Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Everything good must come to an end. Summer is receding from the trails and beaches of Nova Scotia. So is my presence in that province of Canada. Time to pack my beach chair … and pack my belongings after six years. For a small province that’s a long time to travel to places known and places less travelled. By now, my Dear Reader you probably know much more about this land from where the entire hemisphere sprang to life under new overlord – the Europeans. But people come and go – the land remains. And the old inhabitants from ancien time remain too – the Lnu People, of which novascotian native Mi’kmaq people are part.

My last hot and sunny day playing among the waves of North Atlantic was on Lawrencetown beach. Place I have visited over the years more than I can remember. After that I went for one more quick swim at Canada’s Ocean Playground beach by Gaetz Lake. And lovely walk to a Wildlife Sanctuary that shows tremendous affection to all kind of native creatures, who suffered some serious problems and can’t survived on it’s own. Such a tranquil place.
In a few days time I will be driving through the entire continent, traversing the same route and highways me and my John took six years ago. Back to where we begun that journey – to British Columbia. Although He can’t be with me physically – His love and spirit will. We will have lots of time to reminiscence the almost forty years of an amazing life journey. The most beautiful Journey of my life.

Next pictures from Canada’s Ocean Playground and Wildlife Sanctuary.

Imiona Rozłąki i poezja Oczekiwania

T.S. Eliot pisze w ‘Oczach które ostatnio ujrzałem w łzach”[i]:

Oczy które ostatnio ujrzałem w łzach

Przez rozłąkę

Tutaj w śmierci sennym królestwie

Złota wizja powraca

Widzę oczy i nie widzę łez

I to cierpienie moje

I to cierpienie moje

Że już nie ujrzę oczu

Oczu rozstrzygnięcia

Oczu których nie ujrzę aż

W drzwiach śmierci innego królestwa

Gdzie jak w tym

Oczy trwają mgnienie

Mgnienie trwają łzy

I wystawiają nas na szyderstwo.

Sugeruje, że wszystko więc jest nietrwałe. Nie ma nie tylko powrotu, ale i marzenie do ostatecznego, ponownego złączenia się w tym ‘innym świecie’ jest tylko szyderstwem, bajką dla dzieci. Że śmierć nie jest sprawiedliwym złączeniem kochanków jeśli w niej trwa też chwilę tylko, okamgnienie. Sugeruje poniekąd koniec światów, śmierć śmierci, a więc i nadziei. Owe ‘wystawienie na szyderstwo’ tylko, zakpienie z tej ostatniej nadziei.

Apollinaire w wierszu ‘Miłość umarła w twych ramionach’ pisze o takim właśnie oczekiwaniu powrotu miłości, o tym, że tylko szczere pragnienie wystarczy na złączenie się ponowne:

Wiosna minęła jeszcze jedna

Tyle mi dała czułych wspomnień

Zamierająca poro żegnaj

Jak dawniej czuła wrócisz do mnie[ii]

I jakkolwiek wiersz Apollinaire’a nie dotyczy rozstania ostatecznego (śmierci) a jest bardziej typowym, trochę może prozaicznym efektem rozstania – śmierci miłości a nie kochanki – wszak nadzieja na jej odżycie jest tym samym powodowana: żalem, tęsknotą, oczekiwaniem Feniksa zmartwychwstania.

W rzeczy samej pojęcie straty jest nierozłącznie związane z pojęciem pragnienia miłości, spotkania. Gdzieś musi być początek, by mógł być epilog.

W literaturze amerykańskiej pierwowzorem jest sam Walt Whitman, który nie czekając na pół-słowa i aluzje skryte za kotarą słów proklamuje wcześnie:

Proklamuję zespolenie – mówię, że winno być nieograniczone,

               Nierozdzielne,

Mówię, że znajdziesz jeszcze przyjaciela, którego wypatrywałeś.[iii]

Whitman ogłasza materialistycznej, ale bardzo tradycyjnej w normach Ameryce, że czas dozgonnej, serdecznej i cennej miłości między mężczyznami nastąpi, przybędzie.

W poezji nowożytnej archetypami Straty i Pragnienia są naturalnie „Romeo i Julia” Szekspira, „Boska Komedia” Dantego i ”Sonety do Laury” Petrarki. Nie będę tego rozwijał, bo pisałem już wcześniej tutaj rozważając znaczenie mitu wędrówki w Zaświaty w próbie odszukania oblubienicy/oblubieńca.

Zresztą czasy Petrarki i Dantego ciągle są połączone żywą poniekąd pępowiną z antykiem, a antyk wiadomo – to niekończące się wizyty, wtargnięcia w różnej nazwy Hadesy kochanków, królów, herosów i bogów. Na ogół w próbie odzyskania ukochanej, czasem władzy, powrotu na niebiańskie trony, uwolnienia porwanych za życia w ciemności nocy wiecznej. To, jakkolwiek wenie poetyckiej służy – w prawdziwej Stracie człowieka współczesnego potrafi być mitomanią irytującą.

Wiemy, że miłości są różne, więc i z różnych przyczyn Strata wytwarza inne poczucie pustki, tęsknoty. Anka Broniewska, córka poety, popełnia samobójstwo z powodu zdrady ukochanego (zdrady tym okrutniejszej, że zadanej romansem z jej matką, byłą żoną Broniewskiego), wieć to miłość romantyczna. Ale powstałe w wyniku tego wiersze Władysława Broniewskiego (porównywalne do Trenów Kochanowskiego po utracie Urszulki) są efektem miłości rodzicielskiej. Jeśli natężeniem, intensywnością dwie jakieś miłości porównać można, to właśnie miłość romantyczną i miłość rodzicielską. Być może blisko tego można też usadowić rzadkie przypadki miłości przyjacielskiej (mam tu jednak podejrzenia bardzo istotne czy prawdziwa miłość przyjacielska nie jest skrywanym pod inną nazwą uczuciem romantycznym, które z najróżniejszych przyczyn i hamulców moralno-etycznych nie ma szans na rozwinięcie skrzydeł). Broniewski lamentuje:

A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? –
bo ja wiem.

Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…[iv]

Poeta w rozpaczy po śmierci córki (wiersz pisany był ponad trzy lata po tym fakcie) wręcz przeczy rzeczywistości. Wszak niemożliwym, by Anka faktycznie zmarła – łatwiej być może śmierc upokorzyć przez sugestię, że Anki może nigdy nie było fizycznie, istniała tylko w wyobraźni ojcowskiej miłości. Jeśli tam była tylko, to jest ciągle! Śmieć zostaje upokorzona, pozbawiona swej mocy okrutnej.

Tysiące jest dróg, ścieżek wijących się, jak wąż kuszący kochanków w Edenie, które wieść mogą do starcia ze Stratą i wyzwania rzuconego śmierci. Granica między śmiercią a życiem jest podobna do linii brzegu między lądem a oceanem. Dwa światy. Ta linia może być magnesem, czymś co śpiewa cicho, zaprasza. Przecież tam jest też życie, morza nie są martwe. Trzeba tylko pójść wystarczająco daleko, wystarczająco głęboko. Przyjdzie ta chwila. Lub siąść na brzegu  … i czekać.

Waiting

once more

come back to me

I will wait for you

sitting on the yellow

sand of long beach

you will appear

from the depth

of the roaring sea

from the foam

of cascading waves

with garlands

of golden chains

weaved with seaweed

flowing down your

soft arms and your

smiles sweeter

of all other smiles

your smiles of

kissing lips and

touching hands

will come to me

on that beach

If you can

come by day

or by night

I will seat on

that beach under

sun or nightly sky

I will wait for my time

(B. Pacak-Gamalski)


[i] „Thomas Stearns Eliot. Poezje”; Wyd. Lit. Kraków, 1978, s. 127 (przek. M. Sprusiński)

[ii] tł Julia Hartwig

[iii] ‘In Walt We Trust” by John Marsh; wyd. Monthly Review Press, Nowy Jork, 2015; s.167, tł. własne

[iv] Władysław Broniewski; Wiersze i poematy, Łódź 1980, s. 350.

Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

My Fort of Love, our Fort

My Fort of Love, our Fort

August 07, 24

I went there again. Maybe the last time? My time here is shrinking, time on this land perched over Atlantic, our land. Maybe in a month or so I won’t be here? Hence, I came today. To our Fort of Love, our love, our castle built on sand with solid rocks, boulders.

Yes, it still is here on this wild beach, far away from any venturing tourists. My hidden sanctuary of talking pebbles, tubal music of waves, clouds of black and white sandpipers flying in unison formations as a single body; ever present individual seagulls, pretending to be busy looking for crabs and dead clams, but observing you all the time. When I am there, I am part of that all, not a visitor but rather a feature belonging there. The flora there is very sparce and in constant struggle to survive. The dead ones are giving all their content as nourishment to the new ones. The sea and sand don’t offer much to land creatures. Occasional dead tree from far away bay or island. Not much but nothing is wasted in that austere environment. Meadows and patches of short forest on the land are separated from that spot by a big and deep saltwater lake. Sometimes, when I am tired of playing with the ocean waves, I go for a longer swim in that lake, its surface is always still like a glass. It must be incredibly deep. There is maybe three or five meters of very easy shallow water and than suddenly it just drops like from windows ledge to a dark deep water. I’m always surprised how dark and impregnable to light that water is.

The shore, where the local road ends, has a small, rocky beach. Almost always, if the weather is OK, there is a small group of locals. Three, sometimes a ‘crowd’ of ten even. They don’t come as far as where I am with my Fort. I have seen once or twice one person or a couple venturing there. You need to cross a fast-moving sea ‘river’ (natural canal connecting the lake and the open ocean) to get to my monastic desert.

But they – the locals – know that the Fort is there. It is the only man-made structure. By now they must also know me, recognize me, when I come with the same red folding chair, a stick in hand and a backpack, as I traverse the water like a hermit coming back to his cell. They see me from far away, sometimes wave to me while I gather more rocks to fix the Fort. It did survive fall, winter and spring. Many storms and big waves. But a good monk always fixes his dwelling for the glory of god – and my god is Love.

Do the locals call it a sanctuary? Maybe. Sanctuary of Love. I like it. Our love, anyone’s love. I am not at all jealous of that love. Love doesn’t belong to me. I just tend to it. She is sacred.

Maybe Venus comes here by sunrise and dances naked by the Fort? Maybe all of them, these crazy Greek gods, come: Venus, Apollo, Narcissus, Orpheus. Maybe even Helen of Troi dances with them? With whom Helen would dance? With handsome Prince of Troi or with Menelaus, her husband?  Sappho of Lesbos later explained that choice in her poem, when she argued:

Some say a host of horsemen, others of infantry and others

   of ships, is the most beautiful thing on the dark earth

   but I say, it is what you love

and few thousand years later, I agree with her wholeheartedly. But it doesn’t matter with whom they dance. Let them dance with whom they want. Let them lit the mighty sky with pyres hot of flames of passion.

August 08, 24

Hey! Yes, you Narcissus. Come here and sit by me. Don’t cry, don’t drown in unanswered selflove. Go to disco tonight. They have one in the club called Elysium. Go there, dance and let go off sorrows. Kiss someone, make love to someone, anyone for Heaven’s sake! They will appreciate you youth, vigor and looks. Me?  No, my dear boy. I have loved hundreds of times, thousands perhaps, for a day, for an hour.  Until I was confiscated, possessed, taken by Love itself. By that one special Boy. One, who become the air I breath, my blood, my waking up and falling asleep. My song and my poem.

But be aware – Love is immortal, but you are not. When The Boy (or Girl) will go (as everything temporal does) you will be broken in half. Shattered like pebbles on the beach, that are constantly thrown by huge waves until only scream remains, only cry to Heaven. But Heaven will have its gates locked by Death.

Love, dear boy, is not for timid souls. Love is only for brave or insane souls. It is Love that holds the saved obol in your outstretched hand, while pounding with your other fist at this gate. The Gates of time, of mourning, of grief. Demanding, pleading for them to be opened. With that obol as a magic key. Hoping but not knowing what is on the other side: reunion or emptiness, nothingness. Yet knowing now, when you are at these Gates, that even nothingness is better than half-living.

Love is for brave or insane souls.    

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Gombro – rozmowy o literaturze

Jakiś czas temu publikowałem tu cykl artykułów o poezji polskiej powstającej poza granicami kraju. Ostatnie z tego cyklu dwa artykuły tyczyły poezji polskiej w latach już po ‘naturalnej śmierci’ podziału tej literatury na krajową i emigracyjną.

Przypomniała mi ten cykl i zagadnienia niedawna rozmowa moja z dr. Piotrem Sadzikiem, młodym a szalenie zdolnym docencie Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem właśnie literatury. Zaczęliśmy mówiąc o mojej nowej ‘wersji’ średniowiecznego słynnego hymnu Des irae, sięgającego tradycją do wczesnych Ksiąg żydowskiej Tory. Mój (też tercyną spisany,LOL) hymn był jednak nie hymnem strasznej apokaliptycznej śmierci (zaraz Dostojewski na myśl przychodzi ze „Zbrodnią i karą”), a przeciwnie – wyzwoleniem i złączeniem przez Miłość. Ale jakoś tak mimowolnie zeszliśmy na temat dwóch postaci – za sprawą jakiejś analogii Piotra Sadzika – ze współczesnej epoki literatury: Konstantego Jeleńskiego i Witolda Gombrowicza. Więc ten Konstanty (Kot) Jeleński z Paryża i Witold Gombrowicz z Buenos Aires.   Nie powtarzajcie tego głośno, ale Gombrowicz to po prostu idée fixe Sadzika. Mówiąc po polsku: jest nim zafiksowany lub ma na jego punkcie bzika. Nie wypada o naukowcu tak mówić?  OK, to powiem bardziej elegancko – jest pod olbrzymim wpływem twórczości Gombrowicza (w zasadzie w rozmowie używa formy ‘Gombro’, co mi się podoba, LOL, bo tym samym usuwa te nawały brązu, narzucone na tego wspaniałego pisarza) i kopalnią wiedzy o nim. A Jeleński?  No cóż, odpowiem tak: jak można w ogóle mówić o Gombrowiczu nie wspominając Jeleńskiego?

Jeleński był ambasadorem kultury polskiej par excellence w Europie. A w Paryżu bezwzględnie, eurydytą pierwszej kategorii. W czasach szarzyzny i ugoru PRL.  A biedny Gombrowicz siedzący daleko za Atlantykiem miał wielkie problemy ze zrozumieniem w środowisku emigracyjnym, zwłaszcza z jego centrum w Londynie (u Grydzewskiego z jego „Wiadomościami’ niestety też) – bo cała Emigracja żyła tylko walką, patriotyzmem i wojną z komuną. A tu ten cholerny Gombrowicz, pisarz i dramatopisarz przecież dobry ze świetności Międzywojennej – upiera się z tym dziwnym ‘Transatlantykiem’. Jakieś aluzję, jakieś ironie, szyderstwa może nawet! Kto ma czas na takie zabawy literackie? Teraz, gdy trzeba szablę w dłoń i bolszewika goń, goń, goń! No, ale to był Polski Londyn, a Polski Paryż to już nie to samo. Polski Paryż, panie dzieju, to właśnie i Kot Jeleński, i wysoki do nieba Czapski i ta cała ich „Kultura” z Giedroyciem.

w Paryżu, widok na Sorbonę, 1986

Jako że byłem we wczesnych latach 80. w gościnie u Kota Jeleńskiego w Paryżu – to na te tematy nam się zeszło mimochodem. Bezpośrednio z tego Des irae, LOL. Nie pytajcie o logikę, nie mam czasu tak długo tłumaczyć.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż mam po cichu własną teorię pewnych wyczuleń, pewnego rozumienia ludzi i ich aury. Kot Jeleński i Witold Gombrowicz, a i wspomniany Józef Czapski byli biseksualni lub po prostu gejami. Czy to ma znaczenie? Zdaniem moim ma. Następuje pewna nić porozumienia się, nawet bez słów. Nie, niekoniecznie oczekiwanie romansu lub przygody. Tu chodzi o emanowanie empatii, o mówienie zachowaniem: ja wiem i rozumiem. Jest to też rozumienie głodu miłości.  Miłości, która ciągle, jak za czasów Wilde’a, nie miała imienia. To okres lat 40tych, 50tych i 60tych (Gombrowicz zmarł w 1969). To był inny świat i inny sposób funkcjonowania w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, że kogoś własne, prywatne środowisko było bardziej otwarte, tolerancyjne. Świat nie był. I panował właśnie ten głód miłości. Ten głód spaceru ulicami trzymając się za rękę, pocałunku na ławce w parku. Nie rozumieją tego nawet młodsi gejowie, urodzeni powiedzmy już w późnych latach 70 lub 80. Ich świat nie jest światem Gombrowicza czy Kota Jeleńskiego. Nie jest nawet moim światem.

Czy jest możliwe, że Jeleński czuł pewną wewnętrzna chęć wsparcie Gombrowicza abstrahując nawet od uznania jego talentu pisarskiego?  Jest, absolutnie. Jeleński był szalenie inteligentnym człowiekiem. Rzekłbym – błyskotliwie inteligentnym  Ale jego pochodzenie i pewna klasa środowiska, z którego się wywodził nigdy mu tej inteligencji nie pozwalała używać w sposób arogancki lub nonszalancki. Gombrowicza talent mógł ocenić chłodno, bez emocjonalnego kolorytu. Ale z czysto człowieczego punktu widzenia jest bardzo możliwe, że miał wobec niego taką właśnie ciepłą potrzebę wsparcia, pomożenia, otworzenia drzwi.

To moje na ten temat dygresje, dysertacji robić nie będę. Ale badacze biografii i twórczości winni ten delikatny szczegół brać pod uwagę, jeśli chcą sedna pewnych zachowań lub wydarzeń dotknąć. Gombrowicz miał talent nie dlatego, że był bi czy gejem. Ale dlatego, że był pewne rzeczy widział w innym trochę świetle. Dostrzegał cienie tam, gdzie inni tylko światło oślepiające lub tylko nieprzenikalną czerń.

Ot, czasem niespodziewane refleksje po kulturalnej rozmowie z kimś sympatycznym nachodzą nas z wieczora i (też czasem, nie zawsze) warto je potem spisać.

   

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Nie wyjeżdżamy w pełni, w całości – coś zostawiamy, czegoś nam ubywa. Potem lepimy przez lata siebie na nowo. Rodzi się nowa całość. Nie inna, zlepek wczoraj i dziś. Czasem żal nam po latach tamtego siebie, chcielibyśmy może do niego wrócić. To bywa jeszcze trudniejsze. Bo to teraz i tutaj jest jednak bliższe, jest swojsze. Ja – jestem ja. Szczególnie wtedy, gdy ‘ja’ zamieniło się w ‘my’. Zostają tu i tam zlepy form, jakieś może hieroglify dziś już nieodczytywalne, jakieś drzewo zawieszone nad przepaścią.

I dzika fala wyszarpująca ląd spod stóp …

Cień

Chciałbym już być, gdzie jeszcze mnie nie ma,

bo być gdzieś powinienem już przecież.

Lecz gdy tam przybędę – to czy będę,

jeśli nie ma mnie teraz, gdzie jestem?

Czy znajdę dom, który już spłonął raz?

Czy wiatr rozwiał zgliszcza i wspomnienia

i jestem tylko na fotografiach,

jak w ruinie, której fundamenty

tylko pozostały, okna bez szyb?

Stare pałace arystokratów,

które rewolucja zamieniła

w kurniki, chlewy i magazyny.

Ich właścicieli wyprowadzono

w zakrwawionych kalesonach, boso,

do zarośniętych ogrodów, nad staw,

gdzie jeden strzał w potylicę tworzył

nową historię, zamykał starą.

Widziałem takie puste pałace

w dzieciństwie, widziałem cienie ludzi,

którzy kiedyś w nich żyli, tańczyli.

Gdy tam pojadę, gdy wrócę do

tych miejsc – czy będę takim cieniem

w pustej ramie okna patrzącego

na zarośnięty ogród ze stawem?  

/B. Pacak-Gamalski, 07.2024/

Dies irae – bez Piekła i bez potępienia

Dies irae jest jednym z najstarszych i najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich Średniowiecza. Trudno określić z pewnością historyczną autora i dokładna datę jego powstania. Na ogół przyjmuje się okres między XII a XIII wiekiem. Są tradycje mówiące o okresie kilkuset lat starszym. Jeśli byłby to św. Grzegorz Wielki to początek wieku VI, jeśli opat Bernard z Clairvaux, to przełom X i XI. Są jeszcze inni ewentualni autorzy. Generalnie zamyka się to jednak w tej klamrze początków i połowy okresu Średniowiecznego.

Cały długi utwór zapisany jest w idealnej łacińskiej tercynie ośmiozgłoskowej i ma dziewiętnaście zwrotek. Zgodnie z panującą wówczas wszechobecną eschatologią Kościoła, ma wątek grzechu i słabości moralnej człowieka, które tkwią w jego naturze i dziedzictwie grzechu pierworodnego. Człowiek jest skazany na potępienie, a Stwórca jest surowym sędzią nie uznającym skruchy lub tłumaczeń. Niewątpliwie pochodną des irae jest ówczesna moda na pokutę i pokutnicze sekty okaleczające grzeszne ciało najróżniejszymi narzędziami tortur. Samobiczowanie do krwi było traktowane jako coś szlachetnego i pobożnego.  Eschatologiczna wizja zakładała wieczne potępienie w Piekle i finalny koniec świata. Bezpośrednio zaczerpnięto z tradycji żydowskiej element straszliwego Sądu Ostatecznego i paruzję, gdy cała ludzkość przed unicestwieniem świata poddana będzie bezwzględnej selekcji: albo strącenie w czeluści Piekła po kres czasów, albo wniebowstąpienie. Pojęcie Czyśćca w zasadzie przestaje tu funkcjonować. Ma to dotyczyć całej ludzkości od początków świata i Adama i Ewy – a więc ów Sąd będzie i nad żywymi i nad zmarłymi. W domyśle można więc przypuszczać, że wszelkie darowania win, uzyskane na łożach śmierci lub przy spowiedziach, ulegają unieważnieniu i kasacji. Bóg jest sędzia okrutnym i bezwzględnym a Sąd Najwyższy nie będzie zwracał uwagi na wyroki sądów niższych instancji.   

Przez ponad tysiąc lat Kościół stawiał ten hymn jako nieodłączny element swej regularnej mszy, a już kategorycznie mszy za zmarłych. Do czasów II Soboru Watykańskiego. Ale do dziś wolno dies irae używać we Mszy Trydenckiej (tzw. stary obrządek). Fragmenty używane też są w rycie posoborowym w okresie Święta Zmarłych (Zaduszki) a bywają dozwolone w regularnych mszach żałobnych.  

Otóż mnie się wydaje, że nastąpiło wielkie nieporozumienie. Dies irae dla mnie istnieje tylko w kategorii powrotu do Miłości. Ponownego złączenia się z ukochanymi. Śmierć jako wyzwolenie, ‘zwolnienie’ poniekąd z więzienia samotności, gdy jeden z kochanków odchodzi przedwcześnie.  Oficjalne tłumaczenie kościelne już w drugiej, bardzo ważnej zwrotce, w pierwszej linii tłumaczy z łaciny słowo ‘tremor’ na ‘płacz i łkanie’. Podczas gdy oczywiście winno być ‘drżenie’. Naturalnie, że drżymy na myśl o możliwości ponownego złączenia z kochankiem. Drżenie jest oczekiwaniem, jest niecierpliwością, a nie paniką, lękiem, przerażeniem.  I z takiego czytania dies irae wzięło się moje użycie starej tercyny ośmiozgłoskowej. Nie aż tak sztywnie w ilości zgłosek i bez zabawy w rymy. Przede wszystkim szczerość zapisu, która musi iść przed formą, co zawsze podkreślam. Koszula dla ciała a nie odwrotnie.

No i tylko czternaście zwrotek. Bo kiedy skończysz mówić coś powiedzieć miał, to sensu przedłużania gadaniny nie ma. Trzeba gdzieś kropkę postawić. I nad ‘i’ i na końcu ostatniego zdania.

Dies irae

W sali marmurowej, wielkiej

sali balowej, diamentowe

kandelabry zawieszone

pod plafonem sufitu

z błękitniejącego nieba,

z kryształowymi lustrami

w złotych ramach na ścianach –

będziemy tańczyć do taktów

modrego walca Dunaju.

Melodię fin de siècle,

muzykę końca

zmierzchu epoki przepychu

i nadmiaru pocałunków,

wpatrzeń, zauroczeń słów

pasją drżących, niczym płatki

opadającego złota ze ścian.

Będziesz wirować w moich

ramionach i moich oczach.

Cherubinki całe białe

spłyną z chmurek plafonu

na skrzydłach i grać będą na

srebrnych trąbkach Hymn Miłości –

Lacrimosa końca światów.

Nic więcej Nieba i Ziemie

oferować nam nie mogły.

I nic więcej nie chcieliśmy.

Stało się oto spełnienie

doskonałe i skończone.

Quantus tremor est futurus

Quando judex est venturus –

tak, będzie drżenie, lecz nie

z lęku a oczekiwania.

Drżenie ust i palców głodnych.

Potem spłynie szmerem czarnych

skrzydeł wielki Anioł Pański.

Wtuli nas serdecznie w pióra,

miękkie, ciepłe i najczulsze,

 opowłóczy szarym mrokiem,

gdy będziemy siebie szukać

w zagajnikach, łąkach, rzekach,

w pocałunkach i pieszczotach.

Jak być miało tak się stało.

/B. Pacak-Gamalski, lipiec 2024/

post scriptum: fragment ‘Quantus tremor est futurus. /Quando judex est venturus w moim łumaczniu brzmi: jaki lęk i drżenie będzie /gdy żyć naszych sędzia stanie

Ecce homo – to jest ten człowiek, rzekł Piłat

Wojny, zagrożenia, a przede wszystkim olbrzymia zmiana klimatu Ziemi i wielkie przeludnienie zachwiały kilkutysięczny relatywny spokój rozwoju ludzkości. Nawet niewyobrażalne dziś wstrząsy 2 i 1 wojen światowych, krwawego pochodu osiemset lat temu z mongolskich stepów wielkich armii Gingis-hana, jego synów i wnuków nie zagroziły ludzkości tak, jak współczesne niebezpieczeństwa. Bo jak porównać możliwość prawdziwej hekatomby ogniem i mieczem wobec możliwości setek głowic nuklearnych, atomowych zmagazynowanych przez co raz większą ilość państw?

Wszystko to nie nastraja optymistycznie. Być może do zmian klimatycznych, których odwrócić nie jesteśmy w stanie – bylibyśmy jednak zdolni się dostosować. Nasz gatunek wykazał niesamowitą inteligencję i umiejętności przetrwania, dostosowania się w ciągu ostatnich 300 tysięcy lat. Jak wyjdzie jednak z potrzasku przeludnienia? Głodu? Tak, wiem – przemysłowa produkcja żywności, fabryki mięsa hodujące dziwne stworzenia, które nigdy w życiu nie widziały łąki, lasu, rzeki, morza… Ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Przeludnienie jest prekursorem wyjałowienia terenów agrarnych, spustoszenia naturalnych zasobów mórz i wielkich rzek. Efektem jest głód. A głód naturalnie w naszej historii powoduje wędrówkę ludów. Za jedzeniem, za szansą przeżycia. Ten lebensraum. Tym razem dosłowny – przestrzeń do życia. Jest nas po prostu niebezpiecznie za dużo. A wszyscy prawie przywódcy państw i narodów ciągle krzyczą o niskim przyroście naturalnym. Jak ten przyrost może być niski, jeśli jest nas każdego roku nieustannie więcej? Jakaś nowa arytmetyka. Dla przetrwania ludzkości, człowieka, nie ma znaczenia jakim językiem on mówi ani jaki ma odcień skóry. Nie ma podgatunku człowieka o nazwie ‘Polak’, ‘Amerykanin’, ‘Rosjanin’, ‘Niemiec’ czy ‘Hindus’. Nawet ‘Chińczyk’ nie istnieje w tej kategoryzacji gatunkowej. To są wszystko konstrukty kulturowe. Miłe, przyjemne, wygodne. Ale do przeżycia człowieka potrzebny jest chleb a nie „Pan Tadeusz” czy „Hamlet”. Gdy nas wszystkich szlag trafi, kto je będzie czytał? Szczury i karaluchy (one ponoć wszystko przetrwają, LOL)?

Więc byśmy mogli dalej poematy o miłości, powieści o losach człowieka pisać, malować słoneczniki i pejzaże, rzeźbić Dawida i komponować Eroiki -musimy wpierwej zadbać by człowiek przetrwał. Jako gatunek biologiczny, a nie szczegół etniczny. Nie mordować się z takim zawzięciem, nie budować wszędzie zasieków i murów chińskich.

Tak mało zostało czasu. Ta smutna myśl, co spotkać może moich kochanych najbliższych i najmłodszych w Polsce, moich kochanych przyjaciół w Kanadzie, wiele nocy i godzin za dnia mi pochłania. I ten lęk ogólny, egzystencjalny. Tyle wspaniałych mimo wszystko rzeczy stworzyliśmy przez te tysiące lat, tyle siódmych cudów świata. Dajmy sobie szansę.

Kiedyś, w latach 90. ubiegłego wieku ulegając prośbom znajomych czytelników wydałem w maleńkim nakładzie autorskim zeszyt poetycki zatytułowany „I nie zapomnisz swojego Czasu’. Składał się z cyklu historiozoficznych Rozmów (4) i ośmiu wierszy. Nie rejestrowałem tego w jakimkolwiek systemie archiwizacyjnym, po prostu dla tej grupki czytelników miłych. Nie pamiętam nawet ile było tych egzemplarzy. Jeden zachował się u mnie w różnych szpargałach. Całość jest właśnie takim świadectwem tego leku egzystencjalnego. I smutku. Dwa tu (bez jakichkolwiek późniejszych edycji) przytoczę.

●●●

Stoimy na skraju –

Za nami kurzawa rydwanów Azji,

Przed nami krań otchłani zapomnienia.

Tak dobiega kresu nasz

zwycięski marsz piękna i pożogi.

Od kolumn doryckich do Ameryki.

Oto przychodzi czas

Robienia rachunków za przeszłość

I decyzji ostatecznej na dzisiaj.

Przyszłości już nie ma –

Nie z tarczą a na tarczy nasza droga

Gościńcem z gazonami róż i gruzu.

Piękno i pożogi,

Róże i gruz –

Historii wóz

Dobiegł kresu drogi.

 Epilog

Na oszalałych rumakach wojny

Pędzą gościńcem dziejów zwycięzcy.

Kopyta wzbijają tumany kurzu

Zmieszanego z grudami tratowanej ziemi,

Z pysków i boków lecą płachy piany,

Na tarczach dumne: ‘Bóg z nami’

A proporce łopocą: ‘Allach jest wielki’.

Szyszaki skrzą się w blasku chwały

Objawionej Prawdy i Słuszności.

Łopoczą białe płaszcze z czarnym krzyżem

I lśnią złote kordelasy w kształcie półksiężyca.

Oto gna stukołowy wóz chodnikiem historii,

Obity złotą blachą dyszel skrzy się

W blasku księżyca niczym białe śniegi Alp,

Gdy deptały je potężne jak dębowe pnie

Nogi armii Hannibala.

Dojechał już do bram Rzymu,

Już mija opłotki Zatybrza i nie zwalniając

Biegu przeprawia się przez rzekę

Na wprost Warowni Świętego Anioła.

Od stukołowego huku pękają szyby

I wala się z łoskotem na bruk Imperium.

Za odłamkami szkła lecą porozrywane

Wory z juchtowej skóry pełne

Mamony złożonej w ofierze odkupienia.

‘Panie zmiłuj się’ i ‘odpuść nam

Jako i my (nie)odpuszczamy.

Ze szczytów ziguratów zawodzą kapłani

W szatach z krwawej purpury.

            A darowane będzie tylko tym, co za myśl złą

            W dwójnasób opłacili bezinteresownym darem,

            W trójnasób miłowali oblubieńca, który nim nie był,

             A w sześciokroć opłacili złe czyny.