KOD – po latach należy podziękować

KOD – po latach należy podziękować

Convention Centre w Vancouver

Co różni działalność obywatelską od działalności politycznej?  Czy to wymienne pojęcia?

Różni wszystko. To dwa kompletnie odrębne od siebie światy, inne konstelacje i galaktyki.  Problemem jest dla wielu niezaprzeczalny fakt, że oba istnieją, funkcjonują w tej samej politycznej przestrzeni. Ale w tej samej przestrzeni tego samego układu planetarnego funkcjonuje Ziemia z księżycem i tych kilka innych zlepków kamienno-gazowych. Decydującym o ich zasadniczym ruchu, kształcie, masie i atmosferze jest jednak zdecydowanie tylko nasza jedna gwiazda – Słońce. A Ziemia ani wielki Jowisz gwiazdami nie są. Identycznie jest z różnicą między ruchem, grupą, organizacją obywatelską a partią polityczna:  te pierwsze są działalnością obywatelską nie stricte sensu polityczną. Owszem, funkcjonują w tej wielkiej przestrzeni politycznej (tak, jak planety są częścią Układu Słonecznego) ale ich działalność to nacisk społeczny, społeczna kontrola czynników politycznych, protesty lub poparcie dla takich czy innych idei polityczno-gospodarczo-społecznie ważnych. Nie stanowią jednak siły sprawczej – od tego są władze polityczne i państwowe (parlament, rząd, Głowa Państwa, Sądy Powszechne). Mają jedynie wpływ przez wywieranie presji na te czynniki polityczne – nie mają narzędzi ani możliwości (poza rewolucją, zamachem stanu, przewrotem politycznym – ostatnim w Polsce zamachem było przejęcie władzy przez PPR i PKWN w 1944/45),  by same funkcję sprawczą posiąść i użyć.

To jest zwykłe vademecum funkcjonowania władzy państwowej w zasadzie na całym świecie. Nawet tam, gdzie demokracja jako taka nie istnieje. Jeśli istnieje państwo to istnieje władza polityczna tego państwa, która nim zawłada. Społeczeństwo, grupy społeczne i organizacje obywatelskie podlegają władzy politycznej decyzjom i zarządzeniom.

Koniec, kropka. Inaczej nie było, nie jest, wątpliwe by kiedykolwiek być mogło. Nawet w Watykanie.

               Czemu o tym piszę? Piszę, bo spotkałem się ostatnio – na szczeblu konsularnym – z niepełnym lub bardzo niejasnym stanowiskiem konsula. Niejasność wynikała z niezrozumienia kardynalnej różnicy między działalnością obywatelską a działalnością polityczną. Jeszcze bardziej konkretnie: chodziło o Komitet Obrony Demokracji i jego Oddziały, jakie istniały w 2015 roku w Vancouverze i innych wielkich ośrodkach polonijnych w Kanadzie  (podobnie, jak w większości demokratycznych państw kultury europejskiej).

Jako, że byłem (nie przez cały okres czasu, ale przez zdecydowaną większość istnienia KOD w Kanadzie) przewodniczącym KOD i lokalnie w Vancouverze i jednym z Koordynatorów na całą Kanadę (obok Anny Bocheńskiej i Marka Tucholskiego i niezależnego KODu w Ottawie) – znam tą sytuację być może lepiej niż ktokolwiek inny. Zdecydowanie lepiej niż Konsul RP w Vancouverze czy gdziekolwiek indziej.  Bodaj nikogo z obecnych reprezentantów konsularnych i dyplomatycznych Polski w Kanadzie w tamtym czasie tu nie było. Choć ze wszystkimi Konsulami w Vancouverze kontakty nawet po przeprowadzce do Halifaksu utrzymywałem.

Ze względu na fakt, że po blisko dziesięciu latach wróciłem na stałe do Vancouveru – kontakty z naszą placówką chciałem jak najszybciej nawiązać. Konsul na szczeblu lokalnym (czyli tam, gdzie lokalnie jest placówka) to coś więcej niż tylko załatwianie dokumentów: paszporty, spadki, emerytury – cokolwiek. Konsul i Konsulat to taki nasz kawałek Polski, gdzie możemy zajść wysiadając z autobusu lub tramwaju. Bez konieczności przelecenia połowy kuli ziemskiej samolotem. Wartość niewymierna – a bardzo ważna. Być może nie uczą tego w przygotowaniach do pracy konsularnej w MSZecie. Ale tak jest. I to bardzo dobrze. Ileż wspaniałych wystaw, odczytów, koncertów odbyło się w Konsulacie, ile razy zapraszany był na lokalne polonijne uroczystości, wydarzenia kulturalne i historyczne, spotkania grupowe, gdzie mógł/a wziąć bezpośredni udział w życiu polonijnym. Raz jeszcze – niewymierna wartość, a nadzwyczajnie wartościowa i dla nas lokalnie i dla Polski bardzo.

Wracajmy do KOD-u kanadyjskiego – podkreślam ‘kanadyjskiego’, bo KOD jako taki w Polsce dalej funkcjonuje i jest ważną instytucją kontroli społecznej. I jest  instytucją obywatelską, nie polityczną. Nie ma orientacji ideologicznej: to nie jest ruch chadecki (PO dla przykładu), to nie jest ruch ludowców (PSL), socjalistów (Partia ‘Razem i socjaldemokraci), zdecydowanie to nie faszyści polscy (Konfederacja). Bardzo możliwe, że indywidualni członkowie KOD polskiego mają różne ukształtowane poglądy polityczne, może nawet indywidualnie ktoś z nich formalnie do jakiejś partii należy (na pewno nie do Konfederacji lub PiSu).

My nigdy nie pytaliśmy kogokolwiek w KODzie kanadyjskim, kto ma i jakie poglądy polityczne i czy do jakiejkolwiek partii politycznej polskiej czy kanadyjskiej należy. Jako grupa takiego (poglądu politycznego) nie mieliśmy. Nie piszę, że tak przypuszczam – stwierdzam, bo wiem. Ostatecznie zakładałem tą grupę i ją prowadziłem. Więc to jest oświadczenie, a nie przypuszczenie. Bezwzględnie wiarygodniejsze niż konsula RP, ambasadora czy nawet Prezydenta lub Prymasa Polski, LOL. A nawet samego Wielkiego i Nieomylnego Wóca Donalda Trumpa.

Więc to jest sprawa zamknięta. O niej dyskutować dalej jest bez sensu. Ani stwarzać otoczki jakiejś możliwości, braku pełnej wiarygodności czy innych gdybań.

KOD w Kanadzie nie był nigdy organizacją polityczną. Był organizacją obywatelską. Amen. Tu żadnych dywagacji nie ma.

Powstał tylko w jednym celu – poparcia ruchu obywatelskiego w Polsce, który stanął w obronie porządku konstytucyjnego Polski. Stanął w obronie demokracji wobec obrzydliwego, bandyckiego zamachu na polską Konstytucję wczesną wiosną 2015 roku. Od zamachu na polski Trybunał Konstytucyjny. Autorzy tego zamachu, (PiS, czyli partia polityczna Prawo i Sprawiedliwość) w następnej kolejności dopuścili się olbrzymich kradzieży i korupcji majątku państwowego i narodowego. Niektórzy za to już dziś siedzą w więzieniach, inni siedzieć będą. Niektórzy uciekli za granicę z milionami. A nie zrobiono jednego, zasadniczego i podstawowego kroku prawnego: zabrakło zjednoczenia i woli by tą zbrodniczą organizację zdelegalizować. PiS był szajką złodziei i politycznych malwersantów, zdrajców Polski. To chyba zbyt ielka arogancja by dać stanowisko jakiemuś Misiewiczowi w Armii (sic!), bo się jakiemuś choremu człowieczkowi roiło w głowie od erotycznych snów. Nie wiem, być może te same rojenia chodzą teraz po głowie temu staremu oszustowi i kłamcy, gdy patrzy na wykidajłę z Nowogrodzkiej. No bo takich od otwierania drzwi drzewiej nazywano wykidajłami w lokalach nierządu.

Tych podglądów pani poseł podzielać nie musi, a w dodatku z racji urzędu nie powinna, bo niestety Polska tej zbrodniczej organizacji politycznej nie rozwiązała i jest ona oficjalną partia polityczną. Więc pani Konsul nie może publicznie (prywatnie mogłoby to być niebezpieczne dla niej też) takiej opinii podzielić. Rozumiem to i doceniam. Ja konsulem nie jestem i mogę mówić prawdę.

Ale Państwo Polskie (a placówka konsularna jest, jak już wyjaśniałem, eksterytorialnym obszarem polskim w ramach Konwencji Sztokholmskiej) ma nie tylko obowiązek, ma wręcz potrzebę uszanowania ludzi i grupy, które w obronie polskiej Konstytucji i państwowości dużo w Kanadzie i na świecie robiły. Nie przeceniam. KOD nie był olbrzymia organizacją mającą otwarte drzwi do wielkich salonów politycznych Kanady i świata. Ale zrobiliśmy bardo dużo, zwłaszcza wśród nas samych właśnie – wśród Polaków i polskiej diaspory. Wychowanie obywatelskie w duchu demokratycznym to bardzo żmudna i trudna praca. Doskonale wiemy i pamiętamy, jak zachowywały się tradycyjne ośrodki i grupy polonijne – były za Pisem, za tą mitomanią Wielkiej Polski, tymi durnymi upiorami tej mitomanii. Wsłuchiwali się w tą papkę propagandową ultra-katolickiej Wielkiej Polski i przyklaskiwali tej papce głośno mlaskając i się śliniąc obficie.

W tym ciepłym błotku organizacji kongresowych rozsądny głos nie był mile widziany. Uwagi na to nie zwracaliśmy.  Robiliśmy swoje … bo trzeba było. Bo był taki czas znowu wymagający powiedzenia na głos : non pasaran. Pewnych granic przekraczać nie wolno.

I tym ludziom, tej grupie myślących i zatroskanych Polaków chciałbym wszystkim złożyć wielki ukłon. Na symbolicznym terytorium Polski. Pani Konsul nie musi tego robić słowami, oświadczeniem. Ja to zrobię. Ale powinno to być spotkanie w Konsulacie. Nie, nie spotkanie wyborcze w związku ze zbliżającymi się wyborami w Polsce.  O wyborach mówić nie zamierzam. W czasach dzisiejszych każdy ma 24 godziny na dobę dostęp do wszelkich informacji z Polski na te tematy. Ja wiem dokładnie jaką mam na ten temat własną opinię.  Ale to moja opinia. Inni mogą mieć inne. Demokracja na tym też polega – na wolności wyboru.  Będę na ten temat pisał – ale to już moja prywatna publicystyka. Z historią KODu nie mająca nic wspólnego. Przyszedł jednak już najwyższy czas, by tym ludziom z tamtych trudnych bardzo lat podziękować za ich obywatelską pracę. Nie ma cienia wątpliwości, że każdemu indywidualnie takie podziękowanie złożę zanim sam do Kraju na stałe nie wrócę. Ale Polska ma wobec nich też dług wdzięczności. Stąd chciałbym bardzo bym mógł to zrobić grupowo właśnie i specjalnie w Sali Konsulatu. Jestem pewny, że pan Krzysztof Kasprzyk, pierwszy Konsul Generalny Polski w Vancouverze byłby bardzo z tego zadowolony. Rozmawiałem z nim bardzo często, już kiedy dawno w Kanadzie nie był. Poznałem go na tyle dobrze – że mam głębokie przekonanie, że by się ze mną zgodził. Wierze, że pani Konsul też to zrobi.

Mała galeria osób i miejsc z historii KOD-Vancouver

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

Where the river bends at the intersection of today and yesteryear in New West

In 1856 Major General Richard Moody founded the City as a Capital of the colony of British Columbia.  Actually he named it originally as a Queensborough.  It was no one other than Queen Victoria, who called it a Royal City, and because the Seat of the Power was in Parliament in London – it was formally called a New Westminster.

Hence, it retained that old charm and European – in the Island flavor, of course – style of streets and architecture. The two main streets are Columbia and above it, you guessed it – is naturally Royal Avenue leading to – again, of course – Queens Park.

Eventually much later, in the 1920, Vancouver overtook it by size and population. But the Royal City remained with its stiff upper lip, LOL.

I have not been here for almost a decade. But it feels and looks like nothing has changed.  Naturally, it did. But almost just superficially: it used to be that every second store was a wedding dresses, long tails and suits. There are still few of them very prominently displayed, but the majority was replaced with new, metro-style trendy cafes, little restaurants with excellent cuisine,  boulangeries –patisseries  (it will be the death of me, considering my weakness for a good cake and pastries, aj wej!), even an excellent exotic and elegant (with a very handsome perfumer, LOL) salon with perfumes called ‘Aromatica’ – that will be the death of my bank account. Did I mention that the ‘Aromatica’ salon is exactly next door to an entrance to the building I’m living in? Aj wej!!!

Enough of these ahs! and ohs!. Better turn to pictures and see for yourself. Why not start with the stately Queens Park. Loved it very much in my days here. The ‘better’ version not so much – too many spaces and land taken by activities other than strolling, perhaps jogging or even biking. All this big parcels cleared and gates for tennis courts, for dogs of leashes, huge parking spaces. Not my cup of tea. I liked better the old, majestic and a bit wild park. Still enjoyed the walk, the old trees, little art gallery.

Do not worry though about the mistake general Moody made in naming the city. Queensborough does exist next door, sort of another district of New West. A very modern, very European (Continental to the boot – no British Isle in architectural style, no sir).

Once I went on the Waterfront pass the famous River Market on the Esplanade, I had to stop for a moment and reminiscent. To look across my arm if … he is still walking behind me. Yes, my John. The last time I walked here was with him.  That was very long time ago. Probably about 2010, maybe even 2005? But it felt like yesterday. These special moments come to me suddenly, without conscious choice. Just a certain spot, street, maybe even store, a park, a street corner. Anywhere and anytime. That is, when my joy in rediscovering the city I love so much becomes dark and heavy. On this walk – it  was a sweet reminiscing. Sad – ye,  but in that sweet, sentimental sadness. Almost like a melancholy. Wanted to turn and place my arm around his neck and place a kiss on his cheek. I know how he hated public display of affection – but how he sort of secretly liked it, too.  Sometime we all do …  

Queen Victoria would have smiled

Queen Victoria would have smiled

In 1856 Major General Richard Moody founded the City as a Capital of the colony of British Columbia.  Actually he named it originally as a Queensborough.  It was no one other than Queen Victoria, who called it a Royal City, and because the Seat of the Power was in Parliament in London – it was formally called a New Westminster.

Hence, it retained that old charm and European – in the Island flavor , of course – style of streets and architecture. The two main streets are Columbia and above it , you guessed it – is naturally Royal Avenue leading to – again, of course – Royal Park.

Eventually much later, in the 1920, Vancouver overtook it by size and population. But the Royal City remained with its stiff upper lip, LOL.

I have not been here for almost a decade. But it feels and looks like nothing has changed.  Naturally, it did. But almost just superficially: it used to be that every second store was a wedding dresses, long tails and suits. There are still few of them and prominently displayed but the majority was replaced with new, metro-style trendy cafes, little restaurants with excellent cuisine,  boulangeries –patiseries (It will be the death of me, considering my weakness for a good cake and pastries, aj wej!), even an excellent exotic and elegant (very handsome perfumer) salon with perfumes called ‘Aromatica’ – that will be the death of my bank account, LOL. Did I mention that salon is exactly next door to an entrance to the building I’m living in? Aj wej!!! There is also rather visible (or audible) musical life here. Back in my first years here there was a popular restaurant/club ‘Heritage Grill’. Used to go there many times for a good music and good drinks. Often with dances, which my Mom used to like very much. While still living in Halifax, the owner notified me that the club was consumed by fire. so now the musicians move to little drinking hole ‘Judge Begbie’s Tavern’ and at least twice a week old singers and players and new aspiring ones gather there for impromptu concerts. Little corner by the door where they perform is called Heritage Grill Corner. Nice. Spent an evening there and had a nice chat with two young singers.

Enough of these ahs! and ohs!. Beter turn to pictures and see for yourself.

Futuristic City – Miasto Jutra

Futuristic City – Miasto Jutra

(in English and in Polish)

Specifically and accurately speaking it is not ‘a city’, entire town – rather a specific fragment of Burnaby, major part of Greater Vancouver. Even more specific – a small but prominent section concentrated around intersection of Kingsway, Willingdon and Beresford streets. What is popularly called a Metrotown. A city of glass towers with massive commercial mall in the middle of it.

Któż nie pamięta “Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego (jeśli ktoś nie pamięta, to nie powód do chwały – pewne kanony literatury polskiej winny być podstawą tego, co określa się mianem świadomości inteligentnego [czyt. mądrego Polaka]) i jego wizji szklanych domów Baryki? Symbolu nowoczesnej, sprawiedliwej i pięknej odrodzonej Polski. Nawet jeśli “Przedwiośnia” nie bardzo pamiętacie – to bez wątpienia, co te hasło Polska szklanych domów oznaczało, jako metafora.

Odwiedzając wczoraj spacerem środkowy fragment Burnaby, nazywany od molocha-centrum handlowego Metrotown, wspomniałem tą metaforę z “Przedwiośnia”. Całą tą przestrzeń wciśniętą między ulicami Royal Oak, Kingsway, Willingdon i Imperial. Ale podobnie, jak wizją Żeromskiego nie miała z rzeczywistością wiele wspólnego, tak i ta wizja z Metrotown nic o sprawiedliwości społecznej nie mówiła. Jeśli literackie skojarzenia to zdecydowanie Lem a nie Żeromski przychodził na myśl. A właściwie jeszcze dalej i konkretniej: merkantylizm, blichtr, popyt-podaż. Ludzie tam chodzący to nie mieszkańcy – to klienci. Trudno uwierzyć, że tuż obok są urocze, rozległe miejsca spacerowe pięknego Central Park; nieco w dół Deer Lake uroczy, czy choćby spacerowe alejki wzdłuż Sanderson Way. Jeśli nie wiesz – pojęcia mieć nie możesz , bo te szklanno-betonowe ściany ulic przesłaniają wszelką perspektywę widokową. Naprawdę szkoda. Trzydzieści lat temu mieszkałem tu niedaleko, na Capitol Hill. Metrotown już istniał, cały ten wielki mall. Istniało wiele ze starszych wieżowców, ale wszystko miało to ciągle jakiś ludzki wymiar. Nie było martwą (mimo ciągłego ruchu, bieganiny) pustynią megalitów.

Przyznaję, że te szklane ściany przy odpowiednim naświetleniu, niebie i chmurach są gratką wielkich luster. I jest to ciekawe zjawisko i wyzwanie fotograficzne. Kilka z tego dnia zdjęć poniżej. Co naturalnie nie zmienia moich refleksji powyżej.

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Piosenka na drogę

Nasza droga mój miły,

nasze chmury nad nami

wzdłuż będą nam się wiły,

jak rzeki zakolami.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga kochany,

świtaniem i zachodem

szczodrze podarowanym

beztrosko, mimochodem.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga przez lasy,

dolinami przez łąki.

Darowane nam czasy,

noce gwiezdne i dzionki.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasze droga wyśniona,

nasze ścieżki czułości.

niczym fala szalona.

Nasz gościniec miłości.

Nasza droga przez życie

i kochanie w niebycie!

(B. Pacak-Gamalski, 26.02.25)

Letter to you

Letter to you

How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone.  Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades.  Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.

But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.

You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural  shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.

Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.  

It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.

You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling?  Just in case,  a little note to you.  Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count.  No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.

yours always –

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną
Pomnik Jana Kazimierza Wazy w Paryżu

Halina siedziała przy stoliku w jej ulubionej knajpce Lipp przy Bulwarze Saint-Germain. Patrzyła w zamyśleniu na stary, średniowieczny kościół Opactwa Saint-Germain-de-Prės. Czasy jeszcze Merowingów, pierwszych władców Franków.

Ale nie o nich myślała, nie o wielkiej historii starej matki Europy – Francji. Myślała o pewnym sercu wmurowanym w ścianie przepięknej błękitnej nawy tego kościoła. Sercu króla dalekiej od tego miejsca Polski – Jana Kazimierza Wazy.

Myślała o jego sercu wmurowanym w nawie tej starej świątyni i zastanawiała się, gdzie, w którym kraju rzeczywiście jego serce było za jego życia? Ona nie miała wątpliwości wobec jej serca. Jej zostało w Warszawie.

O, kochała Paryż, jak można go nie kochać? Jest taki uroczy, romantyczny, elegancki. Co tu dużo mówić, jest po prostu pełen joie de vivre . Ma tu wszystko, ma nawet tą swoją wieprzowinę z kapustą w tej właśnie restauracji Lipp. Ale … no nie wszystko jednak.

Tamten był królem z mieszanką genów wszystkich bodaj wielkich domów panującej ówczesnej Europy. Ona była zwykłą dziewczyną. Matka polska żydówka, ojciec Polak z dziada-pradziada. Na tyle na ile ktokolwiek może z pełną pewnością coą takiego w Europie powiedzieć. Geny-szmeny, uśmiechneła się do siebie. Kto wie czy jej mama innych niż żydowskie nie miała? W Europie, gdzie granice i ludy są od długich setek lat w ciągłym ruchu, jak rzeki. Tak, wedle zasad była polską żydówką. Co to jednak za zasady i kto je niby ustalił? Ona uważała się za kompletną Polkę pochodzenia żydowskiego. I to wszystko. Zresztą ani matka ani ojciec nazbyt religijni nie byli. Ojciec chodził do kościoła na Wigilię i Wielkanoc, lub czyjś ślub albo pogrzeb. Matka do Bożnicy trochę częściej, a i tak jej rodziną nazywała ją ‘przechrztą’, z czego się śmiała.

Jan Kazimiez po abdykacji objął bardzo intratną funkcję opata tegoż Saint-Germain-de-Prės. Ale serce mu pękło kilka lat późnie na wieść o upadku Kamieńca Podolskiego w jego dawnym królestwie. Więc jednak za tą Rzeczypospolitą starą tęsknił. Tym dziwnym krajem-pomostem między Europa starej Francji Merowingów i Karolingów a stepami i Azją. Pochowano go na Wawelu, ale serce jednak tu, w Paryżu zostało.

A jej nie jest w Paryżu, który uwielbia; nie jest na pewno w Krakowie, w którym raz tylko z wycieczką szkolną była, bez wątpienia nawet nie w Wilnie czy we Lwowie, gdzie ten król śluby wielkie składał. Dla niej te miasta za obecną granicą są tylko częścią starej historii. Nie miała z nimi sentymentalnej łączności, nie znała ich. Może dlatego, że oboje rodzice nie pochodzili z Kresów, to w zasadzie nigdy prawie się o tych Kresach w jej domu nie rozmawiało. Jej serce zostało gdzie indziej. Na peronie małego dworca kolejowego Warszawa Gdańska. W miesiącach, kiedy tak naprawdę powiedziano jej, że jest Żydówką. Nawet nie żydówką, a konkretnie, etnicznie Żydówką. Choć nikt jej nigdy żadnych genów nie badał. I jakby fakt, że nawet, jeśli wedle jakichś tam norm jest, cokolwiek znaczył, lub znaczył więcej. Że ci Żydzi mieszkali tu, rodzili się i umierali przez ponad sześćset lat. Byli. Sześćset lat! Jezu lub Jahwe – przecież to kompletnie się kupy nie trzyma ta cała logika rasowa czy etniczna. Coście wy im z tych Niebios czy z Góry Synaj naopowiadali? Może się razem zapiliście na tym weselu galilejskim, ot i co.

I nagle w tym 1966, 67 i 68 partyjnym bosom i głupiej masie niewykształconych chłopo-robotników socjalizmu wmówiliście, że bida socjalistyczna to moja, polskiej Żydówki wina. Czego to ja jeszcze byłam winna? A, wojnie arabsko-izraelskiej. Byłabym zapomniała, jaka to wtedy ważna międzynarodowa osoba ze mnie była. I nagle, za decyzją mamy i taty, że tego znieść nie można, znalazłam się z nimi na Dworcu Gdańskim na Stawkach. Pociąg ruszył, ale na peronie zostało moje serce. W dodatku, został tam, w tamtej Warszawie mój chłopak. Boże, jak ja w nim byłam zakochana! Tyle, że ta nasza miłość nieszczęsna i młoda wpadła w tryby wielkiej machiny propagandowej, a te ją zmiażdżyły na proszek. Żadne z jego rodziców nie miało żydowskich genów, więc o paszporcie i wyjeździe nie było mowy. Chłopak nie miał szans.

Popatrzyła jeszcze raz na te stare Opactwo po drugiej stronie szerokiego Bulwaru. Otarła ręka policzek i poczuła, że jest mokry. Uśmiechnęła się smutno. Tyle lat …

Tak, wróciła tam po latach, była na tym dworcu. Ale serca nie znalazła. Pewnie ktoś sprzątnął. Wiedziała, że Tadek – jej chłopak – poznał po kilku latach inną kobietę, pobrali się, mieli dzieci. Zadzwoniła do niego i umówili się na kawę w pobliskim szklanym hotelu, którego tu za jej czasów nie było.

Opowiadał, że po kilku latach nie mógł tej samotności znieść, chciał mieć rodzinę. Ma dobrą żonę, dwoje dzieci. Ucieszyła się. Smutno, ale cieszyła się. I dla niej, tej drugiej kobiety, też się ucieszyła. Tadek to był naprawdę bardzo dobry mężczyzna i pewnie dobry i zacny mąż. Wypytywał o jej życie w Paryżu, czy wyszła za mąż. Nie, nie wyszła. Ale miała wieloletniego partnera, bardzo miłego pana, Francuza. Zmarł niestety dwa lata temu. I nie szuka już nikogo innego. Czy go kochała? Chyba tak, było jej z nim dobrze.

Spytała czy on nigdy nie chciał przyjechać do Paryża, mieliby się gdzie zatrzymać, ma ładne mieszkanie blisko rue de Radziwill, koło Hall, w centrum. Uśmiechnął się:

Halinko najmilsza przecież wiesz, że to niemożliwe. Za trudne dla mnie, dla mojej żony, dzieciom trudno wszystko wytłumaczyć. Za trudne dla ciebie, najmilsza. Co by się stało, gdyby nagle to wszystko wróciło, tamte tak piękne uczucia? Jakież by to było dla nich okrutne. Bo gdyby wróciło, nie wiem czy mógłbym się powstrzymać. I po czasie oboje byśmy byli rozgoryczeni i żałowali. Nie potrafilibyśmy sobie wybaczyć naszego egoizmu szukania powrotu do przeszłości. Ja widziałem cię wtedy, stałam na wiadukcie nad torami. Chciałem skoczyć z tego wiaduktu na ten pociąg, jak powoli odjeżdżał, położyć się płasko na dachu i może nikt by nie zauważył i bym tak z Tobą poza ta granicę na Odrze dojechał. Ale nie mogłem zostawić rodziców i młodszej, niedorosłej jeszcze siostry. Wiesz, że w domu u nas się nie przelewało, była zwykła bida. Musiałem im pomóc, iść do pracy.  

Halinie popłynęły z oczu łzy. Nie wiedziała nawet, że tam był wtedy. Musiał to strasznie przeżywać. Ścisnęła go za ręce, potem zbliżyła je do swojej twarzy i złożyła na nich ciepły pocałunek.

Dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za tą piękną miłość młodości, za to, że tam byłeś na tym dworcu i że całe szczęście głuptasie nie skoczyłeś na ten pociąg. Dziękuję, że jesteś dobrym i porządnym mężem dla tej kobiety i dobrym ojcem dla swoich dzieci. I za to, że jesteś mądry i dlatego nie chcesz przyjechać do Paryża. O jedno mimo to cie proszę – napisz czasem krótki list, co dzieje się z twoimi dziećmi, jakie szkoły, postępy, plany. Może miłości, małżeństwa? Bardzo by mnie cieszyły ich sukcesy. To w końcu dzieci mojego Tadzia. A to bardzo ważne.

Tadeusz obiecał, że to będzie robił, pożegnali się smutno-serdecznie i djechali w swoje, osobne strony.

Halina nigdy więcej Tadeusza nie widziała, ani on jej. Ale regularnie dostawała z Polski listy o jego synach i było to dla niej zawsze wielką radością.

Teraz, po latach wstała zza stolika tej restauracji Lipp i poszła powoli do stacji metra.W metrze wyciągnęła z torebki zgiętą kopertę, wyjechała z niej kartkę zapisaną drobnym pismem i zaczęła czytać z uśmiechem na twarzy.

Do Polski już nigdy więcej nie pojechała. Nie dlatego, że jej się nie podobała, przeciwnie – wypiękniała i unowocześniła się nadzwyczaj!  Cieszyła się z tego nawet. Ale jej dom teraz to Paryż, to jej teraz ulubione miasto, w którym miała i ma dobre życie. Wystarczy na jedno.

Młodość? Została tam, gdzie zostawiła swoje serce. Może dalej tam są na Stawkach?