Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Lynn Valley and Canyon in West Vancouver

Located between two mountains, Mount Fromme and Mount Seymour, it is a gem of wilderness, long wooded trails, and a breathtaking canyon. The suspension bridge acts as magnet for many hikers, specially with kids – hiding the fear of the ,moving’ bridge and wild white water cascading below adds the extra thrill that everyone seeks from time to time. Mind you, they have made the bridge nowadays wider and more stable, and I am not sure if it was good idea. If you were able to walk the long trail to get to that bridge, than regardless of age you shouldn’t have any problems with traversing the old bridge. Anyhow, whats done is done.

I just love the old giants in the forest, covered with thing dangling green moss that looks like huge mustaches and beards.

Swimming in the fast moving waters is not for everybody but there are definitely spots were access is possible. With me left leg still not healed from the accident it was difficult to get across the big underwater boulders to these waters for a swim. But I did. And the swim in this gorgeous water was heaven. Here are some photeys of our trek there:

Sunshine Coast allure – Czar Słonecznego Wybrzeża

Sunshine Coast allure  – Czar Słonecznego Wybrzeża

Onegdaj. ledwie kilka tygodni temu przyleciały z wizytą do Vancouveru dwie przemiłe dziewczyny, mama z córką – Elżbieta i Zuzanna. Przyleciały pobyć z mieszkającym tu synem, moim przyjacielem. I spędzili razem dwie kilkudniowe wycieczki na zaczarowanym Sunshine Coast – pod namiotem, pod gwiazdami. Ich opowieści, zdjęcia stamtąd, moja pamięć tego miejsca taki obrazek mi wymalowały. Spisałem go, bo piórem lepiej chyba władam niż pędzelkiem.

Ognisko

dedykuję Elżbiecie i Zuzannie

Tetmajerowsko tak jakby?
Chmury, grzbiet i granie skalne?
Niech tam nawet! Ja, ona, on, ty.
Kosmos pędzi bezustannie.


Jak halny po stokach, grzbietach;
od ust do ust, śmiechu, szlochu,
na pędzących gdzieś kometach
sypie ziarno nam po trochu.


My, śmieszne ptaki historii,
dziobiemy te okruchy roześmiani,
zapłakani, przerażeni, zachwyceni.
W górach, chmurach i na ziemi.
Bośmy jednak trafem losu ciągle
do niej przytroczeni, zamyśleni …


Wieloryby nam śpiewają
gdzie cykady noca grają,
iskra zrywa się do lotu
tak zwyczajnie, bez warkotu
autobusów, samolotów.
Posiedzimy jeszcze chwilę
przy gasnącym już ognisku,
by spamiętać chociaż tyle
zanim zniknie wszystko w błysku.


/Bogumił Pacak-Gamalski, Kanada, sierpień 2025/

Moody Park – stary znajomy

Są parki wielkie, obszerne, z kilometrowymi alejami. Parki, które naprawdę poznać zajmuje kilka dni, kilka wizyt. I są parki lokalne, sąsiedzkie, gdzie emeryci spotykają się na pogawędkę, ploteczki: młode mamy i tatusiowie ciągną swoje dzieciarnie na trochę gimnastyki, bieganie. Coś w rodzaju utworzonego prawie ledwie wczoraj placu zabaw w starym, uroczym Parku Ujazdowskim Warszawie … choć przyznaję, że lęk mnie ogarnia czy nie jest to zbyt dużym ‘decybelowym obciążeniem’ tego uroczego parku, gdzie właśnie cisza i spokój daje taką oazę dla skołatanych dusz. Eh, robię się zgryźliwym starcem, może? LOL.

Wracając do granicy między New Westminster a Burnaby, do Moody Park. Administracyjnie leży całkowicie w granicach New West, między Ósmą i Dziewiątą Aleją (łatwy dojazd z centrum New West autobusami nr. 108 i 106). Szerokie alejki, bez silnych wzniesień. Dużo ławek samodzielnych i stołów drewnianych na grupowe spotkania. Uroczym i mądrze pomyślanym jest niewielki odkryty basen dla dzieciarni, ale i dla dorosłych (dwie oddzielone od basenu głównego linie do pływania szybszego i głębszego). Ewenementem kompletnie nie z tej strasznie drogiej planety, jaką jest Wielki Vancouver są … ceny wstępu. Dwa dolary od łepka, obojętnie czy z loczkami dziecięcym, czy bez jakichkolwiek loczków lub koloru białego, LOL. Brawo dla Rady Miejskiej – bo dwa dolary to prawdziwie przystępna cena dla każdego.

Ten park lubiłem i przed wielu laty i John lubił tu ze mną na spokojne spacery przyjeżdżać jeszcze, gdy mieszkaliśmy w Burnaby, na Capitol Hill. Więc bliski memu sercu. Niżej kilka fotek.

The Fraser River – giver and taker of life

The Fraser River – giver and taker of life

staľә

The Big River, now called Fraser; grey, fast, deep.

Charted but wild. The entire land locked

by mountains, ocean and artificial line called

border – yet, there too, right on the other side of

that invisible line, lies another wall:

the Cascades. Between these two walls is She, staľәẁ.

The vein carrying the lifeline of the Valley.

Called today a Fraser Valley. Living river,

like a huge Snake of Life, of good and bad.

staľәẁ the Lifegiver, and staľәẁ the Lifetaker.

/B. Pacak-Gamalski, 07.2025/

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Myślałem długo, po kilkakrotnych już spacerach w tym parku, czym dla mnie on jest. Czy jest faktycznie jednym z wielu na świecie, które uwielbiam i podziwiam? Jak Hyde Park londyński, berliński Tiergarten, warszawskie Łazienki. I jednak nie. Nie jest jednym z wielu. Nie mogę go postawić nawet na emocjonalnej wadze obok innych, wspaniałych parków vankuwerskich: Central Park, Park Królowej Elżbiety, czy rozkwiecony VanDusen.

Stanley Park ma dla mnie zupełnie inny wymiar emocjonalny, personalny. Jest jedyny, niepowtarzalny. I możliwe, że dlatego, że łączy się z najbliższymi, którzy ze mną tam chodzili. Głównie z moją Mamą, która go szczerze kochała też, rozumiała, słyszała, jak mówi, śpiewa. John naturalnie też ze mną tam bywał, ale aż tak blisko nie był z nim zżyty. Byłem tu z moimi siostrami kilkakrotnie, byłem z Damiankiem moim. Ale tylko Mama rozumiała moje uczucia do tego parku i obdarowała go swoimi

Przed wyjazdem na stałe i już po śmierci Mamy, właśnie tam pojechałem na spacer pożegnalny. Długi bardzo spacer. Odwiedzałem najbardziej bliskie miejsca, personalne zakamarki tego wielkiego królestwa flory. Rozmawiałem z nimi, dotykałem rękoma, obejmowałem wzrokiem.

Pamiętam przed wielu laty wielką wichurę, kiedy Park zamknięto ze względów bezpieczeństwa, a prasa i telewizja mówiły o powalonych olbrzymach i okrutnych zniszczeniach. Natychmiast tam pojechałem , zaparkowałem dalej i pobiegłem w knieje. Nie, nie był powalony na kolana, nie był śmiertelnie ranny. Ale zniszczenia były poważne. Przedzierałem się przez ściany leżących olbrzymów … i płakałem dotykając ich gałęzi, głaszcząc ich korę. I odżył.

Teraz, kiedy po latach wróciłem, jak syn marnotrawny na swoja ‘ojcowiznę’ , pierwsze kroki też tam skierowałem. Dziś wróciłem objechać go, jak dawnymi laty robiłem też, rowerem. Nie żadnym elektrycznym, a normalnym, mechanicznym. Takim, jaki wtedy miałem i który mi służył potem wyśmienicie w Nowej Szkocji.

Rower odebrałem w centrum Vancouveru, przejechałem wzdłuż bogatego, nowoczesnego wybrzeża, mijając przystanie jachtów. A potem, potem znajoma trasa brzegowa mojego parku. Pomachałem ręką siedzącej na kamieniu syrence w tym samym miejscy (tłumaczono mi kiedyś, że to nie syrenka, że nie ma ogona, tylko nogi – bzdura, jak siedzi nad wodą to ma nogi, jak nocą spływa do fjordu to zakłada ogon, ot i wszystko), przywitałem się ze wzruszeniem z zamienionym w głaz pięknym Indianinem o imieniu Siwash, wypłukałem nogi w falach zatoki. To była zaiste piękna wycieczka. I tak, Park i drzewa gadały do mnie znów. Pozdrawiały, jakbym nigdy nie wyjechał …

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Walce i liście

Wszystko śpiewa. Jak muzyka Chopina.

A czym śpiewa muzyka Fryderyka?

Jego muzyka śpiewa miłością,

śpiewa płatkami kwiatów,

wirujących piruetów w powietrzu.

Śpiewa o Tobie, o naszej Miłości,

śpiewa o nich i ich miłości.

Kim są? Parą zakochanych.

Parą chłopców, parą dziewczyn,

parą pani i pana o zmierzchu, z rana.

Skąd? To doprawdy zupełnie nieistotne!

Może z Lasku Bulońskiego w Paryżu?

Może z chatki koło Szafar na Kujawach?

Z Central Parku w Nowym Jorku,

lub z Hyde Parku londyńskiego?

Ach, z warszawskich Łazienek przecież!

Może stamtąd, może stąd.

Lecz na pewno są z drzew

 i kwiatów, z chmur i ptaków.

Tańczą pasażami na klawiszach

forte mocne i ciche piano.

Klawisze czarno-białe, niczym

surdut i koszula z mankietami

z brabanckiej, misternej koronki.

Czarno-białe schody pnące się

do komnat pełnych lędźwi i westchnień.

A ja siedzę tu, w Parku Królowej

 w Nowym Westminsterze.

Po drugiej stronie Wielkiej Wody,

 gdzie wielkie cedry pną się.

Wrony chodzą obok zamyślone,

dostojne i wiewióry biegają,

jak dzieci goniące się po trawie.

Jakaś para rozłożyła chustę i koszyk

pod tują, jejmością przysadzistą.

Jedzą kanapki i owoce. Kto wie,

może to ci, którzy spóźnili się

na śniadanie na trawie Maneta?

Wieczór się zbliża lipcowy, ciepły.

Myśli odjeżdżają na bujanych konikach drewnianych,

na grzbietach książek jeszcze nie napisanych.

Wiersz oparł się o drzewo plecami, patrzy w dal.

Zamyślony głęboko? A skądże!

Gwiżdże sobie wesoło, jak Sowizdrzał.

I tylko dźwięki twego walca Fryderyku,

niesionego opuszkami palców letniego Zefirka:

jak słodkie płatki róż, jak szabelki żółtych

fryzur słoneczników i drewnianych żołnierzyków.

W kościółku wiejskim na Podniesienie

grają dzwonkami leśnych konwalii,

ministranci z różowymi policzkami tańczą,

jak łabędzie: jeden czarny, drugi biały.

Zamknę notes, pisać więcej nie trzeba.

Pójdę echem tych dźwięków do walca,

by wirować ze światem płatków kwiatów.

/B. Pacak-Gamalski, 17.07.25, Canada/