Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.

Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.

Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.

Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.


Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Bliski, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek, ze wszystkich,  których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pośpiesznym serce i myśli

 skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartej. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj  członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w  bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach  silnych ramion.

W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.

Obelisk

Czy widzę cię stojącego tam,

nad brzegiem rozległych rozlewisk?

Nad brzegiem, gdzie staliśmy razem,

niczym obeliski prastarej legendy z Uruk.

Mitu Przedwiecznego Sumeru Wszechczasów:

Gilgamesza i Enkidu

Romea i Juliana

Aleksandra i Hefajstosa

Ciebie i mnie

Od oceanu nadszedł zimny wiatr,

nadbiegły chmury ciężkie.

Obelisk rozwinął skrzydła

Pięknego Czarnego Anioła

z lekkością pióra Księcia Poetów

i uleciał w ten

świat chmur

pędzących nad nami.

Zostałem sam.

West Lawrencetown Forest

Yesterday I biked the trail leading from Rainbow Haven’s Beach to Cow Bay near Dartmouth. The area opposite that trail ends with enormous salt marches-lake. All across that long lake there is a well constructed trail connecting it with the beginning (or end) of another section of this part of Canadian Trail. Last fall I have taken that trail (that part of the Canada Trail is named aptly “Atlantic View Trail”) from West Lawrence Road all the way to Lawrencetown Beach Provincial Park which is about 30 kilometers forth and back. Today I started at the same point, but went the other direction – toward the Rainbow Haven huge lake. It is shorter, about 12-13 kilometers back and forth. At times it was very windy but the trail did not disappointed. In my life time I was lucky enough to hike/bike both extreme ends of the Canada Trail: on Vancouver Island in BC (it is just insanely beautiful there) and on the Atlantic coast in Nova Scotia.

June Lady Slipper is very familiar (but does not grow in abundance and is a very delicate and solitary creature) flower in this part of Nova Scotia in the spring. The formal name has a more distinct and elegant tone: cirypedium acaule. It likes very much the acidy soil. I guess, as any elegant lady it likes a glass of acidy wine now and then, LOL. I adore them – both species, LOL.

Cow Bay Forest in Nova Scotia

Cow Bay Forest in Nova Scotia

A little green gem nestled near Dartmouth, perfect for walking and cycling. It is a typical example of forests in the Eastern shore: with lots of marches, little lakes and streams. The trees are very seldom big and tall due to the impenetrable rocky bed covered with only shallow layer of red soil. Alas the root system is shallow, too, therefore prone to falling during frequent high winds or root rot. The southern end of the forest is located be the entrance to the Halifax peninsula in Cow Bay, the northern by the big marches near Havens Beach, to the west lays Dartmouth – to the east the vast waters of open Atlantic.

An early evening bike ride was a perfect timing as the trail was empty for practical reasons, air was cool, the rain very light and very sporadic.

Alice Munro i F. Scott Fitzgerald nad Atlantykiem

No więc literatura. Bardziej szczegółowo – porównywanie jej, komparatystyka (prawda, że brzmi poważnie, akademicko, LOL?).

A jak praca akademicka to trudno ją robić w domu, bo w domu tysiące zajęć, które co chwila cię od niej odrywają: a to kawę zrobić, a to obraz zdjąć ze ściany, małe pranie, większe gotowanie, odkurzaczem jakiś dywan przelecieć lub wymyć podłogi, albo dłubać w nosie oglądając telewizję. No nie sposób i koniec. 

Więc trzeba znaleźć inne miejsce.Więc w samochód i naturalnie pojechać na plażę nad ocean. Tam szum fal kojący, wyciszający, pusto prawie bo plaża odległa, a o tej porze roku w Nowej Szkocji jeszcze woda lodowata i nikt (zdrowy na zmysłach) się nie kąpie.

Więc biorę plecak z napojem, ręcznikiem, kurteczką, bo zimny wiatr od morza może być (może i morze to takie dziwne dwa kompletnie co innego znaczące, a identycznie brzmiące słowa w języku polskim – to moja pierwsza komparatystyczna uwaga! dodatkowo jedno jest mianownikiem, a drugie biernikiem-niepewnikiem: może nie znaczy, że musi!) i aparat fotograficzny. Na opasłe tomiska z esejami Alice Munro i F. Scotta Fitzgeralda (bo ich opowiadania mam porównywać) i jeszcze mojego kajeciku do pisania mądrych uwag – już w plecaku miejsca nie ma, więc pakuje je do innej torby. No i wio koniku (mechaniczny).

Po przejściu wydmy rozkładam swój ‘bazarek’. Muzyka oceanu bajeczna istotnie, wyciszająca domowe i osobiste niepokoje i neurastenie. I pusto prawie kompletnie na całej kilkukilometrowej długości. Rozkładam składane krzesło, zakładam kurtkę, bo wiatr jednak ciągnie. I spostrzegam, że nie przyniosłem torby z tomikami. Wracam przez piaski wydmy do samochodu i … torby nie zabrałem z domu! Cała przyczyna przyjazdu tu, w tą ciszę do jasnej Anielci!

Więc decyduję, że by nie zmarnować dnia idę jednak popływać. Pierwszy raz w tym roku, bo Atlantyk ciągle lodowaty tu, niczym jak w lutym lub marcu. Ale idę. Pierwsze spotkanie z wodą jak szpilki po nogach. Ale i radość. Powoli, dalej, krok po kroku. Wiem doskonale, że w pewnym momencie i tak nie zdążę uciec, bo następna fala mnie zaleje. Naturalnie tak się właśnie dzieje i nie ma znaczenia czy zimna czy nie – zalewa i tak, a o ucieczce nie ma mowy. Więc pływam. Jedyny na tej plaży. I ciesze się tym, jak dziecko.

Więc czytajcie literaturę dziatki drogie! Pojęcia nie macie, jakie niespodzianki i przyjemności wam sprawić może – choćby kąpiel w Atlantyku! Jeszcze jedna a niespodziewana przyjemność, jaką mi Alice Munro zgotowała! Jestem pewny, że by się tym uradowała. A ktoś inny i tak mądre słowa na temat morfologii i fleksji jej języka napisze.    

Eliot w Halifaksie

Rano poszedłem na Moje Kamienie by znowu czytać Eliota. Książek wiekszość spakowana w pudłach już, one i ja nie wiemy gdzie i kiedy wylądujemy. Kto wie – może czas na śmietnik histori? Ale ciagle potrzebuję wiersz jakiś przeczytać, by być pewnym, że jeszcze nie, że jeszcze jestem. Wiersze dają mi życie i nigdy chyba poezja aż tak ważna dla mnie nie była, jak jest teraz. Więc kilka różnych tomików znanych i mniej znanych poetów na ogołoconych półkach leży. Cholerny Eliot też. Najbardziej chyba widoczny, bo w takiej silnej niebiekiej oprawie. Chce od innych się odróżniać. Zarozumialec. Ale ma powody, przyznaję niechętnie. A potem zechciało się z nim porozmawiać, powierszować jakby. Czy to wszystko ma jeszcze sens? Pojechałem na spacer do Halifaksu w ciszę rozległych uliczek studenckiego miasteczka Dalhousie. Ciszę, bo niedziela, w dodatku słoneczna i cała dziatwa studencka uciekła gdzieś w ulice centrum miasta. Przed wielkim gmachem Wydziału Prawa mam takie ulubione duże drewniane fotele, gdzie czasem przychodzę patrzeć, myśleć, czytać, pisać. Wyciagnąłem kajet i podjałem z nim tą rozmowę. Trochę polemiczną. Bo czy to wszystko ma rzeczywiście sens? I te pisanie, i te czytanie, cały ten rozgardiasz zwany życiem.

Pustynny Eliot

Sięgnąłem ręką znowu po

                                wiersze Eliota.

I nie zadrżała moja ręka,

nie zatrzymała się w półsłowie.

Tu pustka, cisza nędzna szlocha

                                i zamyślona gdzieś tęsknota.

Gdzie indziej bóg się chowa

zlękniony swoich gestów,

                                swego Słowa.

Jutrznia po nocy wstaje,

jak łąka kwietna, strojna i gotowa.

                                Łzy kamienieją

jak piasek morski, który

wypełnił nasze krtanie

i Pieśń umiera niedokończona,

                zostaje cienia pamiętanie

                niedoskonałe, potargane.

                Czy Twoim jest Królestwo Słowa?

Czy pył szary rozwiał wiatr

pustyni beduińskiej?

I gnał litery, znaki

skamieniałe jak płatki

                                Róży Pustyni

w Królestwie Słowa Milczącego,

gdzie płaczą tylko martwe ptaki.

/B. Pacak-Gamalski, 2024/

Shubie Park in Dartmouth, Nova Scotia

Shubie Park in Dartmouth, Nova Scotia

Dartmouth in Nova Scotia is the second largest city – after Halifax – in the province with a population of well over 70,000 people. As a city, it is hardly a spectacular city and definitely not a metropolitan centre or vibe, although it does have a few very picturesque neighborhoods and interesting old Downtown around Portland and Queen Streets. But what it lacks in city attractiveness, is certainly not true to its green spaces, the city’s parks.  

The abundance of water both ocean and fresh creates many opportunities. It has numerous smaller and larger lakes active in beautiful parks and trails.  Sullivan Pond, Banook Lake, Albro Lake, and Spectacle Lake to name more important ones, allow for water sports, walks, and some offer also swimming.

But none of them can match the natural beauty of Shubie Park. A large area of heavily forested trails and remnants of Shubie Canal with old water locks (a XIX century waterway that was built to connect Sothern and Northern Nova Scotia – no longer operational) offers spectacular scenery. And all of it is surrounded from both ends by gorgeous Lake Micmac and Lake Charles. You can satisfy your thirst for long walks or kayaking. And if the day is hot – you will end up on the shore of Lake Charles and go for a lovely swim (my personal favorite).

A few days ago I went there for such walk. Enjoy the view.

Świadectwa i oceny polskich polityków. cz.2

Więc przyszedł ten rok 2015. Rok, który rozpoczął chyba najgorszą w Polsce epokę od czasów powstania republiki w 1918. Włączając w to czasy bozów partyjnych lat PRL-u i polityków sanacyjnych po 1935[i] w II RP.

Rok 2015 to autentyczny czas powrotu do ‘świetnej’ przeszłości Najjaśniejszej Rzplitej – czasów rozdawnictwa, przekupstwa przywilejów, tytułów dworskich i publicznych, szastania stale kurczącymi się dobrami tzw. królewszczyzny (tj. dóbr, ziem i lasów należących do Korony, czyli do państwa). Tego wszystkiego, co do upadku tej wielkiej Rzeczypospolitej się przyczyniło najbardziej:  okradanie Skarbu państwa, kupowania i sprzedawania Urzędów koronnych, wojewódzkich, powiatowych. W czasach obecnych te tzw. dobra koronne zamieniły się w zakłady przemysłowe, spółki handlowe, spółki holdingowe i akcyjne w których Skarb państwa miał swoje udziały.

Nie można będzie pominąć w tym wszystkim Kościoła polskiego, jego latyfundiów i silnych związków polityczno-materialnych z władzą rządową.  Hierarchia kościelna stała się siłą polityczną na skale nieporównywalną. Nawet w stosunku do bardzo silnej pozycji hierarchów w okresie sanacyjnym (kardynałowie Aleksander Kakowski, który zachował tytuł Prymasa … Królestwa (sic!) Polskiego, mimo, że ani Królestwa carskiego już nie było ani takiej funkcji; I August Hlond, właściwy Prymas Polski; oraz arcybiskup Krakowa kardynał Adam Sapieha ) – wpływy Hierarchii katolickiej a nawet zwykłych proboszczów parafialnych po 2015 były nieporównywalnie większe. Każda sikawka strażacka  w każdym Zadupiu z pięcioma stodołami i dwoma pijanymi strażakami-ochotnikami miała własnego kapelana. Którego naturalnie utrzymywał na pensji lokalny Urząd Gminny lub bezpośrednio (pijany oczywiście) sołtys. Im wyżej i w im większych miastach – tym apanaże wyższe. Szczytem chyba tej góry lodowej było dwóch profesjonalnych dojarzy Skarbu państwa: biskup polowy, ks. generał Głódź i kaznodzieja (do dupy, jako kaznodzieja, bo był zwykłym ordynarnym partyjnym naganiaczem z ambony) toruński ojciec Tadeusz Rydzyk.  Tych dwóch wydoiło chyba więcej niż cały Episkopat polski. To nie był barok – to było rozszalałe rokoko. Ale nie będę tu Kościoła rozliczał. Kościół i księża nocą nie wkradali się do Banku Narodowego i nie włamywali się do sejfów.  Nie – te pieniądze im dawało Państwo rękoma pisowskich magnatów. Nie rozumieli idioci z PiS i z Kościoła, że wyrządzali sobie niedźwiedzia przysługę. Nigdy Kościół Polski (chyba od czasów trwających blisko 200 lat wojen chrześcijańsko-pogańskich w latach pierwszych Piastów) tak nie opustoszał w ławach kościelnych i faktycznym uczestnictwie w kościelnych obrządkach, jak w tym czasie po 2015. Gdyby nie fakt, że tzw. formalne odejście z Kościoła jest tak strasznie skomplikowane – to Kościół katolicki być może zmalałby do rozmiarów niewiele większych od kościołów protestanckich w Polsce (które nota bene w tym samym okresie nie utraciły takich rzesz wyznawców, bo w tej  procedurze grabienia mienia państwowego udziału nie brały).  

Jak więc kwalifikować te rządy wóca Jarosława Kaczyńskiego i jego premierów, ministrów, bankierów?  Tych Szydeł, Morawieckich, Ziobrów, Radziwiłłów, Gowinów (nie, nie wybaczam mu, bo brał w tym udział bardzo świadomy i bez najmniejszej wątpliwości godnym mecenasem kultury i sztuki polskiej i jej twórców absolutnie nie był, a przy okazji udało mu się dla dalekich kuzynów załatwić głośny przekręt z wawelską ‘Damą z Łasiczką’, za którą państwowa Kasa wydała 108 milionów euro[ii]); Macierewiczów od fruwających brzóz i reszty tych oszołomów, którzy, jak się okazało, byli kuci na cztery kopyta szatańskie.

Więc ta moja kategoryzacja od ‘a’ aż do ‘e’ – aż pięć stopni do wyboru na świadectwo.

Wszystkim – bez wyjątku, bo nikt na taki nie zasłużył – dwa te same stopnie:

  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników;
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.

Nie może być mowy o taryfie ulgowej. Nie ma usprawiedliwienia, że idiota nieświadom, co czyni. Wiem, że dla poprawienia własnego samopoczucia moglibyśmy upierać się przy popularnych opisach: Kaczyński to ‘stary, schorowany dziad, który nie potrafi własnych spodni zapiąć, w poplamionej marynarce, niechluj zaczadzony niewiedzą i nieznajomością świata’; że Macierewicz to po prostu ‘wariat i koniec, powinien nosić kaftan bezpieczeństwa, dostał zupełnego pomieszania zmysłów i z praktycznego punktu widzenia nadawał się jedynie do podrzucania Wodzowi od czasu do czasu jakiś młodych Misiewiczów… .

Ale to opisy fałszywe i mijające się z prawdą. Taka uproszczona propaganda strony demokratycznej (bo demokracja też korzysta z propagandy). Byliśmy – jako społeczeństwo – trochę wówczas podobni do starego, głuchego spowiednika w konfesjonale, który nie słyszał co mówi spowiadający się i dawał wszystkim te same rozgrzeszenia: zmów synu/córko trzy Zdrowaśki i dwa Pater Noster a będzie ci darowane. I dla chłopaka, który ukradł dwa cukierki w sklepie i dla bandziora, który pobił własną babcię, bo mu nie chciała dać całej swojej renty. Tak było nam łatwiej – bo wstyd się było cholera przyznać, że jako naród tych ludzi my wybraliśmy. Bo wybraliśmy. Wygrali wybory – bez sowieckiego nagana i hitlerowskiego lugera.

Ale

Ale. Zawsze jakieś ‘ale’ się gdzieś, kiedyś znajdzie. Ot, taki drobny człowieczek. Niepozorny i niegłośny. Sędzia. I to nawet nie sędzia ‘dobrej zmiany’ PiSu w ich walce z Krajową Radą Sądowniczą. Jeszcze z czasów przedpisowskich, normalnych. Nie jakiś wybitny. Raczej dość przeciętny, może nawet mniej niż przeciętny, bo kariery jako sędzia wieloletni zrobić nie mógł. I nagle, bez hałasu i bez jakiejś nagonki czy kampanii publicznej, sędzia postanowił wyjechać … do Mińska. Nie, nie Mińska Mazowieckiego – do Mińska białoruskiego.  I nie w jakiejś delegacji sędziowskiej, by sprawdzić warunki prześladowanych tam Polaków. Nie. No, może nie wyjechał. Uciekł, przez ‘zieloną granicę’. Jako uchodźca polityczny. Mimo, że nikt jeszcze go nie ścigał. Niejaki pan Tomasz. Tomasz Szmydt. Nie Smith, nie Schmitt. Po prostu Szmydt[iii].


I ten pan właśnie uciekając do Białorusi wszystko zmienił w ciągu kilku ledwie dni. Nagle ze zwykłych złodziejaszków (owszem, na okazałe bardzo sumy, często więcej od sześciu zer na końcu), oszustów i malwersantów – zostaliście wszyscy – zdrajcami. Tak, najgorszym z najgorszych.  Gorszymi od padalców. Zostaliście współczesnymi folksdojczami. Najbardziej i najzwyczajniej donosiliście Rosji za judaszowe pieniądze. Wszyscy, cała ta zgraja pisowska. Ci z tymi rodowodami solidarnościowymi, ci z przeszłością PZPR,  z KORem i ROPCiO za plecami. Boście w tych ruchach nie pracowali dla wolniejszej Polski. Pracowaliście w nich by je od wewnątrz rozpracować. Zwykli, ordynarni zdrajcy wobec najpotężniejszego wroga własnego kraju. Całe to wasze PiS to jedna wielka wylęgarnia szpiegów rosyjskich i wrogów polskiego państwa. Dzięki sprawnie jednak dalej pracującymi służbami wywiadowczymi, agencjami bezpieczeństwa wewnętrznego, ujawniono wasze zbrodnie. I bardzo wdzięczny jestem, że premier Donald Tusk podjął decyzję przekazaniu tej wiedzy dla społeczeństwa. Że nie zamknięto tych ściśle tajnych raportów w sejfie. Że je uwolniono od klauzuli milczenia. Przy takim rozmiarze zbrodni i przy wojnie u granic Polski ta wiedza musiała zostać społeczeństwu przekazana.

Tak to w łeb wzięła moja skala ocen. Tych pięć stopni od ‘A’ do ‘E’. Tych zwłaszcza dwóch najgorszych: dla złodziei i malwersantów i dla ideologów groźnych.  Sądziłem, że najgorszych. A byłem w błędzie.  Zabrakło w tej skali jednej jeszcze oceny, poniżej oceny niedostatecznej.  Oceny ‘Z’. ‘Z’ dla zdrajcy kraju. Oceny na jaką ciężko (ale i suto) zapracowaliście. Wy – główni politycy i twórcy całego PiSu. Nie, nie szeregowi członkowie, których też oszukaliście, bo do głowy im nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Okazało się, że jest. Że jesteście zdrajcami.  Mam nadzieję, że teraz służby nie tajne a jawne wymiaru sprawiedliwości podejmą niezbędne działania, których efektem będzie wokanda sądowa, procesy i wyroki. Wycięcie tego raka jest jedyną możliwą terapią.

Informacje z ostatniej chwili: wbrew wcześniejszym oświadczeniom i rządu i prasy były sędzia Szmydt (były, gdyż Najwyższy Sąd Administracyjny cofnął mu uprawnienia sędziowskie) nie uciekł przez ‘zieloną granicę’ jako uchodźca, a oficjalnie przeszedł konrolę graniczną w Terespolu – jedyne otwarte i czynne przejście graniczne dla ruchu turystycznego (sic!). Był sprawdzony przez Służbę Graniczną i bez problemu przez tą służbę przepuszczony. Nie była to zresztą jego pierwsza wizyta w Białorusi.

W ubiegłym roku tą granicę w ten sam sposób przeszło 3 miliony ludzi, głównie Białorusinów. W tym roku (dopiero maj) już ponad 700 tysięcy ‘turystów’[IV]. Jakby żadnej wojny na Ukrainie nie było. Jakby Białoruś nie była częścią tej wojny, choćby w formie hybrydowej. Dla przypomnienia – Białoruś jest po stronie rosyjskiej w tej wojnie, co dodaję na wszelki wypadek, bo normalny człowiek po tych informacjach mógłby pomyśleć, że jest po stronie ukraińskiej. Coś nie tak albo z wiedzą albo ze zdrowym rozsądkiem władz polskich i kompletny jednak błamaż jesli chodzi o polskie służby wywiadowcze. Rozumiem, że było tak za czasów PiS, ale teraz?!

Nie zmienia to w niczym kwalifikacji moralnej i obywatelskiej pana Szmydta – pozostaje zdrajcą i szpiegiem na rzecz Rosji. Ale bardzo zmienia opinię o sprawczości i prężności państwa polskiego i jego władz. Donald Tusk zmalał w moich oczach o kilka dobrych centymetrów. Bo jednak on jest szefem rządu – nie Dud.-ek, nie jakikolwiek minister ale ten, który ich dobiera i udziela ministerialnych plenipotencji.


[i]  w 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski i rozpoczął się okres tzw. ‘rządów pułkowników’, nazywany też okresem sanacji. Mało chwalebny okres w bardzo trudnym dla państwa czasie.

[ii] https://www.newsweek.pl/polska/polityka/dama-z-gronostajem-ile-polski-rzad-zaplacil-fundacji-czartoryskich/rbgdcd6

[iii] https://www.rmf24.pl/regiony/warszawa/news-tomasz-szmydt-ktory-uciekl-na-bialorus-nie-jest-juz-sedzia,nId,7500597#crp_state=1

[IV] https://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polskihttps://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polski

Bad days. They come uninvited.

Bad days. They come uninvited.

It was a bad day. I know – just the other one, when I saw the flowers in the alleyways of our park in Dartmouth – I was singing the praises, thanking you for coaching me in ways of new life. A better life, a happier one. Go and allow yourself to enjoy it  – you said. You said, that you will be at peace knowing that I do. And I tried. And I failed. I failed you as you failed me. Yes, you did. Those last days you did. When we still had a chance to end it together. No, there was no physical chance, no miracle hiding somewhere holding the ray of hope that the outcome will be different or pushed way back into the future. There was no chance. No ray of hope on any horizon. But it meant there was no chance for me. Ever. We should not have gone to the sunny and sheltered lake beach, with shallow warm waters and no angry waves attacking the shoreline.

No. We should have gone to the angry sea, cold waters, powerful waves, strong currents, and whirlpools. I would have helped you carrying you on my back and we would have taken the last glorious swim together.  Our swim, ‘us’ being one. There is no ‘me’ anymore, where the is no ‘you’. There cannot be ever. Anywhere. I am left to wonder in constant pain, anger, in constant thirst surrendered by oceans of salt. The sea is calling me a thief, a beggar of scraps, a coward. I have no Eurydice waiting for me somewhere in non-existent Hell. I am the Hell. I am the unanswered cry of pain. I am the gatekeeper and I am the key to Hell. Orpheus can’t pay Charon a few obols to ferry him across the River of Hades. I have fired Charon and sunk the boat. No in or out. 

I went to the other beach, the ocean beach, the one we visited last time ever in 2022, and one we visited together for the very first time in 2019. Where we swam together, we laughed together.  Where we were kissing.

It was an overcast day today. The sea was grey like steel. It was cold like steel. And I didn’t go for that swim. But let me, please! Give me that nod, tell me you agree, and won’t pull me back. I’m losing my battle. 

Just don’t cry. Don’t be sad. Let me have a bad day. Let me wallow in pain and shame that I am and You are not. I was sorry for so long.  Let me hear from you this once that you are too – sorry. And I will give you your peace again. Just don’t expect the impossible from me. Don’t expect me to have joy in life. To have pleasures of days and nights. One thing I can promise you in return – those years, these decades we had, made me impossibly happy. I was. And I remember it. All I ask in return is that sometime, on some days (as today)  you will share my sorrow, my pain. And then you can have your peace again. But share in it the way we have shared everything else in our life.  It is too heavy to carry it all the time alone.