Krople słów

Krople słów

Perhaps two words in English first: I just noticed myself that my post recently are all (or predominantly) in Polish. Have no idea why. Usually I use Polish when the subject matter is specifically about Poland or Polish people. The truth is I really don’t make a conscious choice about the language I’m using – when I think about it in Polish – I write in Polish; when I think about the subject in English, I write in English. So I have I become more Polish than Canadian suddenly, LOL? I don’t think it is possible. Maybe because of my recent accident I have become by necessity bound to the space of my apartment and most things in it are ‘Polish’: books on shelfs, paintings and photographs on the wall? For some reasons I was also listening to old Polish pop music from the (sic!). Does it mean that when I will go to Poland most of my sentimental stuff of walls and shelfs will be Canadian-English? Perhaps. After all- Canadian English was my language for a big majority of my life, entire adulthood.

But, be it what it is – next post is in Polish, too. For no other reasons but the fact that I thought of it in … Polish, LOL.

Gdy wstajesz tuż przed świtem, świat ledwie budzący się z tobą jest inny. Mów językiem poezji, zapomina o potocznym języku świata praktycznego. Wychodzisz na balkon i gapisz się w ten półsenny budzący się świat. Moment krótki to trwa tylko, ale w tym momencie gadasz, jak ten półsenny wróżbita jakieś wiersze pozbawione formy lub tą formę odrzuciwszy kompletnie. No, bo w takim świecie akcenty, sylaby, podział wersyfikacyjny – jest kompletnie bezużyteczny, nie pasuje w tym świecie półsennym. Świecie przed pierwszą ranną kawą.

Przedświt

Słowa, słowa, słowa;

zdania, jak pytania

kryją się za oknem

w mokrej deszczu mgle.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

szukam odpowiedzi na nie.

Znależć chcę te zdanie,

co odpowie na pytanie,

którego nie znam ciągle.

Tylko deszcze, tylko mgły.

słowa, jak ptaki wirujące

w tunelach strumieni kropli

wody, kropli słów niepewnych

świata, siebie wystraszonych.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

stoję w oknie mokrym

za firanką mgły, zapłakaną

szybą słów szukających domu.

Słowa bezdomne,

domy milczące,

deszcze zapłakane.

A ja jestem jeszcze

w drodze na łąki,

brzegiem biegu rzek

i ścieżkami strumieni.

Jeszcze tańczę wokół dębu,

jak kapłan Peruna,

jak wróżbita z Wolina

w świątyni Światowida.

Jestem jeszcze.

Jeszcze, jeszcze.

/B. Pacak-Gamalski, 26.04.25/

Swing

Swing

Słucham urywanej rozmowy siedzącego obok mojego stolika (stąd ‘urywanej’ a nie całą, bo słyszę mimo woli, ale nie podsłuchuję, LOL) młodego poety i dramaturga o swojej twórczości.

Mała dziupelka kawiarni o filuternej nazwie „Mood Swing”[i]. Czasami wolę by nazywała się po prostu „Swing”. Przyjść i zwyczajnie tańczyć. Ot, taki swing poety, który już dawno przestał być młody. Dziś tańczyłbym z laską, jak kiedyś Sempoliński w Warszawie (ci co mają około setki lat pamiętają Mistrza Sempolińskiego!) i nic by mi to nie przeszkadzało – tańczyłem z laseczką, kiedy nie musiałem, to bym i zatańczył teraz, kiedy muszę.

Wracajmy do tego młodego poety ze stolika obok i  jego wywodów; mówi, że chce mieć wieczór poetycki tu, a dodatek muzyki by to wzbogacił. Dodaje: i może nawet sparkles?

Ach! Już to widzę sam jego oczami: oczarowany tłum kołysze się, jak na wielkim koncercie, a w podniesionych ramionach, jak rozedrgana fala światła, błyszczą sparkles! No, ale rzeczywistość dmucha w tą wizję-bańkę i bańka pęka bezgłośnie.  

Tutaj, w tej dziupelce-kawiarence muzyka raczej tylko w formie dyskietki CD, może jedynie gitarzysta? No, niechby ze skrzypkiem lub wiolonczelistą, lub kontrabas z violą właśnie. Tak, kontrabas koniecznie i żaden alt. A już absolutnie verbotten kontralt. Chyba, że sam Cherubin: młodziutki, niewinny i nagi, ale ze skrzydełkami. Koniecznie te skrzydełka by nimi jakoś tą nagość zakryć, bo nagość to pełna szczerość, a szczerość tak przecież utrudnia poezję. Wyobraźcie sobie nagi sonet! Nonsens.

Młody poeta prowadzi dyskurs z młodą, bardzo rozmowną dziewczyną.  Z tej rozmowy mogę się domyśleć, że jest kimś w rodzaju agenta, impresario, organizatorki eventów. Pewnie dlatego mówi tak dużo. Stara się prędkimi nożyczkami słów ukrócić długie falbany wyobraźni młodego poety i jego oczekiwań. Chyba zbytecznie, zaprawdę – życie zrobi to o wiele skuteczniej.

Nagle on, widocznie zniechęcony jej kubkiem zimnej wody, zmienia temat i mówi, że jest zafascynowany serialem „Twin Peaks”[ii].  Jestem autentycznie zamurowany! To był serial sprzed wielu laty. Jego najlepszy opis to : dziwny. Oglądałem, bo mój John pasjami uwielbiał. Jeśli odcinka nie mógł obejrzeć ze względu na prace, koniecznie ustawiał VCR i nagrywał na taśmie (dla młodszych o parędziesiąt lat – VCR to po prostu urządzenie do nagrywania taśm video-dżwiękowych). A ten młody poeta nie mógłby wówczas być starszy niż 5-10 lat, myślę sobie. Więc pytam. Okazuje się, że znalazł na jakimś systemie on-line. Ponoć znowu bardzo popularne. Przyznaję, że zabrakło mi trochę czasu wówczas, by to szczerze polubić i zrozumieć na tyle na ile tą fabułę można zrozumieć, LOL.

               Widać nie byłem tak dobrym poetą, jak ten młody ze stolika obok…  A mój John? Przecież on poetą nie był w ogóle.  Tak, ale John był za to mądrym chłopakiem. Czego nie można powiedzieć o wszystkich poetach, najwyraźniej…


[i] Moodswing Coffee + Bar

[ii] Twin Peaks (TV Series 1990–1991) – IMDb

Klasa i elegancja bycia

Co się stało z naszą klasą? pytał w popularnej balladzie przed laty lubiany piosenkarz. Ale nie o tej szkolnej klasie chcę pisać. Co się stało z klasą zwykłej umiejętności bycia, chodzenia, rozmawiania, postrzegania ludzi? Rozmawiania właśnie wyłącznie o sprawach z twoim interesem niemających nic wspólnego. Taki sposób bycia, taka klasa przynosi dywidendy nieporównywalnie bogatsze od wszelkich ‘interesów’. Wzbogaca ciebie, jako człowieka. Nie jako inżyniera, lekarza, dyrektora, ekonomistę – klasa człowieka, który od świtu do zmierzchu nie nosi bez przerwy munduru.

Stolik kawiarniany, ławka w parku lub na skwerze nie powinny być amboną do kazań, nauk i ocen. Tak mało wiemy o tych, którzy nas mijają lub siedzą na ławce obok. Zakładajmy więc, że są dobrymi ludźmi, sympatycznymi, z empatią sercu. Szansa, że są faktycznie jest o wiele większa niż, że nie są. Inaczej życie byłoby niekończącym się i nieznośnym ciągiem rozczarowań i zawodów.

To też nie prawda, że klasa bycia jest klasą socjalną wyznaczoną przez poziom materialny. Klasę bycia wypracowuje się i kształtuje przez lata. To prawda, że środowisko ma na to wpływ (tu ten element ‘klasy socjalnej’ występuje) – ale jest fałszem twierdzić, że z jednego środowiska wyjdą tylko ludzie z tą klasą, a z drugiego ci bez klasy życia.

Nawet wielcy i potężni politycy, biznesmeni, znane osobistości mogą tą klasę reprezentować. Niewątpliwie miał ją prezydent potężnego mocarstwa Jimmy Carter; miał ją, zdaniem moim, papież Franciszek, miał ją polski działacz i dyplomata Władysław Bartoszewski ze swoim słynnym motto życiowym: warto być człowiekiem uczciwym.

               My sami spotykamy ją wszak codziennie w setkach, tysiącach ludzi nas mijających. Mijających niezauważalnie – a to też klasa. Ale mijający anonimowo, nie oznacza, że są inni. Jak kiedyś napisała w uroczym wierszu Wisława Szymborska:

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody
.

Szymborska też miała klasę bycia.

https://music.youtube.com/watch?v=VqhCQZaH4Vs

Link powyżej to naturalnie potwierdzenie mej tezy – wspaniały Luis Armstrong z What a wonderful world it is

The Pope

As Kevin Farell, the Cardinal Camerlengo of the Vatican, announced on Monday the death of Jorge Mario Bergoglio, the 266 Pope of Vatican and Catholic world – His Holiness Francis – I had to look back at His record as a Pontiff.

Who was that man, what he meant to his followers, his flock; what he meant to the world as a whole?

Perhaps the best answer lies in his own memories of that day in Sistine Chapel in 2013, when his fellow cardinals from around the world choose him as a new Vicar of Christ – the pope.

He recalled his conversation on that day, at that moment with his friend, Cardinal Claudio Hummes. Hummes kissed him and congratulated and then said quietly word: the poor. Don’t forget the poor. Cardinal Bergoglio, the new pope, was struck by it and right away thought of St. Francis of Assisi, the patron of the poor, friend of the natural flora and fauna. That’s it – it was clear for him without hesitation – the new pope from far away Argentine will be Francis. And so he was on many occasions, through long, fourteen years of papacy: a friend of the underprivileged, the hungry, and the immigrants hoping for better life, refugees, and victims of wars all over the entire globe. He truly was not a politician, diplomat – he was a shepherd looking after the flock of humanity. Very often beyond that – in his support of ecosystem, for environment, also for his ecumenical work.

He wasn’t John, Paul, Benedict, Pius, Leo – names of great apostles and famous saints of the Church. Just Francis, after a poor young man from Toscany.

After the great scandals of sexual transgressions (in many cases rapes of young boys and girls) during the later days of John Paul II, and during the reign of Benedict, it followed Francis as a dark cloud. Another difficult times was his struggles and fights with the powerful group of conservative cardinals, who rejected the 2 Vatican Synod. Yet, Francis persevered. He understood that the Church to survive it must move from XIX century way of thinking into the XXI century. That if the world changes, so must the Church, without missing or altering the basic tenets of faith. There was always a theological and scholastic doctrine that there is the Church as an embodiment of Christ and there is the Church as an institution, administration, and that second role must move forward with the faithful in the world.

Yet, he wasn’t a ‘revolutionary’ pope by any means. He was just practical and educated. After all, he was a Jesuit, and for a very long time it was widely believed that a Jesuit should never become a pope. ‘Civilian’ clergy (not belonging to any order and the most common) didn’t trust them and were afraid of them. Other, mostly older orders, disliked them too, believing that they were to educated in scientific pursuits instead of proper monastic hymns and payers to God and saints.

Very important in Canada, especially among the First Nations, was the pope visit here and offering an unconditional apology for the role of Catholic Church in the tragedy of running the Residential Schools.

He was also unapologetically critical of Israel’s genocide of Palestinian civilians in their total war with Hamas.

In conclusion it could be said that Francis I came to Rome and changed it in profound way, much more substantial than not wearing the triple crown on the official enthronization or not using all the ‘imperial’ insignia of the Office.  

The new pope will not be able to return to the old ways and will have a hard time to fill his shoes.

On my part the only serious disappointment was his inability to full accept the women role in Church. As the Church couldn’t and will not survive without women, both from religious Orders and laity.

Central Park w Burnaby

Central Park w Burnaby

Urokliwe miejsce. Rozległa, z szerokimi alejkami, wąskimi ścieżkami w ramionach dwóch ruchliwych arterii ( Boundary i Kingsway), przestrzeń szerokiego oddechu, ucieczki. Odpowiednik słynnego Stanley Parku w Vancouverze u brzegów Pacyfiku. Sosny i tuje równie potężne, jak w Stanley. I masa kwitnących krzewów czarnych i czerwonych jeżyn (salmon berries), które czepiają się nogawek i rękawów, gdy wejdziesz w zarośla. Zdarza się ponoć i niedźwiedź, ale nigdy takiego tu nie spotkałem choć ostrzegające tablice były i wtedy i teraz widziałem.

Więc pojechałem wystukiwać laską echa starych spacerów…

Central Park

P-A Renoire

Pozostałeś ten sam, niezmieniony.

To ja się postrzałem, zwolniłem bieg,

nie ty Parku cudowny, stary, młody,

z legendą, wysokimi drzewami otoczony.

Nocą parną od spotkań pasji,

za dnia, jak w Lasku Bulońskim

na polankach zielonych z Renoira,

karminowe wino pragnienia gasi.

Młody mężczyzna przechodzi obok,

uśmiecha się oczami, wargami,

tańczącymi, jak gałęzie wierzb biodrami.

Bezgłośne szepty, spojrzenia, mowa bez słów –

Zmrok za chwilę cicho nadejdzie,

pochylą się, jak szyja Ledy, zielone gałęzie …    

                                                                                                                                                                                                                                                

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Mija właśnie piętnaście lat od tragicznej i strasznej katastrofy polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku, blisko lasku katyńskiego. Wydarzenia samego w sobie o wyjątkowym znaczeniu dla państwa polskiego, dla układów polityczno-społecznych. Wydarzenia, które mogło i które zjednoczyło na krótko w głębokim żalu i smutku całe społeczeństwo. Poczym równie szybko rozdarło go na połowę skutkiem szatańskiej gry brata Prezydenta Polski, Jarosława Kaczyńskiego, wsparte późniejszym z piekła rodem ‘śledztwem’ i Podkomisją szaleńca Antoniego Macierewicza. Nie mogła nosić nazwy ‘Komisja”, gdyż brakowało w niej (sic!) przedstawicieli polskiego Lotnictwa wojskowego. Właściwie zorganizowaną Komisją kierował Leszek Miller.

Nie będę tu przypominał detali prac Komisji i Podkomisji, Millera i Macierewicza – pisałem o tym i badałem te dochodzenia i i ich raporty bardzo szczegółowo w ówczesnych czasach. Otwieranie ponowne tej puszki Pandory, może doprowadzić do szału każdego normalnego człowieka.

Tragiczny wypadek w Smoleńsku otworzył drogę do władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Rasputinowi polskiej sceny politycznej od prawie początków całej historii suwerennej Polski od upadku komunizmu w Europie, czyli mniej więcej od 1991 roku. A jednym z filarów politycznej kariery Jarosława był właśnie przez długie lata Antoni Macierewicz. Macierewicz dziś to raczej komiczny pionek sceny politycznej, jego gwiazda już dawno zgasła. Nigdy nie miał sprytu i zimnej krwi gracza, jakim jest jego polityczny dowódca – Jarosław. W pamięci powszechnej pozostanie zabawnym pajacem od latającej brzozy i bomby barycznej. Ale dobry historyk doskonale i po stu latach zrozumie jego olbrzymią pracę na podziałem Polaków, nad niewymiernymi szkodami, jakie Polsce przyniósł.

Filarem, potęgą instytucjonalną władzy, zaplecza finansowego i politycznego jest przekształcona, przebudowana prawie od podstaw i zdyscyplinowana partia polityczna PiS. To szeregi nie tylko aktywu i członków partii – to rzesze jej wyznawców, nowy rodzaj religii narodowej. A jak w każdej religii: ziarno od plew trudno odróżnić, fakt od mitu niemożliwy do rozłączenia. I potęga finansowa przekraczająca składki członkowskie, daniny rzesz wyznawców. Kaczyński to wiedział, znał i rozumiał. I nad tym bardzo skutecznie pracował. Można się śmiać i żartować ze starszego pana wyglądającego niezaradnie w poplamionym, wymiętoszonym garniturze, z jego kota i ‘misiewiczów’ podsyłanych tajemnie dla starzejącego się homofoba-homoseksualisty. To już jednak tylko zabawne dla motłochu i satyryków tajemnice dworu imperialnego Jarosława Pisowskiego, który marzył nocami, by dodano mu przydomek, jeśli nie „Mądry”, to choć ‘Wspaniały”. Ale nie wyszło. Rzędy starych babć kościelnych nie mają na to wpływu.

Co wyżej pisałem, to zaplecze sprawnej organizacji politycznej. PiS na tym nie poprzestał, ani na daninach rzesz starzejących się z każdym rokiem i odchodzących powoli z aktywnej sceny politycznej i finansowej zasobności ‘bab kościelnych’.  Jarosław Kaczyński po objęciu pełnych rządów i przy zawładnięciu wymiarem sprawiedliwości, a głównie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, mógł zacząć budować jawną i bezprecedensową hierarchię finansowego imperium partii i jej członków. Usłużni prokuratorzy i sędziowie, którzy dostali od niego togi urzędnicze szybko podporządkowali sobie nawet służby policyjne. Nikt nie stał na przeszkodzie … robienia wielkiej kasy. Nie danin – Wielkiej Kasy polskiej gospodarki, przedsiębiorstw. Tu politycy, autentyczni wyznawcy idei politycznej, wizji Polski ‘pod sztandarami Chrystusa i Marii Panny’, byli zbędni. Nie, to zaplecze już istniało poprzez chojne, milionowe zasiłki ze Skarbu Państwa dla diecezji, etatów państwowych dla armii szkolnych katechetów, różnych duszpasterstw przy zawodowych i ochotniczych remizach strażackich, pensjach i pałacach dla kapelanów wojskowych (obleśny ksiądz-general Głódż tu przkładem wymownym). Trzeba było sięgnąć głębiej. Do polskiego przemysłu, polskiej gospodarki i aktywów państwowych. Znaleziono ‘Obajtków’ różnej maści, ale jednego rysu charakteru: pełna dyspozycyjność wobec centralnej władzy politycznej. Polski przemysł i aktywa gospodarcze od tego momentu były feudalną własnością rządu i dykasterii władz państwowych podległych PiSowi i Kaczyńskiemu. Działy się rzeczy niewyobrażalne w nowoczesnym państwie w środku Europy.

Jeszcze dziś nie wiemy wszystkiego, jeszcze toczą się śledztwa i procesy zwalniane uporczywie przez pozostałości PiS w Parlamencie, w Sądach Powszechnych, w Trybunale Konstytucyjnym. Nawet w czasach komunistycznego, z sowieckiej łaski systemu PRL, nikomu z ówczesnych ministrów, premierów czy sekretarzy PZPR przekręty finansowe na taką skalę się nie śniły. W porównaniu do PiSu i jego malwersacji i korupcji – tamci partyjniacy wyglądają, jak dziecinni złodzieje kieszonkowi. Pierwszoklasiści, a ci współcześni to już po jakiejś specjalnej akademii najwyższego sortu. Coś w rodzaju Colegium Humanum, LOL, które miało ich nobilitować. A skompromitowało wszystkich, którzy się o nie otarli.

Dochodzimy do wiosny 2025, do wyborów nowego prezydenta, który ma zastąpić ‘pieczątkę Kaczyńskiego’, jaką był pan Andrzej Duda.

               Jak wiemy z poważnych i bardziej znanych kandydatów zaakceptowanych przez Państwową Komisję  Wyborczą, to: Rafał Trzaskowski, Prezydent  Warszawy (reprezentujący program Platformy Obywatelskiej); Szymon Hołownia, Marszałek Sejmu RP, reprezentuje ruch Polska 2050 Szymona Hołowni; Sławomir Mentzen, doradca podatkowy, reprezentuję Konfederację Wolność i Niepodległość szerząca program faszystowski; Karol Nawrocki, urzędnik państwowy w niesławnym Instytucie Pamięci Narodowej (IPN to ‘dziecko’ Jarosława Kaczyńskiego, siedziba myśli faszystowsko-wielkopolskiej i katolickiej) mający naturalnie silne poparcie PiS; Grzegorz Braun, euro poseł, reprezentujący skrajnie prawicową Konfederację Korony Polskiej.

Nie kończą oni listy kandydujących, gdyż prawo startu w wyborach dostało łącznie trzynaście osób (tak, 13, o czym wiele osób już pewnie nie pamięta) – nie wymieniam nazwisk pozostałych, gdyż doprawdy tylko tzw ingerencja Opatrzności mogłaby im dać realne szanse, a w Opatrzność nie wierzę. Dodam tylko informacje o konstytucyjnym organie wyborczym, jakim jest Państwowa Komisja Wyborcza, niezależna od władzy politycznej, która wybory organizuje, kontroluje i zatwierdza.

Komisja Wyborcza jest jedynym ciałem mającym konstytucyjne uprawnienia zaakceptowania lub odmowy akceptacji proponowanych kandydatów. Warto przypomnieć, że odmówiła akceptacji na kandydatów aż czterem osobom: Pawłowi J. Tanajno, Dawidowi J. Jackiewiczowi, Romualdowi Starosielcowemu i Wiesławowi Lewickiemu.

Kto wygra, pytasz Czytelniku? Zły adres pytania. Powinieneś spytać siebie, bo ty będziesz głosować. Jedyny, wyjątkowy moment raz na kilka dobrych lat, gdy jesteś królem, władcą, decydentem. Tak, ty! Nie ja, nie Stach ani Elka. Nawet nie wszechpotężny Naczelnik Policji w twoim miasteczku. Nie, on ma tylko jeden głos. Jeden ma biskup i jeden ma pan wojewoda potężny. Tak, jak ty. A jeden głos to więcej niż dawniej jedna szabla. Bez tego jednego głosu wybory można unieważnić.

Ja mogę jedynie napisać kto i dlaczego moim zdaniem wygrać powinien, a kto stracił moralne i etyczne prawo do kandydowania nawet. Zdaniem jednej osoby. A że gębę mam niewyparzoną i opinii swoich nie kryję, to i tym razem się nimi podzielę. A nuż kilka osób się zastanowi? To dużo – pamiętajcie o tym jednym głosie.

Tylko machinacjami sił politycznych w Sejmie przy pełnym poparciu prezydenta Dudy, oddaniu wręcz służebnym pewnej sędziny (pożal się Boże) z Trybunału Konstytucyjnego i ciągle nie w pełni funkcjonującemu Sądowi Najwyższemu udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu i całej partii Prawo i Sprawiedliwość uniknąć do tej pory rozwiązania i zakazu funkcjonowania (dla partii) oraz procesu z wysoką możliwością kary więzienia dla drugiego aktora – Jarosława Kaczyńskiego.

Gdyby tej partii nie było – nie mogłaby wystawić kandydatury Karola Nawrockiego. Musiałby dalej zaspakajać swoje ambicje otwieraniem drzwi dla swego wodza w budynku na Nowogrodzkiej. Funkcji, do której być może ma kwalifikacje.

Ze względu na olbrzymie zagrożenie demokracji i praw obywatelskich, ochrony wszelkich mniejszości (większość nigdy sobie samej nie zaszkodzi i nie zagrozi) – nie wolno pod jakimkolwiek względem oddawać głosu na kandydata faszystów (Konfederacja). To by było splunięciem w twarz naszej historii i wskrzeszeniem upiorów Dmowskiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich. Te ruchy były wówczas w Europie bardzo popularne – ale doskonale wiemy czym się skończyły: narodowym socjalizmem, który dał początek władzy Hitlera w Niemczech. Nie wolno zapominać lekcji historii. Inaczej skazani jesteśmy na popełnianie tych samych błędów.

Polska stoi na wąskiej miedzy dzielącej ostre zagrożenie od autentycznej wojny. O tej realności w jakikolwiek sposób zapominać nie można. Wysiłki nowej administracji amerykańskiej idą bardziej w kierunku misji ‘pokojowych’ Anglików i Francuzów w Monachium w 1938, które miały zapobiec dalszej agresji Niemiec hitlerowskich, a zakończyły się kompletnym fiaskiem. Tak się nie buduje trwałego pokoju. Nie przez układy z najeźdźcą, z agresorem. Putin nie jest partnerem do negocjacji. Należy kontynuować, zwiększyć wręcz wsparcie dla Ukrainy, która jest jedynym buforem między Polską z Europą Zachodnią a armiami rosyjskimi. To jest rzeczywistość namacalna, sprawdzalna. Trump może, co najwyżej, zostać drugim Chamberlainem lub Deladierem[i] – nigdy Rooseveltem ani Churchillem. Jego narcystyczne marzenia o Pokojowym Noblu są nieuleczalną chorobą maniaka nierozumiejącego otaczającej go rzeczywistości. To wymaga leczenia a nie nagradzania. Wszystko to zwiększa bezpośrednio zagrożenie granic Polski, jako najdalej wysuniętej flanki NATO. Pierwszą poważniejszą przeszkodą przed frontalnym atakiem armii rosyjskich na Europę Zachodnią.  Rok 1920 coś kogoś nauczył?

Z tego względu i przede wszystkim świadomy sytuacji i zagrożeń międzynarodowych obywatel polski winien głosować przede wszystkim na Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że prezydent Trzaskowski miałby najlepsze szanse ofensywy dyplomatycznej na świecie w celu wzmocnienia pozycji Polski, a jednocześnie skupiłby się na wspólnych z rządem Tuska planach wzmocnienia i modernizacji polskich wojsk. Trump będzie prezydentem USA dużo krócej niż Putin prezydentem Rosji. Z tej przyczyny, tego autentycznego zagrożenia wojną – winniśmy oddać głos na silnego i zdecydowanego polityka, który jednocześnie wykazał się znaczącym przywiązaniem dla praw człowieka i obywatela. Zagrożenie wojną i nieustanna erozja (choć w końcu z widocznym elementem zwartej kontrofensywy sił demokratycznych) nowoczesnej demokracji musi nas obudzić.   


[i] premierzy Wlk. Brytanii i Francji, którzy spotkali się z Hitlerem na konferencji w Monachium w 1938 dla ‘ratowania pokoju’ w Europie

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

KOD – po latach należy podziękować

KOD – po latach należy podziękować

Convention Centre w Vancouver

Co różni działalność obywatelską od działalności politycznej?  Czy to wymienne pojęcia?

Różni wszystko. To dwa kompletnie odrębne od siebie światy, inne konstelacje i galaktyki.  Problemem jest dla wielu niezaprzeczalny fakt, że oba istnieją, funkcjonują w tej samej politycznej przestrzeni. Ale w tej samej przestrzeni tego samego układu planetarnego funkcjonuje Ziemia z księżycem i tych kilka innych zlepków kamienno-gazowych. Decydującym o ich zasadniczym ruchu, kształcie, masie i atmosferze jest jednak zdecydowanie tylko nasza jedna gwiazda – Słońce. A Ziemia ani wielki Jowisz gwiazdami nie są. Identycznie jest z różnicą między ruchem, grupą, organizacją obywatelską a partią polityczna:  te pierwsze są działalnością obywatelską nie stricte sensu polityczną. Owszem, funkcjonują w tej wielkiej przestrzeni politycznej (tak, jak planety są częścią Układu Słonecznego) ale ich działalność to nacisk społeczny, społeczna kontrola czynników politycznych, protesty lub poparcie dla takich czy innych idei polityczno-gospodarczo-społecznie ważnych. Nie stanowią jednak siły sprawczej – od tego są władze polityczne i państwowe (parlament, rząd, Głowa Państwa, Sądy Powszechne). Mają jedynie wpływ przez wywieranie presji na te czynniki polityczne – nie mają narzędzi ani możliwości (poza rewolucją, zamachem stanu, przewrotem politycznym – ostatnim w Polsce zamachem było przejęcie władzy przez PPR i PKWN w 1944/45),  by same funkcję sprawczą posiąść i użyć.

To jest zwykłe vademecum funkcjonowania władzy państwowej w zasadzie na całym świecie. Nawet tam, gdzie demokracja jako taka nie istnieje. Jeśli istnieje państwo to istnieje władza polityczna tego państwa, która nim zawłada. Społeczeństwo, grupy społeczne i organizacje obywatelskie podlegają władzy politycznej decyzjom i zarządzeniom.

Koniec, kropka. Inaczej nie było, nie jest, wątpliwe by kiedykolwiek być mogło. Nawet w Watykanie.

               Czemu o tym piszę? Piszę, bo spotkałem się ostatnio – na szczeblu konsularnym – z niepełnym lub bardzo niejasnym stanowiskiem konsula. Niejasność wynikała z niezrozumienia kardynalnej różnicy między działalnością obywatelską a działalnością polityczną. Jeszcze bardziej konkretnie: chodziło o Komitet Obrony Demokracji i jego Oddziały, jakie istniały w 2015 roku w Vancouverze i innych wielkich ośrodkach polonijnych w Kanadzie  (podobnie, jak w większości demokratycznych państw kultury europejskiej).

Jako, że byłem (nie przez cały okres czasu, ale przez zdecydowaną większość istnienia KOD w Kanadzie) przewodniczącym KOD i lokalnie w Vancouverze i jednym z Koordynatorów na całą Kanadę (obok Anny Bocheńskiej i Marka Tucholskiego i niezależnego KODu w Ottawie) – znam tą sytuację być może lepiej niż ktokolwiek inny. Zdecydowanie lepiej niż Konsul RP w Vancouverze czy gdziekolwiek indziej.  Bodaj nikogo z obecnych reprezentantów konsularnych i dyplomatycznych Polski w Kanadzie w tamtym czasie tu nie było. Choć ze wszystkimi Konsulami w Vancouverze kontakty nawet po przeprowadzce do Halifaksu utrzymywałem.

Ze względu na fakt, że po blisko dziesięciu latach wróciłem na stałe do Vancouveru – kontakty z naszą placówką chciałem jak najszybciej nawiązać. Konsul na szczeblu lokalnym (czyli tam, gdzie lokalnie jest placówka) to coś więcej niż tylko załatwianie dokumentów: paszporty, spadki, emerytury – cokolwiek. Konsul i Konsulat to taki nasz kawałek Polski, gdzie możemy zajść wysiadając z autobusu lub tramwaju. Bez konieczności przelecenia połowy kuli ziemskiej samolotem. Wartość niewymierna – a bardzo ważna. Być może nie uczą tego w przygotowaniach do pracy konsularnej w MSZecie. Ale tak jest. I to bardzo dobrze. Ileż wspaniałych wystaw, odczytów, koncertów odbyło się w Konsulacie, ile razy zapraszany był na lokalne polonijne uroczystości, wydarzenia kulturalne i historyczne, spotkania grupowe, gdzie mógł/a wziąć bezpośredni udział w życiu polonijnym. Raz jeszcze – niewymierna wartość, a nadzwyczajnie wartościowa i dla nas lokalnie i dla Polski bardzo.

Wracajmy do KOD-u kanadyjskiego – podkreślam ‘kanadyjskiego’, bo KOD jako taki w Polsce dalej funkcjonuje i jest ważną instytucją kontroli społecznej. I jest  instytucją obywatelską, nie polityczną. Nie ma orientacji ideologicznej: to nie jest ruch chadecki (PO dla przykładu), to nie jest ruch ludowców (PSL), socjalistów (Partia ‘Razem i socjaldemokraci), zdecydowanie to nie faszyści polscy (Konfederacja). Bardzo możliwe, że indywidualni członkowie KOD polskiego mają różne ukształtowane poglądy polityczne, może nawet indywidualnie ktoś z nich formalnie do jakiejś partii należy (na pewno nie do Konfederacji lub PiSu).

My nigdy nie pytaliśmy kogokolwiek w KODzie kanadyjskim, kto ma i jakie poglądy polityczne i czy do jakiejkolwiek partii politycznej polskiej czy kanadyjskiej należy. Jako grupa takiego (poglądu politycznego) nie mieliśmy. Nie piszę, że tak przypuszczam – stwierdzam, bo wiem. Ostatecznie zakładałem tą grupę i ją prowadziłem. Więc to jest oświadczenie, a nie przypuszczenie. Bezwzględnie wiarygodniejsze niż konsula RP, ambasadora czy nawet Prezydenta lub Prymasa Polski, LOL. A nawet samego Wielkiego i Nieomylnego Wóca Donalda Trumpa.

Więc to jest sprawa zamknięta. O niej dyskutować dalej jest bez sensu. Ani stwarzać otoczki jakiejś możliwości, braku pełnej wiarygodności czy innych gdybań.

KOD w Kanadzie nie był nigdy organizacją polityczną. Był organizacją obywatelską. Amen. Tu żadnych dywagacji nie ma.

Powstał tylko w jednym celu – poparcia ruchu obywatelskiego w Polsce, który stanął w obronie porządku konstytucyjnego Polski. Stanął w obronie demokracji wobec obrzydliwego, bandyckiego zamachu na polską Konstytucję wczesną wiosną 2015 roku. Od zamachu na polski Trybunał Konstytucyjny. Autorzy tego zamachu, (PiS, czyli partia polityczna Prawo i Sprawiedliwość) w następnej kolejności dopuścili się olbrzymich kradzieży i korupcji majątku państwowego i narodowego. Niektórzy za to już dziś siedzą w więzieniach, inni siedzieć będą. Niektórzy uciekli za granicę z milionami. A nie zrobiono jednego, zasadniczego i podstawowego kroku prawnego: zabrakło zjednoczenia i woli by tą zbrodniczą organizację zdelegalizować. PiS był szajką złodziei i politycznych malwersantów, zdrajców Polski. To chyba zbyt ielka arogancja by dać stanowisko jakiemuś Misiewiczowi w Armii (sic!), bo się jakiemuś choremu człowieczkowi roiło w głowie od erotycznych snów. Nie wiem, być może te same rojenia chodzą teraz po głowie temu staremu oszustowi i kłamcy, gdy patrzy na wykidajłę z Nowogrodzkiej. No bo takich od otwierania drzwi drzewiej nazywano wykidajłami w lokalach nierządu.

Tych podglądów pani poseł podzielać nie musi, a w dodatku z racji urzędu nie powinna, bo niestety Polska tej zbrodniczej organizacji politycznej nie rozwiązała i jest ona oficjalną partia polityczną. Więc pani Konsul nie może publicznie (prywatnie mogłoby to być niebezpieczne dla niej też) takiej opinii podzielić. Rozumiem to i doceniam. Ja konsulem nie jestem i mogę mówić prawdę.

Ale Państwo Polskie (a placówka konsularna jest, jak już wyjaśniałem, eksterytorialnym obszarem polskim w ramach Konwencji Sztokholmskiej) ma nie tylko obowiązek, ma wręcz potrzebę uszanowania ludzi i grupy, które w obronie polskiej Konstytucji i państwowości dużo w Kanadzie i na świecie robiły. Nie przeceniam. KOD nie był olbrzymia organizacją mającą otwarte drzwi do wielkich salonów politycznych Kanady i świata. Ale zrobiliśmy bardo dużo, zwłaszcza wśród nas samych właśnie – wśród Polaków i polskiej diaspory. Wychowanie obywatelskie w duchu demokratycznym to bardzo żmudna i trudna praca. Doskonale wiemy i pamiętamy, jak zachowywały się tradycyjne ośrodki i grupy polonijne – były za Pisem, za tą mitomanią Wielkiej Polski, tymi durnymi upiorami tej mitomanii. Wsłuchiwali się w tą papkę propagandową ultra-katolickiej Wielkiej Polski i przyklaskiwali tej papce głośno mlaskając i się śliniąc obficie.

W tym ciepłym błotku organizacji kongresowych rozsądny głos nie był mile widziany. Uwagi na to nie zwracaliśmy.  Robiliśmy swoje … bo trzeba było. Bo był taki czas znowu wymagający powiedzenia na głos : non pasaran. Pewnych granic przekraczać nie wolno.

I tym ludziom, tej grupie myślących i zatroskanych Polaków chciałbym wszystkim złożyć wielki ukłon. Na symbolicznym terytorium Polski. Pani Konsul nie musi tego robić słowami, oświadczeniem. Ja to zrobię. Ale powinno to być spotkanie w Konsulacie. Nie, nie spotkanie wyborcze w związku ze zbliżającymi się wyborami w Polsce.  O wyborach mówić nie zamierzam. W czasach dzisiejszych każdy ma 24 godziny na dobę dostęp do wszelkich informacji z Polski na te tematy. Ja wiem dokładnie jaką mam na ten temat własną opinię.  Ale to moja opinia. Inni mogą mieć inne. Demokracja na tym też polega – na wolności wyboru.  Będę na ten temat pisał – ale to już moja prywatna publicystyka. Z historią KODu nie mająca nic wspólnego. Przyszedł jednak już najwyższy czas, by tym ludziom z tamtych trudnych bardzo lat podziękować za ich obywatelską pracę. Nie ma cienia wątpliwości, że każdemu indywidualnie takie podziękowanie złożę zanim sam do Kraju na stałe nie wrócę. Ale Polska ma wobec nich też dług wdzięczności. Stąd chciałbym bardzo bym mógł to zrobić grupowo właśnie i specjalnie w Sali Konsulatu. Jestem pewny, że pan Krzysztof Kasprzyk, pierwszy Konsul Generalny Polski w Vancouverze byłby bardzo z tego zadowolony. Rozmawiałem z nim bardzo często, już kiedy dawno w Kanadzie nie był. Poznałem go na tyle dobrze – że mam głębokie przekonanie, że by się ze mną zgodził. Wierze, że pani Konsul też to zrobi.

Mała galeria osób i miejsc z historii KOD-Vancouver