How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone. Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades. Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.
But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.
You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.
Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.
It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.
You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling? Just in case, a little note to you. Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count. No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.
Halina siedziała przy stoliku w jej ulubionej knajpce Lipp przy Bulwarze Saint-Germain. Patrzyła w zamyśleniu na stary, średniowieczny kościół Opactwa Saint-Germain-de-Prės. Czasy jeszcze Merowingów, pierwszych władców Franków.
Ale nie o nich myślała, nie o wielkiej historii starej matki Europy – Francji. Myślała o pewnym sercu wmurowanym w ścianie przepięknej błękitnej nawy tego kościoła. Sercu króla dalekiej od tego miejsca Polski – Jana Kazimierza Wazy.
Myślała o jego sercu wmurowanym w nawie tej starej świątyni i zastanawiała się, gdzie, w którym kraju rzeczywiście jego serce było za jego życia? Ona nie miała wątpliwości wobec jej serca. Jej zostało w Warszawie.
O, kochała Paryż, jak można go nie kochać? Jest taki uroczy, romantyczny, elegancki. Co tu dużo mówić, jest po prostu pełen joie de vivre . Ma tu wszystko, ma nawet tą swoją wieprzowinę z kapustą w tej właśnie restauracji Lipp. Ale … no nie wszystko jednak.
Tamten był królem z mieszanką genów wszystkich bodaj wielkich domów panującej ówczesnej Europy. Ona była zwykłą dziewczyną. Matka polska żydówka, ojciec Polak z dziada-pradziada. Na tyle na ile ktokolwiek może z pełną pewnością coą takiego w Europie powiedzieć. Geny-szmeny, uśmiechneła się do siebie. Kto wie czy jej mama innych niż żydowskie nie miała? W Europie, gdzie granice i ludy są od długich setek lat w ciągłym ruchu, jak rzeki. Tak, wedle zasad była polską żydówką. Co to jednak za zasady i kto je niby ustalił? Ona uważała się za kompletną Polkę pochodzenia żydowskiego. I to wszystko. Zresztą ani matka ani ojciec nazbyt religijni nie byli. Ojciec chodził do kościoła na Wigilię i Wielkanoc, lub czyjś ślub albo pogrzeb. Matka do Bożnicy trochę częściej, a i tak jej rodziną nazywała ją ‘przechrztą’, z czego się śmiała.
Jan Kazimiez po abdykacji objął bardzo intratną funkcję opata tegoż Saint-Germain-de-Prės. Ale serce mu pękło kilka lat późnie na wieść o upadku Kamieńca Podolskiego w jego dawnym królestwie. Więc jednak za tą Rzeczypospolitą starą tęsknił. Tym dziwnym krajem-pomostem między Europa starej Francji Merowingów i Karolingów a stepami i Azją. Pochowano go na Wawelu, ale serce jednak tu, w Paryżu zostało.
A jej nie jest w Paryżu, który uwielbia; nie jest na pewno w Krakowie, w którym raz tylko z wycieczką szkolną była, bez wątpienia nawet nie w Wilnie czy we Lwowie, gdzie ten król śluby wielkie składał. Dla niej te miasta za obecną granicą są tylko częścią starej historii. Nie miała z nimi sentymentalnej łączności, nie znała ich. Może dlatego, że oboje rodzice nie pochodzili z Kresów, to w zasadzie nigdy prawie się o tych Kresach w jej domu nie rozmawiało. Jej serce zostało gdzie indziej. Na peronie małego dworca kolejowego Warszawa Gdańska. W miesiącach, kiedy tak naprawdę powiedziano jej, że jest Żydówką. Nawet nie żydówką, a konkretnie, etnicznie Żydówką. Choć nikt jej nigdy żadnych genów nie badał. I jakby fakt, że nawet, jeśli wedle jakichś tam norm jest, cokolwiek znaczył, lub znaczył więcej. Że ci Żydzi mieszkali tu, rodzili się i umierali przez ponad sześćset lat. Byli. Sześćset lat! Jezu lub Jahwe – przecież to kompletnie się kupy nie trzyma ta cała logika rasowa czy etniczna. Coście wy im z tych Niebios czy z Góry Synaj naopowiadali? Może się razem zapiliście na tym weselu galilejskim, ot i co.
I nagle w tym 1966, 67 i 68 partyjnym bosom i głupiej masie niewykształconych chłopo-robotników socjalizmu wmówiliście, że bida socjalistyczna to moja, polskiej Żydówki wina. Czego to ja jeszcze byłam winna? A, wojnie arabsko-izraelskiej. Byłabym zapomniała, jaka to wtedy ważna międzynarodowa osoba ze mnie była. I nagle, za decyzją mamy i taty, że tego znieść nie można, znalazłam się z nimi na Dworcu Gdańskim na Stawkach. Pociąg ruszył, ale na peronie zostało moje serce. W dodatku, został tam, w tamtej Warszawie mój chłopak. Boże, jak ja w nim byłam zakochana! Tyle, że ta nasza miłość nieszczęsna i młoda wpadła w tryby wielkiej machiny propagandowej, a te ją zmiażdżyły na proszek. Żadne z jego rodziców nie miało żydowskich genów, więc o paszporcie i wyjeździe nie było mowy. Chłopak nie miał szans.
Popatrzyła jeszcze raz na te stare Opactwo po drugiej stronie szerokiego Bulwaru. Otarła ręka policzek i poczuła, że jest mokry. Uśmiechnęła się smutno. Tyle lat …
Tak, wróciła tam po latach, była na tym dworcu. Ale serca nie znalazła. Pewnie ktoś sprzątnął. Wiedziała, że Tadek – jej chłopak – poznał po kilku latach inną kobietę, pobrali się, mieli dzieci. Zadzwoniła do niego i umówili się na kawę w pobliskim szklanym hotelu, którego tu za jej czasów nie było.
Opowiadał, że po kilku latach nie mógł tej samotności znieść, chciał mieć rodzinę. Ma dobrą żonę, dwoje dzieci. Ucieszyła się. Smutno, ale cieszyła się. I dla niej, tej drugiej kobiety, też się ucieszyła. Tadek to był naprawdę bardzo dobry mężczyzna i pewnie dobry i zacny mąż. Wypytywał o jej życie w Paryżu, czy wyszła za mąż. Nie, nie wyszła. Ale miała wieloletniego partnera, bardzo miłego pana, Francuza. Zmarł niestety dwa lata temu. I nie szuka już nikogo innego. Czy go kochała? Chyba tak, było jej z nim dobrze.
Spytała czy on nigdy nie chciał przyjechać do Paryża, mieliby się gdzie zatrzymać, ma ładne mieszkanie blisko rue de Radziwill, koło Hall, w centrum. Uśmiechnął się:
– Halinko najmilsza przecież wiesz, że to niemożliwe. Za trudne dla mnie, dla mojej żony, dzieciom trudno wszystko wytłumaczyć. Za trudne dla ciebie, najmilsza. Co by się stało, gdyby nagle to wszystko wróciło, tamte tak piękne uczucia? Jakież by to było dla nich okrutne. Bo gdyby wróciło, nie wiem czy mógłbym się powstrzymać. I po czasie oboje byśmy byli rozgoryczeni i żałowali. Nie potrafilibyśmy sobie wybaczyć naszego egoizmu szukania powrotu do przeszłości. Ja widziałem cię wtedy, stałam na wiadukcie nad torami. Chciałem skoczyć z tego wiaduktu na ten pociąg, jak powoli odjeżdżał, położyć się płasko na dachu i może nikt by nie zauważył i bym tak z Tobą poza ta granicę na Odrze dojechał. Ale nie mogłem zostawić rodziców i młodszej, niedorosłej jeszcze siostry. Wiesz, że w domu u nas się nie przelewało, była zwykła bida. Musiałem im pomóc, iść do pracy.
Halinie popłynęły z oczu łzy. Nie wiedziała nawet, że tam był wtedy. Musiał to strasznie przeżywać. Ścisnęła go za ręce, potem zbliżyła je do swojej twarzy i złożyła na nich ciepły pocałunek.
– Dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za tą piękną miłość młodości, za to, że tam byłeś na tym dworcu i że całe szczęście głuptasie nie skoczyłeś na ten pociąg. Dziękuję, że jesteś dobrym i porządnym mężem dla tej kobiety i dobrym ojcem dla swoich dzieci. I za to, że jesteś mądry i dlatego nie chcesz przyjechać do Paryża. O jedno mimo to cie proszę – napisz czasem krótki list, co dzieje się z twoimi dziećmi, jakie szkoły, postępy, plany. Może miłości, małżeństwa? Bardzo by mnie cieszyły ich sukcesy. To w końcu dzieci mojego Tadzia. A to bardzo ważne.
Tadeusz obiecał, że to będzie robił, pożegnali się smutno-serdecznie i djechali w swoje, osobne strony.
Halina nigdy więcej Tadeusza nie widziała, ani on jej. Ale regularnie dostawała z Polski listy o jego synach i było to dla niej zawsze wielką radością.
Teraz, po latach wstała zza stolika tej restauracji Lipp i poszła powoli do stacji metra.W metrze wyciągnęła z torebki zgiętą kopertę, wyjechała z niej kartkę zapisaną drobnym pismem i zaczęła czytać z uśmiechem na twarzy.
Do Polski już nigdy więcej nie pojechała. Nie dlatego, że jej się nie podobała, przeciwnie – wypiękniała i unowocześniła się nadzwyczaj! Cieszyła się z tego nawet. Ale jej dom teraz to Paryż, to jej teraz ulubione miasto, w którym miała i ma dobre życie. Wystarczy na jedno.
Młodość? Została tam, gdzie zostawiła swoje serce. Może dalej tam są na Stawkach?
Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.
Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy. Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał. Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.
Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.
Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.
Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:
– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.
Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok. Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:
– Czy naprawdę tańczył pan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?
Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:
– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.
– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!
Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.
– Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …
– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!
Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.
– Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.
Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:
– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.
Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!
Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.
Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię
– De rien. Voilà, Mademoiselle
Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :
– Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît
I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.
Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie? Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?
Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.
Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:
– Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!
Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho
– Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.
– No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.
– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?
Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.
– Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.
Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?
I do get up in the morning; get dressed, have breakfast; clean the dishes afterwards and watch some news. I don’t go to concerts anymore or much less than I did in Halifax. It was terrible there, where every street, every park, every store reminded me of us being there together. It is terrible here, where everywhere I go, I remember when younger us walked together. You are everywhere, and yet I know that you are nowhere. You are gone. Forever.
It was going to be easier they said, and I thought it would. It is not, or it is by the virtue that you can get used to even chronic pain. But the pain is not lesser and it is tiring all the same. After a while you are just tired of that chronic pain. You have had enough and you want to be gone, too. What is the point of maintaining that, which will never ease, never go away?
Oh, I know that mine is not special or rare and distinct. But suffering of others does not ease your pain. That would be a sick perversion. I know that you are no longer have any worries, unhappy days or sadness. You can’t ‘cause you are gone, nonexistent anymore. But it is the memory of you that pains me so much. I am the only holder, only chalice where you exist. For as long as I live, I will be that chalice containing you, and the pain.
Right now I am in the process or refurbishing my life again. Moving to place where we used have our happiest days, decades actually. No, not some sort idyllic frolicking in flowery meadow. A life with its bad days, but live full of love, nonetheless. It did exited me, when I got that idea, and I got struck with realization that I will be walking these trails, street, places as alone, as every day I did since you were gone. Yet, I’m looking forward to it. Strange. Somehow, can’t explain logically how it works, that chalice full of pain will not be as heavy? Or I will understand perhaps better why it is so heavy. Understanding a process might make it easier to go through it.
Yes, there is also that element of egoistic pleasure of ‘coming back home’. Sort of making it the full circle. Of course big part of that circle would be reconnecting with my old friends. Very dear people: older, younger, my age. Somehow our life and love did not preclude both of us from pursuing our own interests and social circles. Much more on my part perhaps, not by design though or special privileges. I just did.
It will not make me happy in a conventional meaning of the world. It will however (or not?) allow me to live again, smile at times. Smile honestly, not politely.
Elon Musk czy Donald Trump? Kto z nich jest głównym architektem największego zagrożenia pokoju światowego od czasów Kryzysu Kubańskiego?
Bez względu na wyjątkowo ohydną osobowość najbogatszego (jakby w tej grupie multimiliarderów miało to jakiekolwiek znaczenie) człowieka na świecie, ja uważam, że Trump, jako prezydent światowego mocarstwa, ponosi odpowiedzialność największą. To on jest tym, który decyzje podpisuje, on dowodzi armią, on jest kapitanem tego statku nazywanego „Ameryka”. Niestety, jego megalomania nie zna granic. Porównać ją można jedynie do jego arogancji i ignorancji niespotykanej w skali do każdego obecnego dyktatora – z tych ważnych i istotnych dyktatorów (Chiny, India, Brazylia, i tak nawet Rosja). O mniejszych kacykach wspominać nie ma sensu, bo w skali ich znaczenia dla pokoju światowego, jest to bliskie lub poniżej zera. Być może z pominięciem tego potwora Północnej Korei, ale on może wywołać jedynie katastrofę w swoim rejonie Azji – o jego możliwościach pokonania (i w jakim celu?) Ameryki Północnej, Europy czy Ameryki Południowej szkoda nawet rozmawiać. Są żadne.
Najlepszym przykładem kompletnej ignorancji Trumpa jest właśnie Kanada i jego kuriozalne, wręcz nienormalne, ‘propozycje’ wobec Palestyńczyków i budowa ‘riviery’ w Gazie. I oczywiście skandaliczne ‘rozmowy pokojowe’ z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie – bez udziału Ukrainy.
Zacznijmy od Kanady. Trump przegrał ‘wojne amerykańsko-kanadyjską’ w trakcie jego pierwszej kadencji. Można ten absurd amerykańsko-meksykańsko-kanadyjski nazywać i oceniać, jak się chce. Fakt pozostaje faktem, że Trudeau tamtą batalię wygrał i wygrał w spektakularnym stylu. A zadufany w sobie i arogancki pajac, jakim bez wątpienia Trump jest nigdy mu tego nie mógł darować.
Kanada jest idealnym i najlepszym z możliwych partnerem USA. Była od XIX wieku bez przerwy. Nie tylko, jako przyjazny sojusznik – jako olbrzymie zaplecze bogactwa naturalnego Kanady, które bez problemów było zawsze łatwo dostępne głodnemu wiecznie olbrzymowi amerykańskiemu. Mało jest przykładów na świecie tak bliskiej współpracy gospodarczej, ekonomicznej i politycznej (w tym militarnej), jak współpraca amerykańsko-kanadyjska. Poza może wieloletnim problemem handlu drewnem, który od długich lat jest przedmiotem zatarć. Ze względów naturalnych zasoby drzewostanu, a już zwłaszcza tzw. ‘starego lasu’ (dużych, dorosłych i dorodnych drzew) sa o wiele większe i tańsze w Kanadzie niż w wysoko zurbanizowanych i uprzemysłowionych Stanach. Ostatecznie Kanada jest obszarowo większa od USA, a ludnościowo dużo mniejsza. Ale to tylko jeden niezbyt aż tak ważny przykład. Pod każdym względem jest partnerem niezwykle gospodarczo wartościowym dla USA. Bez specyficznego ciężkiego oleju bitumicznego – Ameryka byłaby w poważnych problemach energetycznych. Mimo, ze sama ma tegoż duże zasoby też. Ale ani wystarczające dla energochłonnej gospodarki amerykańskiej, a z tych, które eksploatuje duża część nie nadaje się do rafinerii amerykańskich nastawionych właśnie na ten olej bitumiczny. To jedynie jeden z licznych (ale najbardziej newralgiczny dla gospodarki amerykańskiej) bogactw naturalnych niezbędnych dla przemysłu amerykańskiego. Naturalnie te więzy gospodarcze idą w obie strony. Kanada jest bardzo (zbyt zdaniem moim) chętnym i ustabilizowanym klientem produktów gospodarki amerykańskiej, czy to naturalnych (owoce, warzywa, wszelkie produkty żywnościowe – na ogół dużo gorszego gatunku niż kanadyjskie) czy przemysłowych (większość uzbrojenia armii kanadyjskiej, samoloty (tutaj wymiana jest w obie strony), samochody. Wymieniać można w nieskończoność. Trudno chyba znaleźć dwa państwa złączone specjalnym układem wymiany handlowej (umowa trio-państwowa USA- Kanada-Meksyk), tak intensywnie i organicznie złączonym, jak te gospodarki właśnie. Naturalnie elementem nierozłączne z tym związanym jest obopólna turystyka miedzy tymi narodami przynosząca setki milionów towarów dla tych partnerów. Dla Trumpa jest to rozumienie zbyt skomplikowane. Kompletnie go takie stosunki nie interesują. On widzi to jedynie w pryzmacie uproszczonego układu Pryncypialnego Księcia (USA) i wasali (Kanada i Meksyk). Autentyczna historia i wnikające z niej szczególne uzależnienia, umowy, powiązania są czymś, co wykracza poza możliwości jego percepcji. Nie chce mieć partnerów, szuka poddanych. Nowy Habsburg, lub Kaiser. Naturalnie nieistniejąca dziś Korona Imperium Brytyjskiego też by go satysfakcjonowała. Gotów podzielić świat na strefy wpływów i bezustannej ingerencji między Chiny, USA i Rosję. Cała reszta (w tym Europa, której chyba kompletnie nie rozumie i jej nie znosi).
Trump-Gołąbek Pokoju. Temat na satyrę nie kończącą się. Wojny na Ukrainie w ogole by nie było, gdyby to on, a nie Biden był prezydentem. Ale to drobiazg. On ją i tak zakończy.
Zacznijmy od Konferencji Pokojowej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Nie, nie – Ukrainy zapraszać nie będziemy do udziału i rozmów. I zwołamy ją w … Arabii Saudyjskiej. Czemu nie? Do Jałty nie wypada trochę teraz … (jednocześnie może się jednak uda się z boku namówić Saudyjczyków na osiedlenie na ich rozległych piaskach kilku milionów tych durnych Palestyńczyków. Co, jak co, ale zimno im tam nie będzie), więc Rijad jak ulał.
Była już kiedyś taka konferencja ministrów spraw zagranicznych. I pewne umowy podpisano. Rosja (wówczas ZSRR) brała w niej udział. Trump (sorry – Adolf Hitler oczywiście!) wyznaczył Joahima Ribbentropa, Putin (sorry – Stalin oczywiście!) Wiaczesława Mołotowa. Dla zabezpieczenia pokoju światowego (naturalnie z tymi wzniosłymi myślami)… i napadli wspólnie na Polskę. Nie, pokoju światowego nie uratowali, a na końcu sami się za łby też wzięli. I Stalin był cwańszy i Adolfa wykończył na końcu. Podobnie, jak Putin jest cwańszy i wyroluje Trumpa, bez cienia wątpliwości.
Jeszcze wcześniej nieco spotkali się w Monachium naiwny brytyjski premier Chamberlain, jeszcze bardziej naiwny francuski Daladier i oczywiści kompletnie neutralny Benittko, Mussolini zresztą. Zjechali się uratować Czechów przed wojną. Nie, Czechów nie zaproszono. Ten może fragment historii, Musk podsunął Trumpowi do przeczytania i stąd zrozumiałe, że Trump Ukraińców na rozmowy w Rijadzie nie zaprosił.
Można tak bez końca. Historia długa ludzkości pełna jest – niestety – takich oszalałych dyktatorów zapatrzonych w siebie i umiejętnych, a zdecydowanie cwańszych i inteligentniejszych doradców tronów, których najczęstszym testamentem są rzeki krwi i cierpienia ludzkiego. Narody wypędzone, przesiedlane, mordowane.
Ale średni poziom wiedzy o świecie, stosunkowy (porównywalnie) wysoki poziom życia i edukacji olbrzymiej masy wielu narodów od ostatniej dekady XX i dwóch pierwszych XXI wieków daje szansę na to, że przetrwamy, pokonamy i przeżyjemy Trumpów, Putinów i Musków (proszę wymawiać dokładnie: m-u-s-k-ó-w nie m-u-z-g-ó-w!). Inaczej czeka nas zapaść nieopisywalna. Czarna chmura, która może pochłonąć każde światło, jak zapadająca się gwiazda. Nasza wysoko rozwinięta cywilizacja dała nam możliwości niemal globalnego samozniszczenia.
Wydaje mi się, że Europa specjalnie, a szerzej cały tzw. świat zachodniej kultury (tj. tych wyznających główne zasady – tenet – demokracji parlamentarnej) jest w stanie odrzucić te niebezpieczeństwo. Nie dąć się zastraszyć i odmówić udziału w tej niebezpiecznej grze.
Jedno w swej pysze, w swym zarozumialstwie i obrzydliwym samo zachwycie Donald Trump osiągnął. Świat o nim mówi i mówi z lękiem. Lękiem usprawiedliwionym. Ale świat musi i może go odrzucić. Zadać mu klęskę najgorszą: uśmiechać się, jeśli nie ma możliwości uniknąć tego, to podać mu rękę, gdy sytuacja i protokół tego wymaga – i kompletnie ignorować w swoich własnych decyzjach i decyzjach własnych krajów i grup zrzeszających te kraje. Nec Hercules contra plures, mości Panowie i Panie Obywatele Demokracji.
I posted here already photo galleries of Commercial Drive in Vancouver; of quaint sweet Ladner; of course of my beloved Stanley Park. Now it is time for cherry on top of it: the incomparable beauty of Downtown Vancouver.
Były tu już posty w ostatnich miesiącach z ruchliwej, uroczej Commercial Drive we Wschodnim Vancouverze; były z magicznego, zaczarowanego Stanley Parku, z uroczego małego Town of Ladner. Czas na koronę tego piękna zwanego Wielkim Vancouverem: Downtown Vancouver.
Musings in Vancouver, on February 14, 205. On Valentine Day, hmmm. Me and Valentine’s Day? Indeed, peculiar.
I’m seating On Davie Street in my favorite “Melriches” coffeehouse. Yes, having my Valentine cake (excellent carrot cake, moist, with whipping cream and a proper strawberry topping it). No, I bought it myself for myself. It is time to become good to myself.
To that little boy; that hungry for love and the world young man from many years ago, and it is time to say goodbye to the sad older gentleman I have become since John’s passing. No, I don’t dislike that gentleman. That older sad me. How could have he not being sad? It truly was a Greek tragedy that happened to him.
A speaker mounted on the wall above my seat plays some nostalgic melody. A young fellow (in the 30ties or early 40ties) sitting by the next table asks if I recognize the song from the 90ties. I’m startled but answer honestly, that not really, I wasn’t paying much attention to it, but yes, I do remember that style of popular music very well. He tells me the title and the name of the singer and proceeds making pleasant small talk about nice weather (that trick is older than myself and my grandparents, LOL), typical tête-à-tête. I point to my writing pad and the pen in my hand and smile apologetically saying: I’m sorry but I’m sort of busy with my notes.
Too bad – he responds a bit dry, slowly gets up and walks toward the door.
I feel bad yet still nice at the same time and say: but I do sincerely wish you a Happy Valentine and a pleasant day. He slows down and still turns his head and gives a smile and walks out. I do hope he did and my refusal was not taken personally. But it felt good – just that I already had a date with someone else – myself.
A table below me three very pleasant guys (definitely early 40ties, best age if you ask me) talk excitedly with each other (not too loud, though) in German. It surprises me how and when I started liking the sound of German. Of course with the exeption of loud shouting – I’m a Pole after all. But I do remember founding it harsh and hard many years ago. But it truly is not. After many visits to Germany I learnt to like it. Say what you want – but if Kant and Goethe talked in it – it couldn’t possibly be that bad. Does ‘liebe’ sounds harsh? Of course, not! It sounds as alluring as in French, Polish, English. Just with a bit of pepper taste to it. But I do love pepper …
I chatted shortly with them. We wished each other happy Valentine and they left.
I will be going soon, too. The cake is gone (despite the big size – it didn’t shocked me that I ate it, LOL).
Yet, I remembered to wish myself Happy Valentine. It wasn’t sardonic or ironic. It was honest. I have earned it. Or I will.
Happy Valentine to you, too – yes, you whoever you are, who reads these words now.
Next day …
Today the weather is opposite of yesterday. My feelings act as the weather, too. Cool, very wet, non-stop light rain, more accurately a drizzle. In a word: ugly. One of these, when using an umbrella seems like an excess, but taking long walks feel like an excess also. Of course, it does affect your soul.
Suddenly a strong feeling of longing. A longing to be in Warsaw, to see my loved ones, whom I’m missing terribly. Missing the youngest ones the most – grandchildren of my sisters. Missing the coffeehouses in Warsaw, my walks in the parks alongside the Royal Route (Trakt Królewski) – all the way, from Lower Mokotów to Rydz-Śmigły Park. It feels like I’m trying to steal my time with them and my city for my own sentimentality and love for Vancouver. That I’m being an egotist. That I’m wasting my meager resources on phantom dreams, and that the egoistic ‘I’ wants to feel good and happy again.
Being happy … do I really even know anymore what ‘being happy means, how it feels?
A little midget seating in some dark corner of my soul screeches to me: where did you get that insane idea, that you are needed by anyone anywhere? What makes you so special to be arrogant like that? People have lives here and people have lives there. You are just a phantom visitor every now and then. But you are not part of their lives. Wishing a Happy Valentine to oneself! What a crazy and self absorbing idea!
He whispers witch metallic tone: theGods have cast their ballot already!
But I have stopped paying too much attention to Zarathustra or any other gods (perhaps with the exception of Apollo, LOL), and I will ignore that little gnome from the dark corner of my soul. I will press on to catch the end of my rainbow. It doesn’t have to be the entire rainbow, just one corner – I’m not greedy and don’t need that much. A smile now and then? I think that maybe, maybe I have earned a tiny bit of it. Very likely, all of you too. If the world forgets sometime – ask for it.
Nothing, nothing has changed since THAT year. A year when everything stopped for me. I have tried, have searched, got engaged in other things, re-connected with some friends. Yes, there were good days, maybe even weeks. There were jolts of enthusiasm, new plans. It never lasted for long. Not for lack of trying or lack of wanting. It is just, just that the weight of that year, of these days watching him slipping through my fingers, arms, my love, always finds me and whispers: you have not tried hard enough. It is not that I don’t know, that he would want me be alive and enjoying the surroundings, the places, faces and smiles. Especially these places here, where we truly had our home. And gosh, we were happy.
Would he, if we changed places and roles? I think a bit more than me. I think he wouldn’t have carried such a heavy rock on his shoulders. He would have enjoy more his friends and places perhaps. It was me, who wants more of people, who needs them to be beautiful and good, with no broken souls, light and accepting of fates. He didn’t need anything of anyone. He just wanted them to be. He had such a beautiful soul.
And now I am tired. I need to find that place of respice, of understanding, of accepting. I am ready to say ‘hi’ to the world as it is. Have no strength left to carry my luggage anymore.