Za grzbietem gór i szczytów niedostępnych z chmur jest taka przełęcz daleko stąd. Z niej, jak w kinie jakiś piękny film, otwiera okno się na morza łąk. Pojechać jeszcze miałem tam nim zapadnie mrok, odpłynie mój czas, zaśnie mój las.
Miałem przyjechać i pokazać ci, jak piękny jednak jest ten świat. W nim, na kępach traw rosną sny, pachnie słodkim odurzeniem kwiat paproci, młodości gwiazd i chmur. Tam, tuż za grzbietem tych sinych gór – słodkim dniem, drżącym snem.
Ale ten czas, ten mój czas, kurczył się jak cień. Aż znikł prawie. Przyszedł zmierzch, nastała noc. Potykałem się o grań śliską nocy wilgocią. Odeszła gdzieś moja moc i młodość, która miała trwać oceanem sił, milionem chwil.
Jeszcze się w ognisku żagiew tlił, jeszcze ciepło od popiołów biło. Ale tliło – nie gorzało już. Ognisko dogasało. I ramię drżało z lęku, gdy ci go użyczałem byś niepewnym krokiem nie potknął się o żerdź przerzuconą nad wartką roztoką.
Przełęcz ‘Krzyżnem’ zwana przez zbiegające się tam szlaki niebiańskie i turystyczne niech cię woła, niech wabi, niech czaruje śpiewem Tatr. Opowieściami muzycznymi Szymanowskiego, Karłowicza, niech mówi prawdy i kłamstwa o Witkacym, nuci Asnykiem. Niech szepcze do ucha o pocałunkach chłopców zakochanych w swoich odbiciach w źródlanej wodzie, o dziewczynach z warkoczami grubymi jak ramię, czarnymi jak noc w tatrzańskiej puszczy. Musisz tam pójść byś mógł to miejsce przez całe życie pamiętać.
Nie zgubisz się, nie lękaj się – będę z tobą nawet gdy mnie nie będzie. A jest mnie coraz mniej, zasypia mój las i moje trasy mrok pokrywa coraz to gęstszą mgłą. Ale przyjdę. Może nie poznasz, nie zauważysz w tej mgle – ale będę. Gdy się potkniesz – podniosę. Gdy pośliźniesz się na grani – za rękaw podtrzymam. Wiesz, że będę, gdy mnie nie będzie. Będę drżał z lęku byś ty go nie odczuwał, bo mnie lęk nie straszy. Stracił swoją moc. Więc nie czekaj aż przyjadę i razem tam pójdziemy. Może na pociąg, na samolot nie zdążę. A wówczas będę czekał tam. Na jakimiś kamieniu sobie siądę, pod jakimś świerkiem, nad strumieniem jakimś. I będę gwizdał do ptaków, do gór i świstaków. Aż przyjdziesz. Bo przecież kiedyś będziesz chciał.
Z Krzyżnego wzrok zatoczysz, Morskie Oko puści ci oko, o Wołoszyn oprzesz się plecami i w dolinę zwrócisz wzrok. Tam, w oddali, otworzy ci ramiona Twoja młodość – z gwiazd i chmur. Chwyć ją pewnie, w plecak włóż. I to wszystko, i to już. Możesz wracać już spokojnie ku dolinom, ku ulicom miast dudniących, rozbieganych, zagonionych. Lecz Krzyżnego nie zapomnisz i młodości nie zagubisz. Może nawet kiedyś moją wspomnisz.
Ot, i noc w me okno puka, wiec już kończę, nie przedłużam (okno nocy, gdy w nie puka, nie otworzyć nie wypada) – ściskam cię serdecznie więc,
Twój przyjaciel, ja.
Karkonoska akwarela z przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku autorstwa ojca autora, Milo Pacaka seniora
Dziesięć dni temu zachciało mi się setki kilometrów jechać w pogoni za słońcem. A słońce to wiecie – dumne i zarozumiałe, jak paw. Puszy się i oślepia swoim blaskiem. Nie dziwota, że pewien Ludwik francuski po zbudowaniu Wersalu i sali lustrzanej ozwany został Ludwikiem Słońce. Chodził po tej Sali Luster i oślepiał swym majestatem poddanych mrucząc: Francja to ja! Tak i moja podróż z tłumami innych w miejscach gdzie pełne zaćmienie miało nastąpić tym się skończyła – oślepieniem. A zdjęcia mogłem robić tylko wtedy właśnie, gdy ten mały kawałek skał kosmicznych, szarak taki zwany Księżycem, zasłonik Boga-Słońce i tylko jego królewską grzywę promieniującą wokół Księżyca można było oglądać. Księżyc-szarak zresztą niezbyt często za dnia się na nieboskłonie pojawia. Z wieczora tylko chyłkiem się przechadza lekko zawstydzony swą szarościa właśnie.
About ten days ago I drove hundreds of kilometers after the Sun. Sun – as you know – is very vane and proud, like a peacock. Blinds you with its glory. It comes as no surprise that a certain French king, after the construction of Versailles and its Hall of Mirrors was named Louise the Sun. He regularly walked that famed Hall blinding with his majesty the poor subjects taking to himself: I am France! Of course, my journey with throngs of other people running to places where the total solstice was taking place – ended up being blinded by the god of the heavens. And the only pictures I took were of that small, black rock that covered the blinding god. Naturally, a glowing aureola of the god was still flaming in full glory. The poor, grey Moon seldom shows up during the daytime in the skies. It feels too timid, too embarrassed by its own greyness, and lack of splendor.
Więc dziś nocą, zawstydzony żem o mym skromnym przyjacielu zapomniał – wyszedłem z kamerą i serię portretów mu zrobiłem. Jakiem robił onegdaj. I mówiłem mu: jesteś piękny i uroczy w swej skromności. Dziekuję żeś przyszedł i przejrzał się wodzie, zapalił migotliwa gazową latarnię w mrocznym zaułku.
Hence tonight, at 2 o’clock, feeling a bit ashamed that I forgot my faithful friend – I took my camera and made a series of his portraits. As I used to do. I told him: you are beautiful and charming in your shyness. Thank you for lighting the old gas lantern in this dark mews.
Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.
Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.
Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.
Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.
Naturalnie, że nie będę tu pisał ani o literaturze rosyjskiej ani o zjawisku ‘dostojewszczyzny’. Ale będę tu pisał o pewnych zachowaniach, które żywcem prawie z duszy rosyjskiej przeciekły w duszę izraelską. Celowo i z rozmysłem nie piszę ‘w duszę żydowską’. Izrael dzisiejszy, Izrael od wielu już lat kształtowany przez Netanjahu nie jest tym państwem, jakim był wcześniej. Izrael –państwo wymaga od wszystkich Żydów na świecie moralnego, pełnego i niekwestionowanego wsparcia i poparcia. I kategorycznie zabrania Żydom, obywatelom i mieszkańcom innych krajów, krytykowania poczynań izraelskich. Żyd, który krytykuje Izrael jest w oczach współczesnego Izraela zdrajcą. A zdrajca, to wiadomo: gorszy niż wróg.
Nawet Kaczyński w trumwiracie z Ziobrą i Szydło-Morawieckim nie ośmielił się tak oficjalnie mówić do mnie i setek tysięcy innych Polaków zamieszkałych poza granicami Polski, kiedy głośno i zdecydowanie wobec ich rządów mówilismy: No pasarán!
To w Rosji jest to umiłowanie ‘mateczki Rasiji’ bez względu na to, jaką jest ‘mateczką’. Rosja była zawsze (w rozumieniu rosyjskim) tą, która była niezrozumiała przez obcych, była poszkodowana, szkalowana, napadana. Otoczona zewsząd wrogami, którzy chcieli ja osłabiać, napadać, zagrażać jej istnieniu. Scenariusz wypisz-wymaluj oddający postawę Izraela wobec nie tylko żydów ale i Żydów (przypomnę, że ‘żyd’ pisany z małej litery oznacza osobę wyznania mojżeszowego, niekoniecznie oznacza pochodzenie etniczne lub narodowe; podobnie jak ‘katolik’, ‘protestant’ czy ‘buddysta’ – pisane jest to z małej litery).
Jest bezwzględną prawdą, że Izrael dwadzieścia, trzydzieści i czterdzieści lat temu nie był państwem, jakim jest dzisiaj. Przeciwnie – był wyspą i oazą demokracji, praw człowieka i obywatela, tolerancji, otoczony morzem państw dalekich od tych ideałów. Świat arabski ( i nie tylko) Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki był ciągle w mrokach. Nigdy nie był państwem idealnym. Od początku hołdował zasadzie apartheidu wobec mniejszości palestyńskiej w granicach Izraela. I od dziesięcioleci odmawiał Palestyńczykom ich niezbywalnego prawa do własnego, niezależnego i w pełni suwerennego państwa. Państwa, które te prawo miało potwierdzone od zarania istnienia ONZ – od tego samego czasu, gdy to samo prawo przyznano w ONZ dla Żydów. Ale był państwem, które ciągle miało szerokie uznanie i szacunek innych państw demokratycznych.
Pisałem o tym w szeregu tekstów z tym tematem związanych, więc dalej tego wstępu rozwijać nie będę. Podobnie jak w długiej serii moich artykułów rozpatrywałem kwestie polskiego antysemityzmu – w świetle antysemityzmu innych państw cywilizacji chrześcijańskich.
Ale teraz o tym, co stało się ledwie dwa dni temu, 3 kwietnia. A 3 kwietnia Izrael dokonał zbrodni niewytłumaczalnej, niewybaczalnej, zbrodni wojennej wedle Konwencji Genewskiej. Nie, nie piszę o masowym mordowaniu dzieci, kobiet i generalnie palestyńskiej ludności cywilnej. O tym też już pisałem i nic się w tej materii nie zmieniło (poza zwiększającą się stale liczbą ofiar cywilnych terroru izraelskiego) – piszę o ataku na wyraźnie oznaczone, zapowiedziane wobec wojsk izraelskich samochody międzynarodowej organizacji pomocowej ofiar wojny – World Central Kitchen.
Dzięki temu właśnie, że były bardzo wyraźnie oznaczone, dzięki temu, że wojska izraelskie miały dokładnie podane namiary i śledziły ruch tych transportów żywności dla umierających z głodu dzieci i kobiet palestyńskich – wojska izraelskie ostrzelały je ogniem artyleryjskim i zamordowały cywilną obsługę tych samochodów. Nie pierwszy raz celem ataków lotniczych, rakietowych i artyleryjskich byłe pojazdy międzynarodowych organizacji pomocowych – wiemy co stało się samochodami i ich załogą ONZ-owskiej organizacji niosącej pomoc Palestyńczykom. Hałas był też olbrzymi – nie taki jednak silny i konsekwentny, jak obecnie. Głównie dlatego, że transporty ONZ-owskie były obsługiwane przez załogi palestyńskie. A życie Palestyńczyka, jak się wielokrotnie przekonaliśmy, jest bardzo tanie.
Tym razem hałas i żądania odpowiedzialności, przeprosin i dochodzenia, jak do tej zbrodni doszło były silne. Bardzo silne. I gniew wielu potężnych państw nie ukrywany. W Wielkiej Brytanii tysiące naukowców, polityków a nawet byłych sędziów Sądu Najwyższego opublikowały list publiczny domagający się natychmiastowego zaprzestania jakiejkolwiek pomocy w przekazywaniu środków militarnych dla Izraela. Zwolennicy Partii Demokratycznej w USA – mimo, że jest to rok decydujący o tym, kto stanie w przeciw Trumpowi w najbliższych wyborach prezydenckich – zagrozili Bidenowi odmową poparcia. A to byłby najprawdopodobniej koniec jego marzeń o kolejnej kadencji. Premier Kanady nie ukrywał swojego oburzenia i ostrego potępienia tej zbrodni w swoim publicznym wystąpieniu. Polska (co wyjątkowe w obecnym układzie sił politycznych w Polsce) w tandemie Premiera i Prezydenta wystosowała równie silne żądania wobec Izraela i powołanie niezależnej, międzynarodowej Komisji do zbadania tej zbrodni. Dlaczego teraz?
Oczywiście powodem jest też rosnące zniecierpliwienie świata tą trwającą już od wielu miesięcy totalną wojną Izraela wobec Palestyńczyków. Ale zasadniczą przyczyną był fakt, że ofiarami tej zbrodni padli woluntariusze innych niż palestyńska narodowości. W tym obywatel Kanady, USA i Polski.
W tle tego wszystkiego pojawia się nagle postać ambasadora Izraela w Warszawie, Yacova Livne. Pan ambasador na oficjalnej stronie Ambasady na Twiterze wyraża swoje niezadowolenie i wyraźną wściekłość wobec Polski o nagłaśnianie tej sprawy, o jakieś żądania przeprosin, sankcji może nawet wobec Izraela. Oskarża ‘skrajną prawicę i lewicę w Polsce’ o antysemityzm. W tym oświadczeniu de facto przestawia fakty tak, by ci, którzy w Polsce są tym zamachem izraelskim oburzeni postawienie byli w świetle tej zmory i ohydnej ideologii antysemityzmu. Jest bez znaczenia, że np. Krzysztof Bosak z Konfederacji ma przypuszczalnie pewne tendencje (mówiąc bardzo ‘delikatynie’) antysemickie – ogólnie rzecz biorąc jest po prostu rasistą i ksenofobem. Ale w świetle zamachu dokonanego na Polaku w tym ataku na transport World Central Kitchen używanie przez ambasadora Izraela określeń : “antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do istnienia. Również dla dobra całego świata zachodniego” jest po prostu ohydne. Zwłaszcza przy rażącym braku jednego: przepraszam.
Tu przytoczę in corpore oświadczenie Jakova Livne:
„Amb. Yacov Livne 🇮🇱
@YacovLivne
Skrajna prawica i lewica w Polsce oskarżają Izrael o umyślne morderstwo we wczorajszym ataku, w skutek którego śmierć ponieśli członkowie organizacji humanitarnej, w tym obywatel Polski. Wicemarszałek Sejmu i lider Konfederacji Krzysztof Bosak twierdzi, że Izrael popełnia „zbrodnie wojenne” i terroryzuje organizacje humanitarne, aby zagłodzić Palestyńczyków. To ten sam Bosak, który do dziś nie zgodził się potępić masakry dokonanej przez Hamas 7 października i którego partyjny kolega, prawicowy ekstremista, zgasił gaśnicą chanukową menorę, którą zapaliliśmy w parlamencie w Warszawie. Wniosek: antysemici zawsze pozostaną antysemitami, a Izrael pozostanie demokratycznym Państwem Żydowskim, które walczy o swoje prawo do istnienia. Również dla dobra całego świata zachodniego.”
Po tym oświadczeniu pan ambasador został poproszony na rozmowę do gabinetu v-ce Ministra Spraw Zagranicznych i efektem tej rozmowy było jego ‘odwołanie’ tego oryginalnego twittu Ambasady Izraela i przeprosiny. Co w niczym nie zmieniło smrodu, jaki pan ambasador zostawił. Nie dostał też od Radka Sikorskiego listu persona non grata, który nakazywałby mu zbieranie manatek i wyjazd z Polski. A powinien. W zasadzie taka rozmowa, nawet bez owego określenia ‘persona non grata’ jest wskazówką, że winien sam wrócić do Tel Avivu. Czy tak się stanie – nie wiem. Polska chce utrzymać dobre stosunki z Izraelem. Choćby dla czasów przyszłych, gdy Izrael wróci (?) do rodziny narodów praworządnych i demokratycznych.
Teraz dwa słowa wyjaśnienia czemu we wstępie te odniesienia do ‘charakteru rosyjskiego’, do rusofilii zamieściłem. Otóż pan Yakov Livne urodził się w Moskwie, gdzie mieszkał prawie do ósmego roku życia. I nigdy nie ukrywał serdecznych związków z Rosja i kulturą rosyjską. Przeciwnie – cenił je sobie. Nie ukrywał też sympatii jaką darzy prezydenta Rosji, niejakiego Vladimira Putina. Co owocowało jego ambasadorowaniem w Rosji właśnie. Tej słodko-romantycznej, mistycznej Rosji jego dzieciństwa…
Ach, łza się w oku , psiakrew, kręci …
Natomiast ja mam pytanie do byłego ministra Spraw Zagranicznych (z okresu tych ultra-patriotycznych rządów PiSu, z czasów tych ‘antysyjonistycznych’ kampanii IPN-u (niesławny Instytut Pamięci Narodowej, gdzie celowo mieszano szlachetne z podłym, by tym światłem szlachetnego pokryć bród tego podłego z naszej historii najnowszej): jak to się stało, że rząd PiSu udzielił akredytacji dla pana Livne? Czyżby romans i zachwyt wobec tego szmatławca Netanjahu, którym im imponował tą samą demagogią, tą samą niechęcią do niezależnego i silnego sądownictwa był silniejszy niż dobro i honor własnego kraju?
Nie, nie udzielę odpowiedzi na to pytanie. Naturalnie, że jest czysto retoryczne.
Słoneczny dzień wiosny w Halifaksie w Kanadzie. Czas dobry na spacer down the memory lane … Smutny trochę, bośmy prawie wczoraj razem tymi uliczkami chodzili, a dziś sam. Ale i ciepły właśnie przez to, przez ten szalik wspomnień. Więc chodziłem tymi barwnymi uliczkami uroczych drewnianych domków prowadzących do uniwersyteckiego campusa i dalej do Public Gardens. Tam, gdzieśmy razem lubili zachodzić na spacery, na kawę, czasem na koncert ‘pod chmurką’. Pierwsze krokusy kwitły. Na końcu podjechałem pod budynek ‘Berkley’ – miejsce Twojej pracy i ludzi, mieszkańców i pracowników, którzy tak cię lubili i tak serdecznie pożegnali, gdyś odszedł w swoją gwiezdną drogę. Byli mi w tamtych okrutnych dniach wielką podporą. Więc chodząc po parku, po tych uliczkach – nie chodziłem sam. Byłeś obok mnie. Prawie mogłem cię dotknąć. Z dala od trurystycznego centrum, uliczki i lokalni mieszkańcy mają bardzo sympatyczny zwyczaj kłaniania się sobie, pozdrawiania innych przechodniów. Bardzo to lubię. Te krótkie ‘hay’ z uśmiechem na twarzy lub czasem dłuższe ‘how are you’. Kłaniałem się też ze szczerym uśmiechem i odpowiadałem ‘co za uroczy dzień dziś’. I był uroczy. Kiedyś będzie mi brakować tego sympatycznego witania się z nieznajomymi, jakby wszyscy byli sąsiadami zza ściany. Z tego samego podwórka.
Sometime during the seven years (1755-62) of mass deportation of all Acadians from Nova Scotia to Louisiana, a girl called Evangeline was deported, too. Whether her existence was a historical fact or a result of a mythical romantic story of love and death – we will never know. But we know that many ‘Evangelines’ must have faced that tragic fate. A story as old in the annals of literature as any tragic love story going back to times immemorial. When young lovers are torn apart by powerful forces of kings, gods, and generals unmoved by any cries or tears.
I have written here more extensively about the story and its background years ago. Have traveled almost the entire length of Evangeline Trail – a route she took on her way back from her exile in the marshes of Louisiana in search of her beloved. Almost the entire Trail. Yet, there was one, pivotal one, I have not visited. We planned to go there many times with my late husband but kept postponing it for various and absolutely mundane reasons. And a time came when my story become also a story of love lost and constant searches of memories of that love…
The other day, on a cold, wet, and windy Easter Saturday I went to the last spot, the pivotal spot, where Evangeline’s story began – to the little old town of French Acadian settlement of Grand Pré in Annapolis Royal Valley, close to quaint little town of Windsor.
The story was immortalized by no one other but the supposedly great American romantic era poet Henry Longfellow, who published “Evangeline. The tale of Acadie” in 1847. Never was an admirer of Longfellow’s style of writing and his literary testament. On the contrary, I see him rather as a mediocre talent. But the story achieved great popularity in the late XIX and the first half of the XX century. At a time of no television and relative seclusion of small towns in Main, USA and Maritime Canadian provinces of New Brunswick, Nova Scotia, and Prince Edward Island. It was read by many generations. And thus literature became a fact and a legend was born. Like in ancient Greece.
I first became aware of the story more than 30 years ago, sitting in the foothills of Kananaskis Country, in my in-law’s home in Priddis, Alberta. Thousands of kilometers from the Atlantic. A wonderful great aunt Theresa Cormier was just visiting, a dame of different epoch, sister of my mother-in-law’s mom – Mimi McDonald de domo Cormier. Mimi and her sister Theresa came to Pictou in Nova Scotia from a French-speaking Isle de Madelaine on the St. Lawrence Waterway in Quebec. In her youth, she loved the story of Evangeline and read it many times. We talked about the romantic-era poets and as a result, I got from her the Longfellow poem and an old print of a small album of black and white photography of places and the journey of Acadians and Evangeline’s exodus. A little old printed album called “Evangeline Land” containing no text, but a lot of very old photographs of the entire western shore on Nova Scotia associated with the history of the Great Exodus – the military expulsion of Acadians (French-speaking and mostly loyal to their French king) from their settlements in Nova Scotia. What you would call today – an ethnic and political cleansing.
The day was not pleasant. Windy, and very wet. Nonending drizzle of snow and rain. I thought it was very appropriate for the occasion – somber, sad, cold. That’s how it must have felt for the Acadians when they were first beaten down in a surprise attack of the English. And how it must felt when ‘Evangelines’, their families were being expelled by ships from their homes.
Of course, it has a truly epic ending – tragic and glorious in Evangeline’s finding of her beloved Gabriel only to give him to the Death itself. But – to the defense of Longfellow and so many other authors of tragic love stories – love could be a bit perverted. Especially truly great love. The death of one of the lovers is followed by years, if no lifetime, of unspeakable despair and suffering. As if gods would whisper with irony – I will answer your prayer and give you great love, but be aware that the price for it is very high …
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami (i tu należy dodać: za oceanami), żyła biedna wiejska dziewczyna, Akadyjka o imieniu Ewangelina. Akadyjczykami nazwano kolonistów francuskich w części Nowej Francji (marzenie króla Ludwika), którą właśnie tak nazwano: Akadia. Ewangelina mówiła naturalnie tylko po francusku. I zakochała się w młodym chłopaku, też Akadyjczyku, Gabrielu.
Ale zaraz po Francuzach w Akadii znaleźli się żołnierze brytyjscy. Ich król też marzył – tyle, że nie o Nowej Francji a o Wielkim Imperium, brytyjskim naturalnie. I zaczęli wzajemnie się przepędzać, strzelać do siebie. No i Anglicy nie chcieli nazywać Akadii ‘Akadią’ a nazwali Nową Szkocją. Nowa Francja, Nowa Szkocja. Strach pomyśleć, gdyby jakiś niemiecki Wiluś zapragnął też kawałka tego Nowego Świata, bo jakby on to by nazwał? Nową Germanią? Może Walkirią? Aż strach się bać, LOL. Ale było, jak było. Więc ci brytyjscy wojacy jednak przeważyli militarnie. W dużej mierze de facto nie potęgą brytyjskiego garnizonu, co wojnami w Europie (między innymi pod Sewastopolem, tak tym krymskim). Nic lub bardzo pewnie niewiele o tym wszystkim wiedzieć mogli młodzi kochankowie, Ewangelina i Gabriel.
Najpierw ich osadę w Grand Pré w Annapolis Valley zaatakował oddział żołnierzy brytyjskich i wybił wielu mieszkańców. W krótkim czasie lokalny rząd Nowej Szkocji zdecydował pozbyć się kłopotu z Akadyjczykami i podjął decyzje ich deportacji do odległej, obcej Luizjany, tysiące kilometrów na południu kontynentu. Taki los spotkał Ewangelinę i właśnie z Grand Pré ta masowa deportacja statkami się odbyła. Gabrielowi cudem jakimś deportacji udało się ominąć. Ale Ewangelina nigdy o wielkiej miłości nie zapomniała. Po latach i zapewne po heroicznej i strasznej wędrówce – wróciła do Nowej Szkocji. Z miejsca, gdzie wyladowała odbyła bardzo długą drogę pieszo lub przygodnie spotkanymi furmankami ze wschodniego wybrzeża Nowej Szkocji na zachodnie. Dotarła w końcu do Grand Pré. Jej ukochany dalej tam mieszkał. Ale radość była krótkotrwała. Gabriel był już ciężko chory, na śmiertelnym łożu. Miała jeszcze czas by złożyć na jego ustach gorący pocałunek.
Czy tą historię stworzył z własnej weny artystycznej Henry Wadsworth Longfellow, czy też spisał zasłyszane od innych wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce – któż dziś wiedzieć może na pewno? I czy to ma znaczenie? Nie, nie ma. Fakt jest faktem, że w przeciągu kilku krótkich generacji poemat Logfellowa zyskał olbrzymią popularność. Były to czasy wszak przed telewizją, radiem nawet i masowymi gazetami. O Facebooku nie wspomnę. Ludzie długimi wieczorami czytali książki. A w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku naturalnie czytano to bodaj jak Biblię. Wszak to ich historia, ta Ewangelina i Gabriel to ich dzieci, z ich osad i miasteczek! W dodatku napisana przez takiego wielkiego i znanego poetę, jak amerykański Longfellow!
Ja trochę zawsze na przekór – historia piękna zaiste, romantyczna. Longellow był bezwzględnie znanym poetą – nigdy bym go do grona wielkich romantyków nie dodał jednak. Ponoć był pod dużym wrażeniem twórczości Adama Mickiewicza – ale Mickiewiczem ani amerykańskim ani kanadyjskim nie był w jakimkolwiek względzie. Tak, znał warsztat wersyfikacyjny dość porządnie. Więc bez wątpienia był dobrym rzemieślnikiem. Dość na ten temat.
Ja jego poemat i historię Ewangeliny znam od blisko 40 lat. Mieszkałem wówczas w Albercie, pod Calgary. Na farmie wynajmowanej przez rodziców mego męża, u podnóża pasma Kananaskis w Górach Skalistych. Siedzieliśmy bodaj na werandzie tej farmy i prowadziłem ożywioną rozmowę z uroczą damą poprzedniej epoki – ciotką Teresą. Ciotka Teresą Cormier była siostrą mamy mojej teściowej, Mimi MacDonald de domo Cormier. Obie siostry pochodziły z francuskojęzycznej wyspy Madelaine na rzece św. Wawrzyńca. I obie już tam, nim osiedliły się w Nowej Szkocji, rozczytywały się w poemacie o Ewangelinie. Ciotka Teresa była absolutnie zdeterminowana, że prześle mi poemat Longfellowa i że musze go przeczytać. Co zrobiła po powrocie do Nowej Szkocji. A kiedy widziałem ją po raz ostatni, podczas ciężkiej wizyty w Nowej Szkocji w roku 2000 ( ostanie tygodnie życia jej siostrzenicy, a mojej kochanej teściowej, Leony) obdarowała mnie jeszcze swoistym ‘białym krukiem’ – wydanym przez fotografa A. L. Hardego z Kenville w Nowej Szkocji, małym, czarno-białym albumem fotografii miejsc związanych z przypuszczalnymi miejscami w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku, związanymi z Akadyjczykami i Ewangeliną z Gabrielem[i].
I ten właśnie skromny album zdjęć, w dość podniszczonej okładce, towarzyszył mi ostatniej soboty w drodze do miejsca, gdzie Ewangelina spotkała się ostatni raz ze swoim ukochanym. Sobota była dniem podłej pogody. Wietrznie, padał gesty drobny śnieg z deszczem. Wszystko było szare, smutne. Mieliśmy do tego miejsca przyjechać razem, ja i mój ‘Gabriel’ – John. Objechaliśmy razem całą Trasę Ewangeliny (Evangeline Trail). Planowaliśmy pojechać naturalnie i tam, do tego Grand Pré. I zawsze jakaś rzecz zwyczajna wypadała, że odkładaliśmy na dzień następny. Aż nadszedł czas, że już tego dnia zabrakło. Już pojechać razem nie mogliśmy. Tak, jak mimo wszystko w tych romantycznych lub antycznych historiach wielkiej miłości. Kończą się zawsze tragicznie. Im większa, im głębsza – tym ból i strata niewyobrażalne. Jakby bogowie faktycznie zazdrościli nam tego owocu, jakby szeptali uśmiechając się ironicznie: nie proś o rzeczy wielkie, bo może cię nimi obdarujemy ale za wielką cenę, która może być zbyt dla ciebie – człowieka – wygórowana …
Więc byłem w tą zimną, mokrą sobotę tam. I było mi dobrze, że taka podła pogoda, że żywej duszy w parku przy tym kościółku nie spotkałem. Był tylko duży pomnik Evangeliny wypatrującej w dal. Za znajomym brzegiem? Za Gabrielem?
I był obok, w drugim małym parku, wiele mówiący inny pomnik: kamienna grupa, rodzina – wypędzeni ze swych domostw Akadyjczycy pospieszani do wejścia na statek, którym miał ich wywieźć w jakiś ląd odległy, nieznany … Ostatnia w grupie była mała dziewczynka, bez zastanowienia się dlaczego i po co podszedłem i położyłem rękę na jej małej kamiennej główce. Chciałem powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze, poznasz tam inne fajne dzieci. Naturalnie, że kłamałem. Zawsze w takich sytuacjach kłamiemy, bo nie wiemy co powiedzieć. A królom i prezydentom jest to kompletnie obojętne – przecież mają cały świat na głowie, więc gdzież mieliby czas by zająć się jakąś jedną małą dziewczynką?!
[i] Hardy A.L., „The Ewangeline land made famous by the expulsion of the Acadian farmers by the British Government on account of their fidelity to their French King, and afterward immortalized by Longfellow, an American poet.; oocihm.64903 (numeracja ‘oocihm’ stosowana zanim wprowadzono system ISBN), r. ok 1899; s. 76
Ostatnie być może tygodnie moich spacerów dziennych i nocnych od tylu już lat trasą głazów i krzewów między torami a wodą Kanału Bedfordzkiego, jaki ooddziela Halifaks od Dartmouth. Znam tu każdą krzewinę i kształt każdego bodaj kamiennego wielkoluda. Mam kamienne fotele, gdzie przy dobrej pogodzie siadać lubię i czytać, myśli spisywaś w kajecie, pstrykać portrety wody i nieba wzajem się przeglądające w sobie. Moje Kamienie. Niemi świadkowie moich radostek i mojego odchodzenia od świata.
It seems as if my almost daily walks – and nightly, too – on that familiar trail of rocks and shrubs squeezed between train trucks and waters of Bedford Channel are coming to an end soon. I know here every tree, every shrub, and shape of almost all the rocky giants. They form my rocky sofas, and armchairs, where I sit and read, gather my thoughts, and write them down in my notebooks, take pictures of the two solitudes: water and sky observing each other. My Rocks.
They have changed, too. It was a wild paradise on the edge of town. No one land left to its own survival methods. Austere in wintertime and splendid meadow in the summer: tiny white, yellow and violet flowers, a lot of birds in them, small trees. On one side deep water – on the other, a hill taken by a glorious meadow with berries and flowering shrubs. Suddenly, after the pandemic, everything changed. No, not the nature. People changed. Garbage was strewn everywhere, pieces of broken furniture as in a landfill, even broken shopping carts. When I walk now I pretend that I don’t see it, I look the other way or at the sky. I know that come summertime the shrubs and patches of the meadow will cover a lot of it. But it makes me sad. That was taken away from me, too.
Ale moje Kamienie też się zmieniły. A właściwie zmienili je ludzie. Świat uległ wszędzie zmianie na gorsze po tej strasznej pandemii. Nanieśli śmieci, ktoś powyrzucał połamane meble, jakiś stary materac. Udaję, że tego nie widze, gdy chodzę. Na nocnych spacerach udaje się to łatwiej.
A to taki magiczny ogród niesamowitości przyrody. Na kamiennym podłożu, u skraju miasta wąska przestrzeń zamieniona wiosną i latem w bajeczne dzikie łaki. Krzewy czerwone, zielone, pachnace słodyczą dzikie róże, krzewy wysokie czerwonych jagód, kraina małego ptactwa i wron. Jest tam kilka miejsc z rzędami drobnych i niewysokich białych brzóż – brzeziny. I zaraz wspominam cudowną powieść o tym tytule starego poety, Jarosława Iwaszkiewicza. I widzę chadzających tam i Stanisława z Bolesławem, i Malwinę i może grobek Barbary.
A dziś, na jednym z moich ostatnich tu spacerów? Mijam miejsce, gdzie po drugiej stronie torów, od strony miasta była po prostu niesamowita łąka. Wejść tam nie można było od dzikiej gęstwiny. A siedzieć można było przed tym zjawiskiem i godzinę, obserwując te wszystkie kolory fauny i unuszące się na nimi pyłki pszczół, ważek. Teraz przechodzę i widzę straszną jamę, straszny dól, jak lej po bombie. Maszyny wyrwały wszystko, rozkopały całe wzgórze. Będa widocznie stawiać tu domy. I pewnie drogie, bo frontem do wody i z widokiem na cały Halifaks. I zaraz na myśl przychodzą słowa z innej książki polskiej literatury, też mi bardzo bliskiej – z ‘Dzienników’ czasów wojny Zofii Nałkowskiej. Często zapis nowy zaczynała od owego: ‘i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia’. Zaszła.
Dni temu kilka wstecz na Moje Kamienie poszedłem w porze przedwieczornej. Już się niosło ku wiośnie, już w powietrzu, mimo chłodu, dał się jej smak wyczuć. Krzewiny jeszcze nagie, jeszcze bezlistne a już się na święto Primavery szykowały. Deszczyk drobny mżył, a gałązki chwytały je warkoczami i obwiązywały się tymi tymi kropelkami niczym sznurami brylancików, perłami srebrnymi. I tak, w tych perlistych gałęziach, wiersz się był napisał. O młodości i chęciach. Taka primaverka niechcąca … a chcąca pomimo.
od Redakcji: tekst niniejszy jest fragmentem szerszej pracy naukowej prof. B. Szałasty-Rogowskiej: Szałasta‑Rogowska Bożena (2017). Antologie poezji polskiejw Kanadzie (z perspektywy antologisty). W: M. Kokoszka, B. Szałasta‑Rogowska (red.), “Antologia literacka : przemiany, ekspansja i perspektywy gatunku : seria pierwsza” (S. 186-200). Katowice : Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego.
Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:
Kanada blaskiem rozsypana,
Na dwóch lecąca oceanach,
Nie słyszy mnie i nie dostrzega
Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,
przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.
Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.
Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:
Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.
W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:
Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych –od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez którycho jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.
Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.
Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecumporto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:
kiedy staję na palcach
by zanurzyć dłoń
w jasnym powietrzu
spod stóp ucieka mi ziemia
jak wahadło
zawieszone
na iglicy zenitu.
Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.
addendum
tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego
Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com