On top of Little Mountain is a very special place called Queen Elizabeth Park. I am not sure how many modern day Vancouverites do know that the name of the park was given in honor of Queen Mother, not Queen Elizabeth II. At that time, in the 1930ties, Elizabeth Bowes-Lyon was the Queen Consort and as such Queen Consort of Canada. During her visit with King George VI in 1939.
Originally, before the English came here, it was lush small mountain of old growth forest with salmon spawning creeks running to False Creek (they still exist under the pavement and houses ). Later it became a basalt quarry. In 1936 Vancouver Tulip Association ask the City Board to create there a park – and so it begun. There are no longer grey wolves, bears, and elks roaming the Little Mountain, but birds and squirrels are plentiful. And so are people.
Philanthropher and landscape architect Bill Livingstone turned it into a gem of lush walkways, remnants of the old growth, Rose Garden, little ponds and small sport fields, and on top of it sits iconic Bloedell Floral Conservatory. Behind the Conservatory is an amazing display of water fountains and a famous sculpture of renowned British artist Henry Moore.
It used to be one of my favored places for walks with my Mom in my earlier days in Vancouver. Last time we went there with Mom, John and both of my sisters.
Był więc to czas najwyższy do odwiedzin tego specjalnego miejsca po moim tu powrocie. Przejść się ścieżkami, którymi chodziliśmy razem. Po spacerach w ukochanym Stanley Parku, w Central Parku w Burnaby, Bear Creek Parku w Surrey i naturalnie po Holland Parku w centrum Surrey, tuż pod domem … Powoli zamykam koło ponownych odwiedzin ‘syna marnotrawnego’, wdowca. Jeszcze tylko jedna dłuższa podróż, ostania może. Do kraju, gdzie wszystkie moje perygrenacje się zaczęły.
Powoli zaczynam czuć się zmęczony. Czas może siąść na ławce znajomej w starym parku nad Wisłą. Tam, gdzie były zauroczenia pierwsze, pierwsze miłości, gdzie jako dziecko słuchałem Szopena.
Od jedenastu już lat w prominentnym miejscu Północnego Vancouveru, u początków Lonsdale Avenue na nadbrzeżnych tarasach widokowych, organizowany jest Polski Festiwal. Od samego zarania robi to organizacja polonijna „Belweder” pod kierownictwem pani Urszuli Sulińskiej[i]. W latach ostatnich wspomaga ją w organizacji tego Festiwalu pani Iza Sobieska. Udział biorą też zacne członkinie Federacji Polek, Grupa Taneczna „Polonez”, organizacja „Barka” o charakterze pomocowym dla osób z uzależnieniami. Spotkałem z radością Patrika May – Kanadyjczyka o ‘polskim sercu’, wielkiego admiratora muzyki Szopena i organizatora Vancouver Chopin Society[ii].
Bardzo udanym było włączenie do występów świetnego bułgarskiego zespołu tanecznego, który scenę ożywił w sposób znacząco lepszy niż zespól polonijny „Polonez”. Jeśli radzić mogę, to bym sugerował, aby „Polonez” nie zawsze i nie na każdej scenie tańczył … poloneza. Ten prosty z pozoru tylko taniec jest w sumie bardzo trudny dla małych scen i traci wówczas swoje dostojeństwo i powagę. O wiele lepiej by wypadł mazur, kujawiak czy nawet krakowiak. Każdy z tych tańców mógłby być tańczony nawet w kontuszach, jakie użyto dla niefortunnego poloneza.
Wśród zaproszonych gości na scenie przemawiali Mayor North Vancouver i pani Konsul Generalna RP. Potem wystąpił miły młody prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej oddziału BC. Na końcu kilka słów powiedziałem i ja w skrócie przypominając o znaczących osiągnięciach twórców i artystów polskich zamieszkałych w ostatnich dziesięcioleciach w Greater Vancouver i ich wkładzie dla Polski i Kanady.
A to włąśnie rzeżba ‘Raphsody of the North’ Ryszarda Wojciechowskiego wykonana na zamówienie Rady Miejskiej North Vancouver. Stała kiedyś tuż nad miejscem, gdzie był Festiwal. Potem przeniesiono ją nieco dalej do budynku teatru na Lonsdale -przeszedłem całą tą ulicę i rzeźby już nigdzie nie widziałem.
A był znaczny, w każdej bodaj dziedzinie: kompozytorzy (Ryszard Wrzaskała), rzeźbiarze (Ryszard Wojciechowski); poeci (Grażyna Zambrzycka, Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, piszący te słowa Bogumił Pacak-Gamalski, Tomasz Michalak, Karolina Piotrowska, Ryszard Tylman, w mniejszej może skali Piotr Siedlanowski, Leszek Buczyłko, Ryszard Kryłowski, Edward Dornia, świetny tłumacz współczesnej literatury irlandzkiej Roman Sabo-Walsh; teatr (aktorzy i reżyserzy – Jerzy Kopczewski, Anna Gradowska, Elbieta Kozłowska, Anna Ślązkiewicz, Julia Siedlanowska, Jerzy Koplinger, a zdecydowanie największe zasługi dla polskiej sceny teatralnej w Vancouverze należą się panu Czumie, aktorowi z bardzo popularnego serialu telewizyjnego „Beachcombers”, który przejął prowadzenia teatru, nota bene synowi bohaterskiego dowódcy obrony Warszawy w 1939, gen. Waleriana Czumy; malarze (Andrzej Brakoniecki, Dariusz Bebel, Ryszard Kiełb, Wiesław Repnicki; wydawnictwa: Rocznik Twórczości „Strumień” i piszącego te słowa redaktora naczelnego tego rocznika, tygodniki Andrzeja Jara, Elżbiety Kozar, Andrzeja Manowskiego.
Anna Gradowska była nade wszystko znawcą historii sztuki (była założycielką Wydziału Sztuk Pięknych na Uniwerytecie w Caracas w Wenezueli) i publikowała na łamach „Strumienia” cykl esejów o sztukach wizualnych. Nie wolno też pominąć pracy i wydanych opracowań historycznych profesor Marri Jarochowskiej. Olbrzymią w tym temacie propagowania i rozwijania polskiej kultury miała organizacja ‘Pod skrzydłami Pegaza’ prowadzona przez Krystynę Połubińską; oraz powstała trochę później i równolegle z późniejszą działalnością grupy pegazowskiej działalność pani Ireny Gostomskiej i jej Grupy „Epizod”. Dużą pomoc i wsparcie w prowadzenie wówczas tej całej działalności i aktywności kulturowej mieliśmy zawsze od kolejnych Konsuli Generalnych RP. W tym miejscu składam im wszystkim podziękowanie. Bliski współpracownik redakcji “Strumienia” z niezastąpiona edytorką, Ireną – jeden z ojców polskiego dezajnu (design), były rektor ASP w Warszawie – Andrzej Wróblewski. Tobie i Irence składam osobne i wielkie podziękowanie za rady, wspaniałomyślność i cierpliwość.
Mógłbym wyciągnąć ze szpargałów mojego własnego archiwum wiele jeszcze nazwisk i wydarzeń. Osób i grup, które utkały bardzo bogatą tkaninę kultury polskiej i jej osiągnięć w tym pięknym mieście nad Pacyfikiem. To by już poza oryginalne ramy tego tekstu zbytnio się rozlało. A i czasu już dla tych tematów kronikarskich nie mam. Pewnie ostatni raz na te tematy piszę. Ale warto wiedzieć skąd przyszliśmy i co zrobiliśmy. Bo wbrew pozorom to nie spiże, nie stan kont bankowych i ilość nieruchomości tworzy najtrwalsze fundamenty historii człowieka i grup ludzkich – tworzy je Kultura, ta wyższa, z dużej litery.
Wawrzyńcowi, przyjacielowi i wspólnikowi tych przygód dedykuję
Świat, gdzie magia miesza się z rzeczywistością. Sina dal morskich zatok, otulona gęstym wiankiem zielonych stoków skalistych wysepek pochylających się nad gładkim lustrem oceanu, drży regularnym rytmem silnika statku w rejsie do przeszłości i do jutra skrytego za kotarą dnia chylącego się do zmierzchu.
Jeszcze moment, jeszcze chwila i cała ta idylla spłonie jak Feniks w kaskadach karminu zachodzącego słońca, które spłyną jak rzeka lawy do oczekującego je morza.
Oto zapiski wędrowca z kijkiem w ręku. Wędrowca spod Bay of Fundy wielkiego Atlantyku, od skalnych zatok sinego Pacyfiku Północy z ogrodami wielometrowych zielonych glonów.
Po latach, po milleniach będę stał w tym miejscu, dotykał stopą skamieniałych strumieni tej lawy, która tutaj spotkała się ze światem wody, resztek pra-oceanu, życiodajną Panthallezą[i]. Będę znajdował resztę odbitych, jak na fotograficznej kliszy, nieznanych liści, gałązek, rowków wyżłobionych przez jakieś robaki, skorupiaki i kręgowce, które żyły na stokach tej góry lub w dolinkach u jej stóp na minutę przed wielkim wybuchem. Wielka eksplozja nagle rozsadziła połowę tej potężnej góry, resztę zalała ognista rzeka, która płynąc chłodła i krzepła. Krzepło też, tężało w jej teraźniejszym korycie życie, które znalazło się na jej drodze. Aż dopłynęło dysząc, sapiąc do krani wielkiej wody – matki wszystkiego, co żyje.
Rozgniewana zuchwałością ognistej lawy Panthalleza stuknęła laską w grzbiet lawy i rzekła: dosyć! Ni kroku dalej! Tu zostaniesz. Stworzysz skalisty mur obronny przed dalszymi potokami głębin twojej ojczystej góry. Ja jestem życiem, ty – zniszczeniem.
Dałam ci kiedyś więcej swobody, cofnęłam swe królestwo, by dać tobie możliwości zbudowania życia, pokoju i szczęścia. Byłam twoją matką, Pangeą.
Będąc starą matką smutno westchnęła: jesteś synem marnotrawnym. Popełniłam gdzieś błąd, przebacz.
Stare kobiety w lekkich sukienkach, z laskami w ręku idą na plaże z wnukami. Zostały też same, odeszli mężowie-rybacy, mężowie-poławiacze ostryg w Powell River. Na wielkim cmentarzysku tych kolonii ostryg chodzą tylko Chinki w czarnych szerokich kapeluszach, z wnukami obok uczących się od babć wyrąbywania kolonii jeszcze żywych ostryg. Olbrzymie cmentarzysko już wymordowanych ostryg powiększa się każdego roku.
W nocy, w gęstym lesie olbrzymich tuj i sosen w Stillwater, gdzie rozbiliśmy namiot, słychać głośne oddechy i charakterystyczne, głośne rzucania się bokiem wielorybów. Śpiewają do siebie, do braci i sióstr. Ich odgłosem idziemy, po omacku prawie, w tej prastarej dżungli Północy, na skały nad wodą. Tam dopiero można spojrzeć w niebo i zobaczyć bez jakichkolwiek zakłócających ciemność świateł, niewyobrażalną wręcz orgię Drogi Mlecznej. W tych milionach jaśniejszych i mniej wyraźnych trudno wprost rozpoznać znane gwiazdy i zbiory. Ledwie doszukujemy się Wielkiego Wozu i Syriusza[ii] jasnego w Plejadzie Wielkiego Psa Oriona. To on szykuje się do rzutu oszczepem. Oszczepem w serce? W rozum? Ponoć ma moce nadzwyczajne odradzania, miłości, łączności z Kosmosem. Kochała go Izyda egipska, czcili Grecy.
Czego to oślepienie reflektorami gwiazd nie zrobi! Jeszcze trochę abym rozpłynął się był w tej smudze gwiazd i gdzieś z jakimś mitycznym Syriuszem erotyczne fikołki wyczyniał. I co by na to wieloryby powiedziały stateczne i mądre? No, foki to już inna sprawa. Foki to takie wesołe rozrabiary i od psot niedalekie. A rano z tych samych skał poskakać się jeszcze chciało na ostatnie pływanie. Podpatrywanie fioletowych rozgwiazd, machanie ręką ze śmiechem do figlujących foczek. A statecznym wielorybom skłonienie się w półpasie.
Uroczy Lund, gdzie kończy się szosa, Powell River, Stillwater, Texada[iii] przed nami, skąd widok byłby na ukochaną Hornby Island[iv].
[i] w najstarszym okresie geologicznym Ziemi super-ocean, protoplasta dzisiejszego Pacyfiku
Onegdaj. ledwie kilka tygodni temu przyleciały z wizytą do Vancouveru dwie przemiłe dziewczyny, mama z córką – Elżbieta i Zuzanna. Przyleciały pobyć z mieszkającym tu synem, moim przyjacielem. I spędzili razem dwie kilkudniowe wycieczki na zaczarowanym Sunshine Coast – pod namiotem, pod gwiazdami. Ich opowieści, zdjęcia stamtąd, moja pamięć tego miejsca taki obrazek mi wymalowały. Spisałem go, bo piórem lepiej chyba władam niż pędzelkiem.
Ognisko
dedykuję Elżbiecie i Zuzannie
Tetmajerowsko tak jakby? Chmury, grzbiet i granie skalne? Niech tam nawet! Ja, ona, on, ty. Kosmos pędzi bezustannie.
Jak halny po stokach, grzbietach; od ust do ust, śmiechu, szlochu, na pędzących gdzieś kometach sypie ziarno nam po trochu.
My, śmieszne ptaki historii, dziobiemy te okruchy roześmiani, zapłakani, przerażeni, zachwyceni. W górach, chmurach i na ziemi. Bośmy jednak trafem losu ciągle do niej przytroczeni, zamyśleni …
Wieloryby nam śpiewają gdzie cykady noca grają, iskra zrywa się do lotu tak zwyczajnie, bez warkotu autobusów, samolotów. Posiedzimy jeszcze chwilę przy gasnącym już ognisku, by spamiętać chociaż tyle zanim zniknie wszystko w błysku.
Są parki wielkie, obszerne, z kilometrowymi alejami. Parki, które naprawdę poznać zajmuje kilka dni, kilka wizyt. I są parki lokalne, sąsiedzkie, gdzie emeryci spotykają się na pogawędkę, ploteczki: młode mamy i tatusiowie ciągną swoje dzieciarnie na trochę gimnastyki, bieganie. Coś w rodzaju utworzonego prawie ledwie wczoraj placu zabaw w starym, uroczym Parku Ujazdowskim Warszawie … choć przyznaję, że lęk mnie ogarnia czy nie jest to zbyt dużym ‘decybelowym obciążeniem’ tego uroczego parku, gdzie właśnie cisza i spokój daje taką oazę dla skołatanych dusz. Eh, robię się zgryźliwym starcem, może? LOL.
Wracając do granicy między New Westminster a Burnaby, do Moody Park. Administracyjnie leży całkowicie w granicach New West, między Ósmą i Dziewiątą Aleją (łatwy dojazd z centrum New West autobusami nr. 108 i 106). Szerokie alejki, bez silnych wzniesień. Dużo ławek samodzielnych i stołów drewnianych na grupowe spotkania. Uroczym i mądrze pomyślanym jest niewielki odkryty basen dla dzieciarni, ale i dla dorosłych (dwie oddzielone od basenu głównego linie do pływania szybszego i głębszego). Ewenementem kompletnie nie z tej strasznie drogiej planety, jaką jest Wielki Vancouver są … ceny wstępu. Dwa dolary od łepka, obojętnie czy z loczkami dziecięcym, czy bez jakichkolwiek loczków lub koloru białego, LOL. Brawo dla Rady Miejskiej – bo dwa dolary to prawdziwie przystępna cena dla każdego.
Ten park lubiłem i przed wielu laty i John lubił tu ze mną na spokojne spacery przyjeżdżać jeszcze, gdy mieszkaliśmy w Burnaby, na Capitol Hill. Więc bliski memu sercu. Niżej kilka fotek.
Myślałem długo, po kilkakrotnych już spacerach w tym parku, czym dla mnie on jest. Czy jest faktycznie jednym z wielu na świecie, które uwielbiam i podziwiam? Jak Hyde Park londyński, berliński Tiergarten, warszawskie Łazienki. I jednak nie. Nie jest jednym z wielu. Nie mogę go postawić nawet na emocjonalnej wadze obok innych, wspaniałych parków vankuwerskich: Central Park, Park Królowej Elżbiety, czy rozkwiecony VanDusen.
Stanley Park ma dla mnie zupełnie inny wymiar emocjonalny, personalny. Jest jedyny, niepowtarzalny. I możliwe, że dlatego, że łączy się z najbliższymi, którzy ze mną tam chodzili. Głównie z moją Mamą, która go szczerze kochała też, rozumiała, słyszała, jak mówi, śpiewa. John naturalnie też ze mną tam bywał, ale aż tak blisko nie był z nim zżyty. Byłem tu z moimi siostrami kilkakrotnie, byłem z Damiankiem moim. Ale tylko Mama rozumiała moje uczucia do tego parku i obdarowała go swoimi
Przed wyjazdem na stałe i już po śmierci Mamy, właśnie tam pojechałem na spacer pożegnalny. Długi bardzo spacer. Odwiedzałem najbardziej bliskie miejsca, personalne zakamarki tego wielkiego królestwa flory. Rozmawiałem z nimi, dotykałem rękoma, obejmowałem wzrokiem.
Pamiętam przed wielu laty wielką wichurę, kiedy Park zamknięto ze względów bezpieczeństwa, a prasa i telewizja mówiły o powalonych olbrzymach i okrutnych zniszczeniach. Natychmiast tam pojechałem , zaparkowałem dalej i pobiegłem w knieje. Nie, nie był powalony na kolana, nie był śmiertelnie ranny. Ale zniszczenia były poważne. Przedzierałem się przez ściany leżących olbrzymów … i płakałem dotykając ich gałęzi, głaszcząc ich korę. I odżył.
Teraz, kiedy po latach wróciłem, jak syn marnotrawny na swoja ‘ojcowiznę’ , pierwsze kroki też tam skierowałem. Dziś wróciłem objechać go, jak dawnymi laty robiłem też, rowerem. Nie żadnym elektrycznym, a normalnym, mechanicznym. Takim, jaki wtedy miałem i który mi służył potem wyśmienicie w Nowej Szkocji.
Rower odebrałem w centrum Vancouveru, przejechałem wzdłuż bogatego, nowoczesnego wybrzeża, mijając przystanie jachtów. A potem, potem znajoma trasa brzegowa mojego parku. Pomachałem ręką siedzącej na kamieniu syrence w tym samym miejscy (tłumaczono mi kiedyś, że to nie syrenka, że nie ma ogona, tylko nogi – bzdura, jak siedzi nad wodą to ma nogi, jak nocą spływa do fjordu to zakłada ogon, ot i wszystko), przywitałem się ze wzruszeniem z zamienionym w głaz pięknym Indianinem o imieniu Siwash, wypłukałem nogi w falach zatoki. To była zaiste piękna wycieczka. I tak, Park i drzewa gadały do mnie znów. Pozdrawiały, jakbym nigdy nie wyjechał …
I tak dobiegają końca moje spacery cieniami spacerów sprzed lat w tym mieście. Nie, nie wyjeżdżam jeszcze, ale nie mogę żyć tylko przeszłością. I tak masę się jej nazbierało. Czas wrócić do dnia dzisiejszego, do teraźniejszości.
Dalej chodzić będę w miejscach, gdzie chodziłem z Mamą, z Johnem. Nie sposób inaczej – miasto, choć duże, aż tak zmienić się nie mogło! Zasadnicze jego kształty, miejsca pozostały te same. Stare, piękne parki są tam, gdzie były. Katedry, filharmonie, nawet niektóre restauracje – te same. Przybyło więcej domów, zwłaszcza tych niebotycznie wysokich, ale postawiono je na tych samych ulicach; te same plaże nad Pacyfikiem, nawet znajomi i przyjaciele – jak ja też starsi oczywiście – ci sami wciąż są tu. Gdy ich spotykać będę, będę z nimi rozmawiać teraz, w 2025, a nie z cieniami przeszłości. Spacery w Stanley Parku czy po Queen Elizabeth lub Central Park będą teraz. Tak, jak teraz fizycznie i emocjonalnie ja tu jestem. W tym wieku, w jakim jestem.
Ostatni taki sentymentalny spacer był ledwie wczoraj. W Surrey, w okolicach mieszkania na 138 Ulicy. Wybrałem się na jeżyny. Tam, gdzie chodziłem przez lata z Mamą. Dzika długa ścieżka idąca pod trakcja linii wysokiego napięcia, gdzie domów stawiać nie można było. I tak uratowała swoja dzikość. Była też świetną trasa rowerową, która bardzo lubiłem. A dalej nieco, w kierunku na wschód też doczłapałem się mimo upału – do Green Timbers Forest i uroczego parku z jeziorkiem. Jeziorkiem, gdzie jak Mama mawiała ‘chodziła ,na kaczuchy’, chodziła tam jeszcze z naszego domku w Guildford, z małą dziewczynką, którą się opiekowała, wnuczką byłej redaktor i wydawcy “Gazety”, Elżbiety Kozar. Elżbieta dalej mieszka w Surrey, w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkała ze swoim partnerem, cenionym i lubianym kompozytorem, pianistą, wodzirejem towarzystwa i sceny, Ryszardem Wrzaskałą.
Ale ja na te jeżyny, z laską i dwoma pojemniczkami. Pamiętałm, że zawsze te moje zbieranie jeżyn kończyło się poharatanymi nogami i ramionami, bo wysokie ponad głowę szpalery jeżyn maja kolec przy kolcu, jak haczyki na wędce. I zawsze mnie na ta wędkę złapały. Mama była dużo ostrożniejsza. Więc ja teraz też byłem ostrożniejszy. Jakże by to wyglądało aby facet w moim wieku chodził podziergany, jak nastolatek na narkotykach, LOL?
Jedno jeszcze, specjalne zdjęcie. Zdjęcie z miejsca, którego już nie ma, a które wyjątkowe znaczenie miało dla mnie i dla wielu. Ludzi kochających jazz, kameralną muzykę klasyczną, stary dobry pop w różnych odmianach, a w salce na półpiętrze – tygodniowe spotkania osób LBTTQ i własne nasze występy queer queens.
Na tym zdjęciu mojej Mamy urodziny tam 75-te, w 2013. Mało z nami siedziała przy stoliku, w zasadzie była królową parkietu. Gdzie – w ‘Heritage Grill’, vis-à-vis Royal Navy (też już nie istniejącego ciągu sklepowego – ale budynek wykorzystywany bardzo mądrze i praktycznie dla młodzieży).
Mama z Johnem
A teraz – droga na jeżyny. Z ostatniej wędrówki śladami przeszłości.
Cała ta okolica zachowała (dzieki tej trakcji chyba elektrycznej) swój stary charakter, te same stare i nowsze domki – dwa kroki dalej i już wieżowce. Stary, wymagający od czasów, gdy tam mieszkałem niezłego remontu tu domek ze starymi drzewkami papierówek. Nikt ich już wtedy nie zbierał, prócz mnie chyba. To i teraz zerwałem dwie – choć jeszcze kwaśne bardzo i twarde. Ale żadne jabłka tak nie smakują, jak te z szabru LOL!
Na rogu 140 Ulicy i 100 Alei smutny, stary domek, też w rozsypce. Smutny, bo to domek po koledze, młodym człowieku, przystojnym, mającym bardzo dobrze płatną pracę w BC Ferry na funkcji supervisora już na kilka lat zanim ja taką mogłem otrzymać ( BC Ferries były bardzo silnie zorganizowane i oparte na długości stażu pracy, jako zasadniczym probierzem awansu – oczywiście poza oczywistym profesjonalizmem i znajomością masy przepisów i regulacji – on zas w tej firmie pracował szereg lat dłużej). Czasami razem robiliśmy car-share do pracy, ale zrezygnowałem, bo męczyły mnie trochę jego dziwactwa i nie lubiłem jeździć do pracy starym samochodem policyjnym, jeszcze ze starymi reflektorami na dachu i znakowaniami policyjnymi. To były jego hobby, miał ich kilka zaparkowanych na podwórku. Wpadł w depresję i zmarł śmiercią prawdopodobnie samobójczą. Młody człowiek, naprawdę przystojny, z dobrą pracą, własnym, spłaconym domem, bez nałogów. A mnie wydaje się, że zmarł skutkiem … silnej homofobii. Zapominamy często o tym, że prawdziwy homophobe to osoba sama o orientacji homoseksualnej nienawidząca się przez to i wrogo nastawiona wobec innych, którzy tą orientację akceptują. Czy mam pewność i dlaczego tym w ogóle piszę?
Primo – jestem starej daty gejem i za moich czasów Pani Natura oficjalnie ofiarowywała nam urządzenie zwane ‘gejdarem’ (radar na rozpoznawanie innych gejów) byśmy łatwo mogli innych rozpoznawać w tłumie. Działał raczej niezawodnie. Z tego, co wiem nigdy mi się nie zepsuł i złych danych nie przekazywał.
Secundo – upłynęło wiele lat od tej smutnej śmierci. Nikt już prawie w BC Ferries z tamtego okresu nie pracuje. Emerytury, odejścia. Po prostu czas. A lekcja strasznie ważna i cenna dla ludzi młodych. Czasy są oczywiście inne, łagodniejsze, lepsze – ale czasy i wówczas w Kanadzie, a już zwłaszcza w BC Ferries , były tolerancyjne, akceptujące, dobre. a byłem z Johnem zatrudniony tam na wiele, wiele lat przed jakakolwiek instytucją małżeństwa – i od pierwszego dnia zrejestrowani byliśmy, jako para, odpowiednik konkubinatu. Najważniejsza przyczyna jednak jest inna: homofobia to ciężkie, trudne i niebezpieczne schorzenie psychiatryczne. Mówię nie o głupiej, wulgarnej ‘homofobii prostaków’ a o tej medycznie rozpoznawalnej chorobie. Która jest uleczalna. Jeśli sam, lub ktoś kogo znasz jest ofiarą tej choroby – powiedz mu, poradź wizytę u lekarza. Może komuś uratujesz tym życie. Bo homophobe jest pierwszą ofiarą tej choroby.
Czemu ‘wbrew’? Wydaje mi się, że łatwiej by było jej nie czytać, a jeszcze łatwiej nie pisać. Tak, można sobie a muzom. Ale jeśli ludziom, to dużo trudniej. Za każdym razem jest to pewne emocjonalne harakiri, jakieś rytualne obnażanie się, emocjonalny ekshibicjonizm. Może innym łatwiej? Nie wiem, tak brutalnie nigdy żadnego nie pytałem.