Spring Flower – Kwiat Wiosny

Spring Flower – Kwiat Wiosny

(English)

It’s Spring. It’s warm. In the parkways, I talk with you. It is a nice talk. It is a warm talk. You gave me again words of hope, of support. No one can do it as effectively and tenderly as you do. Your innate warmth and goodness are infectious and effective in an instant at the same time. You are a strange traveling monk, who effortlessly and without any heroism simply offers himself to a tired traveler. In a simple, natural way. It appears to be so ordinary, that it is even difficult to notice – as a breath of air.

But I’m still overwhelmed by the lack of your physical presence, which gave some peace to my vortex of thoughts. It arranged them in neat order, peaceful, void of instant hunger and need of life.

I can’t comprehend the mistake of fate, which took you away. You occupied such a tiny space in this world. You were almost like an invisible speck of pollen, a tiny flower on a vast meadow, a small wheel in this huge machine called World.

When I struggled with the huge wheels of History – you simply ensured that the coffee was good, and the dinner was served pleasantly. Because of this tender care that huge world could function and Wheels of Time could turn.

Without this small pinion, the Big Wheel stopped, and my important and huge world – collapsed. And I am lost.

But in the coldest moments, I am wrapping myself in the shawl of memories and it is bearable, warmer. I can function because of it.

I notice the tiny flowers under my feet and the fresh leaves on tree branches. I hear the birds singing their love songs and the buzz of bees in flowering bushes. And Your whisper to my ear: go, enjoy it. I want you to enjoy it. You must for us and for me. I can’t have peace without knowing it.

With a tear leaving a wet mark on my cheek – I go and I will. You deserve peace and no one but I have to give it to You, my Flower of Spring.

Wiosna. W alejkach parku jest ciepło i rozmawiam z Tobą. To miła pogawędka. Dawałeś mi zawsze otuchę. Nikt inny tego robić tak, jak Ty nie potrafił. Przyszły złe chwile i trudne momenty, które mi znowu pętały życie, gotowy byłem już się poddać zniechęcony tym nieustannym pojedynkiem z losem.  Ale poszedłem to tego właśnie parku, gdzie tylekroć chodziliśmy na spacery razem. Nawet w te dni przedostatnie.

I Twoje naturalne ciepło i dobroć wróciły do mnie. Jesteś jakimś dziwnym wędrującym mnichem, który bez hałasu i heroizmu po prostu rozdaje się, ofiarowuje się. Tak zwyczajnie, jak rzecz najbardziej naturalną z naturalnych. Trudno to nawet zauważyć, bo wydaje się takie zwykłe, codzienne jak oddech powietrza.

Ale brak mi okrutnie twojej fizycznej obecności. Przynosiła jakiś spokój mym pędzącym kłębom myśli. Wprowadzała ład w tym zgiełku i hałasie wokół i wewnątrz. I ciągle nie mogę zrozumieć tej okrutnej pomyłki Losu, który Cię zabrał ode mnie. Zabierałeś tak mało miejsca w świecie, byłeś prawie niezauważalnym pyłkiem, jakimś drobiazgiem na drodze, maleńkim trybikiem w olbrzymiej Machinie Dziejów.

Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami Historii, ty po prostu dbałeś aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. To dzięki tym drobiazgom ten wielki świat funkcjonował. Teraz, bez tego najmniejszego z najmniejszych trybików – Maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat, ten Wielki i Ważny. Koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Ale w momentach najzimniejszych otulam się Toba, jak szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej. Mogę funkcjonować. Zauważam drobne kwiatki pod nogami, świeżą delikatna zieleń na gałęziach drzew. Słyszę brzęczenie pszczół w kwitnących krzewach. I Twój szept do mojego ucha:  idź, ciesz się tym. Chcę żebyś się cieszył. Musisz – dla nas i dla mnie. Bez tego nie mogę mieć spokoju.

I ze spływającą po policzku łzą – idę. Będę. Nikt inny prócz mnie nie może dać Ci tego spokoju, a na spokój zasłużyłeś, jak rzadko kto. Ty – mój Kwiat Wiosny.

Ismael  à la mode

A very recent young immigrant to Canada, a handsome fellow from Ivory Coast in Africa. And striking exotic beauty. Met him and told him a bit of the history of Black people in Nova Scotia going back all the way to the first settlements in Nova Scotia, both French (New France Acadia) and the British fort of Halifax soon after that. I researched a very important part of that history a few years ago and wrote about it on this blog in a series of articles. Like most young people settling from abroad in Halifax and facing the shockingly high cost of renting he doesn’t own a car and his Nova Scotian experience is somewhat limited to Halifax proper.

The day was nice, sunny, although cold, and I took him for a ride and ‘beachcombing’ on the Eastern Shore. The most magical place in this province to meet the ocean. The same ocean (just opposite shore) he faced in his home country.  A sweet accent of it was his recent visit to … my hometown – Warsaw in Poland. I was just about his age when I left Warsaw. He was also surprisingly glamorous and a’la mode in his attire. That was such a photogenic contrast with the wild surroundings of our trek.

Therefore let me introduce the exotic features and alluring beauty of Ismael, voila!

The photographer was there, too (LOL). The entire session was done on Conrad Beach and on the high cliffs by the coffee shop near Lawrencetown.

Świadectwa i oceny polskich polityków

Zanim zajmiemy się ocenami egzaminów dojrzałości polityków polskich – nie możemy pominąć kompletnie tego drugiego mocarstwa, Imperium Rosyjskiego. Raz, że ‘wisi’ nad naszą głową bezustannie od setek lat; dwa, że jest mocarstwem i ma olbrzymi wpływ na losy świata (więc i Kanady i Polski, moich ojczyzn).

Przypomnę tylko skalę ocen, bo pewnie nie wszyscy pamiętają mój ‘system :

  • A – szlachetni do nienormalności, którzy politykę uznają jako służbę, a siebie jako służących obywateli
  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się
  • D – ci którzy szczerze coś dobrego chcą dla wszystkich zrobić. Nie z jakiejś misji ani powołania. Zwyczajnie myślą, że mają np. pewien dług wdzięczności, moralny może wobec kraju.  I tradycje polityczne środowiska i rodziny. W zasadzie tych raczej lubię najbardziej.  I wierzę im. Tych szlachetnych trudno oskarżać i podejrzewać. No bo, jak szlachetni to skąd mieliby być źli?! Trochę się ich jednak boję. Bo w tej szlachetności mogą zapomnieć o normalności i robić i mnie świętym. A ja świętym nie chcę być
  • E – politycy-profesjonaliści.  Tacy, którzy nie są ani świniami ani świętymi.  Po prostu wybrali to jako zawód a nie jakieś powołanie. Chcą tym zarabiać na życie, jak ktoś zarabia pisaniem, liczeniem, malowaniem domów lub obrazów. Po prawdzie to ciężki chleb i im nie zazdroszczę.  Płatny dobrze zdecydowanie, ale bardzo niewygodny. Stale pod lupą, stale w lęku, że jakieś tam ośmieszające zdjęcie, wspomnienie kogoś, lub jakieś nagranie się znajdzie. Nie z morderstwa, czy gwałtu, nawet nie ze złodziejstwa – nie, zwyczajnie z jakiegoś pijaństwa, z jakiegoś biegania na golasa po jakiejś plaży, z jakiejś afery miłosnej lub po prostu czysto seksualnej (nie daj boże z afery innej niż publicznie oświadczona orientacja seksualna!).  Już ja tam wolę to bieganie na golasa niż te zarobki profesjonalnego polityka, LOL.  Nie muszę nikomu się z tego tłumaczyć. Moja sprawa i koniec. I powiedziawszy prawdę, to właśnie ci ‘politycy zawodowi’ stanowią olbrzymią większość wszystkich polityków. Nie ci ‘świeci’, nie te zdecydowane ‘świnie’. Większość z tych właśnie ‘zawodowych’nawet tego pewnie nie planowała. Ale się wciągnęli.  Adrenalina? Pewnie tak. I łechtana ambicja: wybrali mnie znowu, robię coś dobrze i ludzie mnie lubią, wierzą mi, poznałem dzięki polityce tylu Wielkich Polityków, nawet niektórych monarchów, przywódców religijnych, gwiazdy kina i estrady, znanych artystów, twórców!  To musi w końcu imponować. A potem to już trudno wrócić (dla większości) do ‘normalnego życia’. Ostatecznie większość posłów i senatorów nie miała jakiejś ciekawej kariery zawodowej, jakiejś pasji do której mogą wrócić. A pisanie obszernych wspomnień i autobiografii, wykłady i katedry w znanych uniwersytetach dostępne jest dla prezydentów i premierów, bardzo rzadko nielicznych znanych ministrów.  Dla przeciętnego posła – nie. Ten przeciętny najczęściej nie ma do czego wracać. Gdyby do polityki nie wszedł pewnie by się w jakiejś firmie dorobił może i lepszej funkcji, pensji. A tak co? Wrócić jako gryzipiórek, sprzedawca w sklepie, księgowy? To już lepiej w tym parlamencie, radzie miejskiej czy powiatowej siedzieć do emerytury. Ludzkie.

No i wreszcie Rosja. Pominąć jej nie można i to nie tylko z powodu wojny w Ukrainie. Mocarstwa walące się w gruzy są bardzo niebezpieczne. Mieli po raz chyba pierwszy w ich historii szansę po upadku ZSRR na wybór demokracji i rozwoju ekonomicznego.  Ich obszar, wysokie zaludnienie (w przeciwieństwie do porównywalnej obszarem i wielością stref klimatycznych Kanady) i stosunkowo dobry poziom nauczania szkolno-akademickiego. Stwarzało to obiektywną nadzieję, że mogli zacofanie ekonomiczne nadrobić. Niestety, nagle i bardzo wcześnie pojawił się mało komukolwiek znany człowiek o nazwisku Putin. Tragedia dla Rosji i Rosjan.

  1. Więc Wladimir Putin. Zbrodniarz wojenny, megaloman, populista, rusofil i … bogacz. Oscyluje pomiędzy dwoma kategoriami: ‘c’ i ‘b’. „c” pierwsze, bo groźniejsze dla świata i samych Rosjan – bezwzględny ideolog. Nie uznaje kompromisów i dyskusji. Chyba, że jest zmuszony i tylko po to by doczekać chwili, kiedy je zdradzi i porzuci. Ale jest też przykładem Trumpisty i rosyjskiego oligarchy-możnowładcy. Sama władza mu nie wystarcza – muszą temu towarzyszyć pałace, wille i bogactwa osobiste. Pomieszanie polityka i herszta mafiozo gangsterskiego. Gorszej i groźniejszej mieszanki trudno sobie wyobrazić. Ten człowiek agresją na Ukrainę rzucił olbrzymi cień i niepewność na globalny pokój.  Chyba największy cień od czasów lat 30. w Niemczech i umacniania się tam władzy Hitlera.
  2. W tym kontekście nie wolno nie wskazać jednej jaskółki politycznej w Rosji – Aleksieja Nawalnego. Najpierw dziennikarza i popularnego bloggera bezwzględnie tropiącego i obnażającego masową korupcję, łapówkarstwo i okradanie skarbu państwa przez różnych polityków i bogatych przemysłowców rosyjskich. Nawalny szybko zorientował się, że centrum tej procedury to właśnie Putin.  I podjął wówczas otwartą działalność polityczną. Dla Putina i jego reżymu prawie z dnia na dzień stał się wewnętrznym wrogiem nr 1 i poważnym zagrożeniem dla ich samodzierżawia. W efekcie ich kontrataku Nawalny był wielokrotnie sądzony i skazywany  na różne kary, napadany fizycznie, dwukrotnie dokonano na nim terrorystycznych zamachów na jego życie. Kulminacja była jego śmierć na zesłaniu w głębokiej Syberii. Do ostatnich momentów nie złamano jego ducha i determinacji. Jeśli Rosja kiedykolwiek będzie wolna – Nawalny będzie jej bohaterem narodowym. Bez najmniejszej wątpliwości kategoria ‘a’.

I oto tą ścieżką przez Amerykę Północną, Bliski Wschód i Syberię dotarliśmy do Polski – na to odwieczne pogranicze Wschodu i Zachodu.  Wydawało się w 966, że zdecydowanie stanęliśmy po tej zachodniej stronie owego Pogranicza kultur. Potem przyszła Unia Lubelska, Wielkie Księstwo Litewskie i nagle Polska przesunęła się setki kilometrów na Wschód. Owszem – była mocarstwem europejskim. Te nasze ukochane Kresy od błękitnego Niemna po falujące trawy stepów ukraińskich. Eh, łza się w oku kręci … Tylko w tamtych czasach (we wszystkich czasach po prawdzie) mocarstwo oznaczało niekończące się wojny na pograniczach. No i ten dziwoląg Wolnych Elekcji. Niby rzecz piękna, demokratyczna, ale stale nas wikłająca w różne układy z różnymi domami dynastycznymi całej Europy po wygaśnięciu linii Jagiellońskiej: francuscy Walezjusze, szwedzcy Wazowie, Habsburgowie się pchali, Sasowie brandenburscy. Choć udało się czasami Sobieskim, Korybut-Wiśniowieckim, Leszczyńskim za cenę kolejnych ograniczeń i kompromisów ze sterowaną przez wielka magnaterię bracią szlachecką.  Około 200 lat po tymże Henryku francuskim – I Rzeczypospolita przestała istnieć wchłonięta przez trzech potężnych sąsiadów.  Ale przyczyną prawdziwą upadku Polski nie były apetyty terytorialne tych sąsiadów a zmurszałość Polaków i ich anachronicznej ojczyzny. U samego schyłku podjęto wielki wysiłek naprawy politycznej (Konstytucja 3-go Maja) – ale było już i za późno i za mało. Potem  kilka powstań przez 120 lat niewoli i wreszcie odzyskanie niepodległości w efekcie zakończenia I wojny światowej i wysiłku zbrojno-politycznego Legionów (choć nie tylko) i Józefa Piłsudskiego (choć też nie tylko). Resztę znacie już dobrze, bo to wszak czasy Czytelniku i Czytelniczko, waszych rodziców, dziadków i pradziadków. Świeże, bo wszyscy moi pradziadkowie i prababcie a nawet wszyscy dziadkowie i babcie urodzili się jeszcze w okresie zaborów. A jeden dziadek (ten po mieczu) jeszcze w XIX wieku. Przejdźmy więc do polityków współczesnych.

W wielkim skrócie cofnę się do początku dekady lat 90. W dużym skrócie i bardzo nielicznych ale najistotniejszych chyba wybierając.

Nie może nie być tu Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy, Leszka Balcerowicza, Krzysztofa Skubiszewskiego, Władysława Bartoszewskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego.  I czasy współczesne: Donald Tusk, Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Leszek Morawiecki, Andrzej Duda, Jarosław Gowin, Antoni Macierewicz, Radek Sikorski, Adam Bodnar. I Prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski.

  • 1990 – 2015, czyli pierwsze ćwierćwiecze nowej Rzeczypospolitej (tej z rzymską numeracją III). Tylko nieliczni i najważniejsi, którzy mieli wpływ bardzo istotny na przemiany i kształt nowego państwa.
  • Lech Wałęsa. Chronologicznie winien pierwszy być wymieniony Tadeusz Mazowiecki, który zanim to zrobił Wałęsa, objął wysoki urząd państwowy (premierostwo). Już w okresie tzw. przejściowym Sejmu Kontraktowego. Ale Historia uplasowała właśnie Lecha Wałęsę, jako zasadniczy symbol odzyskania suwerenności Polski. Było wielu innych też: działaczy, polityków, wizjonerów, autorytetów moralnych. W dziejach, jako pierwsze nazwisko pozostanie: Lech Wałęsa. A z Dziejami jest bezsensem się spierać. Piłsudski też nie był jedynym w roku 1918. Ale ten rok na zawsze już pozostanie z jego nazwiskiem (i słusznie) związanym, jako wskrzesicielem Polski.

Jak go sklasyfikować? Chyba musze dać ‘d’. Chciałoby się z sentymentu dać ‘a’, to jednak niemożliwe. Nie był ani jakimś idealistą, ani teoretykiem.  Nie był nawet politykiem w potocznym tego słowa znaczeniu. Był człowiekiem, który w odpowiednim czasie był na odpowiednim miejscu i podjął te wyzwanie Historii. I się nie ześwinił, nie zrobił na Polsce olbrzymiego majątku. Poświęcił jej jednak prawie całe dojrzałe życie. Dalej to robi, mimo choroby i różnych personalnych problemów, jakie go przez ostatnie 30 lat nękały. Jeżeli coś mógłbym dodać to fakt, że mogę go podziwiać, że te wezwanie podjął, że się nie przeraził że go przerasta (a wtedy chyba przerastało) i nie zasugerował innych znanych i cenionych działaczy. To świadczy o dużej odwadze cywilnej. I poczuciu odpowiedzialności za kraj. Byłem wtedy młodziutkim działaczem ‘Solidarności’ w Warszawie, naturalnie wiedziałem, że wiedziałem wszystko (LOL) i wszystkie rozumy zjadłem. Mogłem dyskutować o Sartrze, o Dostojewskim i Nietzsche, o Kotarbińskim. A tu mi jakiś tam stoczniowiec po zawodówce! A przez moment o nim tak nie myślałem. To był mój Przewodniczący. W ogień bym za nim skoczył, tak jak za Bujakiem. Co ciekawe to to, że pamiętam doskonale, że ja – ten wszystkowiedzący warszawiaczek – widziałem w nim dużą mądrość. Tak, brak wiedzy – ale mądrość.  Bo wiedzę można zdobyć, z mądrością trochę gorzej. Potem spotkałem i poznałem sporo bardzo wykształconych polityków o sporej wiedzy, którzy się ześwinili i zeszmacili. Wielu z ‘Solidarności’, też. Zapewne wiąże się to z moją biografią i wiekiem. Bardzo trudno uciec od tego powrozu własnego konkretnego doświadczenia. Pewnie młodsi co najmniej o generację potrafią to zrobić lepiej, obiektywniej.

  • No to teraz właśnie Tadeusz Mazowiecki. Tu bez trudności daje te ‘d’ w całej opisowości  ale i chyba bez większej wątpliwości ‘a’.  Jest pewna podstawa dodać cień choćby ‘c’, bo było w nim coś z ‘ideologa’ w rozumieniu głębokiej religijności i bezwzględnym powiązaniom z ideologią /filozofią  (religie widzę często, jako formę ideologii) Kościoła Katolickiego. Ale nie widziałem w nim niewolnika Kościoła, zdecydowanie nie był niewolnikiem hierarchów tego polskiego Kościoła. Poza wyraźnej linii nauczania Kościoła w kwestiach praw kobiet do własnego wyboru macierzyństwa. Co dalej pokutuje u polskich polityków. Tych demokratycznych też.
  • Leszek Balcerowicz – minister finansów początków suwerenności w trzech kolejnych rządach, Prezes Banku Narodowego. Podobnie jak Aleksander Kwaśniewski, miał w przeszłości członkostwo w PZPR. W przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który pewnie w pewne idee socjalizmu wierzył – Balcerowicz był w PZPR chyba z czystego oportunizmu (szanse na lepsze posady, łatwiejszą możliwość wyjazdów zagranicznych itd.). Daje mu trochę ‘c’ i trochę ‘d’.

      ‘C, bo był absolutnie ideologiem neoliberalizmu; ‘d’, bo chyba szczerze wierzył że to najlepsza, choć gorzka pigułka dla Polaków.  Może teoretycznie była. Skutki był zbyt ciężkie dla olbrzymich rzesz obywateli, którzy o rynkowej gospodarce pojęcia nie mieli. I nie mieli do niej jakiegokolwiek przygotowania profesjonalnego. Inflację udało mu się powstrzymać – ale taczerysm w Polsce zaowocował olbrzymią pauperyzacją całej masy ludzi, wysokim bezrobociem i biedą. Była to do pewnego stopnia praktyczna wersja porzekadła: operacja się udała tylko pacjentowi się zmarło.  Powiem więcej –  Plan Balcerowicza ponosi dużą odpowiedzialność za PiS i za pisowskie myślenie sporej części polskiego społeczeństwa. Również za ciągle istniejące w pewnych kręgach nastawienie anty-unijne. Bo wolnorynkowa gospodarka Unii Europejskiej naturalnie kojarzyła im się z tą ‘kuracją’ Balcerowicza.  Dziś, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że źle to zrobiono i w zbyt krótkim czasie, a udział Leszka Balcerowicza w procesie przekształcania Polski widzę jako negatywny i szkodliwy. Reforma była niezbędna ale nie ta i nie przez tego ekonomistę robiona.

  • Krzysztof Skubiszewski – Minister Spraw Zagranicznych w latach 1989-1993. Odwrotnie niż Balcerowicz, Skubiszewski to przykład kariery naukowej w kraju i za granicą bez przynależności do PZPR. A mówimy o kimś, kto doktoryzował się jeszcze w czasach stalinowskich, a habilitował w 1960. Mój wuj, Janusz Fekecz, gdy był ambasadorem i PRL i III RP oraz Dyrektorem Dept. Europejskiego MSZ do czasu przejścia na emeryturę w 1995 wspominał, że Skubiszewski był, obok Adama Rapackiego, najinteligentniejszym ministrem spraw zagranicznych Polski po II wojnie światowej.  Kategoria ‘d’ bez wątpienia.
  • Władysław Bartoszewski – Minister Spraw zagranicznych w okresie 7 marca-22 grudnia w 1995 i od czerwca 2000 do października 2001; działacz społeczny, powstaniec warszawski, polityk, silnie zaangażowany w pomoc Żydom warszawskim w czasie okupacji (członek ‘Żegoty’ Armii Krajowej). Zdecydowane i silne ‘a’ i ‘d’ .
  • Aleksander Kwaśniewski – Prezydent III RP w latach 1995-2005. Bez najmniejszego wahania uważam, że był najlepszym prezydentem nowej suwerennej Polski do dnia dzisiejszego. Nikt inny do tej pory nawet blisko się nie plasuje. Od listopada 1977 do 1990 członek PZPR, zajmujący szereg pozycji rządowych PRL w tym okresie.  W 1990 współzałożyciel SDRP (socjaldemokraci).

Jego prezydentura charakteryzowała się działalnością spokojną, był  arbitrem sporów politycznych a nie ich instygatorem.  Bardzo silna kategoria ‘d’.

  • Donald Tusk – obecny Premier rządu III RP (od grudnia 2023); funkcję tą pełnił też w latach: 2007-2014; w okresie od grudnia 2014 do listopada 2019 był Przewodniczącym Rady Europejskiej UE (jedna z dwóch najważniejszych funkcji w Unii Europejskich). Przewodniczący PO (Platformy Obywatelskiej) – jednej z czołowych polskich partii politycznych o charakterze prawicowym z kręgu chrześcijańsko-demokratycznego. Najpoważniejszy przeciwnik Jarosława Kaczyńskiego w ich ‘wojnie politycznej’ o charakter Polski jako państwa i przede wszystkim o kształt polskiego społeczeństwa. Obecnie przewodzi największej pro-demokratycznej Koalicji Obywatelskiej zrzeszającej główne pro-demokratyczne siły polityczne od Lewicy po umiarkowana prawicę i w ramach tej Koalicji stanął na czele rządu Polski.

Zdaniem moim Donald Tusk (zwłaszcza po latach działalności w Unii Europejskiej) zliberalizował swoje konserwatywne poglądy chrześcijańsko-demokratyczne i gotów jest do prowadzenia w Polsce polityki reprezentującej zróżnicowane grupy społeczeństwa i jest obecnie politykiem bardziej pragmatycznym niż ideologicznym. Zdecydowanie najlepszym obecnie (z tych którzy reprezentują wystarczająco silną grupę polityczną) w tym przełomowym okresie Polski. Nie jest politykiem, którego darzę sympatią i na którego ( w normalnej sytuacji) oddałbym głos. Bardzo silne ‘d’, silne ‘e’ i trochę cienia (niestety) ‘c’.

  • Lech Kaczyński – Prezydent III RP w latach 2005-2010. Prezes NIK (najwyższa Izba Kontroli) w 1992-95; Prezydent Warszawy w 2002-2005; Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w 2000-2001; czołowy działacz partii PiS. W przełomowym okresie powstawania i krzepnięcia ruchu „Solidarność’ był jego ważnym doradcą w kwestiach prawa pracy, w którym się specjalizował w karierze akademickiej. Został członkiem ‘S’ i był Delegatem na I Krajowy Zjazd ‘S’.  Zginał w tragicznym wypadku samolotowym w Katyniu.

Nie będę rozpisywał się tu o tym wypadku, jego przyczynach, o tym locie w ogóle, który nigdy nie powinien się odbyć.  Kategoria? Trudno, chyba taką świnią, jak jego brat nie był. Raczej na pewno nie.

Dobrego też b. niewiele zrobił i był (jako polityk) pod dużym wpływem brata. Zdecydowanie prawicowiec religijny (więc jedna z gorszych cech). No więc ‘c’ zdecydowanie, ale i trochę ‘d’ i ‘e’.

  • Cóż, jak a, to musi być b, czyli Jarosław Kaczyński. Premier RP od lipca 2006 do listopada 2007; v-ce premier od października 2020 do czerwca 2022 i ponownie od czerwca 2023 do listopada 2023; od 2003 lider partii PiS. W polityce są symbole, są fikcje i jest rzeczywistość.  Ta rzeczywistość jest twarda. Można bez jakiegokolwiek przerysowania powiedzieć, że w polityce polskiej ostatniej dekady pojawiła się nowa funkcja wymykająca się regułom tradycyjnego parlamentu republikańskiego: nazwijmy tą funkcję (stanowisko) jednym słowem: wóc. I już.

Link do poprzednich ‘ocen’ polityków międzynarodowych

Kategoryzacja lub oceny na Świadectwach Niedojrzałości polityków – cz. 1

A koła się kręcą. Koła czasu naturalnie i koła dziejów. Świata – nie tych niezliczonych a zagubionych w niekończących się galaktykach, a tego tu – gdzieś w maleńkim rogu małego układu słonecznego z jedną niebieską planetą – Ziemią.

W głowie od tego bezustannego kręcenia kręci się też. Jak dzieciakowi rozpędzonemu po raz pierwszy na jakiejś karuzeli w objazdowym Wesołym Miasteczku.

Więc takie bardziej mi znane i bliskie wioski tej niebieskiej planety: Kanada, Polska, Unia Europejska i nie znany mi bezpośrednio, fizycznie, ale odkąd pamiętam zajmujący mnie róg na krzyżujących się szlakach Europy, Azji i Afryki – Bliski Wschód. Czemu jest ‘bliski’ i dla kogo nie mam pojęcia.  Ale, jak znany filozof sprzed wielu tysięcy lat powiedział: kak zwał tak zwał i wsio. No i jeszcze Hamerykę muszę tu wymienić. Nie wiem czy bliską mi (ma kilka małych kawałków urbanistycznych, które bardzo mile wspominam), ale potężną sąsiadkę przez miedzę od ponad czterdziestu lat.

Nie wiem skąd i kiedy tak wydoroślała i taka ważna się stała, no ale się stała. Teraz mieszkam od ponad sześciu laty w Halifaksie w Nowej Szkocji. A żadnych panie tam ‘ stanów zjednoczonych’ by nie było, gdyby nie ten Halifaks, te centrum polityczne i militarne Imperium Brytyjskiego.  Nie gdzieś tam w Waszyngtonach czy Losandżelesach ani nawet w Njujorkach. Tu, w twierdzy Halifaksu i cieniu jego potężnych dział kształtował się świat tego całego kontynentu. I w dyskusjach między trzema potęgami całego Nowego Świata – Anglią, Francją i Hiszpanią – dokonano podziału sfer wpływów i wstępnych granic. Tu, a potem jeszcze w Nootce, po drugiej stronie tego Nowego Świata – u wybrzeży Kolumbii Brytyjskiej, gdzie Hiszpanie machnęli ręką na te olbrzymie, najbardziej na zachód wysunięte tereny i oddali je Anglikom. Koło Nootki też mieszkałem, wiele lat dłużej niż w Halifaksie. Czy palce maczałem w tych wielkich przemianach? Jak wielu dziś polityków i włodarzy PiSu w Polsce zasłonię się prawem odmówienia składania zeznań, które może by mnie inkryminowały. Jak wspominany już filozof powiedział : na wszelakij słuczaj lub inny równie ważny dziejopis, który przez kilka tysięcy lat pisał w broszurce zwanej Stary Testament: strzeżonego pan bóg szczerze. Zawsze miałem ochotę spytać się Jakuba ile było tych szczebli w tej drabinie, czy była składana czy mechaniczna (jak te na specjalnych wozach strażackich) – bo przecież do nieba strasznie daleko więc musiałaby być dłuuuuga. Jak ten chłopak ją targał na plecach – nie mam pojęcia.  Inni mędrcy –dziejopisi podają, że drabina się Jakubowi śniła i wszystko w tym śnie się zdarzyło. Pewnie po antałku jakiegoś wina. Gdyby tak inni o moich snach mogli przez tysiąclecia pisać to ho, ho, bo co mi to się nie śniło przez te lata. Fantazji mi nie brakuje, o tym zapewniam. 

Na drabinie nie siedzę, wina (jeszcze) nie piłem więc do rzeczywistości. Tu i teraz.

Politycy to takie dziwne osoby. Albo (a) szlachetni do nienormalności, którzy politykę uznają jako służbę, a siebie jako służących obywateli, albo odwrotnie – (b) dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników.  Są jeszcze (c) tzw. ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi. Jak ten Jakub uważają, że mają misję. I koniec, kropka. Bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.  Nawet gdy z chwilowych interesów i potrzeby  jakiś kompromis podpisze – to przy pierwszej okazji go wyrzuci do kosza na śmieci i zrobi, co planował wcześniej. Są jeszcze (d) tacy, którzy szczerze coś dobrego chcą dla wszystkich zrobić. Nie z jakiejś misji ani powołania. Niektórzy myślą, że mają np. pewien dług wdzięczności, moralny może wobec kraju.  I tradycje polityczne środowiska i rodziny. W zasadzie tych raczej lubię najbardziej.  I wierzę im. Tych szlachetnych trudno oskarżać i podejrzewać. No bo, jak szlachetni to skąd mieliby być źli?! Trochę się ich jednak boję. Bo w tej szlachetności mogą zapomnieć o normalności i robić i mnie świętym. A ja świętym nie chce być. Są też jeszcze po prostu (e) politycy-profesjonaliści.  Tacy, którzy nie są ani świniami ani świętymi.  Po prostu wybrali to jako zawód a nie jakieś powołanie. Chcą tym zarabiać na życie, jak ktoś zarabia pisaniem, liczeniem, malowaniem domów lub obrazów. Po prawdzie to ciężki chleb i im nie zazdroszczę.  Płatny dobrze zdecydowanie, ale bardzo niewygodny. Stale pod lupą, stale w lęku, że jakieś tam ośmieszające zdjęcie, wspomnienie kogoś, lub jakieś nagranie się znajdzie. Nie z morderstwa, czy gwałtu, nawet nie ze złodziejstwa – nie, zwyczajnie z jakiegoś pijaństwa, z jakiegoś biegania na golasa po jakiejś plaży, z jakiejś afery miłosnej lub po prostu czysto seksualnej (nie daj boże z afery z innej niż publicznie oświadczona orientacja seksualna!).  Już ja tam wolę to bieganie na golasa niż te zarobki profesjonalnego polityka, LOL.  Nie muszę nikomu się z tego tłumaczyć. Moja sprawa i koniec.

I powiedziawszy prawdę, to właśnie ci ‘politycy zawodowi’ stanowią olbrzymią większość wszystkich polityków. Nie ci ‘świeci’, nie te zdecydowane ‘świnie’. Większość z tych właśnie ‘zawodowych’nawet tego pewnie nie planowała. Ale się wciągnęli.  Adrenalina? Pewnie tak. I łechtana ambicja: wybrali mnie znowu, robię coś dobrze i ludzie mnie lubią, wierzą mi, poznałem dzięki polityce tylu Wielkich Polityków, nawet niektórych monarchów, przywódców religijnych, gwiazdy kina i estrady, znanych artystów, twórców!  To musi w końcu imponować. A potem to już trudno wrócić (dla większości) do ‘normalnego życia’. Ostatecznie większość posłów i senatorów nie miała jakiejś ciekawej kariery zawodowej, jakiejś pasji do której mogą wrócić. A pisanie obszernych wspomnień i autobiografii, wykłady i katedry w znanych uniwersytetach dostępne jest dla prezydentów i premierów, bardzo rzadko nielicznych znanych ministrów.  Dla przeciętnego posła – nie. Ten przeciętny najczęściej nie ma do czego wracać. Gdyby do polityki nie wszedł pewnie by się w jakiejś firmie dorobił może i lepszej funkcji, pensji. A tak co? Wrócić jako gryzipiórek, sprzedawca w sklepie, księgowy? To już lepiej w tym parlamencie, radzie miejskiej czy powiatowej siedzieć do emerytury. Ludzkie.

Kim są znani nam politycy, w której kategorii ich umieścić? Politycy z kręgu tych obszarów i państw które z praktycznych lub emocjonalnych względów są mi znani i mają wpływ na moje codzienne życie.

Koszula ciału bliższa, więc kilka nazwisk z Kanady – mojego domu przez większość mojego życia.

  1. Justin Trudeau i w jakiej kategorii? Myślę, że najbardziej pasuje do kategorii ‘d’ (nie, nie dla tego, że do d… – gdyby tak było nie byłby premierem przez trzecią już kadencję). Jego pierwszą kadencję, a zwłaszcza zwycięską kampanię wyborczą można poetycko, ale szczerze  i chyba prawdziwie określić okresem nadziei, uśmiechu, dobrej obietnicy. Trudeau mówiący światu: we are back, Canada is back among the just and caring societies.  I starał się szczerze. Poza osiągnięciem jego ojca, Pierre’a Trudeau, który przyniósł Kanadzie pełna konstytucyjną niezależność od jakichkolwiek formalnych związków z brytyjskim Parlamentem – nikt w historii Kanady nie podjął tak olbrzymich wysiłków w tylu olbrzymich obszarach polityki, ekonomii, a przede wszystkim historii: wielkie porozumienia z narodami autochtonicznymi, wyzwanie zmian klimatycznych i szereg innych tak w kraju, jak i na arenie międzynarodowej. Widziałem w tym dużą szczerość jego intencji.  Rok był 2015, dziś jest 2024. Dziewięć lat w polityce, u steru władzy to jak wiek. Świat się zmienił w tym czasie. Trudeau też. I całe społeczeństwo. Tak Trudeau jak i społeczeństwo zmienili się na gorsze.  Wszystko zaczęło się od pandemii. Otworzyła wrota dla zalewu obrzydliwego populizmu i egoizmu społecznego. Nie tylko w Kanadzie – ale w Kanadzie było to wyjątkowo zauważalne. Pewnie dlatego, że ja w Kanadzie mieszkam tak mi się pewnie wydaje, bo obrzydliwy populizm, który jest tylko milimetry od faszyzmu zalał wielkie obszary wielu państw i kontynentów. Do tego oczywiście doszedł jeszcze ‘trumpizm’ – czyli goebelsowska metoda powtarzania każdego wygodnego kłamstwa tak długo, póki tłumy w nie uwierzą. Ostatnią refleksją po dziewięciu latach Trudeau jest … zmęczenie.  Zmęczenie samego Trudeau, w którym rzadko już można zobaczyć jego szczery entuzjazm. A co gorsze dla niego – zmęczenie całego społeczeństwa Justinem.  Dziewięć lat to naprawdę długo. Wyrosło pokolenie, które pojęcia nie ma (jaki normalny chłopak czy dziewczynka w wieku dziesięciu lat zwraca uwagę na nazwiska premierów czy ministrów?!), kto to był Harper, Dion czy Chrétien. Alternatywa w Kanadzie wobec Trudeau to Singh z NDP (New Democratic Party) – odmiana europejskiej socjaldemokracji lub Poilievre od Konserwatystów. Najlepszym wyjściem dla Liberałów Trudeau byłaby formalna koalicja z Singhiem socjaldemokratów. Dla Kanady chyba też. Ale populizm robi swoje i jeśli takiej koalicji nie będzie (w Kanadzie tradycje rządów koalicyjnych są bliskie zera) to wygra chyba Pierre Poilievre.
  2. Jagmeet Singh, lider NDP. Mam problemy z zaliczeniem go do kategorii jakiejkolwiek. Prawdziwej wizji nie pokazał (tak, jak pokazał jego poprzednik, niezapomniany Jack Layton, który należał chyba zdecydowanie do kategorii ‘a’). Myślę, że najbezpieczniej jest go zaliczyć do kategorii ‘e’.
  3. Pierre Poilievre, lider Konserwatystów. Tu nie mam najmniejszej wątpliwości. A jeśli ufać sondażom, to jestem w zdecydowanej mniejszości. Moja absolutnie pewna kwalifikacja Poilievre to kategoria ‘c’ – najniebezpieczniejsza: wredny ideolog, oszust polityczny i kłamca.

Na szczęście nie znalazłem w Kanadzie ani jednego znaczącego polityka federalnego z kategorii ‘b’ – oszustów i złodziei. Politykami prowincjonalnymi zajmować się tu dziś nie będę.

Natomiast znalazłem takiego w tej wielkiej i potężnej Hameryce czyli Stanach Zjednoczonych – Donalda Trumpa. To nie ideolog, nie demagog. Po prostu złodziej i oszust. To wszystko, wyjaśniać nie będę.

Temat USA więc:

  1. Joe Biden, Prezydent. Kategoria? Zdecydowanie i bez namysłu (jak większość polityków amerykańskich) ‘e’ – polityk profesjonalny. Pierwszy raz w Senacie znalazł się w 1972, pięćdziesiąt lat temu. Zresztą Senat USA ( w mniejszej wersji i Kongres) to dożywocie lub kara śmierci. Przeciętna wieku tam to ile? 90, 110 czy 150 lat? A pogrzeby urzędujących senatorów wydają się po prostu czymś notorycznym. Czy ma jakaś wizję? Może miał ale zapomniał, a jakby ktoś mu z notatek dawnych spisał – to by nie odczytał, bo za mały druk, a wzrok nie taki. Z wielkim żalem moja pozytywna opinia o nim (ostatecznie pokonał Trumpa i wszyscy odetchnęliśmy na jakiś czas) wyparowała w związku z postawą wobec wojny izraelskiej. Biden jest współodpowiedzialny zbrodni ludobójstwa na Palestyńczykach. Jest jedynym, który mógłby dać Netanjahu wręcz ultimatum. Jedynym, który może mieć decydujący wpływ na politykę izraelską. I świadomie tego nie robi. Nie wiem czy z bardzo silnego lobby izraelskiego w Waszyngtonie, czy z przyzwyczajenia do starej doktryny amerykańskiej, która czyniła z Izraela fort zabezpieczający Bliski Wschód przed zalewem komunizmu ZSRR?  Może trzeba by mu ktoś przypomniał, że rok jest 2024, a nie 1994. Nie ma Nasera, nie ma Husajna (są za to zgliszcza Iraku po tej idiotycznej i kompletnie zakłamanej agresji amerykańsko-brytyjskiej). Ani Egipt ani monarchie arabskie zdecydowanie o komunizmie nawet nie śnią (chyba, że w formie koszmarów). No i Syria leży w gruzach. I długo się z nich nie wygrzebie. Iran?  Iran nie ma zamiaru prowadzić otwartej wojny z Izraelem. Iran to stara Persja, po Chinach i Japonii chyba ostatnie starożytne imperium, które chce zachować swoje dziedzictwo. Ale to nie imperium XXI wieku i takich ambicji nie ma. Chce być ważnym graczem i ważnym państwem w swoim regionie, bez globalnych ambicji.  Atak odwetowy na Izrael (zapowiedziany z dokładnością godziny aby i Izrael i flota USA w tej okolicy mogli się dokładnie do tego przygotować) był jedynie publiczną manifestacją siły i oczekiwaną odpowiedzią na wcześniejszy zamach izraelski na irańską ambasadę w Damaszku.  W wyniku tego zamachu izraelskiego zginął jeden z głównych dowódców i budowniczy całych sił zbrojnych Iranu  wraz z dwoma innymi irańskimi generałami oraz inni wojskowi i dyplomaci irańscy. Było nie do pomyślenia, że Iran nie będzie wręcz zmuszony do militarnej odpowiedzi.  Ale wbrew mojej opinii, że Biden jest współwinny ludobójstwa w Palestynie – jego kategoryzacji nie zmienię. To polityk zawodowy dodatkowo kompletnie uwikłany w matnię imperialnej polityki amerykańskiej. Co jest kolejnym paradoksem, bo Ameryka jest mocarstwem gwarantującym światowy, globalny pokój. I jest zdecydowanie państwem demokratycznym.
  2. Nancy Pelosi – była Liderka Kongresu USA i pierwsza kobieta na tej funkcji (lider Kongresu jest trzecią osobą w państwie w sukcesji do objęcia Prezydentury w sytuacji niemożliwości wypełnienia tej funkcji przez v-ce prezydenta). Moja kategoryzacja jej jako polityczki to obszar międy  literami ‘d’ i … ‘a’. Tak, wiem, że pierwszy raz daję tu ‘a’. To za jej olbrzymi wysiłek i wiarę w przewagę dobra nad złem, uczciwości nad malwersacją w dwóch nadzwyczajnych momentach historii USA – rozpoczęcia procesu impeachment przeciw Donaldowi Trump, gdy był prezydentem i u szczytu władzy oraz silny i zdecydowany protest dekadę wcześniej przeciw wojnie amerykańskiej w Iraku. To za to, gdy tłum rozwścieczonych zwolenników Trumpa zaatakował budynek Kongresu, niektórzy z nich planowali zamordowanie Pelosi. Wykazała wówczas więcej odwagi cywilnej i wiary w demokrację niż większość mężczyzn Kongresu i Senatu USA. Również obecnie, mimo że już autentycznie bardzo sędziwa, wyraźnie i publicznie potępiła reżym Netanjahu i stanęła po stronie niewinnej ludności palestyńskiej. Niezbyt często spotykany przykład praktycznej idealistki.
  3. Chuck Schumer, obecny lider większości  (Demokraci)w Senacie USA.  Zdecydowanie kategoria dobra – ‘d’. To on był tym, który wspomagał Pelosi w przeprowadzeniu procesu impeachment Trumpa. Będąc amerykańskim Żydem zachował się bardzo godnie publicznie apelując do Izraelitów o usuniecie Netanjahu z premierostwa i postawienie go przed Sądem Najwyższym Izraela. Tacy politycy jak Schumer są bardzo nielicznym plemieniem ludzi, którzy ogólnoludzką godność i bezpieczeństwo stawiają powyżej własnej plemiennej przynależności.
  4. Ostatni z USA to obecny lider mniejszości (Republikanie) w Senacie – Mitch McConnell. To on, udając niezależnego świętoszka (często istotnie w sposób molierowski) bronił zaparcie Trumpa przed prowadoznym przez Pelosi procesie impeachment. I to on obecnie, kiedy już nie musi, nie pozwala na krytykowanie obecnego kandydata Trumpa.  A nie musi. Senatorem jest już czterdzieści lat. Sam ma osiemdziesiąt. Dokładnie tyle samo, co Biden. Czas już zacząć pisać pamiętniki. Póki nie zapomni, co robił 30 lat temu (prócz tego, że był senatorem, LOL). Zastanawiam się czy jestem może gerontofobem, kimś kto prześladuje ludzi starych.  Nie, raczej nie. Wiekowo już mi bliżej do nich niż do młodych. Poza tym mają olbrzymi zapas mądrości życia. Ale przywódcami państw już być nie powinni. To wymaga już nie tylko mądrości (bo o dobrą radę zawsze starszych spytać można) – to wymaga olbrzymiej staminy fizycznej, zwłaszcza w okresie kryzysu. A jesteśmy chyba w dekadzie kryzysu na całym świecie. Może nawet wieku kryzysu.
  5. Sporo to powiązań politycznych z Izraelem. Więc jedno nazwisko wymienię. Wieloletniego i obecnego premiera Izraela, Benjamina ‘Bibi’ Netanjahu. Tak, tego który ponosi największą odpowiedzialność za tragedię, która dzieje się cywilnej ludności palestyńskiej. Dzieciom, kobietom. Tragedii, która wyraźnie nosi cechy ludobójstwa, etnicznej czystki.  To on też, zdaniem moim, ponosi olbrzymią odpowiedzialność za ten okrutny napad terrorystyczny Hamasu na nadgraniczny szetel Be’eri i miasto Sederot (ten dystrykt Izraela znajduje się na terenach palestyńskich okupowanych zbrojnie przez Izrael). Hamas napadł i wymordował setki ludzi a winny jest izraelski premier? Jak to możliwe? Oczywiście bezpośrednio odpowiedzialni za ten krwawy atak to palestyńskie ugrupowanie polityczno-militarne Hamas. Tu nie może być jakiejkolwiek wątpliwości. Ale nie ma też wątpliwości, że pewną moralną,  a zwłaszcza polityczną odpowiedzialność ponosi rząd Izraela. Jak to jest możliwe, że uzbrojone po zęby państwo izraelskie z jedną z najlepszych i najbardziej bezwzględnych służb wywiadowczych do tak zmasowanego ataku dopuścił? Netanjahu był pod presją kolejnego już kryzysu gabinetowego. Widmo utracenia fotela i miejsca na ławie oskarżonych własnego Sądu Najwyższego unosiło się nad jego głową, jak czarna chmura. A co gdyby jakaś awantura większa niż  nużące ale w sumie prawie nieskuteczne domowej roboty ‘katiusze’ Hamasu, się wydarzyła?  Bezwzględnie uwaga wyborców izraelskich skupiła by się na tym zagrożeniu i ‘wielki obrońca’ Netanjahu mógłby w zdecydowanej akcji odwetowej wypaść na bohatera?  W Tel Awiwie i w Jerozolimie witano by go, jako wybawcę a nie malwersanta. Czy zbyt daleko dymam? Może. Nie wiem. Ale wiem, że w polityce wszystko się zdarzyć może.  Odstawmy gdybanie. Wróćmy do kategorii politycznych.

Wiec Netanjahu – kategoria bezwzględnie ‘b’ i zdaje się ‘c’. Obie na samym dnie ocen moralnych i politycznych.

Jeśli nawet pominę niewyobrażalna tragedię palestyńską, Netanjahu i tak staje w jednym szeregu z węgierskim Orbanem i jemu podobnych. Faszyzujący populista i bezwzględnie malwersant finansowy. Trochę przypominający ekipę Ziobrów, Objatków i Kurskich herszta Kaczyńskiego.

  • Polityczno-militarni przywódcy Hamasu (nie wymieniam nazwisk bo te i tak mało są znane w popularnym przekazie medialnym i nic przeciętnemu widzowi-czytelnikowi nie mówiące). Nie, nie uznaje ich za ‘bojowników o wolność ‘Palestyny i Palestyńczyków. Uznaje ich za terrorystyczną organizację religijną. Organizację, która terroryzuje nie tylko Żydów ale i Palestyńczyków. Nawet może głównie Palestyńczyków, bo Żydów przynajmniej bronią silne i sprawne policja, służby bezpieczeństwa i armia. Palestyńczyków w Gazie nikt przed terrorem Hamasu nie broni. Hamas to zdecydowanie kategoria ‘c’.  Bezwzględni i nieustępliwie ideolodzy.  Dla idei wszystko można poświęcić i każdą zbrodnie sobie wytłumaczyć. Nie posiadają moralnych hamulców. A ideologia religijna to jeszcze bardziej uwypukla , umacnia w ortodoksji.

Na terenie Bliskiego Wschodu moją kategoryzację zamknę, bo obszernością tekstu przekracza ramy blogu autorskiego. W następnej części zajmiemy sie obrzeżem Europy, które ma olbrzymie znaczenie dla świata, a przez wieki graniczyło z Rzecząpospolitą I , II, okresem PRL i III, czyli Rosją. Po Rosji wrócę do Polski. I jej obecnych polityków.

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Moje plaże. Moje plaże to zawsze byłeś Ty. Albo jeździłem tam z Tobą, albo po tym Czasie Okrutnym jeździłem tam szukać ukojenia. Była ta jedna specjalna, nazwana Fortem Naszej Miłości, który zbudowałem z kamieni dla Ciebie, gdy Cię zabrakło. Pisałem kilka dni temu o tym ostatnim tam wyjeździe, ostatnich odwiedzinach po okresie zimy. Pojechałem, Fort odbudowałem i pożegnałem się. Niech fale go odwiedzają, niech głębiny o nim śpiewają.  Mój zamknąłem w sercu. Będzie tam gdziekolwiek się znajdę.

Na tej plaży nigdy ze mną nie byłeś. Jest dość ukryta i z dala od szlaków turystycznych.  Sam odkryłem ja dopiero po tym Czasie Okrutnym. Była dla mnie idealna. Prawie nikt inny nigdy tam spokoju mi nie zakłócał i nie przerywał moich rozmów w z Tobą. Stamtąd, z tej piaszczystej łachy półwyspu-pół mierzei widziałem w oddali, po drugiej stronie szerokiej zatoki cypel kolejnej pięknej plaży – Martinique Beach. Może gdybym był dwadzieścia lat młodszy mógłbym tam przepłynąć z naszego Fortu. Może. Piechotą dojść nie można – wybrzeża morskie to nigdy nie jest prosta linia. Z dziesięciu kilometrów robi się nagle trzydzieści, pięćdziesiąt nawet. Szczególnie tu, we wschodniej Nowej Szkocji, gdzie olbrzymie, głęboko się w ląd wrzynające zatoki,  wielkie jeziora i słone rozlewiska-moczary zmuszają by szosa wiła się, jak wąż w wysokiej trawie.

Martinique Beach jest jedną z najpiękniejszych i najdłuższych plaż w tej prowincji. Prowadzi do niej 12 kilometrowa wąska szosa z miasteczka Musquodoboit Harbour do East Petpeswick. Lubiłeś tu ze mną przyjeżdżać. Na tej  plaży ciągnącej się kilometrami mogliśmy znaleźć ciche miejsce. Ty czytałeś książkę, ja pływałem.  Czasem trochę i Ty popływałeś. Umiałeś – i nie namawiany, nie zmuszany sam czasem to robiłeś.  Tacy byliśmy inni nawet w tym, LOL. Ty lubiłeś basen, ja basenów nie znoszę a kocham dzikie plaże. Tymi ‘innościami’ się uzupełnialiśmy, wzbogacaliśmy.

Obiecałem żegnając się z tym Fortem i z tą dziką plażą, że nie ze smutkiem już a z radością zabiorę Cię w końcu do Paryża. Będę Cię na Montmartre i na bulwarach nad Sekwaną całować. Gdzieś między Pont Neuf  i Pont Mirabeau, o którym pisał Apollinaire:

Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana
I nie jedna miłość
Czy nie dość wspominana
Po bólu zawsze radość niespodziana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Z twarzą do twarzy połączmy ramiona
Nieruchomi kiedy
Pod mostem ramion kona
Fala odwiecznych spojrzeń umęczona

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Miłość jak woda bieżąca odpływa
I odpływa życie
Woda jakże leniwa
Nadzieja nasza jakże natarczywa

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Niech dni się toczą jak rzeka wezbrana
Ni czas nie zawraca
Ni miłość pożegnana
Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję[i]

Więc o tych mostach paryskich, tym Pont Neuf i Mirabeau, o tych pocałunkach wyśpiewanych przez Yves Montanda dla pięknej Romy Schneider myślałem na tej plaży w kanadyjskim, nie karaibskim, Martinique.

Falo

Jakie mosty łączą naszą przestrzeń?

Przestrzeń między nami.

Między tymi dwoma światami

Bytu i Niebytu.

Czy scala je jakiś królewski pierścień?

Pierścień z kruszcu drogiego, niczym diadem

Królewicza i Księcia

po nocy poślubnej, przed Wieczerzą

Ostatnią, pożegnalną.

Czy pęka pierścień skruszony młotem?

Powiedz mi falo, powiedz wodo,

która dałaś schronienie

z szaleństwa rozpaczy niepojętej,

z ognia pragnienia,

która wniosłaś mnie z powrotem na brzeg.

Mam ci dziękować, czy mam przeklinać?

Uratowałaś mnie,

czy skazałaś na lata tułaczki

po pustej plaży mew

i muszli szumiących largo trenów?

Żegnam cię falo

lub przeklinam cię.

(Bogumił Pacak-Gamalski)

I masz ci los. Poeta winien w końcu wiedzieć. Jest wieszczem, jest wyrocznią! Augurem wśród mędrców i dziejopisów. A tu nic. Siedzi na rozdrożu na kamieniu i błaga przechodzących o wskazanie kierunku.  A idźże w końcu do tego Paryża, gdziekolwiek on jest.  Idź i całuj się z nim. Może wtedy zrozumiesz.


[i] „Apollinaire”, wyd. PIW, Warszawa, 1968, s.33 (przek. A. Ważyk)

List do Przyjaciela

List do Przyjaciela

List do Ciebie

Za grzbietem gór i szczytów niedostępnych z chmur jest taka przełęcz daleko stąd. Z niej, jak w kinie jakiś piękny film, otwiera okno się na morza łąk. Pojechać jeszcze miałem tam nim zapadnie mrok, odpłynie mój czas, zaśnie mój las.

Miałem przyjechać  i pokazać ci, jak piękny jednak jest ten świat. W nim, na kępach traw rosną sny, pachnie słodkim odurzeniem kwiat paproci, młodości gwiazd i chmur. Tam, tuż za grzbietem tych sinych gór – słodkim dniem, drżącym snem.

Ale ten czas, ten mój czas, kurczył się jak cień. Aż znikł prawie. Przyszedł zmierzch, nastała noc. Potykałem się o grań śliską nocy wilgocią. Odeszła gdzieś moja moc i młodość, która miała trwać oceanem sił, milionem chwil.

Jeszcze się w ognisku żagiew tlił, jeszcze ciepło od popiołów biło.  Ale tliło – nie gorzało już. Ognisko dogasało. I ramię drżało z lęku, gdy ci go użyczałem byś niepewnym krokiem nie potknął się o żerdź przerzuconą nad wartką roztoką.

Przełęcz ‘Krzyżnem’ zwana przez zbiegające się tam szlaki niebiańskie i turystyczne niech cię woła, niech wabi, niech czaruje śpiewem Tatr. Opowieściami muzycznymi Szymanowskiego, Karłowicza, niech mówi prawdy i kłamstwa o Witkacym, nuci Asnykiem. Niech szepcze do ucha o pocałunkach chłopców zakochanych w swoich odbiciach w źródlanej wodzie, o dziewczynach z warkoczami grubymi jak ramię, czarnymi jak noc w tatrzańskiej puszczy. Musisz tam pójść byś mógł to miejsce przez całe życie pamiętać.

Nie zgubisz się, nie lękaj się – będę z tobą nawet gdy mnie nie będzie.  A jest mnie coraz mniej, zasypia mój las i moje trasy mrok pokrywa coraz to gęstszą mgłą. Ale przyjdę. Może nie poznasz, nie zauważysz w tej mgle – ale będę. Gdy się potkniesz – podniosę. Gdy pośliźniesz się na grani – za rękaw podtrzymam.  Wiesz, że będę, gdy mnie nie będzie.  Będę drżał z lęku byś ty go nie odczuwał, bo mnie lęk nie straszy. Stracił swoją moc. Więc nie czekaj aż przyjadę i razem tam pójdziemy.  Może na pociąg, na samolot nie zdążę.  A wówczas będę czekał tam. Na jakimiś kamieniu sobie siądę, pod jakimś świerkiem, nad strumieniem jakimś. I będę gwizdał do ptaków, do gór i świstaków. Aż przyjdziesz. Bo przecież kiedyś będziesz chciał.

Z Krzyżnego wzrok zatoczysz, Morskie Oko puści ci oko, o Wołoszyn oprzesz się plecami i w dolinę zwrócisz wzrok. Tam, w oddali, otworzy ci ramiona Twoja młodość – z gwiazd i chmur. Chwyć ją pewnie, w plecak włóż. I to wszystko, i to już. Możesz wracać już spokojnie ku dolinom, ku ulicom miast dudniących, rozbieganych, zagonionych. Lecz Krzyżnego nie zapomnisz i młodości nie zagubisz. Może nawet kiedyś moją wspomnisz.

Ot, i noc w me okno puka, wiec już kończę, nie przedłużam (okno nocy, gdy w nie puka, nie otworzyć nie wypada) – ściskam cię serdecznie więc,

Twój przyjaciel, ja.


Karkonoska akwarela z przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku autorstwa ojca autora, Milo Pacaka seniora

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

I have been reading again the verses of my very liked American poet Paul Monette. Yes, of course, his “West of Yesterday, East of Summer”[i]. Thought many times to translate this terrifying and yet so lyrical and beautiful book of poetry. His homage to his lover, his friends, his times. To people, who died of AIDS. As did he.

I asked myself why didn’t I? It was by the end of this modern Black Death when I was a very young man discovering the powerful world of erotica and sex.  Of desires and pleasures that shaped human history so much, almost as powerful as hunger for power. Indeed, in many instances, these two forces were intertwined.  They still are. It was also a time when gay stable relationships were not seen, maybe not even desirable as a norm or even something to look for. With causal relationships, you avoid the risk of being outed, beaten, maybe murdered, and certainly ostracized. You could easily lose your job for that reason and it was a legally valid reason. Strange times.

On page 10, Monette writes beautifully about Nureyev in his poem

Nureyev doesn’t have AIDS

or so they say but the season’s still off

at least in Paris and all her colonies

as to what to do after dance the gun-

runner Rimbaud is the paradigm post-

art position a little border war

khaki and goat kebabs no mail till the fin

de siècle is safely passed if the feet die

first you must sit out the millennium

(….)

                There are so many allusions here to so many things of the gay history in art. Casual readers might not notice the insertion in these lines of a young tragic French poet Arthur Rimbaud – the femme fatale of much older Paul Verlaine.

Four days ago I posted on my Facebook profile a short biography of another American poet, who lived in even earlier times – Richard Bruce Nugent. In 1925 he published a poem “Shadow” in “Opportunity”[ii]. It is an example of early poetry in the USA with searching for its own homosexual identity. I found it powerful, almost painful in how it evokes and stirs my own youth memories. Memories from much later time (almost three generations later), but still pervasive.  Fragment of this poem:

Silhouette

On the face of the moon

Am I.

A dark shadow in the light.

A silhouette am I

On the face of the moon

Lacking color

Or vivid brightness

But defined all the clearer

Because

I am dark,

(….)

                Then, suddenly I realized that I was not spared that terrifying moment of losing your Love, your soulmate. A different disease by name and origin, nothing to do with viral infection. But the process of slowly dying month by month, and suddenly a very fast process for the last few weeks that makes you an invalid, depending on others in simple tasks. Losing your air, and oxygen.  And you panicking, trying to be a nurse but still a lover, partner. Giving him every minute of your life. Battling, battling every day, not accepting. Still, still not accepting. Refusing to accept the inevitable. To the very last moment, when he dies in your arms. And your soul dies with him.

It was as if Time asked for that price that I didn’t pay during the AIDS pandemic. It waited patiently forty long years and said with terrible glee in its voice: you did not escape, it is time to pay your dues. What a perversity to spare your life just to make you suffer even the worst fate: to take from your arms the one you love the most, more than life itself.

The other night I watched some old Paris songs from years ago. I always wanted to take him to Paris. To show him the magic of Montmartre. The lovers sipping coffee in open cafes, the “Pigalle” of my Edith Piaf, the walkways by the Seine toward Eifel Tower, with Yves Montand serenading of lovers kisses and embraces on rue de Faubourg de Saint-Martin.

And I wrote a song for you. Not really a poem but aptly a song to be sung, not to be read in silence.  A song to be screamed to the Fates.

But your eyes –

they won’t go away!

They still let me see,

they look through mine.

Your eyes –

they are still in me.


But your arms –

they won’t go away!

They still touch me,

they embrace my body.

Your arms –

they still feel me.


But your lips –

they won’t go away!

They are warm, they tremble

when they touch mine.

Your lips –

they whisper: we remember.


                I am blind without your eyes,

                I can’t feel without your arms,

                can’t breathe without your lips.


                Without you my soul is void,

                without you my heart is longing.

(B. Pacak-Gamalski, April 2024)

Yesterday I went to our Fort of Love in Lower East Chezzetcook. Took my folding chair, and my camera and crossed the narrow channel of fast-moving water separating the meager and rocky beach from the very secluded sandy outlet by a point called Miseners Head.  Must have been low tide time as the icy cold water didn’t even reach my chest.  Even during late summer last year, it was a desolate spot, seldom anyone ventured there. More or less it was my own private beach nestled between the ocean and a deep massive lake called appropriately … Big Lake. As I emerged from the water on the rocky edge of the dunes, two eagles startled by the visitor circled above my head.  They must have been scouring the dunes for big crabs, which are plentiful there, or for lonely seabirds.

Went straight to the same spot as last year. The dead tree was still there, but winter storms took all the stones off my sign. Or the ocean covered them with sand brought from the deep bottoms.  And it knows now our story. The bottoms of the ocean know the story, a Story of Love,  Despair and Loss. The crossing whales sing the story and carry it back to the shores. To desolate inlets, rocky outposts, and small islands.  When the sun sets down behind the horizon, the sirens sing the song to the passing wind and the stars, and the stars shoot beam of light across the Celestial Meadows of Space. Story of Love Stronger Than Life.

I see it, I hear it. And I want, I need your eyes, your arms, your lips. Give them to me across the river separating Life and Death.  Our Love has overcome the space between the Worlds.

I feel your touch again, I feel the trembling, the impatience.

They are here now, knocking on my doors, on the Gates of Timid and Fearful. Gates of those, who are afraid, nonbelievers.  But the Gates will fall, as the Gates of Jericho did. None can withstand the source of the Song of Love. The only Song that binds the separate solitudes.  

Come and fill my soul and heart! Come my Lover, I have waited long enough.

Maybe, just maybe, when I leave Nova Scotia, when I say goodbye to our beaches, especially that one secluded, and removed from tourists, wild beach with the Fort of Our Love – maybe then,  I will take you to that Paris of Montmarte. Of lovers kisses and embraces. … and I will kiss your trembling lips, and I won’t let go.


[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/10/04/esej-o-milosci-jej-nazwaniu-i-trwaniu/

[ii]  Journal of Negro Life, publication of National Urban League in the 1920ties.

A jednak Kiężyc … back to the Moon

About ten days ago I drove hundreds of kilometers after the Sun. Sun – as you know – is very vane and proud, like a peacock. Blinds you with its glory. It comes as no surprise that a certain French king, after the construction of Versailles and its Hall of Mirrors was named Louise the Sun. He regularly walked that famed Hall blinding with his majesty the poor subjects taking to himself: I am France! Of course, my journey with throngs of other people running to places where the total solstice was taking place – ended up being blinded by the god of the heavens. And the only pictures I took were of that small, black rock that covered the blinding god. Naturally, a glowing aureola of the god was still flaming in full glory. The poor, grey Moon seldom shows up during the daytime in the skies. It feels too timid, too embarrassed by its own greyness, and lack of splendor.

Hence tonight, at 2 o’clock, feeling a bit ashamed that I forgot my faithful friend – I took my camera and made a series of his portraits. As I used to do. I told him: you are beautiful and charming in your shyness. Thank you for lighting the old gas lantern in this dark mews.

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Nieistniejący wiersz

Wczoraj uciekł mi jeden wiersz.

Tak zwyczajnie, po prostu

wybiegł z kartki,

wdrapał się na parapet otwartego okna

i wyskoczył.

Poszedł sobie, nawet się nie obejrzał.


Zabrał ze sobą wszystkie litery,

przecinki, wielokropki

i znaczenia słów.


I już go nigdy nie napiszę,

nie opowiem tej historii,

która może była

lub być mogła.

A nie będzie. Nie dam jej

szansy nawet na spróbowanie,

na niepewność,

na drżenie oczekiwania.

Niewiadomej bycia.

/12. 04. 2024; B. Pacak-Gamalski/

Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.

Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.

Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.

Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.