In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.
Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!
Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.
Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.
Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę. Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca.
Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.
Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno. Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.
Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.
Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.
Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło. A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.
Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!
Few words of personal explanation. Of my wonderful life with my beautiful husband, lover and partner, John. Life that tragically ended with John passing a year ago. Yet life worth every moment, every second. Music, music – it has been such an important part of our life. Through music – in all forms, shapes, and styles – we understood each other deeper, fully. Like the name given by German composer Felix Mendelssohn (1809-1847) to his ‘Songs without words’. Love truly does not need words. As in any true process of creation, words – if used – are only a mere ornament, part of the mechanical structure. True creation begins and ends in a sphere of senses: sound, smell, touch, feeling. Everything else is just a noise.
Therefore, when I walked that wintery evening from Henry Street to Coburg Street and to St. Andrew Church for my normal rendezvous avec la musique – he walked there with me.
What a wonderful rendezvous it was! It was an immense pleasure to listen to the music played by the most gifted pianist, Henry Kramer. Kramer is an American musician recently being offered a teaching position in the Faculty of Music at Université de Montréal, and because of the proximity, he was able to come to Halifax and give us a taste of talent. What a treat, indeed.
One award (among many others) I have to mention is the American National Chopin Piano Competition in Miami, where he claimed the 6th spot in 2010 (the First Place automatically awards the winner a spot in the top piano competitions of the world – the Warsaw International Chopin Competition). But there was a connection to that famous Warsaw Competition: among his jurors was the former 3rd place winner of the said International Warsaw Competition, Piotr Paleczny. I was lucky enough to hear Paleczny playing many years ago during that Competition in Warsaw and to know him personally. He was, as a young fellow at that time, a very sweet guy. And truly fantastic piano player.
Henry Kramer missed that Warsaw Competition ticket – but he did not miss the 2016 prestigious and top-ranking Queen Elisabeth Competition in Brussels. And he got the Second Prize – that is a ticket to just about all concert halls in the piano world.
I was not in Miami to hear him personally there, but remember his concert in Seattle. Remember him well enough to make a note of his playing: don’t forget his name because you will hear of him.
Back to Halifax. Have a chance years later to do that. To be at his concert. How can I describe the overall feeling, reaction? I will use a term I don’t remember using before in any of my musical reviews:
Henry Kramer is a pianist of a very elegant way of playing. That it is. Elegant way of playing. You could say: bravado, astonishing, lively, emotional, technically brilliant. But after listening to him intently, paying attention to how he treats not only the music but the entire piece that makes a player, his arms and body and keyboard, pedals, and the entire massive instrument a one-piece, one symbolic union – that is the term that came to me: grace and elegance.
And what a good term, when you play music submerged in a very specific time of European chamber music of early romantics. Time of Shuberts, Mendelssonhs, and to a lesser degree even Liszts (Liszt belongs more to the next epoch – Romanticism). A time when musicians produce an extraordinary amount of compositions (almost in manufacture-like tempo) to appear in a multitude of salons of political, and Church dignitaries, aristocrats and extra-rich townsfolks. Time of Early Romantics. These were not huge concerthalls, or musical theatres (there were some in big cities – but that was a rarity, not a rule). The salon for chamber music was small, and the guests were not as plentiful. If you play the same music more than a few times – the opinion arises that you are done, finished. You emptied yourself and can’t compose anything anymore. So they did compose. A lot. Franz Schubert composed 20 sonatas (not all of them in a finished form) and a number of larger pieces: 12 (13?) symphonies; circa 10 Masses; over …. 1000 (that is one thousand, no mistake) songs with at least one instrument and many more occasional pieces in different form. No, he was not eighty years old, when died. He was … thirty-one. Show me a contemporary composer, who composed half of that volume, I dare you.
Was he a great composer? No, by any means. But he was an important composer and very talented. Had he lived decades longer, had he achieved financial independence and powerful support from powerful patrons – chances are he would have had time and space to compose a few timeless and extraordinaire pieces of music. It was also a time when music was composed in a very strict and form-fitting format. Just as poetry in classic times. The next generation started slowly to dismantle that construct. And then came Gustav Mahler, followed by Schoenberg with his Second Viennese School and music was never the same again, LOL.
The old Saint Andrew Church in Halifax was a perfect setting for Schubert’s music and for the elegant style of Henry Kramer. The main nave offers wonderful acoustic and being of Anglican (in Canadian, United Church form) type is not too ornate and void of the weight and ballast of Catholic big churches.
From the moment Kramer appeared on the stage with a short introduction to the music – he won the audience with his pleasant way of greeting and talking. There was no ‘pomp and circumstance’ – just a warm and subdued tone.
From the first keystrokes, he was very attentive to musical detail, to the phrasing. Schubert’s Piano Sonata in A Major seemed to be written for him. The Allegro Moderato at the beginning was lovely. It’s a relatively robust tempo but the two melodies and two distinctive themes lead to a lovely passage. And his brilliant way of slowing ‘things down’ in Andante is just that: have time to ponder, exclaim, and reflect. At a certain moment, a listener not familiar with this work might think – that it is, finite. Perhaps little annoyed that it happened so soon, LOL. Kramer used the intervals splendidly, they were very pronounced as the composer intended.
But forget the intervals, forget the delicacies, the sublime. Here comes the Allegro. Better check your seatbelts! This is a pianist (a good pianist) paradise: time to awe and conquer the audience. And he did. The bravura almost and brilliant style shine here with dances, and passages. The keyboard is used in its entire length and the pianist must grow two or three more fingers, LOL. But it is truly a pleasure to listen to it. Even if you are not an enthusiast of early Romantics (just like me) – I still can come and listen to the entire sonata again – just to enjoy the finale! Bravissimo for the artist!
After Schubert music, Kramer opens to us the world of two siblings, contemporaries of Schubert: Fanny Mendelssohn – Hensel (1805-1847) and Felix Mendelssohn Bartholdy (1809 – 1847). Both siblings were very close to each other.
Fanny Mendelssohn
Felix was well well-known and very much accomplished composer in Berlin’s circle. His sister never (partly because of her father’s opposing views) accomplished such a fame during her lifetime but her compositions show a good measure of talent and ability. She was also very respected as a musician by her devoted brother, who often asked for her opinion and advice in his own works. As it happens from all their works the most famous ones often played even now are their songs. Or rather ‘songs without words’ (Lieder ohne Worte), as was the name Felix gave to his most famous composition. There is a story that at one-time friend of Felix offered him to write words for his ‘songs’. The composer is said to respond: “What the music I love expresses to me, is not thought too indefinite to put into words, but on the contrary, too definite.” What a lovely and indeed precise response!
Felix Mendelssohn
The pianist played Fanny’s 4 Lieder for Piano, Op. 8(no.2 Andante con espressione and No.3 Larghetto), and Felix’s Songs Without Words Op. 19 in E Major and Op. 67 in F-sharp minor. It was a pure musical pleasure. His elegant way of playing was at its best. The depth of emotions coming from the sound he was producing was truly touching. I remembered years ago when I listened to the incomparable Jan Lisiecki playing the extremely difficult and technically challenging piece of Ravel’s Gaspard de la nuit and I thought: how this very sweet and happy young man (I have known Jan Lisiecki since he was fifteen years old very sweet boy when I did my first interview with him) can evoke the atmosphere of pure horror and terror so plainly, so vividly? Talked after his play with him about my question. And his answer was as plain as it could be: it is not enough just to play – you have to feel it inside you, you have to take that symbolic journey to that place, that moment and then transfer it to the tips of your fingers. Just playing every note, in exact tempo is not always enough. And I understood that instance what he meant. Of course. It is so plain. The feeling, the emotion. Listen to famous, dramatic singers of opera! The words are almost comical often. If you just sing them – you could almost laugh, like a satire, not a tragedy. It is the emotion, the timbre of the note you play, and the spirit of the sound you produce that signifies emotions. This is exactly what Kramer achieved when he played the Songs Without Words. And I repeat: with that musical elegance.
But even the best of us must give up sometimes the comforts of elegance. When you deal with Franz Liszt’s Piano Sonata in B minor, S. 178 you really have no choice. When the Paganini of grand piano composes music that should rival Paganini’s Caprices – elegance and etiquette go away. I often compare him to Tina Turner and her singing career. Was it elegant? Heaven’s forbid, no! Was it great? Of course, it was a wonderful madness! Would Henry Kramer, that elegant musician be able to play such music, to forgo his comfort zone?
Oh, yes. He did it to my delight. That was not a summery evening stroll through the meadow. It was a full gallop! Not even of one horse – it was a herd of wild horses. What a choice for the finale and what a stamina to do it after already playing so many pieces.
Liszt’s sonata is one of his late compositions when he composed mostly for pleasure and not to gain popularity or earn money. It is in a way also a break with the established way musical forms were composed. Sonata, as a sonnet in poetry, has very strict rules. Three, sometimes four pieces. You state your musical subject in the first part, elaborate more freely on it in the middle, and finish with a recapitulation of the first statement. But Liszt decided to do away with two distinct pieces and used just one. Try writing sonnets in the form of elegies. In a way, he liberated composers from the strict and tight corset of existing musical architecture. Today everyone understands it. We have gone through modernity and postmodernity. But at that time … it received scorn from all the greatest composers. Clara Schuman (Liszt dedicated it to Robert Schuman) said it was ‘merely a blind noise’; Johannes Brahms apparently fell asleep while Liszt performed it; similar scorn was shown by Anton Rubinstein. The only exception was Richard Wagner. Yet, by the early XX century that ‘blind noise’ was recognized as the pinnacle of Liszt compositions. Times are changing.
I can’t tell how many times I heard that amazing, powerful compositions being played by many wonderful pianists. In a way, my favorite was the recording of it by Kristian Zimerman, one of the outstanding pianists of my generation in the entire world.
But the way Kramer played it was more than satisfied. I listened with full abandonment and total ecstasy of my sensory powers. No surprise that after that accomplishment the audience would not let him leave the stage. The standing ovation had no end. And fully earned. To no surprise, he had no choice but to thank the audience with two extra encores.
We finished with a nice chat and my congratulations for very well-presented program and excellent play. But I started the conversation by thanking him for transferring me that evening from Saint Andrew Church in Halifax to Carnegie Hall or to Vienna Philharmonics.
I have watched two movies recently. Very different and very powerful on a very personal level. Stirring emotions, and memories. The Spanish “Society of the Snow” produced by Netflix and directed by J. A. Bayona, and the Canadian production of “Good Grief” directed, produced, and written by Dan Levy. Dan Levy also played the main character, Marc.
The “Society of the snow” – let me take you on a journey in time. At the time of the catastrophe, I was 14 years old. A year later a book by British writer Clay Blair “Survive” appeared. A well-known Polish writer or essayist wrote in a Polish literary weekly “Literatura” a piece about it. It might have been Jerzy Andrzejewski, an excellent writer whose weekly column I have always read – but truly I can’t recall now. Yet the story and especially the dilemma of cannibalism versus survival made me write a short piece about it. By that, I was fifteen and of course, as any fifteen-year-old ‘writer’ had a lot to say about the issues of life and death. I sent it off to the editorial desk of Jerzy Putrament, a Polish writer, who was the editor-in-chief of the weekly ‘Literatura”, a major literary and art publication. And he published it. As it was my second publication in a major Polish magazine (the first one was in “Perspektywy”) it cemented my ‘fame and prestige’ among my teachers in my school, but not as much among my classmates, LOL.
I don’t recall if I have read the book by Clay Blair. Not sure if it was translated into Polish. Most likely I never did. But I have seen years later the first movie about it based on that novel. And I wasn’t impressed. Yet the Spanish “Society of the Snow” impressed me very much. The screen-writers (Bayona, Vilaplana, and Marques), the director, and the actors were superb in their austerity of dramatization. Everything was left to the minimum: air, food, movement, and words. Years later, while visiting Mendoza in Patagonia (the ill-fated plane took off from Mendoza on its last tragic leg of the flight to Chile), I took a special bus tour to the Andes and was able to do some hiking at the base of Aconcagua (almost 7000 meters, one of the titans of the world). The outmost desolation of that place there is amazing and overpowering. As far as you can see is a frozen horizon of white peaks and valleys. Can’t imagine surviving there with hardly any provisions for longer than a few days. I felt that the movie captured that feeling very well.
“Good Grief” by Dan Levy. Who doesn’t remember and didn’t love that sweet, funny, and almost useless in practical skills young gay guy in the now iconic CBC series “Schitt’s Creek”, with his father, great Canadian actor Eugene Levy, and fantastic Catherine O’Hara? But Dan Levy playing a grief-strickened, middle-age man in serious drama, tragedy actually? Can he carry it? He did.
I shouldn’t have watch it. But I did. I had to. As I watched his grief, as I travelled with him in his yearly journey of that grief of losing the love of his life – I went through mine. Every silent moment. Every object in his and mine apartment, photographs, furniture. At times I didn’t know if it was Dan Levy or me on that screen. If it was a movie or my memories of last year. No, I didn’t go to Paris and there was no surprise in finding ‘the other lover’. But these are just details, unimportant almost didaskalia of the drama. The differences between the lives of me and John and that of Mark and Luke are just a different shade of the same colour.
As I watched that movie sitting on my (on our) sofa I felt John taking my hand into his and squeezing it gently. I heard him saying I’m sorry, and I wanted to grab his hand, to cover it with kisses. But I didn’t, I knew the hand, his voice would dissipate into the air. So I just sat quietly, didn’t even turn my head, and continued watching the movie. With him undisturbed sitting next to me. As he always did. It felt good. Sad but good. The next morning I went for a drive to a little town called Fall River. I took him there in 2019 to a little Provincial Park, with a forest, by a long, wonderful lake. This time it was wintertime, windy and cold. The gate to the park was closed for the season. I left my car and walked the long trail on foot. The sky was splendid with clouds and sun in crispy air. It was my trip ‘to Paris’. Thank you, Dan Levy, for letting me submerge myself in that grief again. Grief is hard, is sad. But it also is beautiful, because the seed of grief is love.
After I couldn’t sleep.
Didn’t know how to
console You.
How to tell You –
it’s all right, Babycake.
I have survived.
No, it wasn’t Your
fault.
You tried,
You tried so hard.
Do I lie, when I say:
‘it’s all right’?
Yes, I do.
It was
so fucking hard.
I knew it would be
if and when,
but had no clue
how hard it is.
Didn’t know
that grief
could be like
hot lead
slowly injected
into your veins.
Like the disappearing
bubbles of air
you have tried
to squeeze into your lungs
nailed to the heavy
cross of impossibility.
As I watched with terror.
So what was
really the weight
of my grief
compared to that?
How do you compare
the pain of life
to pain of death?
How do you?
What’s the balance ratio
of life in grief
in one hand,
and no life
in the other?
Does a man know?
Does God?
uwaga:w ostatnich dwóch dniach oglądałem obrady Sejmu Polskiego. Coś chciałem z tego … hmm, bajzlu(?) zrozumieć. Informuję, że sprawozdanie dziennikarskie było pracą niemożliwą lub ponad moje nadwątlone zdrowie i kondycję nerwową. Więc napisałem to w formie literackiej, a nie dziennikarskiej. Łatwiej mi było, bo to daje licencję i do aforystyki i do przenośni wielkich, omal cywilizacyjnych. Tyle celem wyjaśnienia. Koniec wstępu.
O Polsce raz jeszcze. O tej nowej, lub odrodzonej. O tej poczętej październikiem pamiętnego roku 2023, a faktycznie posiedzeniami Sejmu Walnego na Wiejskiej (a jakże – na Wiejskiej, bo Polska to kraj bogobojnych włościan przecież, więc nie na Miejskiej pełnej rynsztoków) w styczniu 2024. A jakże o Polsce bez jej przymiotu najważniejszego, najwartościowszego pisać? Jakież to przymioty? Naturalnie literatura! Wielka, wieszcząca, krwią i potem oblana (nie tylko potem, przedtem też). Słowem – ojczyźniana. Jak łan zboża i dzięcielina biała.
Wiec jakże, jak nie od tej Wielkiej i Pięknej literatury zacząć sejmowe sprawozdanie cytując najsłodszego pieściciela polskiego słowa, samego Juliana Tuwima w przepięknym poemacie, gdy każe się wpierw całować przez brać własną, żydowską, by w ostatniej części zwrócić się czule do braci słowiańskich, polskich:
Izraelitcy doktorkowie,
Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę;
Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.
Item ględziarze i bajdury,
Ciągnący z nieba grubą rentę,
O, łapiduchy z Jasnej Góry,
Z Góry Kalwarii parchy święte,
I ty, księżuniu, co kutasa
Zawiązanego masz na supeł,
Żeby ci czasem nie pohasał,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.
Czas jednak na sale sejmowe, czas na sprawozdanie obrad. Najpierw o atmosferze, o ubiorach i zachowaniach Posłów i Posłanek Najjaśniejszej Rzplitej. Raz jeszcze głos oddam sprawozdawcy sejmowemu, też zresztą Julkowi i Tuwimowi z kwiatami polskimi w butonierce:
Krawacik musną, klapy obciągną
I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,
Taką wiadomą, taką okrągłą.
I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie,
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…
Jak ciasto biorą gazety w palce
I żują, żują na papkę pulchną,
Aż papierowym wzdęte zakalcem,
Wypchane głowy grubo im puchną.
I znowu mówią, że Ford… że kino…
Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…
Warstwami rośnie brednia potworna,
I w dżungli zdarzeń widmami płyną.
Głowę rozdętą i coraz cięższą
Ku wieczorowi ślepo zwieszają.
(oba utwory Julka w wybranych przeze mnie fragmentach)
No tak. Nie wypada wszak tak zupełnie, bez własnej pracy intelektualnej, wysługiwać się tylko wielkim poetą. Coś od siebie wypada dodać, myśl jakąś, może aforyzm, zwieńczenie oratoryjnego koncertu posłów i posłanek kochanej, patriotycznej Prawicy Polskiej. Szczególnie jedna, wzorem Rejtana niezapomnianego: do szlochu omal mnie nie przywiodła sama Wielka Kępa, czasem Kempą zwana, jeszcze przez innych Tępą. Jak ona broniła innych posłów (dwóch szczególnie) za ich prace i poświęcenie Ojczyźnie! Z jaką perorą płonącą wystąpiła w oku, niczym senator rzymski, w pewnym kroku na Ołtarz poświęcenia wiodła. Co dalej się w tym kroku działo – przyznaję, nie wiem a domyślać się nie śmiem. Osamotnione dwie, wygłodzone biedne niewiasty pokazała za balustradą ustawione. Te żony, a wdowy prawie-już tych posłów dwóch, których okrutny prokurator do lochów ciemnych zamknął. Białogłowy wychudzone, w szarych mundurkach, prosto pewnie z fabryk niemieckich fabrykantów, gdzie dla dzieci wygłodzonych na strawę harowały. O, Matko-Polko, co w Ostrej płaczesz Bramie, zmiłuj się nad nimi!
Słów wprost brakuje mnie, a te co się na papier pchają zbyt może są dosadne, zbyt często w mowie polskiej używane (w każde wkładane prawie zdanie), by nimi moment ten opisać. A serce łka, o …a.
Cóż wobec tych dramatów ludzkich znaczyć mogą mowy o czyichś gdzieś zarobkach? Jakież znaczenie może mieć, że sklepikarka, która jest prezesem jakiejś firmy – miliony w niej zarabia, a dziennikarka zwykła z telewizji setki tysięcy złotych? Że jakiś syn lub znajoma ciotki kogoś dostała pracę, gdzieś w zarządzie spółki wczoraj utworzonej? Jakieś obiadki w Pałacu Namiestnikowskim, u Namiestnika z udziałem sędzin i skazanych? Nic to, betka zwykła. Aż się Pegasus wzniósł na Wiejską i skrzydłem wielkim koło zrobił kierując się na Saską Kępę, która Wielka nie jest.
I wyszło Szydło z worka. Tym innym posłom, tym niecnotom bez serc i dusz – w dupie to jest i już! Im tylko forsa w głowach, nie dramat ludź (specjalnie dwóch ludziów). Ale na szczęście Namiestnik grzmi – liberum veto! Ja i Wielki Mały w dupie mamy wybory kasty waszej i się nie damy.
A tak już było dobrze przecie na tym polskim świecie. Kościelne kasy pełne, zadowolony dobry bóg i jeden ojciec Święty, który ogrzewa mieszczan zabiedzonych w mieście wielkiego Kopernika. Nie, nie ten gdzieś z Rzymu przewrotnego, o którym Wieszcz nasz wielki pisał: Polsko, Twoja zguba w Rzymie!’ – ten nasz, bohater pieśni narodowej „Rudy, rudy, rudy rydz-yk lepszy niż maślaczek”. I Instytut Pamięci Narodowej zbudowano, by dziatwa miała, gdzie i co pamiętać (i za co), i Świątynię Opatrzności Bożej prawem Wielkiego Sejmu Czteroletniego i króla Stasia zatwierdzoną w 1791. Tyle lat budowa trwała, nie od razu Warszawę zbudowano – ale idee wielkie nie giną! A wy tylko w tym nowym Sejmie o pieniądzach – gdzie, kto i za ile. Aż serce łka, o …a!
January in 2024. First time this year I have come to see your ‘home in Pictou’s cemetery, at Stella Maris.
I know you are not there –it is just a place, just a stone with your name on it. Like the stone tablets of Sumerians, and Acadians, like the stone tablet given to Moses a few thousand years later. These letters, and symbols left on them by the Old Ones are not alive anymore. No ancient gods lay claim to them, not from Ur, not from Babylon, not from Sinai. What’s left in these letters are hidden stories of love, of passion.
Under these letters, under your stone is a small container with some ashes. Gray powder in a box, nothing else. But I can’t stop coming here where I can submerge myself in my despair, wallow in my grief. Here it doesn’t bother anyone. The dead ones are dead. Silent. Sometimes a black bird looks at me from a tree branch and says something in its characteristic low and screechy voice.
It sounds like a song of the Underworld. A poem of decayed generations. Only the bird, the guardian of the cemetery knows that ancient language.
There are no other visitors here, especially this time of the year. Unless it is a funeral. Another wooden box full of bones, or smaller one with ashes, goes to the ground.
Old wooden cross with a white figure of Jesus of Joseph and Mary, who attested to prophesies of Isaiah of Kingdom coming. That cross, darkened by weather and age is strong. He does not attest to anything anymore. He is profoundly sad. Painfully sad. Sorrow emanates from his eyes and from that terrible tool of his death. Still asking: Why? Why did you lead me to this terrible, painful death, o father? What did I do to deserve such cruel punishment? Why did you forsake me, condemn me to this brutal death?
I want to talk to him, help him to quell his anguish. He was still a very young man, and did not understand. I want to tell him – don’t cry anymore. To tell him if he truly found love in Mary Magdalen or any other lovers he pursued, if he was loved and loved – it never died. Not on that cross, nor in this cemetery. That his father, his false friend Judas – they could not stop that Love, they could not erase it. It soared like an eagle, like an Angel through the Cosmos. That love, young man – if you truly were loved and loved – sang songs of Love. Eternal.
The wintery Sun came over the desolate, little cemetery. It flickered in the mud holes of the walkways, it caressed and made bright little plastic flowery arrangements on some gravestones. Looked at your grave with my inscription: forever in my heart and smiled, too. That’s just for some passerby, maybe long after any memory of both of us would linger in anyone’s life. So he or she would have known that you were loved. And would recognize that love does conquer death. Nothing else. But She does.
Of course, you are not there, under the stone. You are in my heart, with me. All the time, everywhere. Just on that cemetery, on any cemetery, there is a special stillness of air that allows you to have these talks, these thoughts. That’s why I keep coming here. When I was very young I used to visit some special coffee shops in Warsaw, where I would write my poems on white, square, and very small paper tissues. Now, when I am much older, I like to come to this cemetery or visit my special wild beaches I have conquered in your name and have these talks with you, and still write poems. I like it.
Before I left, went and looked at that man outstretched on this horrible cross. I thought he wasn’t as sad as before. I hope. I hope that he got it, he understood it. That death is just that – all matter decays and dies with time. But love survives, and overcomes. The Kingdom came through love.
Wojna na Ukrainie nie ustaje, nie milkną działa ni syk rakiet wystrzeliwanych przez rosyjskiego napastnika. Nowy rok niczego tam nie zmienił. Step płonie nie zachodami słońca a pożarami domów ostrzelanych przez wroga.
W Równem, pięknym starym mieście starej Rzeczypospolitej Obojga Narodów urodził się w 1990 roku Maksym Krywcow. Ukraiński poeta i żołnierz wolnej, suwerennej Ukrainy.
Gdy czytałem o jego śmierci, przesuwały się mi przed oczyma cienie innych młodych poetów, z wielkiej wojny sprzed blisko dziewięćdziesięciu laty: Baczyńskiego o pięknych oczach daleko widzących, Gajcego, Kowalczyka … . O śmierci Krywcowa dowiedziałem się z zapisu Anety Kamińskiej, tłumaczki jego wierszy na jezyk polski. Właśnie mial ukazać się tomik jego wierszy w jej przekładzie. Ukaże się w wydawnictwie “Pogranicze’. Ale już nie ukaże się inny, następny. Nie będzie nowych wierszy. Kamińska, sama będąc poetką, pisała o wojnie, o Maksymie swoje wiersze. Jeden, bardzo znamienny tu przytoczę:
rosja wysyła na wojnę bandytów
wyciągniętych z więzień
a ukraina poetów
historyków muzyków
komentuje zbigniew
a ja jestem mu głęboko wdzięczna
że to nie ja muszę napisać
te słowa
Warszawa, 7 stycznia 2024
i fragment jeden jeszcze, który wyjątkowo jedną metaforą mnie uderzył:
widzę jak artur
zamieszcza na facebooku
ostatni wiersz maksyma
o tym jak to zakwitnie na wiosnę fiołkami
Kiedyś, pewnie będą tym poległym chłopcom-poetom stawiać pomniki lub tablice pamiątkowe. Ale to nic nie pomoże. Nowych wierszy już nie napiszą.
Maksymie Krywcowie- nie wiem czy drogi nasze by się kiedykolwiek skrzyżowały. Czy kiedykolwiek bym czytał Twoje wiersze. Czy Ty byś czytał moje. Znaczenia to nie ma zresztą. Ktoś czyta i czytać bedzie Twoje, ktoś zdaje się czyta moje. Dlatego ci bandyci rosyjscy niech będą przeklęci na zawsze. Bo rozstrzelać człowieka to rzecz podła – ale rozstrzelać nowe wiersze, które już nigdy nie będą czytane przez nikogo, to rzecz najpodlejsza, barbarzyńska.
W ostatnich godzinach życia napisał wiersz ostatni. Kończył życzeniem:
żeby już szybciej była wiosna
żeby wreszcie
zakwitnąć
fiołkami(tł. A.K)
Tobie więc ten ofiaruję dziś, napisany po wiadomości o Twojej śmierci. I chyba naturalne mam uczucie, że wolałbym tego wiersza nie napisać. By go nikt nigdy nie czytał. Byś Ty mógł dalej pisać wiersze. Byś kwitł nimi, jak fiołkami.
Brzemię
pamięci poety Maksyma Kruwcowa, który poległ na Ukrainie
Rok za niecałe 24 godziny się kończy. Brzemienny bardziej niż wiele przed nim. Inny w wymiarze indywidualnym, osobistym i inny w wymiarze obywatelskim.
Inny dla mnie – Kanadyjczyka i inny dla mnie – Polaka. Jeszcze inny dla mnie – osoby. Nie Kanadyjczyka i nie Polaka – mnie, indywidualnej jednostki wobec której jakiekolwiek rządy, narody czy instytucje publiczne, polityczne i religijne praw żadnych nie mają.
In less than 24 hours the year will end. Heavy with effect more than many before. Different in individual, private frame than in citizen’s feelings.
Different for me as a Canadian and different for me as a Pole. Different altogether for me as an individual, a sovereign person, a person beyond the sphere and powers of any government, any nation or institution public, private, or religious.
It might be easier to understand my opinions and reminisce about the last 12 months in two different languages: Polish and English. Emotions are complicated to translate, especially for an author. I, a Canadian – have different opinions on Polish affairs from those of ‘I’ as a Pole. And vice versa.
Perhaps it wouldn’t be an issue for a translator, who doesn’t have to carry that bag of that individual history, its’ weight of guilt, defeat, and victory alike. Baggage that makes me, who I am. And I must admit the strange duality: I do not always feel the same in Polish as in ‘Canadian’.
Over forty years ago a young guy, on the cusp of adulthood, landed in a snow-covered Montreal airport. He carried a heavy bag on his shoulders, much heavier than the material possessions he owned. Spends the first night in a hotel arranged for him by the Canadian government and in the morning changes flights and goes to Calgary. Somehow he is much older than most of his new compatriots of the same biological age. He is in fact an old man carrying a very cognisant weight of native, European history and culture. But in some other way, he is an adolescent further from adulthood than most of his Canadian peers.
He lands there in the evening in a very cold, very snowy city. A typical, normal day in Calgary – at that time of the year, Calgary was always cold and snowy (unless there was a chinook – but even chinook does not erase winter from Calgary in February). It was the beginning of 1980’ in Alberta. Nobody knew anything about climate change – including the climate. Winter was winter and summer was summer. Year after year. Until …
That was then, though. Now are the last hours of 2023. In Poland, it is already early morning of 2024. The young man, boy almost, who arrived in Calgary at the onset of 1982 is long gone. Nowhere to be seen or heard of. Nor his dreams, his hopes. Vanished with time. Who is he now? Let me think – if he could be wine, he would be either spoiled, gone bad, or the opposite: very expensive, LOL. Yet, at times, maybe, just maybe – you could notice in the corners of his eyes the same spark or the same sadness the young one had. Maybe, who knows? But first is first. I was first Polish, so of Poland than at the closing of 2023. In Polish.
English part of my ‘musings’ of things important and perhaps less important but worth mentioning will have to be published separately – the sheer volume of the text of my Polish part would make it difficult to read. The English (Canadian) part will come in a day or two.
Od PiSu(uaru) do demokracji
Polska wyszła w końcówce 2023 z okresu ustawicznej, blisko dziesięcioletniej dewastacji demokratycznego państwa prawa. Wcale nie jestem pewny czy faktycznie wszyscy, którzy głosowali za szeroką Koalicją Demokratyczną zdawali sobie sprawę jak dramatyczna i jak zmieniająca kraj i społeczeństwo ta dewastacja rzeczywiście była. Ludziom często łatwiej jest zobaczyć klikę złodziei i malwersantów, którzy przez wtyczki w PiS i z PiSem współpracujących ugrupowań dorobili się majątków niż dużo niebezpieczniejsze zapaści strukturalne państwa, murszenie jego podstaw tożsamościowych, fałszowanie jego historycznych korzeni i kulturowego dziedzictwa. Ci, co głosowali w dalszym ciągu za PiSem – już zostali oczadzeni. Czy kompletnie – czas pokaże. Mam nadzieję, że wielu obudzi się z tej śpiączki i odrętwienia hipnotycznego. Inaczej ta przyszłość kraju wygląda trudno. To tak, jak w tym starym czasie PRL-u mówił przerabiany wielokrotnie dowcip, kiedy ‘wiecznie żywy’ Lenin przebudził się faktycznie, rozejrzał wokół i rzekł ze zgrozą: trzeba zaczynać od nowa. Dowcip był głupi, bo sugerował, że Lenin ‘chciał dobrze’, a jego następcy to wypaczyli. Ale intencja dowcipu była pozytywna. Zresztą społeczeństwo PRLowskie w swej dużej proporcji do rzesz wykształconych rzetelnie i znających historię autentyczną nie należało. Ale to już też historia. A mówimy o roku 2023.
Droga nie jest prosta przed Koalicją rządową. Jak zreperować i uzdrowić najbardziej zrujnowany aparat państwa, jego trzecią konstytucyjną ‘nogę’ – wymiar sprawiedliwości: Prokuraturę i Sądownictwo? A bez sprawnie (tj. kompletnej niezawisłości i niezależności Sadów i Trybunałów wszystkich instancji) działającego wymiaru sprawiedliwości nie można mówić o sprawnej i funkcjonującej demokracji. Polska taka już nie jest. Wybory parlamentarne, a w konsekwencji tego nowy rząd jakimś magicznym zaklęciem tego zrobić nie mogą. To wymagałoby absolutnej, konstytucyjnej większości obu izb Parlamentu i współpracy Prezydenta. A Andrzej Duda (bezapelacyjnie najgorszy i najmniej się do tej funkcji nadający chyba od czasów sięgających 1918 roku) prezydentem będzie jeszcze półtora roku. To dużo. Naprawiać metodami PiS bym odradzał. Bo jak władza raz, nawet z najbardziej szlachetnych pobudek, na tą drogę wejdzie, to bardzo łatwo nawet ta szlachetna intencja ulega zepsuciu. Gangsteryzm w polityce nie popłaca. Chyba, że to wybór świadomy, jak w przypadku Kaczyńskiego, Ziobry – tyle że rezultaty tego znamy i dla kraju i na końcu dla nich samych.
Zaczęło się od spektakularnej hucpy PiSu w budynkach TVP na Woronicza,a potem na placu Powstańców Warszawy. Oglądana na gorąco relacja z tego wydarzenia w pierwszym momencie wydała mi się jakimś przezabawnym cyrkiem idiotów PiS – od tej grupki staruchów-kibiców na zewnątrz, po niewyobrażalny kabaret Kaczyńskiego, Kempy, Glińskiego i całej wierchuszki pisowskiej. Pierwszy mój odruch był: świetnie! Niech to robią jak najdłużej, bo robią z siebie niespotykane pośmiewisko. Niech Polacy, w tym miękki elektorat PiSu, zobaczy co za zgraja półgłówków nimi przez dekadę rządziła. Sytuacja jednak wcale nie była aż taka kabaretowa. Kaczor i Kurski doskonale zdawali sobie sprawę nie tylko z wagi tej Szczujni Narodowej, która była w rękach ich ludzi ale i z konstytucjonalnej niezależności Krajowej Rady Radiofonii i TV. Sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę. Czyżby minister Sienkiewicz faktycznie przekroczył (i to poważnie) swoje uprawnienia rozwiązując gremia, których dotykać, jako minister nie miał prawa, bo decydowała o tym ta Rada – ciało konstytucyjne, a więc poza zasięgiem łapek rządu? To był argument poważny. To są sprawy dość skomplikowane ale i proste jednocześnie. Tak, minister kultury jest ‘właścicielem’ TVP, bo on ją utrzymuje finansowo. Ale jednocześnie jest ‘właścicielem’ na zasadzie Głównego Księgowego, który płaci pracownikom (w tym dyrektorowi firmy) pensje. Nie oznacza to jednak, że księgowy może zwalniać dyrektora lub zamykać firmę. Trochę byłem zaskoczony, że Tusk nie przebadał tej sprawy dokładnie. Bo bez wątpliwości o TVP musiał bardzo długo i bardzo dużo myśleć i się konsultować. To zbyt ważna i newralgiczna instytucja, by jej statusu nie rozumieć lub nie znać. W sukurs przyszedł olbrzymi błąd i przeoczenie PiSu wówczas, gdy formowali tą Radę dziesięć lat temu na ‘obraz i podobieństwo swoje’. Byli wtedy w trakcie zamachu na Trybunał Konstytucyjny, w planach już był zamach na Sąd Najwyższy, Ziobro od zaraz zaczął rozwałkę Prokuratury Krajowej (on był dużo bardziej bezwzględny i nieugięty w zdecydowanym i pozbawionym hamulców niszczenia wszelkiej niezależności sędziowskiej, prokuratorskiej i policyjnej, nie unikał w tej kwestii nawet konfliktów ani z Kaczyńskim ani z prezydentem Dudą, gdy ci chcieli – zmuszeni sytuacją wewnętrzna a przede wszystkim zewnętrzną zwolnić te tempo lub nawet czasem cofnąć zbyt radykalne zmiany) – wiązało się to z dużym zamieszaniem w orzecznictwie sądowym i trybunalskim. Prawa ręka nie wiedziała dokładnie, co robi lewa. Przyłębskie, sędziowie-dublerzy, wybitne Krysie Pawłowicz – to tylko szczyt góry lodowej galimatiasu sądowniczego ówczesnej Polski (wiec i obecnej, bo wybory powszechne nie wybierają nowych sędziów). W tym galimatiasie zapomniano, nie dopatrzono pewnej drobnostki – Ustawa o Krajowej Radzie Radiofonii i TVP … nie została formalnie i legalnie do końca przeprocesowana. I pomimo, że zakładano, że była, więc ma moc gwarancji konstytucyjnej … nie ma. Uff. Najjaśniej jak mogłem wyjaśniłem. Jeśli ktoś nie rozumie, to skąd może żądać, by rozumieli np. Kaczyński czy Duda? Ale Sienkiewicz jednak zrozumiał. I użył prostych i mało skomplikowanych narzędzi zwykłej ustawy o Spółkach Akcyjnych. Z której wynika, że ten, co posiada większość akcji danej firmy może prezesa zarządu takiej firmy wyrzucić na z… pysk i sam Radę rozwiązać i powołać nowego prezesa Zarządu. Proste. Środek tymczasowy i brzydki. I można go zaskarżyć do Sądu Powszechnego. Ale tymczasowo skuteczny. A czasami ‘tymczasowo’ wystarczy. Pisałem tyle o tej hucpie z TVP i Wiadomościami TVP, bo to było i spektakularne i pokazało, jakie wielkie przeszkody na drodze reperacji szkód w Polsce trzeba będzie pokonywać. Ale, że można będzie, choć niektóre będą dużo dłużej trwały.
Kaczyński, ze względu na swój wiek i na fakt, że jednak przegrał wybory i mimo wszystko fala brudów jego rządów nie będzie nawet tajemnicą Poliszynela – będzie publicznie i równie spektakularnie ujawniana – jest już politycznym trupem. Można swobodnie o nim mówić już w czasie przeszłym. O tym jestem przekonany. Jeszcze macha krótkimi łapkami i nóżkami, jak pajac na sznurku. Ale to już kurz historii a nie wiatr przyszłości.
Swoją drogą ciekaw jestem, co stanie się z wyznawcami religii smoleńskiej? Czy msze dalej obywać się będą przy Schodkach do Nikąd na placu Piłsudskiego, czy wrócą na stare miejsce przed Pałacem Namiestnikowskim (który też do czasu wyboru nowego prezydenta będzie u mnie tą starą, zaborczo-rosyjską nazwę nosił)? Może pan Duda nawet zgodzi się by robiono to za bramą, wewnątrz dziedzińca, by zapewnić większe bezpieczeństwo Kurdupla z Żoliborza? Ciekawe, jak ich stosunki się teraz ułożą? Mimo wszystko Kaczyński nazbyt przyjemny dla swojego prezydenta nie był, a ten nagle jest jedynym, który ma ciągle władzę w ręku. Nominalnie dość potężną władzę.
Tusk w przemówieniu noworocznym nie mówił już tym samym, tryumfalnym językiem zwycięstwa, jakiego użył w wystąpieniu w Sejmie w pierwszym expose ledwie kilka dni wcześniej.
I tamten, tryumfalny ton był potrzebny Polakom, bo był to tryumf Polaków ratowaniu ojczyzny przed czarną nocą. Najważniejszym dniu wyborów od sławnego roku 1991 pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych po 1939.
Ale te noworoczne było już trzeźwiejsze politycznie, mniej tromtadrackie, bardziej pragmatyczne. Przy podkreśleniu nowej nadziei i zadowoleniu ze zwycięstwa o jakim tyle lat marzył, o powrocie na fotel premierowski – nie mogło w tym nie być nuty smutku. Nie tylko z zerkającej zza każdego politycznego rogu chciwości, malwersacji finansowych, moralnej miazgi politycznych klas, które zawładały Polską od jesieni 2014. Nie, z dużo poważniejszego problemu. Z problemu głębokiego podziału w kraju na ‘naszych’ i ‘tamtych’. Podziału, jakiego żadną ustawą ani żadnym rozporządzeniem czy rozdawnictwem pieniędzy państwowych zniwelować się nie da.
„Pojednanie będzie najtrudniejsze’ . Te słowa Donalda Tuska zapamiętałem najbardziej. I o tym zadaniu, wyzwaniu myślałem i pisałem tutaj najczęściej w czasie ostatnich dziesięciu lat. Wcześniej niż wybory w 2014 – od czasu katastrofy smoleńskiej, która mogła Polaków zjednoczyć. A podzieliła. To była pierwsza zbrodnia popełniona na Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego. Której mu nigdy wybaczyć nie powinniśmy. Z latami te wszystkie teatralne, operowe niemalże ‘spektakle smoleńskie’ stały się faktycznie jakimś teatrem absurdu najpierw, a potem spektaklem kabaretowym. Ale wtedy – nastąpił wielki podział społeczny, narodowy. Który trwa do dziś, choć już nie wszyscy pamiętają, co leżało u jego źródeł. To podzieliło, jak nigdy nic przedtem, nie tylko Polaków w kraju – podzieliło równie ostro i skłóciło Polaków i polskiego organizacje, środowiska poza granicami kraju. Wyjątkowo ostro w Ameryce Północnej, w Kanadzie. Zniszczono budowaną od dziesięcioleci spójność organizacyjną Polonii. Ten podział był tym silniejszy, że wielką rolę odegrały w nim polonijne kościoły katolickie, które murem stanęły po stronie coraz bardziej fałszowanej, coraz bardziej kato-faszystowskiej polityce PiS. To też naturalne pokłosie sojuszu Kościoła Katolickiego w Polsce z PiSem i jego ultra-patriotycznym, czasem w wyraźnie szowinistycznym kolorze. Mimo podobieństw stylu rządzenia i ideologicznych zboczeń Kaczyńskiego, Szydło i Macierewicza z izraelskim Benjaminem Netanjahu – nie przeszkadzało im to wyciągnąć z lamusa historii starego, śmierdzącego naftaliną trupa antysemityzmu (nie przeszkadzało to zresztą tak silnie i Netanjahu). Pamiętacie akcje ‘obrony dobrego imienia Polski’? Napaść IPN-u sterowaną przez rząd na wszelkie niezależne badania naukowe i grzmienie o usiłowaniach rozgrabienia Polski na rzecz Żydów w USA i Izraelu? Bardzo sumienny i znany historyk polsko–amerykański, Jan Tomasz Gross stał się nagle ‘sztandarem polakożerstwa’. Żyd usiłujący rozgrabić Polskę a Polaków uczynić gorszymi od hitlerowców antysemitami. Zabawne (jeśli można takie określenie w tym ohydnym oskarżeniu użyć), że Gross z czysto talmudycznego tłumaczenia w zasadzie nie jest polskim Żydem, a jest Polakiem wyznania żydowskiego ( i nawet tego pewny nie jestem, bo nie mam informacji czy Gross jest osobą wierzącą a jeśli, to jakiego wyznania). Matka Grossa, Hanna Szumańska była polską herbową szlachcianką, wyszła za mąż za zasymilowanego Żyda polskiego Zygmunta Grossa, polskiego kompozytora i adwokata (w dobie stalinizmu był obrońcą Władysława Bartoszewskiego). Ale w propagandzie krypto-faszystowskiej nawet siedzenie w szkole w tej samej ławce z kolegą-Żydem czynić cię może … przynajmniej pół-Żydem. To tylko taki przykład atmosfery zaczadzenia, jaka nad Polską i Polonią zapanowała pod władzami PiS. Tematu ‘Jan Tomasz Gross” nie mam zamiaru tu rozwijać.
Powstanie tej przybudówki ‘Polakożerczej nagonki światowego żydostwa’ szalenie utrudniło w Ameryce Północnej polityczną akcję uświadamiania Polonii o prawdziwej twarzy PiSu. Jak powiedziałem już wyżej – tradycyjne ugrupowania i związki polonijne związane bardzo z parafiami polskimi były w najlepszym wypadku obojętne, a najczęściej wrogie wobec działalności pro-demokratycznej demaskującej prawdziwe oblicze PiSu Kaczyńskich, Terleckich, Ziobrów, Macierewiczów i Kurskich.
W takiej atmosferze działały w Kanadzie formalne grupy KOD-u (Komitet Obrony Demokracji) na mocy oficjalnej reprezentacji ZG KOD w Polsce, prowadzone przeze mnie, Annę Bocheńską i Marka Tucholskiego reprezentujące całą Kanadę (KOD-Canada). Obok KOD-Canada, niezależnie i na mocy osobnego porozumienia między ZG KOD w Warszawie i KOD-Canada istniał KOD-Ottawa. Działo się to na początku roku 2015. Nikt wówczas jeszcze nawet nie przypuszczał ogromu zniszczeń jakich dokona PiS w Polsce. KOD-Canada nigdy nie był w stanie (choć nasze grupy działały w większości dużych ośrodków miejskich w Kanadzie, a do najbardziej prężnych należały: Montreal, Toronto, Ottawa, obszar Greater Vancouver i częściowo Calgary) pobudzić masowego ruchu w Kanadzie. Mimo to był bardzo widoczny, odegrał bardzo pozytywna rolę w informowaniu o zagrożeniach demokracji w Polsce. Był jedynym w tamtym okresie znaczącym ośrodkiem informacji i protestu społecznego. W 2023 roku sytuacja świadomości społecznej (jak i olbrzymia wymiana ‘pokoleniowa’ osób zawiadujących życiem zorganizowanym Polonii) uległa diametralnej zmianie na lepsze. Miejsce KOD z dekady wcześniej zajęły grupy inne. Palma pierwszeństwa i najlepszej organizacji należy się DPACC (Democracy Poland Action Committe – Canada). Niestety, jeszcze w poprzednich wyborach w 2019 mimo tego wysiłku prawie wszystkie Komitety Wyborcze w Kanadzie (Montreal, Ottawa, Toronto, Saskatoon, Calgary, Edmonton i Vancouver) głosowały w dużej proporcji na PiS. Lista Koalicji Demokratycznej uzyskała drugie miejsce. Prawie wszystkie, poza jednym wyjątkiem: Vancouver. Tylko tam większość głosów oddano na Koalicję Demokratyczną, nie na PiS. Wiązało się to chyba jednak (bo Polacy w Vancouverze też przyjechali tu z tej samej Polski, nie z Księżyca) z uporczywą pracą wśród całej Polonii środowisk pro-demokratycznych. Z szeregu akcji jakie udało mi się tam przeprowadzić z udziałem może nie olbrzymiej grupy ludzi – ale ludzi znaczących w środowisku i szalenie oddanych. Na początku było to z ramienia KOD, potem już sami lokalnie to robiliśmy w naszym, lokalnym imieniu. Nie bez znaczenia były dobrze zorganizowane środowiska akademickie, artystyczne. Utrzymywałem dobre kontakty z Konsulatem i przy każdej okazji spotkań prywatnych podkreślałem, że placówki dyplomatyczne, a zwłaszcza już konsularne nie reprezentują de facto rządu i partii politycznej a Państwo i przestrzegałem przed agitacją polityczną, która i Konsulatowi i Rządowi tylko zaszkodzi. W zasadzie wszystkie i gazety polskie (było ich początkowo kilka w Vancouverze) i polonijne stacje radiowe były pro-demokratyczne, a jeśli jedna czasem starała się być (powiedzmy tak) ‘obiektywna’ była to pozycja bardzo umiarkowana. Nie unikałem udziału w silnych sporach, gdy zaszła potrzeba. Przede wszystkim widoczni byliśmy w newralgicznych i ‘nie polonijnych’ miejscach miasta: w popularnym parku miejskim, przy zniczu olimpijskim, raz przed Konsulatem i tylko krótko. Naturalnie, na samym końcu efekty z całej Kanady razem zebrane dały to, co dały. Przestrzegał zresztą o tym podczas jednej z konferencji video sam Donald Tusk (konferencja środowisk pro-demokratycznych z całego świata), aby nie wojować za silnie nad np. wyborami korespondencyjnymi i większą liczbą okręgów wyborczych w Kanadzie, bo … zalejemy PiSem kanadyjskim wszystkie miejsca sejmowe. Rozsądny i świadomy rzeczywistości polityk.
Nie ulega najmniejszej jednak wątpliwości, że ziarno wolności, że tłumaczenie zagrożenia jakie niesie PiS to praca żmudna. Najtrudniejsze było to, by odrzucić groźny hurra-patriotyzm PiSu i IPNu w tandemie z polonijnymi parafiami katolickimi. Patriotyzm, w którym wszystko było szyte grubymi, tradycyjnymi nićmi nacjonalizmu, szowinizmu, ‘obrony dobrego imienia Polski’ przed napadami lewactwa, syjonizmu i LGBTQ. A tradycyjna, starsza Polonia była bardzo podatna na te ‘sztandary ojczyźniane’. Teraz gwałtownie następuje wymiana generacyjna Polonii. Tysiące nowych kanadyjskich Polaków te głupie straszaki ‘trupów PRL i komuchów’ zbywa śmiechem i wzruszeniem ramion.
Za niezłomność, upór i konsekwencje w rzetelnym informowaniu Polonii w Kanadzie w ostatnich latach, za umiejętność stworzenia silnej platformy prasowo-podcastowo-radiowej w sieciach nowych social-mediów i organizowaniu w ostatnich latach Democracy Poland Action Committe – Canada olbrzymie słowa uznania należą się Małgorzacie Bonikowskiej z Toronto, redaktor naczelnej popularnej „Gazety – Dziennika Polonii” i autorce popularnego “Polcastu”. Aktywnymi do dziś w rozpowszechnianiu tego dzieła demokratyczno-informacyjnego pozostali moi serdeczni przyjaciele Anna Bocheńska z Toronto i Marek Tucholski z Montrealu. Pojawiły się nazwiska nowe, Polek i Polaków, którzy tu się osiedlili w ostatnich latach. Innej, nowoczesnej generacji. Bardziej kosmopolitycznych niż zaściankowi mojej i poprzedniej generacji. Nie obarczeni nie tylko bagażem PRL, ale nawet bagażem „Solidarności”, która dla mnie jest tym, czym AK była dla mojego ojca: mitem młodości, działalności, niezłomności, idealizmu. I bardzo mnie to cieszy. Bo mity potrafią być bardzo groźne. Mity powinno się zostawić na gruzach Herkulanum i Ateneum. Im dalej od współczesności – tym zdrowiej.
Co więc zostawiliśmy, z polskiego punktu widzenia, za sobą w 2023?
Dewastację i rozpadanie się polskiej demokracji. Najgroźniejsze w obszarze sądownictwa i wymiaru sprawiedliwości, podporządkowania służb policyjnych i szeregu agencji służb bezpieczeństwa partyjnym interesom rządzących (PiS) – a to prosta droga do dyktatury. Niszczenie przynależności Polski do Unii Europejskiej, faszyzację polityki międzynarodowej poprzez silną współpracę z faszyzującymi Węgrami i innymi rządami i ruchami ultra-prawicowymi, co jest zresztą nie tylko polskim fenomenem. Jest szokujące dla mnie, że taką siłę polityczną (a wiec poparcie w społeczeństwie) zyskały grupy faszystów Konfederacji. Jest to zresztą fenomen pierwszej ćwierci nowego wieku w całej Europie i nie tylko (faszyzacja np. Izraela pod rządami Netanjahu wydaje się być szokiem nad szokami). Pewnie jest to tym razem negatywny objaw odejścia z życia publicznego generacji, która tą gehennę przeżyła. A jednocześnie odzwierciedleniem niepewności i lęku ludzkości generalnie wobec wielkich zmian i zagrożeń wynikających z bardzo już widocznych i przyspieszających swój marsz zmian klimatycznych Ziemi. Przyspieszanych karygodną polityką całego świata.
Główne osoby bardzo ważne w Polsce, które otwierają nowy, 2024 rok wedle mojej oceny to:
Donald Tusk bezwzględnie. Niezbyt przeze mnie lubiany polityk. Ale polityk na te czasy chyba najwłaściwszy.
Niespodziewanie – nowy Marszałek Sejmu, Szymon Hołownia. Też niechętnie mu się przyglądałem. I byłem kompletnie zakochany w nim, gdy prowadził, jako Marszałek obrady Sejmu w tych gorących dniach upadku PiSu. To był taniec baletmistrza i filipiki godne Demostenesa. Symbolem jego marszałkowania pozostanie na zawsze natychmiastowe usunięcie barier ulicznych przed Parlamentem RP na Wiejskiej – Polski Parlament wrócił w ręce Polaków, pracodawców posłów i senatorów.
Rafał Trzaskowski – Prezydent Warszawy, który nigdy stolicy na pastwę PiSu nie oddał. Jedyny, który w poprzednich wyborach prezydenckich w Polsce minimalną tylko ilością głosów nie wygrał ich. To zapaliło pierwsza lampkę w ciemnościach tamtej Polski i pokazało, że niemożliwe jest możliwe. Ryzykowałbym stwierdzenie, że bez tamtej walki prezydenckiej i bez jego prezydentury w Stolicy kraju być może nie doszłoby do wygranej Koalicji Demokratycznej w październiku 2023. Nie mam pojęcia, czy Tusk formując Koalicje nie uczynił pewnych obietnic wobec Hołowni w sprawie kolejnych wyborów prezydenckich i nie obiecał, że Trzaskowski nie stanie w szranki. Wątpię, by Tusk i Hołownia tego typu niehonorowy pakt zawarli. Ale lękam się. Trzaskowski jest człowiekiem nowej Polski, świeckiej, pro-europejskiej, światowej. Pokładam w nim wielkie nadzieje. I liczę bardzo, że za półtora roku stanie w szranki i wygra wybory prezydenckie w Polsce.
A teraz szok dla czytelnika – Andrzej Duda. Nie, nie pokładam w nim jakichkolwiek nadziei. Jako Głowa państwa jest i był i zawsze będzie beznadziejny. Kompletnie się do tej funkcji nie nadaje. Pierwszy w historii Polski od czasów republikańskich Prezydent-niedorajda. Pod każdym względem. Nawet wliczając w to początki PRL-u, bo i Bierut (okrutna postać i okrutnie zapisana w tej historii) nie był niedorajdą. Ale Andrzej Duda JEST prezydentem RP. I może jeszcze wiele szkody Polsce wyrządzić. Jedyną szansą jest, że jego własny lęk przed konsekwencjami obstrukcjonizmu może okazać się dla niego za wysoki. Oczywiście jest też możliwe niestety, że ulegnie typowym dla takich charakterów ciągotom – zawierzy swej mocy i swym umiejętnościom. Których nie posiada, ale w zdaniu poprzednim wyjaśniłem, że może być tego nieświadom. A polska Konstytucja daje prezydentowi sporo uprawnień i władzy.
Ze świata kultury: Agnieszka Holland, która przyniosła tyle światowego rozgłosu dla polskiej kinematografii; Olga Tokarczuk za użycie swego nimbu literackiego Nobla nie tylko jako rozgłosu polskiej literatury, ale generalnie za stawanie w obronie wolności kultury i twórczości polskiej, wolności twórcy w dobrze tematów i ich realizacji. Teatr Och_Teatr (w dawnym kinie ‘Ochota’) i jego dyrektorka Krystyna Janda za niezłomność programową i kreacje teatralne w najlepszych tradycjach polskiej sztuki teatralnej. Generalnie przytłaczającej ilości polskich twórców kultury w obronie wolności słowa, wolności artystycznej i zaangażowania politycznego po stronie ruchów demokratycznych. Więcej nazwisk wymieniać nie będę, bo by zajęło bardzo dużo miejsca.
Największe zagrożenia dla Polski:
Kryzys klimatyczno-ekologiczny. To najniebezpieczniejsze zagrożenie całego świata, globalny kryzys egzystencjalny ludzkości. Dla samej Polski szczególnie niebezpieczny, ponieważ jest nie tylko zapóźniona w skutecznej działalności na tym polu ale i w wyjątkowo rabunkowej gospodarce zarządzania środowiskiem naturalnym. Dogonienie czołówki państw europejskich będzie się wiązało z bardzo wysokimi kosztami finansowymi dla Skarbu państwa, a więc też dla ludności Polski. I do tej pory nikt tego obywatelom tego kraju jasno i bez politycznych kłamstw nie powiedział. Dotacje Unii Europejskiej nie mogą zastąpić nakładów Polski, czyli jej obywateli.
Wojna rosyjsko-ukraińska. Tu rozwodzić się nie trzeba. Chyba wszyscy te zagrożenie rozumiemy. Kolosalne na wielu płaszczyznach z racji obecnych granic Polski, ze względów historycznych połączeń sięgających prawie zarania polskiej państwowości, z ryzyka wojny nuklearnej lub katastrofy nuklearnej, z obciążeń związanych ze wspieraniem państwa ukraińskiego, z masowej emigracji. Z konieczności wielkich wydatków na własne uzbrojenie i wielkość wojska. Liczenie tylko na ‘Hamerykę’ jest olbrzymim błędem. A zaciągnięte bankowe kredyty wojskowe ktoś kiedyś będzie musiał zwracać. Za mało się o tym mówi Polakom. Nawet Donald Tusk nie pojedzie (tak jak pojechał do Brukseli po zamrożone fundusze europejskie) na Biegun Północny prosić Mikołaja o specjalny lot saniami wypełnionymi po brzegi dolarami … .
Nie wszystko wyczerpałem. Ale starałem się najważniejsze zarysować. Z tymi zagrożeniami opisanymi w ostatnim paragrafie wiąże się jednak jeszcze jedno. Być może niewiadoma największa. Olbrzymim udziałem w wyborach Polacy pokazali światu piękny przykład masowego zaangażowania obywateli w odpowiedzialność obywateli w obronie demokracji. Pytanie ciągle bez odpowiedzi, to czy ta piękna akcja była kolejną polską piękną szarżą husarską czy przebudzeniem narodu do świadomej, mądrej obywatelskości na co dzień? Na samym końcu żaden rząd nie rządzi całkowicie (poza rządami autokratyczno-dyktatorskimi) w próżni. Rząd musi być ‘rządzony’ przez obywateli. Na co dzień. Tylko wtedy i nasze własne oczekiwania będą bliższe rzeczywistości i możliwości skarbowych państwa na ich zaspokojenie. Bo kupowanie przez rząd poparcia wyborcy – jak się gorzko przekonaliśmy – bywa często na lichwiarskich warunkach. 6+6=12. Nie 13 ani 14, jak ilość rocznych emerytur w Polsce.