Of all the cities of Canadian prerie provinces (Manitoba, Saskatchewan and Alberta) – Calgary is the best known and in many ways perhaps the most influential way (in both: good and bad ways). Many eons ago it used be my first Canadian home for almost a decade. And Calgary’s main walking and social promenade was Stephen Avenue Mall. Roughly speaking a district in the middle of the city, between City Hall and 6 Street S.W. Entertainment and commercial heart of Calgary. Not the only one (17 Avenue SW is also important ) but historically speaking the main one.
Hence my walk ‘down the memory lane’ with a dear friend. Apart from everything else it is a pivotal part of my entire life. Not only my Canadian life – but my whole life. It is where I met the love of my life, my soulmate.
That personal aspect will be explored in a more poetic language in my next post. Now, that walk through the Mall in September 2024.
Another big journey. Fitting in as it was, as it allows me to say slowly a goodbye to my country – Canada. Would have been most likely My Country to the very end, but Fates wanted otherwise. I will be eventually going to the country of my childhood and youth. That is another story though, and a reader who follows my Blog – knows it.
The Story today is Canada, it’s nature and huge expanse. It started by driving from Halifax in Nova Scotia, through New Brunswick, and finally to grand old Montreal. A city built at the mouth of powerful St. Lawrence, surrounded by smaller rivers and water channels. The proper old Montreal was itself an island of land (not a very large one) constricted from all sides by flowing faster or slower water. Hence the grand city is very dense, streets are narrow. It reminds me a bit of an old Paris, an island around Notre Dame, and on the other side closed by the old medieval Royal Seat of Louvre as it was, long before becoming one of the most famous museum and gallery.
From Montreal the highway took me through the capital, Ottawa. It has changed tremendously since I have been here about seven years ago. Not that long ago – but it did. A maze of new skyscrapers.
Pass Ottawa and Petawawa (a city of storied military history) the highway takes us through Ontario’s Cottage Country and numerous small towns and settlements. A glorious Fall colours od forest and Laurential Mountains.
But nature’s through splendor awaits us a bit further, the road will lead us through enormous in size Northern Ontario, alongside the shores of enormous Lake Superior. And a visit to an old Polish settlement of Wawa – in shortened version it simply means ‘Warszawa’ – the capital of Poland. We will finish in the prairies of Manitoba and Saskatchewan.
(in Polish / po polsku)
Gdy ma się dwie ojczyzny, dwa domy rodzinne, odjazdy z jednego z nich z nich bywają trudne, bolesne. Zwłaszcza, gdy oddzielone są olbrzymią przestrzenią oceanów i pasm górskich.
Tym razem wracam do tej pierwszej ojczyzny dzieciństwa i młodości. Za mną zostaje całe dorosłe – długie już – życie w tej drugiej, w Kanadzie. Więc i pożegnalna wielka podróż przez Kanadę. A podróż przez ten wielki kraj, to podróż kontynentalna dosłownie: od jednego oceanu do drugiego; przez pasma wielkich i mniejszych masywów górskich; olbrzymie rzeki, wzdłuż jezior, które łatwo by nazwać bez zbytniej przesady morzami; przez puszcze niekończące się, prerie wielkich łanów pszenicy, kukurydzy. I prerie białe od potasu i odkrywkowych kopalń. Naturalnie nie sposób takiej podróży odbyć w dwa lub trzy dni. Jest wielodniowa, a powinna być wielotygodniowa. Drugi raz taką tu odbywam. Od Halifaksu do Vancouveru.
Zdjęcia załączone obejmują trasę od Halifaksu, przez Nowy Brunszwik, Montreal i Quebec, rejon Ottawy, Północne Ontario, trasę wzdłuż wybrzeży jeziora Superior, założone w XIX wieku przez polskich osadników urocze miasteczko … Wawa. Tak, Wawa od Warszawy. Z Wawy zjazd w dół kręta szosą wśród skał i niekończących się małych jeziorek (słowo ‘małych’ w kontekście Kanady jest właściwe, ale małymi de facto nie są) aż do Kenory. A potem Manitobą i w Sakatchewan – otwarta, płaska niekończąca się preryjna przestrzeń. I wiatrach (częstych) te morza pól wzbijają tumany kurzu i tumany białej soli potasowej. Inny świat.
I know I have said in previous post my goodbye to the Moon in Halifax. But today, while sitting at night time on My Rocks, the Moon yelled at me: hey! I have seen your post the other day. If you are saying ‘goodbye’ than might as well take my full portrait, not just part of my face. And he did smiled broadly and showed me his round full face. Wont be any closer soon, so here we go once more and few pics of Halifax’s waterfront as seen from Dartmouth.
Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.
Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.
Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie. Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.
Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …
Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.
I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.
To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.
Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.
Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.
Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.
A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru. Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.
A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów? Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,
I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.
Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.
post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.
Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.
Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.
Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.
Fala
I cóż falo ostatnia na tej plaży? Mojej wizyty też po raz ostatni. Czy zmyłaś ze zmarszczek dni klęski i dni zwycięstw? Pocałunki i łzy, czułe westchnienia i przekleństwo bezsilności?
Pieścisz mnie jeszcze białą pianą pasji niespełnionych do końca, a potem odpływasz w swe głębie znudzona romansem nie zaczętym, nie skończonym.
(Conrad Beach, 01.09.24)
(po angielsku)
Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.
My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.
Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.
Książki. Nie, nie będę pisał o konkretnej jakiejś książce, o ważnej powieści, nowelce, o tomiku konkretnego poety lub antologii jakiegoś okresu, jakiejś szkoły poetyckiej. Padną tu pewnie nazwy, tytuły, nazwiska autorów – ale tylko w aurze tematu większego. Tematu książki. Tego dziwnego przedmiotu, który jest szkatułą ludzkich losów. Bez książek większość naszego eposu byłaby pokryta nieczytelną mgłą, patyną zapomnienia.
Mój wielki sentyment do tego papierowego przedmiotu (należę do tej staroświeckiej kategorii czytelnika, dla którego ibuki i pidiefy, nigdy trzymanej w ręku obwoluty nie zastąpią) uderzył mnie swą mocą w tygodniach ostatnich, gdy czeka mnie kolejna już wielka przeprowadzka. Tym razem chyba największa, najtrudniejsza, najbardziej brzemienna. Moje książki na półkach! Co ja z nimi zrobię?! Przetrwały tyle moich przeprowadzek! Ale przetrwały. Przy każdej kolejnej więcej ich było, nigdy mniej. Nie było żadnej podróży, wycieczki bym bez nowych nie powracał do domu.
Jak to się zaczęło? Nie mam pojęcia. Książka była zawsze. Brzechwa i Szancer, pożółkłe karty wielkiego foliału „Żywotów Świętych”, które przetrwały nawałę prusacką na Wielkopolsce w latach Bismarcka, a które wyjechały z moimi pradziadkami po kądzieli do Westfalii, z której zaraz wrócili do Polski w 1918, tym razem do Bydgoszczy. Z tymi ‘Żywotami’. Potem ukrywane skrzętnie (w osobnych fragmentach) przy terrorze hitlerowskim w Bydgoszczy w latach 40. I przetrwały. Z nich, złożonych skrupulatnie w skoroszycie z zapięciem sznurkowym, 6-7 letni czytałem wspaniałe heroiczne dzieje Teresy z Akwinu, św. Bartłomieja, Ignacego, wszystkich męczenników Kościoła – jakie to było pasjonujące, porywające wręcz! Heroiczne, dramatyczne, czasem trochę i kryminalne. Przygoda! W tym samym czasie, może ciut później – też luźne karty, szpargały (ale w oryginalnej pięknej czerwonej płóciennej obwolucie) „Dzieła wszystkie” Adama Mickiewicza. Mama była bardzo zadowolona, że tak się ‘Świtezianką’ zakochałem, bo sama bodaj najbardziej ją kochała. Romantyczka niepoprawna, ha ha ha. Ta była zniszczona, bo wywieziona z Wilna przed zalewem bolszewickim w 45. I też podzielona na części, by przetrwała. Bo wszak on pisał tam bezczelnie „Litwo, ojczyzno moja!”. I dzięki temu została ta Litwa (jeśli nie cała, to Wileńszczyzna i Nowogrodczyzna bezapelacyjnie) moją ojczyzną. Kochałem Wilno na długo zanim je mogłem pierwszy raz zobaczyć. Przez książkę. Owszem – tradycje babci (po mieczu tym razem), ojca, cioć i wujków. Ale tak po prawdzie to winien był Mickiewicz najbardziej. Ta zniszczona księga w czerwonej obwolucie.
Potem szybko pojawił się stary pan z brodą, Ignacy Kraszewski. Chodziłem już na pewno do szkoły. Chyba do drugiej, może nawet trzeciej klasy. Stara Baśń” przez kilka dni zabierała mi kompletnie sen i dzięki niej zrozumiałem czemu jesteśmy tak heroicznym i patriotycznym narodem. A potem, potem to już się potoczyło. I już nie tak bezkrytycznie. I zacząłem czytać książki historyków, nie pisarzy. Ale literatura szybko powaliła swoja potęgą naukę. Za sprawa pani Marii Dąbrowskiej. Wróciła mnie na Kresy. Nie do Wilna, na Grodzieńszczyznę, nad błękitny Niemen. Noce i dnie nad nim. Do dziś (a starowaty już się robię i żyję oceany za Niemnem) łapię się czasem nucącym: ‘ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną. Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną…’ . Kiedy mając 19 lat pierwszy raz jechałem pociągiem do Wilna i zatrzymał się na dworcu w Grodnie – wyskoczyłem z niego jak szalony, by choć wciągnąć powietrze z zapachem Niemna … . Przez panią Dąbrowską.
Potem oczywiście już Stendhal i inni współcześni (bardziej współcześni, powiedzmy). Powieści trudniejsze, poezje piękniejsze, bo operujące często moim językiem. I książek przybywało. I nie tylko w polskim języku. W końcu angielski stał się, obok polskiego, też moim językiem, w którym piszę wiersze, eseje. Ba! Napisałem raz lub dwa coś po włosku.
Książka była najtrwalszym towarzyszem mojego życia i peregrynacji po świecie. Książka i jej autorzy byli często zaczynem serdecznych znajomości, przyjaźni. Zmęczyła mnie z biegiem lat powieść jako taka. No bo ile razy czytać można tą samą historię tylko trochę inaczej napisaną? Więc na ogół czytam tylko fragmenty. Ale dalej je kupuję i bez nich żyć bym nie potrafił.
I teraz, w tej najtrudniejszej podróży mojego życia powyrzucałem, porozdawałem prawie wszystkie meble, jakie miałem, urządzenia, telewizory, górę ubrań. Chciałem zrobić remanent półek z książkami. I ni siak nie potrafię. Owszem, kilka bez sensu spraw bardzo prozaicznych tyczących – wyrzuciłem. Nawet kilka tradycyjnych polskich, które zawsze i wszędzie będę mógł kupić (przyznaje, że usunąłem Sienkiewicza dzieła, bo mnie męczą nawet widokiem tytułów, już tą literaturę sobie daruję chyba na zawsze).
I ten remanent książkowy, mimo szczerej chęci – przegrałem z książkami. Godzinne przeglądanie, przekładanie i mniej niż jedna torba płócienna, którą wyniosłem z domu. Reszta została, wygrała swój pojedynek ze mną.
Czemu, psiakość, książki tyle ważą? Bo rzeczy ważne mają właśnie swoją wagę.
Dekady temu, w trudnych latach stanu wojennego w Polsce, wielkie znaczenie miała dla mnie książka Adama Michnika „Z dziejów honoru w Polsce”. To nie była beletrystyka, ale nie tylko powieści są ważne – dokumenty czasu też. Jeżeli on pisząc ją w czasie internowania – pisał nie o ‘polskiej hańbie’ a o polskim honorze – jak mógłbym ja o tym nie pamiętać? A byłem w tym samym właśnie czasie w obozie uchodźców we Włoszech. Mądry Giedroyć z Paryża przysyłał mi paczki do obozu z książkami z prośbą bym Polakom je rozdawał. Bo był naturalnie świadom wielkiej niewiedzy Polaków urodzonych lata po wojnie, o prawdziwej historii Polski i Polaków By jechali na Zachód ze znajomością autentycznej prawdy, a nie kłamstw jakich uczono ich w szkołach. Wiedział, że to ważniejsze niż jakieś daniny finansowe. Książka to wiedza. A wiedza to i bogactwo, i potęga. To godność nade wszystko.
Mimo wszystko moment wyboru przyszedł i kilka musiałem zlikwidować z mojej biblioteki. Raz jeszcze na półki okiem rzuciłem. Wzrok padł na dwie książki. Kiedy je zamówiłem i czytałem w tym samym czasie – były dla mnie bardzo ważne. Dwóch wielkich przywódców religijnych i moralnych z dwóch odmiennych bardzo tradycji, kultur i diametralnie odmiennych systemów religijnych. Dalai Lama i Jan Paweł II. “A call for Revolution A Vision For the Future” by Dalai Lama (Harper Collins Pub.; 2017; New York, ISBN 978-0-06-286645-5) i “Crossing the Treshold of Hope”, wywiad-rzeka Vittorio Messori z Janem Pawłem II (wyd. Random House, New York; 1994; ISBN 0-679-76561-1).
Ksiązka Dalai Lamy była świetna, otwarta dla świata i ludzi. Zwłaszcza ludzi młodych. Krzyczała: bierzcie ten ster w swoje ręce, nie bójcie się zmieniać kursu żeglugi, nie bójcie się ostrzeżeń i zakazów poprzednich wędrowników. Waszą busolą niech będzie nadzieja na odkrycie lądów szczęśliwszych, piękniejszych. Podnosiła na duchu.
Wywiad z Janem Pawłem II (a było to jeszcze długo przed odkrywaniem i poznawaniem ciemnej strony jego papiestwa, jego Kościoła i Kościoła polskiego, którego był wychowankiem i współtwórcą). Ciągle żyła we mnie pamięć i szczere wzruszenie (którego się nie wstydzę i uważam za naturalne i słuszne nie tylko wówczas ale i dziś) dostając zaproszenie od naszego obozowego kapelana ks. Burniaka (byłem wtedy uchodźcą w dość podłym obozie dla uchodźców w Latinie we Włoszech) na zamkniętą audiencję dla stu osób z całego świata w Małej Sali Audiencyjnej w Watykanie. Pierwsza większa audiencja po wyjściu z Kliniki Gemelli po próbie zamachu na jego życie. Był słaby, wychudzony, kolor jego cery prawie zlewał się z nieskazitelnie białą tuniką. I coś wydawało się nam emanowało z niego, z jego słów, przekazu. Więc kiedy ponad dziesięć lat później brałem do ręki tą książkę “Przekraczanie progu Nadziei” – tego oczekiwałem. Wyjścia poza doktrynę, szerokiego horyzontu. I się kompletnie rozczarowałem. Była właśnie doktryną, była typowym papieskim ex cathedra. Więcej zakazów i zamykania okien niż ich otwierania. Czułem się duszno w atmosferze tej książki.
Raz jeszcze rzuciłem okiem na te dwa tytuły na półce. Westchnąłem lekko i wziąłem wywiad z Janem Pawłem (piękna złocona obwoluta) i bez żalu wrzuciłem ją do worka z tymi kilkoma książkami, które w dalszą podróż mojego życia nie pojadą. A książka Dalai Lamy pojedzie.
Jedna jeszcze książka-bidulka wpadła mi w oku w tym remanencie bibliotecznym. Bidulka, bo tak biednie wydana skromnie w 1947. A i pisarz, eseista dziś już chyba zapomniany (a polecam pamięci) – Jan Bielatowicz (“Passeggiata – szkice włoskie”; Jan Bielatowicz; Instytut Literacki w Rzymie; 1947 – wówczas jeszcze nie istniał międzynarodowy system inwentaryzacyjny ISBN). Pisał te szkice w czasie wojny jeszcze, właśnie jako żołnierz 2 Korpusu. Jeszcze mu latały pod nogami pociski artylerii niemieckiej w Apeninach, w drodze przez Bramę na Rzym. I robił sobie ucieczkę przed tymi pociskami, przed realnością – ucieczkę w inne, antyczne drogi przez Italię. Opisał z czułością wielką i dużym znawstwem historii starego Rzymu Cesarskiego i Republikańskiego. Passeggiata po włosku to takie zdrobnienie oznaczające spacerek, nie wielka podróż a spokojny spacer przez gaje oliwne i ruiny świątyń greckich i rzymskich. Nie będę opisywał treści. Ale warto i dziś przeczytać przed podróżą do Itali. Ocean wiedzy i uroczej wizji. Napisany piękną polszczyzną, językiem nieukrywanej poezji miłosnej. Poezji miłosnej, której adresatem nie jest Laura, Marysia czy Janek, ale kraina o nazwie Italia. Z jakąż przyjemnością, w tym bardzo dla mnie trudnym czasie, włożyłem Bielatowiczowi rękę pod ramię i razem z nim robiliśmy te passeggiata na via Appia i kilku innych starożytnych szlakach od Florencji do Brindisi.