Grzegorz Braun – karykatura posła

Bodaj wczoraj lub dzień wcześniej ogladałem, na żywo, transmisję z procesu sądowego tej nienawistnej poczwary polskiej polityki, posła (sic!) Grzegorza Brauna.

Ta podła kreatura zachowywała się okropnie. Trafiłem akurat na fragment, gdy przesłuchiwano w charakterze świadka profesora Uniwersytetu w Ottawie (Kanada), pana Jana Grabowskiego. Akademika specjalizującego się w historii polskich Żydów, w szczególności okresu Holocaustu 2 wojny światowej i w pierwszych latach po wojnie.

Nigdy nie negowałem metodologii prof. Grabskiego ani jego wyjątkowej znajomości tematu, ale często nie zgadzałem się z jego konkluzjami. Nie będę powtarzał mojej argumentacji – wyłuszczyłem ją obszernie kilka dobrych lat temu w cyklu tematycznym na moim blogu. Wszak dojście do innych konkluzji i oceny etycznej i moralnej nie jest wszak w jakikolwiek sposób zaprzeczeniem dorobku naukowego Grabowskiego w tej materii. Naturalnie, że nie jest jedynym badaczem tego obszaru historii, a jednym z licznych historyków polskich, izraelskich i z innych państw, którzy tym olbrzymim i horrendalnym okresem się zajmowali. Ale jest, ze względu na zebrany materiał dowodowy, jednym z ważniejszych.

                Na wokandzie sądowej pan Grabowski był tylko świadkiem prokuratury oskarżającej posła Brauna o akty przemocy i wandalizmu. Chodziło w szczególności o ustalenie faktów i przebiegu zdarzeń z dnia, gdy kilka lat temu[i] miała miejsce prelekcja Jana Grabowskiego organizowana przez Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Prelekcja, która de facto nie odbyła się, gdyż zaraz po wstępie profesora tenże faszysta Braun podbiegł do mównicy i po chuligańsko zdementował mikrofony i urządzenia nagłaśniające. W wyniku powstałego zmieszania i strachu wystąpienie akademika przerwano i nie mogło już w takiej sytuacji być kontynuowane. Niewątpliwie do zwiększenia zamieszania i konsternacji wspomogło też głośne przypominanie Brauna, że dokonuje ,interwencji poselskiej’. Pomyliły mu się widać wieki, bo od czasów I Rzeczypospolitej, gdy pojedyńczy szlachtura mógł sejm zerwać jednym  ‘nie pozwalam’[ii] minęly bezpowrotnie kilkaset lat temu. Niemniej okrzyk ‘przeprowadzam interwencję poselską’ mógł niektórych autentycznie wprowadzic w konsternację.

Wyobraźcie sobie państwo 460 posłow biegających po różnych miastach w Polsce, niszczących mikrofony i zrywających spotkania-zebrania mieszkańców tych miast! Sodoma i Gomora, LOL! Na szczęście chyba 99.5 procent posłow RP aż takimi wariatami nie jest. W każdym bądź razie nie do tego stopnia, by ich trzeba było zamykać w wariatkowie. Tak, rozumiem, że wielu czytelników może się ze mną w tej kwesti nie zgadzać i chętniej jednak by cały Sejm do wariatkowa (na wszelakij słuczaj, jak mawiają starożytni Rosjanie). Wracjamy wszak do tematu, bo nie było to zajście ani wesołe ani zabawne.

Prawdą jest, że Braun to wąż przebiegły i szczwany. Na szczęście polskie sądy już odzyskały w dużej części swobodę i niezawisłość, którą im odebrano w ciemnej nocy lat 2015-2022. Dzięki temu sędzia był bezwzględny wobec oburzających chwytów Brauna, który uważał, że uczyni z wokandy sądowej teatr polityczno-ideologiczny. Na przekór jego usilnych prób, tym razem mu się to nie udało. W pewnym momencie wyczerpał cierpliwość sędziego i tenże nakazał mu opuszczenie Sali sądowej na pewien okres czasu.  W czasie tej ‘banicji’ reprezentowało oskarżonego aż trzech obrońców-adwokatów. Po powrocie na sale rozpraw nieco skonfundowany poseł starał się mitygować. Ale naturę chuligana trudno nawet samemu okiełznać. Szczęściem przytomności i już chyba pewnej irytacji sędzia wielokroć informował świadków, że na niegrzeczne pytania oskarżonego nie mające nic z konkretem sprawy odpowiadać, lub wręcz ich zaczętą już odpowiedź przerywał, dając krótkie wyjaśnienie. Żal mi trochę było adwokatów oskarżonego, którzy zachowywali się przyzwoicie, a ich klient systematycznie swoimi perorami ośmieszał, żenował i niweczył wszelkie szanse na jakąkolwiek skuteczną strategię obronną.

Ileż padało z jego ust obraźliwych słów, które ze względu na kontekst jego wypowiedzi były szkalujące i szczujące. Hasła ‘Polak’, ‘patriota’, ‘Żyd’, ‘Szkop, ‘Niemiec’, ‘folkzdojcz’, ‘komuch’, ‘Ruski’, ‘Wołyń’, ‘Eurokołchoz’ były rzucane, jak piłeczki pingpongowe. I nic z przedmiotem sprawy nie mające wspólnego. Zwykła odrażająca natura tego człowieka, który gdy mówi, to pluje błotem.

Nie potrafię w jakikolwiek logiczny sposób wytłumaczyć i zrozumieć takich osobników.  Poza jedna ewentualnością: nienawiść traktowana , jako choroba psychiczna zżarła jego mózg kompletnie. Ale wtedy trzeba być konsekwentnym – taki osobnik, jako niebezpieczny dla otoczenia winien być izolowany w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym na czas nieograniczony.

Co jest bardzo smutne, to świadomość, że ktoś go na posła wybrał. Ktoś na niego głos oddał. Świadczy to o degrengoladzie pewnej (nielicznej, wierzę) części naszego społeczeństwa. Części, która jakby zapomniała, że największa część ofiar Holocaustu, to byli polscy obywatele, polscy Żydzi. To nie byli przybysze z kosmosu – to byli nasi sąsiedzi, nasi sklepikarze, nasi poeci, malarze, pisarze, kompozytorzy. Nasi, polscy Żydzi.

Pod tym łączem jest przekierowanie do mojego tekstu z października 2022 roku, który syntetycznie i dość jasno wyraża moje prywatne, osobiste rozumienie Zagłady i procesu emocjonalnego, który jako Polak musiałem przejść. To część trzecia cyklu, jaki wówczas pisałem i jako ostatnia najbliżej oddaje nie tyle racjonalne ile emocjonalny stan mojego rozumienia tamtych złych czasów.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą. – > > Pogwarki < <

[i] 30 maja, 2023 roku

[ii] liberum veto

… we fragmentach zamknięte …

… we fragmentach zamknięte …

Bogumił Pacak-Gamalski

We fragmentach publikowanych przeze mnie  na przestrzeni lat i na najróżniejsze tematy (nie związane bezpośrednio z tym) znajduję takie wtrącenia właśnie. Niby nic. Jeden dotyczy wspomnień z pierwszej wizyty w Polsce od czasów emigracji, w pamiętnym roku pierwszych wyborów prezydenckich (Wałęsa contra Tymiński).  I przypadkowego spotkania wieczorem w Warszawie znajomego działacza i polityka polskiego.  Nie, nie 1890, nie 1940 i nawet nie 1967. Rok był 1990.

Drugi to fragment związany z rocznicą zamordowania przez nacjonalistę-narodowca polskiego … pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, Gabriela Narutowicza. W ciągu kilku dni nagonki na Narutowicza, z potomka starego polskiego rodu szlacheckiego został … żydem i symbolem spisku międzynarodowego syjonizmu. Efekt znamy – strzał z pistoletu przy otwarciu wystawy na Zachęcie. Rok był 1922.

Frag. 1.

Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczna scena, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało.

Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, peroruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza, w 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza. Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni  na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji.

Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej?

Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tylko tą mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami? I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziembińskiego: stul mordę, bo ci przy…lę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziembiński by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego (nie)tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Frag. 2

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.


Pewnie było takich fragmentów więcej. Nie mam czasu na czytanie co kilka lat wszystkich swoich tekstów. Niektórych z pewnością nie mam w domu i pojęcia nie mam, gdzie każdy publikowałem. Zdarza się, gdy ma się kilka krzyżyków na karku (choć jeszcze nie pochylonym) i nie jest się, no jak to się dziś nazywa … influencerem ?

Ah, wrócę jeszcze na moment do tej mojej ulubionej książki Agaty Tuszyńskiej, która wybrała się na poszukiwania śladów Isaaka Baszewisa Singera (tak, tegoż noblisty). Na s. 39  wspomina, że jeszcze w Leoncinie (miasteczko-osada założona koło Zakroczymia przez Żydów po tym, jak Rosjanie wypędzili ich z Biłgoraja w czasach wojny 1905) któryś z Żydów lokalnych przeczytał w gazecie o pogromie Żydów w Białymstoku. Tuszyńska pisze: Powtarzano sobie doniesienia o okropnościach, jakie spotkały dzieci i starców, których porąbano siekierami na śmierć, mówiono o ciężarnych kobietach, którym otwierano brzuchy. Rok był 1906.

Popiersie wielkiego myśliciela Gaona z Wilna (na placu, gdzie kiedyś była Wielka Synagoga wileńska – zdjęcie autora)

Te daty wytłuszczałem naturalnie w pewnym celu. Bo to szmat czasu. Można je pewnie wydłużyć, znaleźć przykłady wcześniejsze i bliższe dnia dzisiejszego. Ale te, wyżej wytłuszczone przy kolejnych akapitach-fragmentach, są klamrą dość zasadniczą obejmującą ostatnie sto lat naszej historii. Historii polsko-żydowskiej. W 1910 urodził się mój młodszy dziadek; drugi, starszy, w 1906 był już młodym mężczyzną. Więc jestem już trzecim pokoleniem tej klamry czasowej, za mną są już kolejne dwa pokolenia mojej rodziny. Chciałbym by dalej ta historia już się nie toczyła. By był to czas zamknięty. Jedynym sposobem by tak się stało jest kolejne, raz jeszcze trudne ale niezbędne otworzenie kart tej steranej księgi naszej przeszłości. Każdej karty, każdego świństwa, każdego pogromu, każdej szkody wyrządzonej naszym żydowskim braciom i siostrom. Raz na zawsze zamknąć usta propagandzie, a otworzyć okna dla prawdy historycznej. Tylko wtedy dojrzymy te całe pokłady piękna, braterstwa i wspólnoty ojczyźnianej jaką przez ponad siedemset lat z naszymi żydowskimi współobywatelami tworzyliśmy. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Jest nawet dość proste. To wymaga odwagi politycznej rządów polskich ale i ich zrozumienia niezbędności utrwalania i zachowania prawdy.  Przede wszystkim wymaga jednak naszego zrozumienia tej historii. Mówiąc ‘naszego’ nie myślę już o rządach, politykach. Myślę o nas – ludziach, którzy uznają się i uważają za Polki i Polaków. Jeśli z dumą należną wspominamy jakieś wielkie zwycięski bitwy polskie, jakieś osiągnięcia naukowe, artystyczne, to nie możemy zakrywać oczu i uszu wobec obszarów wstydu narodowego. Jeśli w Dzień Zaduszny zwyczajem naszym chodzimy z momentem zadumy na Powązki, na Rossę wileńska, na Cmentarz Orłów we Lwowie, na niezliczone stare cmentarzyki z prostymi krzyżami żołnierzy, których nie znaliśmy, lub osób wyjątkowo zasłużonych Polsce, to równie naturalnym jest pójść na jakiś stary, zapomniany cmentarzyk żydowski. Oni też ten kraj, tą ziemię budowali, rozwijali. Tu się rodzili, tu się żenili i tu umierali. U siebie. W swoim kraju od pokoleń. Nie ma nic złego pójść na taką cichą cmentarną wizytę z dzieckiem i dwa słowa wytłumaczenia dlaczego ten cmentarzyk zapomniany, zaniedbany.  To może być wartościowsze dla takiego dziecka niż późniejsze suche lekcje historii w szkołach. I tam, na tym cmentarzu, bez fanfar i kamer telewizyjnych cicho szepnijmy: przepraszam.

poprzedni tekst cyklu