Rose Garden extravaganza in Stanley Park

Rose Garden extravaganza in Stanley Park

Oh, I could go on and on about this park. As you already know I love it as a living creature, someone very close indeed. I think that the park senses it themselves (as I don’t know the gender of this massive green creature, I will use the third person pronoun). They like me , too as I can sense it also. The huge trees sway a bit , when I look at them; the low lying grass and small shrubs smile at me. Old friends for few decades by now indeed.

Last time I went to Beaver Lake it was truly quite a few years ago. My sisters came to Canada that year from Poland, and we took our Mom with us (she truly liked that lake and the entire park) for nice slow walk. Therefore that afternoon yesterday was once more my walk down the memory lane.

From the lake I biked down the Pipestone Road to Rose Garden. Smiling shadows of my Mom and our dear friend Irena Kropinska were with me – both of them absolutely loved that garden, the Kingdom of Flowers.

Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Magiczna Rzeczywistość – Słoneczne Wybrzeże (Sunshine Coast)

Świat, gdzie magia miesza się z rzeczywistością. Sina dal morskich zatok, otulona gęstym wiankiem zielonych stoków skalistych wysepek pochylających się nad gładkim lustrem oceanu, drży regularnym rytmem silnika statku w rejsie do przeszłości i do jutra skrytego za kotarą dnia chylącego się do zmierzchu.

Jeszcze moment, jeszcze chwila i cała ta idylla spłonie jak Feniks w kaskadach karminu zachodzącego  słońca, które spłyną jak rzeka lawy do oczekującego je morza.

Oto zapiski wędrowca z kijkiem w ręku. Wędrowca spod Bay of Fundy wielkiego Atlantyku, od skalnych zatok sinego Pacyfiku Północy z ogrodami wielometrowych zielonych glonów.

Po latach, po milleniach będę stał w tym miejscu, dotykał stopą skamieniałych strumieni tej lawy, która tutaj spotkała się ze światem wody, resztek pra-oceanu, życiodajną Panthallezą[i]. Będę znajdował resztę odbitych, jak na fotograficznej kliszy, nieznanych liści, gałązek, rowków wyżłobionych przez jakieś robaki, skorupiaki i kręgowce, które żyły na stokach tej góry lub w dolinkach u jej stóp na minutę przed wielkim wybuchem. Wielka eksplozja nagle rozsadziła połowę tej potężnej góry, resztę zalała ognista rzeka, która płynąc chłodła i krzepła. Krzepło też, tężało w jej teraźniejszym korycie życie, które znalazło się na jej drodze. Aż dopłynęło dysząc, sapiąc do krani wielkiej wody – matki wszystkiego, co żyje.

               Rozgniewana zuchwałością ognistej lawy Panthalleza stuknęła laską w grzbiet lawy i rzekła: dosyć! Ni kroku dalej! Tu zostaniesz. Stworzysz skalisty mur obronny przed dalszymi potokami głębin twojej ojczystej góry. Ja jestem życiem, ty – zniszczeniem.

Dałam ci kiedyś więcej swobody, cofnęłam swe królestwo, by dać tobie możliwości zbudowania życia, pokoju i szczęścia. Byłam twoją matką, Pangeą.

Będąc starą matką smutno westchnęła: jesteś synem marnotrawnym. Popełniłam gdzieś błąd, przebacz.

               Stare kobiety w lekkich sukienkach, z laskami w ręku idą na plaże z wnukami. Zostały też same, odeszli mężowie-rybacy, mężowie-poławiacze ostryg w Powell River. Na wielkim cmentarzysku tych kolonii ostryg chodzą tylko Chinki w czarnych szerokich kapeluszach, z wnukami obok uczących się od babć wyrąbywania kolonii jeszcze żywych ostryg. Olbrzymie cmentarzysko już wymordowanych ostryg powiększa się każdego roku.

W nocy, w gęstym lesie olbrzymich tuj i sosen w Stillwater, gdzie rozbiliśmy namiot, słychać głośne oddechy i charakterystyczne, głośne rzucania się bokiem wielorybów. Śpiewają do siebie, do braci i sióstr. Ich odgłosem idziemy, po omacku prawie, w tej prastarej dżungli Północy, na skały nad wodą. Tam dopiero można spojrzeć w niebo i zobaczyć bez jakichkolwiek zakłócających ciemność świateł, niewyobrażalną wręcz orgię Drogi Mlecznej. W tych milionach jaśniejszych i mniej wyraźnych trudno wprost rozpoznać znane gwiazdy i zbiory. Ledwie doszukujemy się Wielkiego Wozu i Syriusza[ii] jasnego w Plejadzie Wielkiego Psa Oriona. To on szykuje się do rzutu oszczepem. Oszczepem w serce? W rozum? Ponoć ma moce nadzwyczajne odradzania, miłości, łączności z Kosmosem. Kochała go Izyda egipska, czcili Grecy.

Hej Syriuszu, oblubieńcu Izydy – podaj dłoń rozświetloną latarnią Oriona, rzuć całusa przez gęste mgławice niebios, niech poczuję drżące wargi na moich.

Czego to oślepienie reflektorami gwiazd nie zrobi! Jeszcze trochę abym rozpłynął się był w tej smudze gwiazd i gdzieś z jakimś mitycznym Syriuszem erotyczne fikołki wyczyniał. I co by na to wieloryby powiedziały stateczne i mądre? No, foki to już inna sprawa. Foki to takie wesołe rozrabiary i od psot niedalekie. A rano z tych samych skał poskakać się jeszcze chciało na ostatnie pływanie. Podpatrywanie fioletowych rozgwiazd, machanie ręką ze śmiechem do figlujących foczek. A statecznym wielorybom skłonienie się w półpasie.

Uroczy Lund, gdzie kończy się szosa, Powell River, Stillwater, Texada[iii] przed nami, skąd widok byłby na ukochaną Hornby Island[iv].


[i] w najstarszym okresie geologicznym Ziemi super-ocean, protoplasta dzisiejszego Pacyfiku

[ii] Alpha Canis Majoris

[iii] największa wyspa w bliskiej odległości od Sunshine Coast

[iv] mała wyspa (za nieco większą wyspą Denman) z połączeniem promowym od wielkiej Vancouver Island 

Pride Parade in New Westminster, Canada

Pride Parade in New Westminster, Canada

Saturday August 16, 2025 was culmination of Pride Week in New West, and traditionally there was a very popular parade. Unlike the huge march in Vancouver with floats and thousands of people marching long route through the city – in West the parade is a parade of the entire downtown core and whoever wants to come. I was glad that it was extended all the way to the old train station building (a popular restaurant for many years now). Back in the day it was a short two blocks of partying and dancing between 4th and 6th Streets. Nowadays it takes the entire length of the street from 4th by the Queens Hotel to 8th by the old tran station. There was no march but just folks mingling with each other and multitude of kiosks offering trinkets, food, drinks, fun games, information booths, There were stages for dance music, stages for performances. Loads and lots of fun – simple. And thousands of people showed up. Met quite a few old friends back from my time, when I lived on the other side of the river, in Surrey. They were grayer, older – but still kicking the butts, LOL. Among them the organizers of the parades in New West and in Holland Park in Surrey, where I first get to know them personally and chatted with them many times. They are still doing the same here, although Surrey no longer does big event for gay community. I think that was at that time in Surrey’s Holland Park I met first time Jeremy Perry, who was still single guy at that time (or was it in the old Heritage Pub in New West and in Surrey we just simply met and chatted – can’t remember that now). Jeremy is now happily married but still works hard for the community in New West. Great guy.

Voila – the guys who works their butts out for years for the community:

… and in New West, 2025 – thank you guys. And Jeremy, where is he? On the picture of course, with me next to him, in the same park in Surrey and the same year 2014.

I will start with few picture prior to the actual parade to show you the hard work organizers and vendors and very friendly (and handsome, always thought that the New West cops very the best dressed and looking in entire Greater Vancouver – seriously had a crush on them, LOL) police officers, who wore very nice badges special badges for that occasion.

and slowly the street filled out with people …

Sunshine Coast allure – Czar Słonecznego Wybrzeża

Sunshine Coast allure  – Czar Słonecznego Wybrzeża

Onegdaj. ledwie kilka tygodni temu przyleciały z wizytą do Vancouveru dwie przemiłe dziewczyny, mama z córką – Elżbieta i Zuzanna. Przyleciały pobyć z mieszkającym tu synem, moim przyjacielem. I spędzili razem dwie kilkudniowe wycieczki na zaczarowanym Sunshine Coast – pod namiotem, pod gwiazdami. Ich opowieści, zdjęcia stamtąd, moja pamięć tego miejsca taki obrazek mi wymalowały. Spisałem go, bo piórem lepiej chyba władam niż pędzelkiem.

Ognisko

dedykuję Elżbiecie i Zuzannie

Tetmajerowsko tak jakby?
Chmury, grzbiet i granie skalne?
Niech tam nawet! Ja, ona, on, ty.
Kosmos pędzi bezustannie.


Jak halny po stokach, grzbietach;
od ust do ust, śmiechu, szlochu,
na pędzących gdzieś kometach
sypie ziarno nam po trochu.


My, śmieszne ptaki historii,
dziobiemy te okruchy roześmiani,
zapłakani, przerażeni, zachwyceni.
W górach, chmurach i na ziemi.
Bośmy jednak trafem losu ciągle
do niej przytroczeni, zamyśleni …


Wieloryby nam śpiewają
gdzie cykady noca grają,
iskra zrywa się do lotu
tak zwyczajnie, bez warkotu
autobusów, samolotów.
Posiedzimy jeszcze chwilę
przy gasnącym już ognisku,
by spamiętać chociaż tyle
zanim zniknie wszystko w błysku.


/Bogumił Pacak-Gamalski, Kanada, sierpień 2025/

The Fraser River – giver and taker of life

The Fraser River – giver and taker of life

staľә

The Big River, now called Fraser; grey, fast, deep.

Charted but wild. The entire land locked

by mountains, ocean and artificial line called

border – yet, there too, right on the other side of

that invisible line, lies another wall:

the Cascades. Between these two walls is She, staľәẁ.

The vein carrying the lifeline of the Valley.

Called today a Fraser Valley. Living river,

like a huge Snake of Life, of good and bad.

staľәẁ the Lifegiver, and staľәẁ the Lifetaker.

/B. Pacak-Gamalski, 07.2025/

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Myślałem długo, po kilkakrotnych już spacerach w tym parku, czym dla mnie on jest. Czy jest faktycznie jednym z wielu na świecie, które uwielbiam i podziwiam? Jak Hyde Park londyński, berliński Tiergarten, warszawskie Łazienki. I jednak nie. Nie jest jednym z wielu. Nie mogę go postawić nawet na emocjonalnej wadze obok innych, wspaniałych parków vankuwerskich: Central Park, Park Królowej Elżbiety, czy rozkwiecony VanDusen.

Stanley Park ma dla mnie zupełnie inny wymiar emocjonalny, personalny. Jest jedyny, niepowtarzalny. I możliwe, że dlatego, że łączy się z najbliższymi, którzy ze mną tam chodzili. Głównie z moją Mamą, która go szczerze kochała też, rozumiała, słyszała, jak mówi, śpiewa. John naturalnie też ze mną tam bywał, ale aż tak blisko nie był z nim zżyty. Byłem tu z moimi siostrami kilkakrotnie, byłem z Damiankiem moim. Ale tylko Mama rozumiała moje uczucia do tego parku i obdarowała go swoimi

Przed wyjazdem na stałe i już po śmierci Mamy, właśnie tam pojechałem na spacer pożegnalny. Długi bardzo spacer. Odwiedzałem najbardziej bliskie miejsca, personalne zakamarki tego wielkiego królestwa flory. Rozmawiałem z nimi, dotykałem rękoma, obejmowałem wzrokiem.

Pamiętam przed wielu laty wielką wichurę, kiedy Park zamknięto ze względów bezpieczeństwa, a prasa i telewizja mówiły o powalonych olbrzymach i okrutnych zniszczeniach. Natychmiast tam pojechałem , zaparkowałem dalej i pobiegłem w knieje. Nie, nie był powalony na kolana, nie był śmiertelnie ranny. Ale zniszczenia były poważne. Przedzierałem się przez ściany leżących olbrzymów … i płakałem dotykając ich gałęzi, głaszcząc ich korę. I odżył.

Teraz, kiedy po latach wróciłem, jak syn marnotrawny na swoja ‘ojcowiznę’ , pierwsze kroki też tam skierowałem. Dziś wróciłem objechać go, jak dawnymi laty robiłem też, rowerem. Nie żadnym elektrycznym, a normalnym, mechanicznym. Takim, jaki wtedy miałem i który mi służył potem wyśmienicie w Nowej Szkocji.

Rower odebrałem w centrum Vancouveru, przejechałem wzdłuż bogatego, nowoczesnego wybrzeża, mijając przystanie jachtów. A potem, potem znajoma trasa brzegowa mojego parku. Pomachałem ręką siedzącej na kamieniu syrence w tym samym miejscy (tłumaczono mi kiedyś, że to nie syrenka, że nie ma ogona, tylko nogi – bzdura, jak siedzi nad wodą to ma nogi, jak nocą spływa do fjordu to zakłada ogon, ot i wszystko), przywitałem się ze wzruszeniem z zamienionym w głaz pięknym Indianinem o imieniu Siwash, wypłukałem nogi w falach zatoki. To była zaiste piękna wycieczka. I tak, Park i drzewa gadały do mnie znów. Pozdrawiały, jakbym nigdy nie wyjechał …

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Walce i liście

Wszystko śpiewa. Jak muzyka Chopina.

A czym śpiewa muzyka Fryderyka?

Jego muzyka śpiewa miłością,

śpiewa płatkami kwiatów,

wirujących piruetów w powietrzu.

Śpiewa o Tobie, o naszej Miłości,

śpiewa o nich i ich miłości.

Kim są? Parą zakochanych.

Parą chłopców, parą dziewczyn,

parą pani i pana o zmierzchu, z rana.

Skąd? To doprawdy zupełnie nieistotne!

Może z Lasku Bulońskiego w Paryżu?

Może z chatki koło Szafar na Kujawach?

Z Central Parku w Nowym Jorku,

lub z Hyde Parku londyńskiego?

Ach, z warszawskich Łazienek przecież!

Może stamtąd, może stąd.

Lecz na pewno są z drzew

 i kwiatów, z chmur i ptaków.

Tańczą pasażami na klawiszach

forte mocne i ciche piano.

Klawisze czarno-białe, niczym

surdut i koszula z mankietami

z brabanckiej, misternej koronki.

Czarno-białe schody pnące się

do komnat pełnych lędźwi i westchnień.

A ja siedzę tu, w Parku Królowej

 w Nowym Westminsterze.

Po drugiej stronie Wielkiej Wody,

 gdzie wielkie cedry pną się.

Wrony chodzą obok zamyślone,

dostojne i wiewióry biegają,

jak dzieci goniące się po trawie.

Jakaś para rozłożyła chustę i koszyk

pod tują, jejmością przysadzistą.

Jedzą kanapki i owoce. Kto wie,

może to ci, którzy spóźnili się

na śniadanie na trawie Maneta?

Wieczór się zbliża lipcowy, ciepły.

Myśli odjeżdżają na bujanych konikach drewnianych,

na grzbietach książek jeszcze nie napisanych.

Wiersz oparł się o drzewo plecami, patrzy w dal.

Zamyślony głęboko? A skądże!

Gwiżdże sobie wesoło, jak Sowizdrzał.

I tylko dźwięki twego walca Fryderyku,

niesionego opuszkami palców letniego Zefirka:

jak słodkie płatki róż, jak szabelki żółtych

fryzur słoneczników i drewnianych żołnierzyków.

W kościółku wiejskim na Podniesienie

grają dzwonkami leśnych konwalii,

ministranci z różowymi policzkami tańczą,

jak łabędzie: jeden czarny, drugi biały.

Zamknę notes, pisać więcej nie trzeba.

Pójdę echem tych dźwięków do walca,

by wirować ze światem płatków kwiatów.

/B. Pacak-Gamalski, 17.07.25, Canada/