Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Walce i liście

Wszystko śpiewa. Jak muzyka Chopina.

A czym śpiewa muzyka Fryderyka?

Jego muzyka śpiewa miłością,

śpiewa płatkami kwiatów,

wirujących piruetów w powietrzu.

Śpiewa o Tobie, o naszej Miłości,

śpiewa o nich i ich miłości.

Kim są? Parą zakochanych.

Parą chłopców, parą dziewczyn,

parą pani i pana o zmierzchu, z rana.

Skąd? To doprawdy zupełnie nieistotne!

Może z Lasku Bulońskiego w Paryżu?

Może z chatki koło Szafar na Kujawach?

Z Central Parku w Nowym Jorku,

lub z Hyde Parku londyńskiego?

Ach, z warszawskich Łazienek przecież!

Może stamtąd, może stąd.

Lecz na pewno są z drzew

 i kwiatów, z chmur i ptaków.

Tańczą pasażami na klawiszach

forte mocne i ciche piano.

Klawisze czarno-białe, niczym

surdut i koszula z mankietami

z brabanckiej, misternej koronki.

Czarno-białe schody pnące się

do komnat pełnych lędźwi i westchnień.

A ja siedzę tu, w Parku Królowej

 w Nowym Westminsterze.

Po drugiej stronie Wielkiej Wody,

 gdzie wielkie cedry pną się.

Wrony chodzą obok zamyślone,

dostojne i wiewióry biegają,

jak dzieci goniące się po trawie.

Jakaś para rozłożyła chustę i koszyk

pod tują, jejmością przysadzistą.

Jedzą kanapki i owoce. Kto wie,

może to ci, którzy spóźnili się

na śniadanie na trawie Maneta?

Wieczór się zbliża lipcowy, ciepły.

Myśli odjeżdżają na bujanych konikach drewnianych,

na grzbietach książek jeszcze nie napisanych.

Wiersz oparł się o drzewo plecami, patrzy w dal.

Zamyślony głęboko? A skądże!

Gwiżdże sobie wesoło, jak Sowizdrzał.

I tylko dźwięki twego walca Fryderyku,

niesionego opuszkami palców letniego Zefirka:

jak słodkie płatki róż, jak szabelki żółtych

fryzur słoneczników i drewnianych żołnierzyków.

W kościółku wiejskim na Podniesienie

grają dzwonkami leśnych konwalii,

ministranci z różowymi policzkami tańczą,

jak łabędzie: jeden czarny, drugi biały.

Zamknę notes, pisać więcej nie trzeba.

Pójdę echem tych dźwięków do walca,

by wirować ze światem płatków kwiatów.

/B. Pacak-Gamalski, 17.07.25, Canada/

Pożegnanie wędrówek sentymentalnych w Vancouverze

Pożegnanie wędrówek sentymentalnych w Vancouverze

I tak dobiegają końca moje spacery cieniami spacerów sprzed lat w tym mieście. Nie, nie wyjeżdżam jeszcze, ale nie mogę żyć tylko przeszłością. I tak masę się jej nazbierało. Czas wrócić do dnia dzisiejszego, do teraźniejszości.

Dalej chodzić będę w miejscach, gdzie chodziłem z Mamą, z Johnem. Nie sposób inaczej – miasto, choć duże, aż tak zmienić się nie mogło! Zasadnicze jego kształty, miejsca pozostały te same. Stare, piękne parki są tam, gdzie były. Katedry, filharmonie, nawet niektóre restauracje – te same. Przybyło więcej domów, zwłaszcza tych niebotycznie wysokich, ale postawiono je na tych samych ulicach; te same plaże nad Pacyfikiem, nawet znajomi i przyjaciele – jak ja też starsi oczywiście – ci sami wciąż są tu. Gdy ich spotykać będę, będę z nimi rozmawiać teraz, w 2025, a nie z cieniami przeszłości. Spacery w Stanley Parku czy po Queen Elizabeth lub Central Park będą teraz. Tak, jak teraz fizycznie i emocjonalnie ja tu jestem. W tym wieku, w jakim jestem.

Ostatni taki sentymentalny spacer był ledwie wczoraj. W Surrey, w okolicach mieszkania na 138 Ulicy. Wybrałem się na jeżyny. Tam, gdzie chodziłem przez lata z Mamą. Dzika długa ścieżka idąca pod trakcja linii wysokiego napięcia, gdzie domów stawiać nie można było. I tak uratowała swoja dzikość. Była też świetną trasa rowerową, która bardzo lubiłem. A dalej nieco, w kierunku na wschód też doczłapałem się mimo upału – do Green Timbers Forest i uroczego parku z jeziorkiem. Jeziorkiem, gdzie jak Mama mawiała ‘chodziła ,na kaczuchy’, chodziła tam jeszcze z naszego domku w Guildford, z małą dziewczynką, którą się opiekowała, wnuczką byłej redaktor i wydawcy “Gazety”, Elżbiety Kozar. Elżbieta dalej mieszka w Surrey, w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkała ze swoim partnerem, cenionym i lubianym kompozytorem, pianistą, wodzirejem towarzystwa i sceny, Ryszardem Wrzaskałą.

Ale ja na te jeżyny, z laską i dwoma pojemniczkami. Pamiętałm, że zawsze te moje zbieranie jeżyn kończyło się poharatanymi nogami i ramionami, bo wysokie ponad głowę szpalery jeżyn maja kolec przy kolcu, jak haczyki na wędce. I zawsze mnie na ta wędkę złapały. Mama była dużo ostrożniejsza. Więc ja teraz też byłem ostrożniejszy. Jakże by to wyglądało aby facet w moim wieku chodził podziergany, jak nastolatek na narkotykach, LOL?

Jedno jeszcze, specjalne zdjęcie. Zdjęcie z miejsca, którego już nie ma, a które wyjątkowe znaczenie miało dla mnie i dla wielu. Ludzi kochających jazz, kameralną muzykę klasyczną, stary dobry pop w różnych odmianach, a w salce na półpiętrze – tygodniowe spotkania osób LBTTQ i własne nasze występy queer queens.

Na tym zdjęciu mojej Mamy urodziny tam 75-te, w 2013. Mało z nami siedziała przy stoliku, w zasadzie była królową parkietu. Gdzie – w ‘Heritage Grill’, vis-à-vis Royal Navy (też już nie istniejącego ciągu sklepowego – ale budynek wykorzystywany bardzo mądrze i praktycznie dla młodzieży).

Mama z Johnem

A teraz – droga na jeżyny. Z ostatniej wędrówki śladami przeszłości.

Cała ta okolica zachowała (dzieki tej trakcji chyba elektrycznej) swój stary charakter, te same stare i nowsze domki – dwa kroki dalej i już wieżowce. Stary, wymagający od czasów, gdy tam mieszkałem niezłego remontu tu domek ze starymi drzewkami papierówek. Nikt ich już wtedy nie zbierał, prócz mnie chyba. To i teraz zerwałem dwie – choć jeszcze kwaśne bardzo i twarde. Ale żadne jabłka tak nie smakują, jak te z szabru LOL!

Na rogu 140 Ulicy i 100 Alei smutny, stary domek, też w rozsypce. Smutny, bo to domek po koledze, młodym człowieku, przystojnym, mającym bardzo dobrze płatną pracę w BC Ferry na funkcji supervisora już na kilka lat zanim ja taką mogłem otrzymać ( BC Ferries były bardzo silnie zorganizowane i oparte na długości stażu pracy, jako zasadniczym probierzem awansu – oczywiście poza oczywistym profesjonalizmem i znajomością masy przepisów i regulacji – on zas w tej firmie pracował szereg lat dłużej). Czasami razem robiliśmy car-share do pracy, ale zrezygnowałem, bo męczyły mnie trochę jego dziwactwa i nie lubiłem jeździć do pracy starym samochodem policyjnym, jeszcze ze starymi reflektorami na dachu i znakowaniami policyjnymi. To były jego hobby, miał ich kilka zaparkowanych na podwórku. Wpadł w depresję i zmarł śmiercią prawdopodobnie samobójczą. Młody człowiek, naprawdę przystojny, z dobrą pracą, własnym, spłaconym domem, bez nałogów. A mnie wydaje się, że zmarł skutkiem … silnej homofobii. Zapominamy często o tym, że prawdziwy homophobe to osoba sama o orientacji homoseksualnej nienawidząca się przez to i wrogo nastawiona wobec innych, którzy tą orientację akceptują. Czy mam pewność i dlaczego tym w ogóle piszę?

Primo – jestem starej daty gejem i za moich czasów Pani Natura oficjalnie ofiarowywała nam urządzenie zwane ‘gejdarem’ (radar na rozpoznawanie innych gejów) byśmy łatwo mogli innych rozpoznawać w tłumie. Działał raczej niezawodnie. Z tego, co wiem nigdy mi się nie zepsuł i złych danych nie przekazywał.

Secundo – upłynęło wiele lat od tej smutnej śmierci. Nikt już prawie w BC Ferries z tamtego okresu nie pracuje. Emerytury, odejścia. Po prostu czas. A lekcja strasznie ważna i cenna dla ludzi młodych. Czasy są oczywiście inne, łagodniejsze, lepsze – ale czasy i wówczas w Kanadzie, a już zwłaszcza w BC Ferries , były tolerancyjne, akceptujące, dobre. a byłem z Johnem zatrudniony tam na wiele, wiele lat przed jakakolwiek instytucją małżeństwa – i od pierwszego dnia zrejestrowani byliśmy, jako para, odpowiednik konkubinatu. Najważniejsza przyczyna jednak jest inna: homofobia to ciężkie, trudne i niebezpieczne schorzenie psychiatryczne. Mówię nie o głupiej, wulgarnej ‘homofobii prostaków’ a o tej medycznie rozpoznawalnej chorobie. Która jest uleczalna. Jeśli sam, lub ktoś kogo znasz jest ofiarą tej choroby – powiedz mu, poradź wizytę u lekarza. Może komuś uratujesz tym życie. Bo homophobe jest pierwszą ofiarą tej choroby.

Alone – state of being

Alone – state of being

You did talk to me last night, first time in a while. Yes, it was a strange night, followed by strange day. Or was it the other way around?  When you are alone, without a set schedule or watch, things do get mixed up easily. Dates especially: Mondays become Fridays, Fridays Tuesdays. So what happened to Wednesday, you ask? Who cares what happened to Wedneday, perhaps I left it on a beach, or on a bench in some park? Maybe it is still in the shower when I saw it last time I was taking a shower? What? Do I not take a shower every day? Maybe not, maybe sometime I take a bath, who cares? You really are asking way too many questions and it is my story anyway. Be quite, just listen.

No, not you, Babycake – I’m talking to my alter ego. You wouldn’t ask such stupid, mundane questions.

But the day or the night when I was still in bed, when I was sleeping, I dreamt of you, I talked to you. Have not done it in a while. I thought that you just let it go, these talks of ours across the boundaries of life and death. Thought maybe there is some allotted time that you can do that and maybe you have used it up. I don’t know. Remember? I am the one still left alive, never been consciously to the other side.

None of it is important really, anyway. I have dreamt of you in my sleep. It woke me up and there you were, next to me. No, I couldn’t see you, but you were there talking to me, you were saying something important.  You said that I have to understand that I am alone. That adjective ‘alone’ stood up as a mountain, a wall impregnable, forest too dense to walk out of it. I was getting used to be ‘alone’ in an adverb form.

Since I came back to our home, our former life here, in this city, this province, I have become very busy in many aspects: walks, friends, beaches, concerts, plans. It was just hard to go back to our home, our street. So I did it very seldom, hoping that it will allow me to function as normal as possible. And it did. Had evenings in bars, laughter, maybe a flirt or two. It seemed normal, I was spared any regrets. It was almost as I would finally get across that invisible line of Doctor Time, who heals old wounds; whose grief becomes first bearable, then transforms itself into a memory. Memory that is sad, but also happy that we did have our time, we found each other among the millions of people. As I was told many times, that it will get easier.

You think that was an expectation too easy, perhaps? I am not, after all, just a single guy ready for the picking and ready for harvesting. Is there anything wrong with it, isn’t it logical, practical?

I have reached to my writings of the early days after you were gone, to the first winter after you were gone and my constant visits to the gravesite in Pictou. Yes, that old ancestral town, where we were going to build our home, and spent the rest of our lives in that home.  We did not.

(notes from my writings after John’s passing by the end of November 2022)

               One year. It is hard as hell. Came to Pictou to spent time on the cemetery where we put your ashes. It’s windy, very cold. Desolate place. There was no one else there, on the cemetery. I know – it is only a stone with your name on it. Yours, your parents, and your baby brother you never had a chance to know. And now, there is also your oldest brother Fraser, who was laid there just few months ago.

Cleaned around a bit, threw away old winter flowers, and fixed things. Fixed things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed, when everything is broken.

Yes, I know that you are not there, not under the ground. You are with me. Forever. I have engraved on that stone myself that you are forever in my memory. I looked at the letters and smiled. In my memory, really? That’s what it all came to? Our Love, our life: to be remembered? How silly words could be, when they try to describe emotions, feelings. But still hoped that many years from now, when all of us, who knew you and me, would be gone – a stranger would wonder to that gravesite and he would think, that the guy who is buried there was indeed ‘non omnis moriar’, that part of him lived in that other guy’s heart. Nice thought.

You and that Love of ours are engraved not on the stone, but in my soul.

Me? I don’t remember who I was before I met you. I was just waiting. Waiting and searching for you – and I have found you.

               Now, now it is almost three years later. I am here, back to our good life on the shores of the other ocean.  Were we had home, a nest, were we had dozens of friends, people we cherished and who cherished us. Some were common, ours; others were exclusively yours or mine.  The two halves of Us were surprisingly very independent and strong, if only by the constant knowledge that the other half is there to make it whole.

I don’t have that knowledge anymore. The other half is gone, it is just me left. The many people I have known, and who sought my presence are still here. Not all of them, granted. Some have left either this life (as you), or this city. But some are still here. None seem to really need me. I am not sure I need them. Of course there is some curiosity, some friendly waving of a hand: how nice to see you again, you are looking good … and so on. I thought that I would need to search for them myself, that I would want it very much. But if I’m always finding excuses and ‘important things’ that prevent me from doing it – am I really?

I have one important friend and strangely enough one with the shortest amount of time we spent in this city before we left for Nova Scotia.  Less than a year, I think. After my dearest nephew had to go back to Poland, but still this young and very mature nephew was my angel in the first month after John was gone. Then my niece with her husband and son came to stay with me. But he, that younger friend of mine from Vancouver somehow helped me in the dark months after I was left alone in Halifax. The rest seemed like eternity. An eternity of being in hell, or waiting for the hell’s gates to be open to swallow my world. At these dark times that younger friend kept me connected to the world and people by phone. Our long conversations were instrumental of me getting the skeleton of myself back into me.

So I did return. To the place of Our home, our happiness. The places somehow were the strongest magnet for me. I submerged myself in going alone, for days on end, on long walks through parks, streets,  squares, building  were we lived, were my mom lived, were I was with my sisters, my nephew and niece. Places were calling me. Yes, places, much more than people.

I think that we all have these special places, sometime in many countries, on different continents. Special places that act as an anchor of ship of life. Where we can drop that anchor and stay safely in some magical Bay of Memories.

It is also a time to untie that line across the sides of our two separate boats: mine and the one belonging to my younger dear friend. He has journeys to make across the sea himself. His journey, not ours. That is also a part of me being alone. My boat is rusted a bit, engines are old. It will still make it though, the last long sailing, perhaps passing the Cape of Hope (not the Cape of Horn), back to original shipyard of its maiden voyage. Then I will rest.

After that rest, I will go alone on many walks to many places (some might not exist materially anymore, but will in my world) that will call me. Solitary walks. It will be like existing in two different dimensions.

One day, No, not in my sleep, perhaps suddenly, out of the blue I will see you taking the same trail or road and walking toward me, and I will stop being alone. I do hope so. Even in a faint split second before the big Nothingness.   

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

Few days ago in an old mining town of Squamish was a very unusual concert/happening. On the 14 of June Entire group of drag queens descended on that little town. Pandemonium! Out of all the places they choose … an abandoned, old ore mine that used to be the back bone of the community way back when. And it was glorious idea – spooky, very acoustic, with entire walls, where the ore was actually excavated, surrounded us on all sites. I am talking few stores high above the gathering platform for guests and artists. Strategically placed lights shown the intricate colours of the rocks – from most abundant copper, to nickel and even gold. As years gone by, resources dwindled and the mine was closed. Most of you know the town by the characteristic vertical massive mountain-rock used by hiking adeventure-seekers. Most would pass the the town on the way to Whistler. I used to do some hiking in this neighborhood toward the mouth of How Sound.

Definitely I was not wearing high heels during these hikes, LOL. Would have fort hat concert – but my injured leg would not allow me. Found a fun way to stress the drag tradition, LOL. Nothing like an old red Chinese woman dress. I am sure I will find some use for it later, too.

Here is some pictures and some short videos from my YouTube channel.

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George

Ballada włóczykija

Ballada włóczykija

Siadamy na parapecie okna – ja i Zosia Nałkowska. Patrzymy, obserwujemy ulicę i przechodniów. Ona wie, że na mnie to nie robi wrażenia, ale siada zalotnie i poprawia uważnie szwy na nylonowych pończochach. To jest jej bardziej potrzebne niż mnie. I doceniam to, nie uważam za próżność.

Obserwujemy, jakie zmiany zaszły w polu jej widzenia[i]. Postrzega, że zauważyłem tą niewinną czynność poprawiania pończoszek na jej zgrabnych, długich nogach. Grozi mi palcem filuternie i śmieje się:

Ja wiem, że na was to nie robi znaczenia, wy nawet nas nie zauważacie, a nam zapach flirtu jest bardzo potrzebny. Chcemy być zauważone.

Pani Zofio kochana – takiej kobiety, jak pani jest niemożliwością nie zauważyć – odpowiadam w proteście.

Nałkowska poważnieje trochę, odwraca wzrok do szyby i patrzy, gdzieś w dal:

Naturalnie, że macie nienaganne maniery. Jak Andrzejewski, jak Iwaszkiewicz, ale to tylko maniery a nie potrzeba życia, mój drogi panie.

Po krótkiej chwili milczenia mówi tak, jakby mówiła do siebie, nie do mnie:

Wie pan, to ciekawe, bo wy jesteście bardzo podobni do nas czasem, w szyku, geście, w uwielbianiu niewinnego flirtu. A Marysia Dąbrowska, która winna być do was podobna – kompletnie na te falbanki uwagi na zwraca. Mmmm, ciekawe zaiste.

Właśnie miałem jej starać się to wytłumaczyć, odrzucić na bok banalność starych spostrzeżeń. Odwróciłem twarz do niej … i nic. Nie było śladu po niej. Rozpłynęła się we mgle czasu.

Ciekawe jakby potoczyłaby się moja rozmowa z Gombrowiczem w Warszawie czy w Buenos Aires? Niby tak, niby napisał ten „Kronos”[ii], tak chroniony przez Ritę, skrywany, że gdy wiele lat po jego śmierci w końcu go wydano prawie cały literacki półświatek padł na kolana: co za szczerość, co za odwaga (po śmieci, co prawda, ale chyba odwaga, bo spiż mógłby się nieco ukruszyć). A ja mam tyle do niego pytań, na które ani w Kronosie ani w Dziennikach nie odpowiedział. Nie wiem, co jest w sumie ważniejsze: fakty czy przemyślenia? Gdzie jest granica etyki, a gdzie tylko szablon środowiskowego savoir faire?

Gombrowicz był wielkim pisarzem, full stop. Więc musi być pytany, rozpatrywany inaczej. Skandalik tu i tam, portowy chłopak na randce ze starzejącym się pisarzem, lęk o tantiemy i opinie – to ważne.  I jednocześnie tylko drugorzędne. Istotne jest wejrzenie, podglądnięcie jego intelektualnej, filozoficznej barwy.  Intelektualiści akademiccy często nijak nie potrafią zrozumieć intelektualizmu artysty. To się odbywa na innych zupełnie piętrach. Pisarz (niekoniecznie literaci, których jest dużo więcej) prowadzi nade wszystko nieustanną dyskusję z samym sobą. I stały głód życia, nigdy niezaspokojony.

A przecież rozmów z Nałkowską ani z Gombrowiczem nie odbyłem. Zmuszony jestem, nolens volens, na własną wiwisekcję, własne poszukiwanie siebie, kim jestem często podświadomie, w czasie samotnych spacerów i poza ścianami mojego mieszkania, a niezauważalne dla mnie publicznego.

               Naturalnie, że żyję. Przejechałem znów cały kontynent, by to życie ożywić, odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości, twoje ślady. Twojego uśmiechu, twojej dobroci. Spić z twoich ust czarę mojego szczęścia, które miałem, znałem. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że je mam. W dni niepogody było też pogodnie, w dni zimowe było ciepło.

Wszystko, co robię pozostaje niedokończone, a constant jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, a mimo, że znam ich – mówią gwarą dziwną, trudno rozpoznawalną, zagmatwanymi metaforami. Monette[iii] mi to przypomniał.

Więc siadam i ballada jakaś spływa na kartkę spod długopisu w formie sobie tylko znanej. Pisałem tak, jak bardzo dawno temu na kawiarnianych serwetkach w kafejkach mojej, nieistniejącej już też, Warszawy.  Słowa po słowie, bez zwracania uwagi na formę, konstrukcję. Ballada, jako forma śpiewana przy ognisku, butelce wina. Obok ten chłopak lub ta dziewczyna. No właśnie tak.

Apetyt na czereśnie

Jest głód jeszcze

– a brak apetytu.

Jeszcze nęcą czereśnie,

że nie za późno, nie za wcześnie,

choć nie wiem, czy to nie we śnie.

Z zapomnianych nocy letnich,

Szekspirowskich westchnień, żądz.

Niedosycenie świata,

znudzenie śmiercią,

która się ociąga –

– tragizm ubrany w suknię farsy.

Śmiech, jak zgrzyt zardzewiałego

gwoździa na szybie okna.

Ależ tak, wiem:

te czereśnie jeszcze,

jeszcze płatki dzikiej róży,

jak wargi drżące,

spocone lekkim syropem

woni i obietnicy. Czego?

Dzwoni telefon. Odbieram: słucham.

Dzień dobry, tu Stamtąd. Miał pan wrócić, czekam, a po panu nawet śladu. My tu wiemy: i czereśnie i róże są na dole i są w górze. I wargi drżące, lepkie – ale miał pan być, trzeci sezon mija. Co z tego, że czereśnie?  Pestki nawet nie zostały. Róże, jak wargi rozchylone? Proszę przyjeżdżać, lub zwrócić cenę biletu. A róże proszę pana nie mają warg, tylko płatki.

I trzask, słuchawka upadła na widełki i rozmowa się skończyła. Kto dzwonił, skąd dzwonił? Bies czy anioł? Pojęcia nie mam. Takie telefony, co się kładzie słuchawkę na widełki nie mają wyświetlacza numerów, które dzwonią. Nawet nie wiedziałem, że mam jeszcze taki pod ręką. Widać miałem, bo rozmawiałem?

(pisane innym razem i odnalezione w notesach – na ten sam temat)

Niecierpliwość rosnąca każdego dnia, przysypiająca krótkimi nocami z nadzieją, że jutro będzie lżej. Oczywiście nie jest.

Wyszedłem na spacer, rzecz zwykła. Nie wziąłem parasola. a siąpi. Naturalnie, że nie jestem z cukru, nie roztopię się. Ale jestem okularnikiem i te protezy wzroku zaraz spryskane kropelkami wody – i zły humor popsuł cały spacer.

Zachodzę do znajomej kafejki obok, zamawiam expresso. Dobre. Mocne, jak siekiera. Czy pomaga? Raczej nie, ale trzeźwieje i przywraca do rzeczywistości, tej powypadkowej. Może nawet nie tej pół-inwalidzkiej rzeczywistości po wypadku, a po prostu zwyczajnej rzeczywistości starzejącego się samotnego pana. Starzenie, jako-takie też mi po prawdzie nie przeszkadza. Tylko ten tytuł ‘samotnego’ jest przykry, niespodziewany, nieoczekiwany.  Czy Gombrowiczowi dokuczała samotność? Z Ritą musiał być samotny, nie była jego miłością, pasją. Była – i to wszystko. Tak, jak byli chłopcy z portowych dzielnic. Im więcej ich było – tym bardziej samotność dokuczała. Nie miał tego luksusu pasji i spełnienia, jaka była udziałem jego dobroczyńcy literackiego – Kota Jeleńskiego.

A ty, jaki jesteś? – pytam siebie. Odpowiadam Johnowi, mojemu Chłopcu, odpowiadam zapisem z pierwszych tygodni od jego odejścia. Może miesiąca, dwóch. Nie mam dokładnej daty tego zapisu, ale łatwo z tekstu mogę to kalendarzowo określić. Mówię mu, że był architektem ‘mnie’, jakim jestem, nie odrzucając niczego z mojej konstrukcji wcześniejszej – dobudował piętra, pokoje, wykusze.

               Wiosna. Jest ciepło. w alejach parku rozmawiam z Tobą. Miła rozmowa. Dodałeś mi znowu otuchy. Nikt, tak jak Ty, tego robić nie potrafi. Twoje naturalne ciepło i dobroć są zaraźliwe. Jesteś jakimś dziwnym mnichem, który bez hałasu, heroizmu po prostu daje siebie. Tak zwyczajnie, trudno to nawet zauważyć, bo jest tak naturalne, jak oddech powietrza.

Ale brak mi strasznie Twojej fizycznej obecności. Przynosiła spokój mojej skołatanej głowie, kłębowisku myśli. Wprowadzała ład.

Zabierałeś tak mało miejsca w świecie. Niezauważalny pyłek na drodze, maleńki trybik w wielkiej maszynie. Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami historii, ty po prostu dbałeś, aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. Dzięki tym drobiazgom ta wielka deus ex machina mogła funkcjonować.  Teraz, bez tego maleńkiego trybiku maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat – ten wielki i ważny świat. Bez tego jednego trybu wielkie koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Czasem, w momentach najzimniejszych otulam się szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej, mogę funkcjonować.

Czy to coś zmienia, czy odpowiedziałem na poszukiwania Gombrowicza? Znalazłem piętro, gdzie funkcjonuje umysł i duch artysty?

A może wystarczy kubek

dobrej czarnej kawy

z Buenos czy z Warszawy

może wszystko jest jak czubek

wiedzy niedostępnej , trwałej

która wiemy że jest.

Poeta zrobił gest

czułości pełnej i całej.

Jakaś konkluzja, kwintesencja życia i jego sensu? A skądże! Życie polega na pytaniu, na drodze, na ruchu. Szukaniu siebie. W tym Gombrowiczowi pisanie ‘Kronosu’ bardzo pomogło. Trzeba te wszystkie detale zapisać, by między linijkami tekstu znaleźć część siebie. Ten opis zdarzeń i czynności do pewnego stopnia jest bezużyteczny dla zrozumienia, kim się jest. Zwykłe pamiętniki lub dzienniki są dobre dla badaczy, którzy muszą wszystkie filiżanki, kubki i krawaty ułożyć równo na długich półkach w chronologicznej ciągłości.

Dla zrozumienia, kim twórca był – są kompletnie bezużyteczne. Wiadomo, że życie musi być wypełnione czynnościami: trzeba wstać z łóżka, wypić kawę, podrapać się po głowie i po  … tak, tam też, po dupie.  Pójść do pracy lub na spacer. Ale najistotniejszym zajęciem jest poszukiwanie siebie, uczenie się siebie, poznawanie siebie.

Kilka miesięcy temu napisałem wiersz krótki, który wtedy wydał mi się pozytywnym zrozumiem, gdzie jestem w tym momencie. A to nie przykuwa kajdanami do celi, przeciwnie – daje solidne zrozumienie się w tym etapie życia. Samookreślenie.

Coś się przebudziło we mnie,

jakaś uśpiona joie de vivre,

jakiś prezent życia, może zryw

co było, przetrwało niezmiennie.

Przez dzieciństwa łąki nad rzekami,

przez młodości loty nad szczytami,

po dojrzałość rozerwaną oceanami,

aż do czasów, gdy zostajemy sami.

Poszukiwanie siebie, uczenie się siebie jest bodaj najcenniejszym zajęciem twórcy. Poemat, fuga, balet, obraz nie musi być źródłem wiedzy dla publiczności o prywatnym ego twórcy. Zawierają w swej formie przekaz czysto artystyczny, czytelny na różne sposoby przez odbiorcę.  Ale dla badacza twórczości X lub Y są możliwością spojrzenia przez dziurkę od klucza we wnętrze twórcy, wnętrze duszy tego artysty, ujrzenia go In statu nascendi. Dla twórcy – a byłbym ryzykował twierdzenie, że jest to proces uczenia dostępny dla każdego człowieka i bardzo pomocny w mierzeniu się z wyzwaniami życia – to niezbędny proces poznawania się, odkrywania tego centrum, jądra, kim jesteśmy. Gdy odkryjemy tą drogę, to o ileż bezpieczniej przetrwać wielkie burze i kataklizmy życiowe. To nasz azymut i busola.


[i] Zofia Nałkowska przez wiele lat prowadziła Dzienniki i szereg jej nowych zapisów zaczynała od zwrotu: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia.

[ii] „Kronos”. Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2013, s.460.

[iii] Paul Monett – poeta i pisarz czasów epidemii AIDSa w Ameryce Północnej.

ne me quitte pas …

ne me quitte pas …

 Ne me quitte pas,  ne me quitte pas śpiewa Simon[i]. Stara piosenka Brela otwiera świeże rany, otwiera wielkie, okrągłe oczy smutku. Nie odchodź … . Te dni okrutne, gdy odszedłeś. Jakże samolubnie ty sam, beze mnie. Dlaczego? Przecież mogłem być czulszy, słodszy, wierniejszy. Powinieneś, mimo tych wszystkich moich braków i ułomności, docenić naszą wspólną miłość, naszą a nie tylko Twoją lub moją i zabrać mnie w tą inną, nową drogę.

Tutaj, teraz bez Ciebie? Myślałem, że tu, w naszym najdłuższym pobycie i najsłodszym domu w Vancouverze znajdę smutno-sentymentalny uśmiech, odpoczynek, czas na refleksję. Początkowo nawet wydawało mi się, że tak jest. Nawet ciepło było i serdecznie na wycieczkach wspólnych z serdecznym przyjacielem. Rozmowy o życiu, o muzyce, troska o jego młodość by znalazł to, co w życiu najważniejsze, co mu nadaje sens najgłębszy. Miłość romantyczną.

Ale jestem już tylko skorupą i echem słów dawno wypowiedzianych, historii dawno przeżytych i ścieżek, gdzie trawa zarosła moje ślady. Tak, jak ślady nagich stóp moje i tego przyjaciela na piasku plaży, gdzie chodziliśmy. Zabrała je fala przypływu.

A rady? Rady dawane tym, co żyją mogą męczyć i nudzić po jakimś czasie. Nudzić adresatów. Wszak oni żyją teraz i tu, a ja mówię głosem z przeszłości.

Laisse-moi devenir

L’ombre de ton ombre

L’ombre de ta main

L’ombre de ton chie [ii]


ne me quitte pas

nie opuszczaj mnie

nie teraz jeszcze

miłość ciągle trwa

nie zostawiaj mnie

w tych lasach zieleni

szmaragdowym morzu

gdy kwitnie nasze życie

nie będę szlochać więcej

ni przeklinać dni i nocy

świeże kwiaty przyniosę

kochać będę miękcej

co jesień nam da

przyjmiemy jak dar

minut kilka jeszcze

ne me quitte pas

(B. Pacak-Gamalski, 03.05.25, New Westminster)


Mówiłeś do mnie, że ja jestem Twoim domem. Kłamałeś? To, dlaczego wyszedłeś i dom opuściłeś? Cóż dom zresztą? Deski tylko i meble. Nawet książki moje cóż? Są we mnie i tak, nowych stron już nikt nie dopisze. Obrazy? Tych kształt, odcienie i barwy też na pamięć znam. Więc, gdzie poszedłeś lekko by się razem szło, bez ciężarów, bez bagaży.

Podaj mi rękę, niech będzie jak most przez zatokę, ja po nim przejdę na Twój brzeg. Ta rzeka pod oknem moim teraz, rzeka, za którą jest nasz stary dom, jest tak szeroka, jak ta zatoka dzieląca Halifax od Dartmouth. Chcę na ten drugi brzeg do Ciebie przejść. Mówisz, tłumaczysz smutno, że tam jest pusto i nie ma nic. Nie prawda. Tam jest nasza miłość. Podaj mi dłoń i pomóż przejść na tamten brzeg i pusto nigdy już nie będzie nam. Zbudujemy tam wiszące Ogrody Semiramidy, gdzie ptaki będą śpiewać o miłości. I już nigdy nie będę sam.

Kamienne forty budowałem na dzikiej plaży nad Atlantykiem – nieme pomniki naszej miłości w Lower East Chezzetcook. Miesiącami toczyłem głazy, kamienie i kłody przez fale naniesione. Czy sztormy przetrwały? Nie wiem. Ale miłość nie może być samotna. Miłość musi mieć partnera. Więc wróć, podaj mi ramię i pozwól na Twój brzeg tutaj przejść. Ne me quitte pas.


[i] Ne Me Quitte Pas (Audio) – YouTube Music

[ii] frag. ostatniej zwrotki piosenki we francuskim oryginale