Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.