Couldn’t help myself. The wind is already rather cold – but the sunshine in full splendor. Camera and a folding chair in hand and off we go to Conrad Beach. Few people thought the same, fact that it was Saturday helped them to avail themselves of the orgy of colours, light, sea, and sky. Don’t forget the smells so different away from the city! None of them indeed ventured for a swim as the waves were wilder today and the wind almost chilling. But try to take me to a beach on a sunny day and tell me I can’t either! No chance, LOL. Actually, I think that exactly because the air was chilly – the water didn’t feel like a shock to the body. The crushing waves did not charge any extra fee for a wonderful back and chest massage! It truly was invirogating. On the way back a short trip to meadows and glory of fall.
Kiedy już wydawało się, że moje plażowanie tegoroczne się zakończyło – jeszcze jeden prezent od jesiennego słońca i kolejna wycieczka na plażę. Słońce, woda, piasek pod nogami, huk rozbijajaczych się bałwanów morskich, w dali za naturalnym skalistym falochronem, kolorowe żagle surferów. Jak nie pobiec w ten żywioł, nie pływać w tych grzywaczach? Niby nikt inny tego nie robił, ale też nikt palcem mnie nie wytykał i w czoło się nie stukał, LOL. Ostatecznie – wolny kraj, LOL. Spotkałem też konkurenta fotografowania tych cudów Natury. Jak na porządnego zawodowca przystało był porządnie ubrany w buty z cholewami, długie spodnie i ciepłą kurtkę. Ubogiego amatora jak mnie, na takie luksusy nie stać.
The Weather folks say it will snow in two day’s time. I like white beaches. But I do mean white sand beaches, snow I prefer on skiing slopes.
My Rocks, as my regular Readers would know, is a stretch of rocky shore alongside the Bedford Basin. The Basin and the Channel leading to it separate Dartmouth and Halifax. As I live almost on that shore – it is a place of my many walks, writings, picture-taking. But most of it – it is my Garden Of Sanity, where I seek peace, solace. In the world but outside of the world at the same time. You would occasionally meet one or two other people wandering there, but most of the time it is just me.
Uciekłem na Moje Kamienie. Miejsce szukania wyciszenia, spokoju. Często początku zapisywanych w kajecie wierszy, felietonów, esejów. Nade wszystko jednak ucieczki przed światem. Lub ściślej – światem ludzi. Niewyobrażalna, na mityczną skalę tragedia palestyńska w Gazie – efekt morderczego i niewyobrażalnego mordu terrorystycznej grupy Hamas na mieszkańcach kibucu graniczącego z palestyńską Gazą – obudziła w wielu niezrozumiałe dla mnie uczucia i emocje, których zrozumieć nie mogę.
Po tym morderczym napadzie, Izrael wydał totalną wojne Palestyńczykom w Gazie. W tej totalnej wojnie (de facto to nie wojna a masowe oblężenie i pełny nieustanny ostrzał artyleryjski, powietrzny i rakietowy, pełne odcięcie od wody, od lekarstw, od żywności) Izraelczycy odrzucili wszelkie międzynarodowe konwencje wojenne. Straty ludności cywilnej są wielokrotnie wyższe niż w tym ohydnym mordzie i rosną z dnia na dzień. Nie o tym będę jednak pisał. Co mnie zdumiewa (i powód ucieczki z domu i czytania prasy, oglądania telewizji) to niezrozumiała w jakikowiek sposób postawa wielu osób, które znam i cenię nawet: odmawianie pełnego człowieczeństwa ginącym Palestyńczykom. Był moment, gdy sam w momencie kompletnej utraty racjonalnego myślenia, zadałem w jednej z rozmów pytanie: w takim razie prosze mi powiedzieć ile dzieci palestyńskich winno być zabitych za jedno zamordowane dziecko żydowskie? Nie potrafiłem znaleźć jakichś wspólnych filarów tej samej etyki i tej samej moralności, która wydawało mi się jeszcze do wczoraj istniała. Więc musiałem zadać takie brutalne pytanie sądząc, że szok tego pytania ludzi obudzi z jakiegos koszmaru biblijnych zemst, odwetów, religijnych mordów. Pomyślałem, że może faktycznie cała Palestyna (więc i państwo izraelskie) to jakaś Przeklęta Ziemia szaleńczych dzieci Abrahama, którzy w imię tego samego Boga, zgodnie z moderczymi zapisami w tych starych księgach Tory, Koranu i Biblii muszą się wzajem mordować aż do ostatniego człowieka. Że Morze Czerwone ma właśnie tym być – czerwonym od krwi. Może i Homer by tej tragedii człowieczeństwa nie potrafił opisać? Może zrobili to lepiej właśnie Prorocy żydowscy i muzułmańscy i Ojcowie Kościoła Chrześcijaństwa? Dostawałem słowem obłędu. Uciekłem od tego wszystkiego do świata natury, nad mój kanał morski, na moje kamienie, pod moje zachodzące słońce w którego zamierających promieniach ukazał się nocny Księżyc. I miasto ludzi obok ale daleko, więc milczące od tych okrzyków zemst i pogromów. I w tej naturze, gdzie wszystko bezkrwawo codziennie umiera nocą – jest pewność, że dnia następnego odrodzi się znowu cudownym wschodem. Bo ta noc to nie smierć przecież, to tylko sen. Sen, w którym nawet koszmary odchodzą z nadejściem świtu. Ach, niechże ten świt nadejdzie już! A jak pieknie ta reinkarnacja świata wyglada – w zdjęciach poniżej.
Jesień. Więcej chyba jej w poezji i sztuce ogólnie niż innych sezonów. Jest coś i ciepłego i smutnego jednocześnie w niej. Jest świadomość przemijania, odchodzenia, umierania. Jest chwilą na wspomnienia szałów wiosny i osiągnięć lata. Ma kolorów, cieni i blasków więcej niż pozostałe okresy roku.
Otwiera bramy do skończoności, do nietrwałości wszystkiego, co ludzkie, co naturalne, co fizyczne. Co żywe. I ta realizacja, to pogodzenie się z nieugiętym prawem nietrwałości, tymczasowości, nadaje jej jakiś specjalny charakter transcendentnego smutku, smutku z lekkim uśmiechem na ustach. Nie śmiechu, a uśmiechu właśnie.
Był taki onegdaj poeta niegłośny a dobry, Stefan Gołębiowski. Dziś mało kto go pewnie pamięta. A ja lubiłem jego wiersze: krótkie formy, najczęściej dziesięciozgłoskowe, czasem 5-cio. Były ciepłe w dotyku, nie hałaśliwe. Coś stwierdzały, coś opisywały, ale bez wyroku, bez oceny. Mało w nich było zachwytu nad własną erudycją, tak strasznie popularnego wśród polskich poetów ostatnich chyba 100 lat. Trochę był w tym podobny do pisania Szymborskiej. Zdecydowanie był odwrotnością, zaprzeczeniem poetyki Barańczaka – poety kunsztem od niego o niebo wyższym, aliści przesiąkniętym takim parnasizmem i samozachwytem, e faktycznie w czołówce tych poetów polskich się znalazł.
Wiec tenże ‘mój’ skromny Gołębiowski tak sympatycznie ten rodzaj uśmiechu zarysował we fragmencie wiersza „Uśmiech”[i]:
Straciła nogi w powietrzu toczone
straciła dłoni światło różanopalce
——–\\——–
w konchach uszu sen zaprzepaścił świadomość
więc nic nie ocalało zapytał zgubiony uśmiech
morze westchnęło z niepamięci dobyty powstał
obłoczek piany i z konchy wychynął mięczak.
Więc rowerowo się na spotkanie z kolorami i widokami jesieni wybrałem. W miejsca, gdzie dawno już nie byłem. A gdzie z Johnem wspólnie chodzić lubiliśmy.
Ah, Fall … the mystique of the delicate fabric of fog rising from little lakes, and meadows. Sad but in a resigned and almost sweet type of sadness. The sad smile of accepting fate. The vigor of Spring is gone, although still strong in our memory; the mundane and mature things of Summer are gone, too. Thank god for that. Adulthood of summer of our life is too calculated, too measured. Too much of: but what if … . What if life happens?
Let it happen, then. Let it happen, enjoy the risks, the rewards, and the bitter failings.
Fall is so much more mature, so much more accepting and forgiving. C’est la vie, mon cheri. The timid smile of understanding, perhaps even resignation. Melancholic. Invisible John slightly squeezing my arm, my bike – we walked.
Mona Lisa’s smile of da Vinci? Or the smile Canadian Indigenous poet, Sarain Stump put on one of her short poems[ii]:
Gotta be the best
at the ball game
and hunt something
——–//——–
put together a few wise words
in front of the elder ones
all because she smiled at me
and her father said
he ain’t gonna give her
to who’s not a man
[i] Utwory poetyckie” Stefan Gołębiowski; wyd. LSW, Warszawa, 1975
[ii] “There is my people sleeping” Sarain Stump, pub. Gray’s Publishing, Sidney, BC, 1974
I have started the ‘Talks with John’ soon after His passing. Last place we went to, on our numerous journeys, was a little, tranquil lake called ‘Dollar’, in the midst of deep forest, half way between Highways No.102 and 107. I was the first place I returned to, after He was gone. It seems fitting it was a place I went to few days ago, closing that period of my search of Him. Here is the final letter. First part in Polish, second in English. Just a note to the Reader: both parts are a continuation of the entire text, not a translation. I could have write the entire piece in both languages – but that would not be honest to the emotional process of writing it down. My talkes with Him were bilingual and I want to preserve that aspect of it. The authenticity of the emotions. —– Polska i angielska część moich Rozmów z Johnem nie są po prostu tłumaczeniem jednej wersji na drugą. To osobne fragmenty jednego całego tekstu. Świadomie w takiej formie chce je pozostawić, gdyż taką formę rozmowy dwujęzycznej z Nim prowadziłem. Przepraszam jeśli komuś sprawi to kłopot w rozumieniu i znajomości obu języków. Ale takie są prawa oryginału.
Posłuchaj raz jeszcze, wytłumaczę Ci moje zmagania. I moje klęski emocjonalne, moją słabość. To, że zapomniałem, że jestem Twoim Domem. Naszym Domem, że Ci to obiecałem i że tego ode mnie oczekiwałeś. Gdzieś tą pewność zagubiłem, gdzieś schyliłem plecy w jakimś bezgłośnym szlochu. Jeździłem po miejscach znajomych i nieznanych przedtem i szukałem Ciebie, wołałem Twoje imię. Tak, jakbyś odszedł. Wszędzie zabierałem ze sobą swój notes i te walki wewnętrzne opisałem.
Czas bym Ci złożył z nich sprawozdanie, bym te strony notesu otworzył. I obietnicę na nowo podjął, w pełni zrozumiał. Czas na powrót do Domu z podróżowania. Domu, którym jestem ja i w którym Ty mieszkasz. Na zawsze.
(Conrad Beach, 21.09.23) – Wszystko to jeden przeciągły krzyk. Jedno nieustanne wołanie, jak nieustanny szum fal. Jak ich huk, gdy rozbijają się o brzeg, gdy załamują się pod własnym ciężarem w dzikiej kipieli białej piany. Może dlatego do tych opustoszałych o tej porze roku plaż jeżdżę. By z nimi krzyczeć, by niosły ten krzyk daleko, topiły w swych głębinach i zamykały go w leżącej na dnie ciężkiej kryształowej szkatule.
Piszę do Ciebie na mokrym piasku list-poemat w archaicznym języku, którego sam nie znam, ale przeczuwam. Nadchodząca fala zbiera każdą literę, każdy znak runiczny i zabiera ten list. Zbiera delikatnie każde ziarnku piasku z każdej runy i niesie do swoich głębin. Może tam, w tej głębi największych rowów oceanów, na wielkich perlistych konchach siedzą wszyscy kochankowie i kochanki oczekujące na te listy.
(Dollar Lake, 22.09.23) – Więc przyjechałem tu znowu w pogoni za Tobą. Tu zaczynałem moje poszukiwania Ciebie, moje ucieczki z domu. Ucieczki do nas, w nas. Za naszymi śladami, szczątkami rozmów, słów, uśmiechów, dotknięć. Miejsca ostatnie dłuższej wspólnej wycieczki kończącej nasza wielką podróż życia.
our first visit to the lake
Las za plecami jest pełen swoich rozmów. Jakiś ptak z uporem coś zrzuca z gałęzi, coś rozdłubuje. Szuka pożywienia pod korą? Na budowanie gniazd wszak już za późno. Nadeszła jesień. Woda jest chłodna ale przyjemna. Gładka jak powierzchnia lustra. Po grzywaczach szalonych fal oceanu dziwnie się jakoś pływa po takiej lustrzanej tafli.
Możliwe, że i ta podróż tu, nad to jezioro, jest moja ostatnią. Tamta pierwsza, odbyta wspólnie, istnieje tylko w moim sercu, w mej pamięci. Czas oddać te jezioro, ten las, tę szosę do niego prowadzącą, innym kochankom. Ich marzeniom, ich pocałunkom. Jest piękna cisza, jesienne słońce chyli się ku zachodniej ścianie lasu, nawet lekki wiaterek ustał. Jakby nie chcieli mi przeszkadzać, jakby umówili się: dajmy mu jeszcze chwilę, trochę czasu by się tych wspomnień nałykał.
my first return to the lake, in May, 2023
Czasu na odwiedziny i czasu na pożegnanie. Niech nastanie już ta cisza.
To think of it, You were my Canada. My entire life here. My love for this country was my love for You. I went to Halifax today for this last recorded on-paper talk with You. At my favored spot in this city at the beginning of Coburg Street. In front of my favored church – St. Andrews United Church.
There are many reasons to like this spot: it is, in a way, an invisible border separating bustling and noisy Halifax of tourists and business from Halifax the quiet, the reflective. But it is also the church I have visited many times for musical concerts organized there. But above that there is one more thing, a small detail that I noticed and just love it. The administrative annex of the church is a very busy and noisy some sort of school/childcare facility. There are always many kids coming and going, laughing, joking, saying hi and goodbye. The entrance to this school is always adorned with some rainbow symbols of the LGBTQ+ community. What a most splendid idea! Remember? I showed it to You and You agreed. Introducing the kids to the reality, that love has no boundaries, that all are welcome and included. Just that visual effect is stronger and better than lectures could ever be.
That is why I came here to finish this letter to You. About our Canada, Canada You gave to me. Or Canada that made us.
Canada now is with me all the time. Your gift to me and Her gift to us. Wherever I go, She will go with me. She is part of me, like our love and You.
I will stop searching for You on the vast beaches in the majestic bosom of waves crashing on the shore. Stop looking for You on the tranquil trail and beach of Dollar Lake lost in the middle of an old forest. It is true – memories of us being there, are still there. But they are also inside my soul, imprinted there till the day I die.
I didn’t need to call Your name, You are not hiding in any of these places. You are within me. You are us, and I am us.
You once said: ‘wherever you are, there is my home’. I remembered it at the beginning of my immense grief. Over time that grief became so heavy, so strong, it started to overpower me. And I run to these places calling Your name, begging You to answer, to reveal Yourself.
But now it all came back. You are everywhere I go. At home, on my travels, my walks. You are my Canada. My true heimat. I can take it with me across any mountains and oceans. The entire world is that – our Canada. You have come back where You always belonged – to me. Let’s walk together the rest of the Journey, wherever it takes us.
from my last visit to the lake in late September 2023
Na spotkanie z falami nadchodzącego Lee pojechałem na kamienistą plażę w Lawrencetown. Potem przez noc i dwa dni trzymałem szyby w domu, by nie poleciały, jak liście z sąsiednich drzew (niektóre leciały razem z gałęziami, LOL).
Ale, jak tylko gałęzie przestały fruwać pojechałem zobaczyć zniszczenia na moich ukochanych plażach. Tym razem dalej, szosą nr.10 do bajecznie długiej, piaszczystej plaży Martinique. Nie , nie na Martynice karaibskiej. Na tej w Nowej Szkocji. Koło Musquodoboit Harbour. Wiatry nie szalały, ale fale i ocean – tak. Z pływaniem było podobnie, jak w Lawrencetown: krótkie momenty nurkowania w nadchodzącą spienioną scianę wody i to wszystko. Za to często. Spacerowiczów po plaży było sporo, chyba głównie lokalnych, którzy przyjechali zobaczyc, jak wygląda po tym sztormie. Kilka osób wchodziło do pól-łydki na spacer. Ale poza mną nikt nie pływał. Chyba mądrze (mądrzejsi widać ode mnie, co nie jest zbyt wielkim osiągnięciem). Natomiast i tym razem była grupka surferów w kombinezonach, z deskami. Ci baraszkowali w tej pianie nieźle.
Wjazd był zamknięty (Martinique Beach jest bardzo duża i ma szereg parkingów) ze wzgledu na zniszczenia miejsc parkingowych, więc parkowałem na drodze dojazdowej, a reszta per pedes. Od razu widziałem poważne szkody. Kamienie, które ciężko by było podnieść, zawaliły ścieżki, drogi, na obrzeżach lasku za plażą. Wszędzie, gdzie woda i fale kilkunastometrowe znalazły dojście. A znalazły wszędzie. Sama plaża poszerzyła się o dobrych kilka metrów – kosztem spustoszenia, jakie fale zrobiły wydmom. Przypuszczam, że 3-4 metry wydm znikneło. Zabierze lata by może coś odzyskały. Zmiany klimatyczne raczej nie rokują takiej możliwości kilkuletniego spokoju. Wszystkie drewniane pomosty z plaży przez wydmy do parkingów – rozniesione lub poważnie uszkodzone.
I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:
“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.
The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”
(below a Polish language version)
We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:
“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.
Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.
Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.
Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.
Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.
A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.
Ciągle, nieustannie. Cóż słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?
Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.
Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie. A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?
Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.
Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.
Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne. Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych. Z dopiskiem odręcznym: ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.
Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się. Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam. Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.
Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.
Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy. Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie. Tym Twoim uśmiechem czystej, bezbronnej miłości.
Wracam do samochodu. Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku. Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem. Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły bryły szpitala. Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać. Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie. Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.
Wszystko to było nieopisanie piękną i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką. Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego. Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’. Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.
Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.
Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.