moved and stopped.  Went back to the living room, switched the TV back on, and watched some more of something. You were nowhere to be seen or heard and couldn’t continue our conversation. Made a decision to drive to that spot in the forest about 6 AM. Finally felt tired and sleepy. Before I knew I was asleep. And didn’t get up till 8 AM! Sunrise was gone an hour earlier. But did go for the bike ride anyway. Remembering the night I dressed warmly but very lightly. Took even a towel and an extra pair of underwear in case I decided to take a swim. Started biking at about 10 AM. And instantly knew that I wasn’t dressed as I should. It was freezing! And icy wind that went through my clothing. Swimming in the waves was out of the question when  I got to the beach. If I drove by car I probably would – and warm in the car after swimming. But getting on the bike and biking back easily 10-15 km to where I parked would probably turn me into an icicle, LOL.

Rozmawiałem z Tobą cały wieczór i potem pół nocy chyba. A miałem plany wycieczki rowerowej wzdłuż jezior i brzegu oceanu wczesnym rankiem by uchwycić wschodzące słońce nad Atlantykiem. Ze wschodu wyszły nici. Gdy w końcu dwu lub trzygodzinną drzemkę złapałem – obudziłem się już o ósmej rano. Dawno po wschodzie. Mimo to pojechałem w las, do tej trasy. Noc była nadzwyczajnie ciepłą, jak na tę porę roku. Ale dzień odwrotnie – więc ubrałem się bardzo nie odpowiednio, zbyt lekko. Mimo marznięcia – trasę rowerowa, tak jak zaplanowałem, tak przejechałem. Widoki piękne, surowe, zimowe już (choć bez śniegu) mają też swój specyficzny urok surowego piękna. Lato to barok natury, a zima to styl romański północnej Europy.

Bike ride on salt marshes from Cole Harbour to Lawrencetown

Bike ride on salt marshes from Cole Harbour to Lawrencetown

Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.

The words of love

are difficult

they escape description

of dictionaries

of synonyms

of thesauruses

Her language

are smells,

touches, syllables.

They are screams

of grief,

they are exclamations

of tears.

They avoid punctuation marks,

because they lack

a moment to stop,

to rest.

Love is a movement,

a hurried run.

She is aggressive,

demanding,

or submissive impatiently.

Even when she sleeps –

Her breathing is

expecting you.

That is why when I call you –

I scream or I cry.

And most often when I call you –

I am silent.

Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.

I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life.  My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.

And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.

‘List solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy’ i komentarz o Liście



Podpisałem list solidarnościowy w sprawie mediów w Izraelu i Strefie Gazy.

Podpisałem, nawet jeśli pewnie nie podzielam w pełni perspektywy, z jakiej niektórzy sygnatariusze patrzą na konflikt izraelsko-palestyński. Bo list podpisać można z różnych powodów.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z Hamasu, ale tego nie osiąga się, jak chciałaby armia izraelska, mordowaniem cywilów, wliczając w to rzeź dzieci, wśród których liczba ofiar w kilka tygodni już parokrotnie przerosła tę, jaką znamy z Ukrainy, gdzie wojna trwa ponad półtora roku.

Podpisałem, bo życzę klęski faszystom z izraelskiego rządu, ale tego nie można osiągnąć, jak chciałby Hamas, mordowaniem cywilów, porywaniem innych, obwożeniem po miastach nagich ciał przy wtórze okrzyków o Bogu, a wreszcie braniem za zakładnika i żywą tarczę swojej własnej ludności.

Poparcie dla działań Hamasu to przyzwolenie na zbrodnie, zbyt często bagatelizowane przez część zachodniej lewicy, która kolejny to już raz (po sprawie Ukrainy) całkowicie się kompromituje, tym razem, w dziecinadzie swojej antyamerykańskości, usprawiedliwiając przemoc opowieściami o „dekolonizacji” i przesłaniając rzeczywistość pojęciowymi kalkami, jak osiągająca wyżyny absurdu Butler, która uznała Hamas za część globalnego ruchu lewicowego (co?!), albo jak wszyscy, którzy w propalestyńskich hasłach znajdują dozwoloną formę wyrażania swojego antysemityzmu, którego fala przyjmuje obecnie też formy całkowicie otwarte, a jego skala tylko narasta. Jakkolwiek by nas nie przekonywano, kiedy mówi się nam, że w demonstracjach solidarnościowych z Palestyną chodzi tylko o upomnienie się o ofiary, to jednak trzeba brać odpowiedzialność za słowa, a rozbrzmiewające podczas tych demo hasło „From the river to the sea Palestine will be free” jest niczym innym niż wezwaniem do eksterminacji Żydów, której Hamas by się dopuścił, gdyby tylko dysponował odpowiednimi środkami.

Poparcie obecnej polityki Netanjahu to z kolei sankcjonowanie pogromów (Zachodni Brzeg) i zbrodni wojennych, które mogą przerodzić się w ludobójstwo (tak brzmi notabene stanowisko ONZ). Obecnymi działaniami rząd Izraela daje paliwo do nowych pokładów antyizraelskiej nienawiści, która może nie wygasnąć latami, a w tym sensie polityka ta jest całkowicie kontrskuteczna, napędza tylko nową spiralę przemocy, po którą sięgną spragnieni rewanżu bliscy obecnych ofiar. Zatwardziałość, z jaką jako Zachód obstajemy przy działaniach Netanjahu i z jaką dokładamy rękę do medialnej asymetrii na korzyść Izraela, jest autosabotażem, który wytrąca nam samym z ręki argumenty (jaką skuteczność może mieć gdzie indziej wołanie o prawa człowieka, jeśli tu je mamy w nosie?), a do tego wpycha cały świat arabski w ramiona Putina. W tym sensie wspieranie przez nas obecnych działań izraelskiego rządu to przejaw piramidalnej krótkowzroczności, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”.

Żadna z grup biorących udział w konflikcie nie jest monolitem. Tak samo jak nie ma znaku równości między pojęciami „Izrael” i „Żydzi” oraz między „rząd izraelski” i „Izraelczycy” (przecież kilka miesięcy temu Izrael stał na progu wojny domowej na linii społeczeństwo Vs Netanjahu), tak samo słowo „Hamas” nie jest tożsame ze zbiorem „Palestyna”.

Celem jest więc powstrzymanie tej rozkręconej przez faszystów z obydwu stron jatki. Jakkolwiek Izrael może pokonać Hamas militarnie, może wybić jego kierownictwo i zlikwidować samą organizację, nie zniknie stojąca za nią emocja, która za kilka lat obrodzi nowymi organizacjami mordującymi Żydów. Dlatego jedynym rozwiązaniem (jakkolwiek całkowicie niewyobrażalnym z obecnej perspektywy), jest ustanowienie porządku, w którym możliwa byłaby jakaś forma faktycznego współistnienia na tamtym terenie Żydów i Palestyńczyków, pod auspicjami wreszcie respektowanych umów międzynarodowych. „Faktycznego” to znaczy takiego, w którym Izrael nie prowadzi wobec Palestyńczyków polityki apartheidu, nie zasiedla swoimi kolonistami ziem palestyńskich i nie wykorzystuje swojej przewagi ekonomiczno-militarno-technologicznej, Palestyna z kolei rozbraja Hamas, wyrzeka się agendy politycznej kwestionującej istnienie państwa Izrael i zrywa kontakty z różnymi antyizraelskimi, a tak naprawdę antysemickimi donatorami.

Oczywiście, domaga się to też od obydwu stron ustąpienia z części własnych roszczeń, Oczywiście, pamiętam, jaki los spotkał tych, którzy do podobnych porozumień doprowadzili. Dlatego koniecznym warunkiem ew. umów pokojowych jest nie tylko wyznaczenie wreszcie respektowanych granic między dwoma państwami, ale też dojrzałość, która pozwoliłaby spacyfikować ultrasów z własnego obozu.

I nawet jeśli czasem wydaje mi się, że moje stanowisko („mesjański liberalizm” – creditsy za stworzenie terminu wędrują oczywiście do Adama Lipszyca!) podziela piątka znajomych, to czasem myślę też sobie, że jest nas może więcej, może nawet tyle, ile chciał Derrida.

Otóż Derrida, Żyd ze skolonizowanej przez Francuzów Algierii, który uchodził w oczach wielu za „złego Żyda”, po wykładach na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie zwykł odwiedzać przyjaciół w palestyńskim Ramallah. W wykładzie wygłoszonym kilka miesięcy przed śmiercią (2004 r.) mówił o tym, jaka mu się marzy Europa:

„Europa, w której można krytykować politykę Izraela, […] nie będąc przy tym oskarżonym o antysemityzm czy judeofobię.Europa, w której można wspierać uzasadnione aspiracje narodu palestyńskiego do uzyskania przez niego swoich praw, ziemi i państwa, nie aprobując samobójczych ataków [palestyńskich terrorystów – przyp. P.S.] i antysemickiej propagandy, która często – zbyt często – dąży w świecie arabskim ku okazaniu na nowo uznania dla potwornych „Protokołów mędrców Syjonu”.Europa, w której, bez antyamerykanizmu, bez antyizraelizmu, bez antypalestyńskiej islamofobii, można sprzymierzać się z tymi, którzy, czy byliby to Amerykanie, Izraelczycy czy Palestyńczycy, krytykują w sposób odważny, a czasem nawet bardziej czujny niż my sami – rządy czy siły dominujące w ich własnych krajach. […]

Oto moje marzenie. […] Miliardy ludzi współdzielą ze mną to marzenie. Powoli, wśród mozołu i bólów porodowych, wydobywają je oni na światło dnia, pięknego dnia”.


APEL

Pragniemy wyrazić naszą solidarność z dziennikarzami i dziennikarkami pracującymi w Izraelu, Strefie Gazy i w innych palestyńskich terytoriach okupowanych.

To szczególnie ważne w obliczu tego, jak 20 października 2023 r. Minister komunikacji Izraela Szlomo Karhi ogłosił projekt rozporządzenia umożliwiającego zamknięcie kanałów informacyjnych, jeśli te uznane być mogą za „szkodzące bezpieczeństwu narodowemu”. Przepisy te zostały zatwierdzone 1 listopada. Wydają się być wymierzone w działalność kanału al-Dżazira, jednak Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy obawia się, że prawo to może posłużyć władzom izraelskim do zamykania innych mediów działających w Izraelu oraz na okupowanych terytoriach palestyńskich.

Rozporządzenie to jest jawnym ograniczeniem wolności prasy oraz wolności słowa, a można je interpretować także jako formę zastraszania, co z kolei łamie artykuł 19. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, który stanowi, że

„Każda jednostka ma prawo do wolności poglądów i wypowiedzi; prawo to obejmuje nieskrępowaną wolność posiadania poglądów oraz poszukiwania, otrzymywania i przekazywania informacji oraz idei, wszelkimi środkami i bez względu na granice”.

Kilka dni po przedstawieniu projektu wspomnianego rozporządzenia, 25 października 2023 r., izraelskie siły zbrojne zbombardowały dom szefa biura al-Dżaziry w Gazie, Waila Dahduha. W ataku zginęła jego żona, córka, syn i wnuk. Pragniemy wyrazić nasze najszczersze kondolencje.

Stajemy solidarnie z uprowadzonym przez Hamas izraelskim dziennikarzem Odedem Lifszicem, zasłużonym opozycjonistą, który przez dziesięciolecia działał na rzecz pokoju i uznania praw Palestyńczyków. Apelujemy o jego niezwłoczne uwolnienie w związku z publicznym oświadczeniem rzecznika Brygad Izz ad-Din al-Kassam o gotowości do jego bezwarunkowego oswobodzenia.

W obliczu ataków na dziennikarzy Międzynarodowa Federacja Dziennikarzy (IFJ), Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych oraz UNI Global Union wystosowały list do UNESCO z prośbą o dołożenie wszelkich starań mających na celu ochronę dziennikarzy i cywilów. W swoim apelu piszą o tym, że:

„Żadni zagraniczni dziennikarze aktualnie nie relacjonują z terytorium Strefy Gazy, ani nie mają możliwości wjazdu na jej teren, aby relacjonować bieżące wydarzenia. Tylko dziennikarze palestyńscy mogą informować o tym, co się dzieje. Dlatego też ważne jest, aby Organizacja Narodów Zjednoczonych, a w szczególności UNESCO, chroniła tych dziennikarzy i ich prawa oraz utrzymała ich dostęp do Internetu i innych środków komunikacji, aby mogli informować lokalną ludność palestyńską i świat o wojnie w Strefie Gazy”.

Apelujemy o ochronę wszystkich dziennikarzy i dziennikarek oraz pamięć o trzydziestu sześciu zabitych między 7 października a 3 listopada 2023 r.:

Czterech izraelskich dziennikarzach i dziennikarkach: Roim Idanie, Janiwie Zoharze, Ajelet Arnin oraz Szai Regew.

Trzydziestu jeden palestyńskich dziennikarzach i dziennikarkach: Ibrahimie Mohammadzie Lafim, Mohammadzie Dżargunie, Mohammadzie al-Salhimie, Assadzie Szamlachim, Hiszamie al-Nawadżim, Mohammadzie Sobhu, Sajidzie al-Tawilu, Mohamedzie Fajezie Abu Matarze, Ahmedzie Szehabi, Husamie Mubaraku, Salamie Memie, Jusufie Maherze Dawasie, Abdulhadim Habibim, Issamie Bharze, Mohammadzie Baluszim, Samehu al-Nadimie, Chalilu Abu Atarze, Mohammedzie Alimie, Roszdzie Sarradżu, Mohammadzie Imadzie Labadzie, Dua Szaraf, Sajidzie Al-Halabi, Ahmedzie Abu Mhadim, Salimie Mchaimerze, Jasirze Abu Namusie, Nazmim al-Nadim, Madżedzie Kaszko, Imadzie al-Wahidim, Ijada Matara Madżda, Fadla Arandasa, Mohammeda Abu Hataba.

Oraz libańskim dziennikarzu Issamie Abdallahu.

Pragniemy zauważyć, że w polskich mediach nie pojawiły się do tej pory żadne głosy dziennikarzy obecnych na okupowanych terytoriach palestyńskich — w Gazie oraz na Zachodnim Brzegu — codziennie ryzykujących swoje życie, by relacjonować na bieżąco wydarzenia, których są świadkami i świadkiniami.

W związku z apelem Organizacji Narodów Zjednoczonych z dnia 19 października 2023 r. wzywającym do zapobieżenia możliwemu ludobójstwu w Gazie wzywamy wszystkich, których może to dotyczyć, do przestrzegania zasad etyki dziennikarskiej, w tym obowiązku:

1. Niepowielania niezweryfikowanych informacji, wprowadzenia praktyki sprostowania tych uprzednio powielonych fałszywych lub dementowanych.

2. Weryfikacji oraz umieszczania źródeł wszelkich informacji.

3. Wyraźnego odróżnienia informacji opartych na faktach od komentarzy i krytyki własnej.

4. Dołożenia wszelkich starań, by wiernie odtworzyć wypowiedzi danych osób publicznych i niepublicznych.

5. Rozpowszechniania informacji lub opinii, w taki sposób, by nie przyczyniać się do szerzenia mowy nienawiści, uprzedzeń, stereotypizacji, a także dołożenia wszelkich starań, aby przeciwdziałać szerzeniu się dyskryminacji ze względu na takie czynniki, jak pochodzenie geograficzne, społeczne lub etniczne, rasa, religia i inne.

W przeciągu ostatnich kilku tygodni w publikowanych w języku polskim materiałach pojawiło się wiele nieprawdziwych, bądź niepotwierdzonych informacji, które w oczywisty sposób przyczyniają się do szerzenia się mowy nienawiści oraz demonizacji i stereotypizacji Palestyńczyków. Wydarzenia niejednokrotnie przedstawiane są w sposób jednostronny i ignorujący jawne naruszenia prawa międzynarodowego przez Izrael. W związku z powyższym pragniemy przywołać fragment wspomnianego wcześniej oświadczenia ekspertów Organizacji Narodów Zjednoczonych: 

„Izrael prowadzi kampanię, której skutkiem są zbrodnie przeciwko ludzkości w Gazie. Biorąc pod uwagę oświadczenia izraelskich przywódców politycznych i ich sojuszników, którym towarzyszyły działania wojskowe  w Gazie oraz eskalacja aresztowań i zabójstw na Zachodnim Brzegu, istnieje również ryzyko ludobójstwa na narodzie palestyńskim”.

Wierzymy, że wspólnymi siłami możemy przyczynić się do tworzenia rzetelnych i obiektywnych informacji, które będą służyć społeczeństwu. 

Poniżej podpisane osoby/organizacje wyrażają swoje poparcie dla tego listu otwartego.

Sygnatariusze i sygnatariuszki

Anna Alboth, dziennikarka i aktywistka; Adam Andrzejewski, filozof; Bartosz Bartosik, dziennikarz; Wiktoria Beczek, dziennikarka; Karolina Bednarz, wydawczyni; Marek Beylin, publicysta; Dominika Blachnicka-Ciacek, socjolożka, Wydział socjologii UW; Monika Bobako, filozofka, UAM; Artur Boruc, były członek reprezentacji Polski w piłce nożnej; Sara Boruc, blogerka modowa i osobowość telewizyjna; Milena Bryła, dziennikarka; Piotr Bystrianin, prezes zarządu Fundacji Ocalenie; Marta Byczkowska-Nowak, dziennikarka Wprost’; Max Cegielski, dziennikarz; Agata Chmielecka, wydawczyni; Anna Chmielecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Kalina Czwarnóg, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Maja Chitro, dziennikarka;Sylwia Chutnik, pisarka; Anna Cieplak, pisarka, animatorka kultury; Katarzyna Czarnota, socjolożka, badaczka w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka; Beata Czuma-Hyk, wirtualnemedia.pl; Julia Dauksza, dziennikarka; Anna Dąbrowska-Zembik, dziennikarka; Artur Domosławski, pisarz i dziennikarz; Olga Drenda, pisarka, dziennikarka; Jędrzej Dudkiewicz, dziennikarz freelancer; Marek Dziekan, nauczyciel akademicki, Uniwersytet Łódzki; Anna Dąbrowska, Stowarzyszenie Homo Faber; Wojciech Faruga, reżyser i Dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy; Filip Fierek, wydawca; Miłka Fijałkowska, dziennikarka; Bartosz Frąckowiak, Fundacja Biennale Warszawa; Magdalena Fusiek, dziennikarka; Olga Gitkiewicz, pisarka, reporterka; Daria Głowacka, animatorka kultury; Karol Grygoruk, fotograf; Agata Grzybowska, dokumentalistka; Ewa Górska, akademiczka; Olga Hund, pisarka, tłumaczka; Karolina Hytrek-Prosiecka, dziennikarka; Cecylia Jakubczak, działaczka społeczna; Oliwier Janiak, dziennikarz;Mateusz Janicki, aktor; Damian Jankowski, dziennikarz; Marek Jedliński, redaktor; Hanna Jewsiewicka, dziennikarka; Agnieszka Jucewicz, dziennikarka; Gosia Juszczak, reżyserka; Ewelina Kaczmarczyk, Katarzyna Makarowicz, Weronika Szczurko (Salam Lab); Julia Kamińska, aktorka i piosenkarka; Magdalena Kicińska, dziennikarka; Lena Khalid, reportażystka; Tatiana Kolesnychenko, reporterka; Szczepan Kopyt, poeta; Karolina Korwin-Piotrowska, dziennikarka; Justyna Kosela, dziennikarka; Agnieszka Kosowicz, prezeska Polskiego Forum Migracyjnego; Mela Koteluk, piosenkarka; Sylwia Kuca, adwokat; Kamila Kunda, terapeutka; Roman Kurkiewicz, dziennikarz; Rut Kurkiewicz, reżyserka, dziennikarka; Danuta Kuroń, prezeska zarządu Fundacji Edukacyjnej Jacka Kuronia; Dominika Lasota, aktywistka, Inicjatywa Wschód; Katarzyna Lazzeri, dziennikarka; Andrzej Leder, filozof; Justyna Kowalska-Leder, kulturoznawczyni; Aleksandra Lipczak, pisarka, dziennikarka; Hanna Lis, dziennikarka; Hanna Machińska, nauczycielka akademicka UW, członkini rady Fundacji Helsińskiej i Fundacji Batorego; Rafał Madajczak, redaktor naczelny Gazeta.pl; Maciej Mahler, współzałożyciel stowarzyszenia “Stacja Muranów”; Galopujący Major, bloger, felietonista; Katarzyna Malarowska, reporterka; Małgorzata Jamrozy Margaret, piosenkarka; Patryk Michalski, dziennikarz; Tadeusz Michrowski, dziennikarz; Dalia Mikulska, reporterka; Anna Mikulska, dziennikarka; Paweł Mościcki, pisarz, eseista; Joanna Musiatewicz, nauczycielka akademicka UW; Bartosz Nalazek, operator filmowy; Dorota Nowak, redaktorka, wydawczyni; Karolina Ochab, dyrektor naczelna Nowego Teatru; Janina Ochojska, posłanka do Parlamentu Europejskiego; Maja Ostaszewska, aktorka; Joanna Ostrowska, historyczka; Katarzyna Pachniak, nauczycielka akademicka UW; Antoni Pawlicki, aktor; Marcin Perchuć, aktor i były dziekan AT; Ada Piekarska, kuratorka sztuki; Natalia Pitala, ekolog; Aleksandra Popławska, aktorka; Aneta Prymaka, reporterka; Kaja Puto, dziennikarka; Mikołaj Ratajczak, filozof; Karolina Rogaska, dziennikarka; Bartosz Rumieńczyk, dziennikarz; Aleksandra Rutkowska, dziennikarka; Magdalena Różczka, aktorka; Bartek Sabela, reporter; Piotr Sadzik, wykładowca UW; Janusz Schwertner, dziennikarz; Beata Siemaszko, aktywistka; Sławomir Sierakowski, Krytyka Polityczna, Onet.pl; Jakub Skrzywanek, reżyser, Dyrektor Artystyczny Teatru Współczesnego w Szczecinie; Anita Sokołowska, aktorka; Filip Springer, pisarz; Olga Stanisławska, pisarka, reportażystka;  Franek Sterczewski, poseł na sejm RP; Krzysztof Story, dziennikarz; Bogna Świątkowska, NN6T; Witold Szabłowski, pisarz; Patryk Strzałkowski, dziennikarz Gazeta.pl; Krzysztof Szczepaniak, aktor; Małgorzata Szczurek, wydawczyni, Wydawnictwo Karakter; Mariusz Szczygieł, reporter; Małgorzata Szczęśniak, scenografka i kostiumolog w Operze; Krzysztof Tubilewicz, dziennikarz; Mateusz Trusewicz, natemat.pl; Anna Trusewicz, Gazeta.pl; Grzegorz Uzdański, pisarz; Adam Wajrak, dziennikarz; Marianna Wartecka, członkini zarządu Fundacji Ocalenie; Krzysztof Warlikowski, reżyser teatralny i operowy, dyrektor artystyczny Nowego Teatru; Jacek Wiaderny, redaktor, Mały Format; Miłosz Wiatrowski-Bujacz, dziennikarz; Przemysław Wielgosz, redaktor, Le Monde diplomatique – edycja polska; Karol Wilczyński, wykładowca UJ; Ilona Witkowska, poetka; Paweł Wodziński, reżyser, kurator; Martyna Wojciechowska, dziennikarka i pisarka; Aleksandra Wojtaszek, pisarka, dziennikarka, tłumaczka; Xawier Woliński, wolnelewo.pl; Ewa Wójciak, Teatr Ósmego Dnia; Weronika Wysocka, artystka; Natalia Żaba, dziennikarka; Konrad Żurawowicz, aktywista; Beata Żak, medyczka; Agnieszka Żądło, dziennikarka, dokumentalistka; Marcin Żyła, dziennikarz; Katarzyna Maniak, antropolożka kultury UJ; Justyna Marcinkowska, antropolożka kultury UAM;

Media i organizacje

Fundacja Instytut Reportażu; Fundacja Ocalenie; Fundacja Polska Gościnność; Fundacja Strefa WolnoSłowa; Fundacja w Stronę Dialogu; Fundacja Ari Ari; Inicjatywa Wschód; Mały Format;  NOMADA – Stowarzyszenie na Rzecz Integracji Społeczeństwa Wielokulturowego; Stowarzyszenie Homo Faber; Stowarzyszenie Laboratorium Działań dla Pokoju (Salam Lab); Wydawnictwo ArtRage; Wydawnictwo Drzazgi; Wydawnictwo Tajfuny; 

Palestyna. Ziemia Obiecana. Ziemia Święta.

Zachodnia Azja, Azja Mniejsza, Bliski Wschód. Różnie to w różnych okresach nazywano. Ale najdłużej pewnie, bo od czasów faraonów nazywano ten teren, hen, aż po Afrykę Północną – Palestyna. Kiedy nikogo jeszcze nie nazywano Palestyńczykami. Ale były to naturalnie tereny zamieszkałe. Przez różne ludy zbliżone jezykowo, genetycznie do siebie. Spokrewnione. Cały wszak ten obszar of Mezopotamii po Afrykę Północną, to kolebka najstarszych rozwiniętych cywilizacji ludzkości: Sumer, Akadia, Egipt, Babilon, Asyria. Między tymi imperiami, na tej ziemi palestyńskiej błakały się też, zamieszkiwały je plemiona semickie, które w późniejszym czasie dały początek narodom żydowskiemu i palestyńskiemu. Nie w tym samym dokładnie czasie i nie tą sama drogą. Żydowskie państewka jak Kanan, Judea powstały dużo wcześniej. Czy Fenicję można zaliczyć do wczesnego państwa palestyńskiego (jeśli tak, to do tej pory jedynego jakie by mieli) nie ma ciągle zgody historyków. I nie ma to większego znaczenia. Wiemy, że na tym terenie, podobnie, jak Izraelici, byli. I nie przybyli z Kosmosu ani Chin. Pod każdym względem mają jedni i drudzy prawo do tych ziem. Prawo nie wykluczające się wzajemnie. Z czasem, zwłaszcza gdy wplątały się w to późniejsze imperia konstantynopolskie, rzymskie i osmańskie sprawy poczęły się komplikować. A już największym zagmatwaniem były kwestie religijne.

W pewneym okresie czasu, poprzedzającym jeszcze potęgę rzymską, plemiona żydowskie wykrystalizowały monoteistyczną religię (wcześniej te same plemiona hołdowały, jak wiekszość ówczesnego świata wierzeniom w wielu bogów). Monoteizm żydowski był początkiem olbrzymich różnic wobec innych. Powodował ‘inność’. W czasie dużo późniejszym plemiona sąsiednie, te palestyńskie, zaadaptowały inną wersje tego samego monoteizmu – islam. Ale zanim to nastapiło pierwszą odmianą tej wiary plemion żydowskich było chrześcijaństwo. Mniej liczni pośród Palestyńczyków przyjęli też i tą nowa odmiane judaizmu.

Chrześcijaństwo prawie od zarania uznało, że swoją wersję judaizmu będą szerzyć usilnie we wszystkich napotkanych ludach i krajach. Co różniło ich bardzo od klasycznego judaizmu żydowskiego, który nie dbal o szerzenie wiary wśród innych ludów. Naturalnie nie można zaprzeczyć, że chrześcijaństwo jest produktem Żydów i przez żydów właśnie było rozpowszechnione w Grecji i Syrii dwa tysiące lat temu przez uczniów niejakiego Jezusa z Nazaretu. Kilkaset lat póżniej narodził się wspomniany Islam. I tym sposobem religia plemion żydowskich w trzech różnych wersjach stała się na kolejne dwa tysiące lat prawie panująca na całym świecie. I przez dłuższy okres tego czasu te jej trzy wersje zwalczały się w krawy i bezwględny sposób. Jak wiemy nic tak narodów i państw, a nawet rodzin i sasiadów, nie różni, jak religia. Zwłaszcza wiara w tego samego boga ale widzianego z innej perspektywy. Awantury w rodzinie często bywaja bardzej niszczące i tworzące głębsze podziały niż awantury wsród ludzi obcych sobie.

Zdaniem moim, właśnie religia jest materiałem napędowym całego współczesnego konfliktu dzisiejszych Żydów i Palesteńczyków, A w wiekach średnich prób bardzo długich i krwawych zajęcia tzw. Ziemii Świętej przez papieży i królów chrześcijańskich.

Poniżej spisałem moje refleksje na ten temat. Używałem naturalnie innego, swoistego języka odległego od języka Akademii. Ale generalnie opierałem się na faktach. A styl wybrałem taki a nie inny, bo trudno z teologiami i scholastykami człowiekowi racjonalnemu w XXI wieku poważnie dyskutować. Wiara zakłada, że w coś się wierzy, a nie że coś się wie. Tym te wyjaśnienia, bez zbędnego wywodu, zakończę.