Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Mija właśnie piętnaście lat od tragicznej i strasznej katastrofy polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku, blisko lasku katyńskiego. Wydarzenia samego w sobie o wyjątkowym znaczeniu dla państwa polskiego, dla układów polityczno-społecznych. Wydarzenia, które mogło i które zjednoczyło na krótko w głębokim żalu i smutku całe społeczeństwo. Poczym równie szybko rozdarło go na połowę skutkiem szatańskiej gry brata Prezydenta Polski, Jarosława Kaczyńskiego, wsparte późniejszym z piekła rodem ‘śledztwem’ i Podkomisją szaleńca Antoniego Macierewicza. Nie mogła nosić nazwy ‘Komisja”, gdyż brakowało w niej (sic!) przedstawicieli polskiego Lotnictwa wojskowego. Właściwie zorganizowaną Komisją kierował Leszek Miller.

Nie będę tu przypominał detali prac Komisji i Podkomisji, Millera i Macierewicza – pisałem o tym i badałem te dochodzenia i i ich raporty bardzo szczegółowo w ówczesnych czasach. Otwieranie ponowne tej puszki Pandory, może doprowadzić do szału każdego normalnego człowieka.

Tragiczny wypadek w Smoleńsku otworzył drogę do władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Rasputinowi polskiej sceny politycznej od prawie początków całej historii suwerennej Polski od upadku komunizmu w Europie, czyli mniej więcej od 1991 roku. A jednym z filarów politycznej kariery Jarosława był właśnie przez długie lata Antoni Macierewicz. Macierewicz dziś to raczej komiczny pionek sceny politycznej, jego gwiazda już dawno zgasła. Nigdy nie miał sprytu i zimnej krwi gracza, jakim jest jego polityczny dowódca – Jarosław. W pamięci powszechnej pozostanie zabawnym pajacem od latającej brzozy i bomby barycznej. Ale dobry historyk doskonale i po stu latach zrozumie jego olbrzymią pracę na podziałem Polaków, nad niewymiernymi szkodami, jakie Polsce przyniósł.

Filarem, potęgą instytucjonalną władzy, zaplecza finansowego i politycznego jest przekształcona, przebudowana prawie od podstaw i zdyscyplinowana partia polityczna PiS. To szeregi nie tylko aktywu i członków partii – to rzesze jej wyznawców, nowy rodzaj religii narodowej. A jak w każdej religii: ziarno od plew trudno odróżnić, fakt od mitu niemożliwy do rozłączenia. I potęga finansowa przekraczająca składki członkowskie, daniny rzesz wyznawców. Kaczyński to wiedział, znał i rozumiał. I nad tym bardzo skutecznie pracował. Można się śmiać i żartować ze starszego pana wyglądającego niezaradnie w poplamionym, wymiętoszonym garniturze, z jego kota i ‘misiewiczów’ podsyłanych tajemnie dla starzejącego się homofoba-homoseksualisty. To już jednak tylko zabawne dla motłochu i satyryków tajemnice dworu imperialnego Jarosława Pisowskiego, który marzył nocami, by dodano mu przydomek, jeśli nie „Mądry”, to choć ‘Wspaniały”. Ale nie wyszło. Rzędy starych babć kościelnych nie mają na to wpływu.

Co wyżej pisałem, to zaplecze sprawnej organizacji politycznej. PiS na tym nie poprzestał, ani na daninach rzesz starzejących się z każdym rokiem i odchodzących powoli z aktywnej sceny politycznej i finansowej zasobności ‘bab kościelnych’.  Jarosław Kaczyński po objęciu pełnych rządów i przy zawładnięciu wymiarem sprawiedliwości, a głównie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, mógł zacząć budować jawną i bezprecedensową hierarchię finansowego imperium partii i jej członków. Usłużni prokuratorzy i sędziowie, którzy dostali od niego togi urzędnicze szybko podporządkowali sobie nawet służby policyjne. Nikt nie stał na przeszkodzie … robienia wielkiej kasy. Nie danin – Wielkiej Kasy polskiej gospodarki, przedsiębiorstw. Tu politycy, autentyczni wyznawcy idei politycznej, wizji Polski ‘pod sztandarami Chrystusa i Marii Panny’, byli zbędni. Nie, to zaplecze już istniało poprzez chojne, milionowe zasiłki ze Skarbu Państwa dla diecezji, etatów państwowych dla armii szkolnych katechetów, różnych duszpasterstw przy zawodowych i ochotniczych remizach strażackich, pensjach i pałacach dla kapelanów wojskowych (obleśny ksiądz-general Głódż tu przkładem wymownym). Trzeba było sięgnąć głębiej. Do polskiego przemysłu, polskiej gospodarki i aktywów państwowych. Znaleziono ‘Obajtków’ różnej maści, ale jednego rysu charakteru: pełna dyspozycyjność wobec centralnej władzy politycznej. Polski przemysł i aktywa gospodarcze od tego momentu były feudalną własnością rządu i dykasterii władz państwowych podległych PiSowi i Kaczyńskiemu. Działy się rzeczy niewyobrażalne w nowoczesnym państwie w środku Europy.

Jeszcze dziś nie wiemy wszystkiego, jeszcze toczą się śledztwa i procesy zwalniane uporczywie przez pozostałości PiS w Parlamencie, w Sądach Powszechnych, w Trybunale Konstytucyjnym. Nawet w czasach komunistycznego, z sowieckiej łaski systemu PRL, nikomu z ówczesnych ministrów, premierów czy sekretarzy PZPR przekręty finansowe na taką skalę się nie śniły. W porównaniu do PiSu i jego malwersacji i korupcji – tamci partyjniacy wyglądają, jak dziecinni złodzieje kieszonkowi. Pierwszoklasiści, a ci współcześni to już po jakiejś specjalnej akademii najwyższego sortu. Coś w rodzaju Colegium Humanum, LOL, które miało ich nobilitować. A skompromitowało wszystkich, którzy się o nie otarli.

Dochodzimy do wiosny 2025, do wyborów nowego prezydenta, który ma zastąpić ‘pieczątkę Kaczyńskiego’, jaką był pan Andrzej Duda.

               Jak wiemy z poważnych i bardziej znanych kandydatów zaakceptowanych przez Państwową Komisję  Wyborczą, to: Rafał Trzaskowski, Prezydent  Warszawy (reprezentujący program Platformy Obywatelskiej); Szymon Hołownia, Marszałek Sejmu RP, reprezentuje ruch Polska 2050 Szymona Hołowni; Sławomir Mentzen, doradca podatkowy, reprezentuję Konfederację Wolność i Niepodległość szerząca program faszystowski; Karol Nawrocki, urzędnik państwowy w niesławnym Instytucie Pamięci Narodowej (IPN to ‘dziecko’ Jarosława Kaczyńskiego, siedziba myśli faszystowsko-wielkopolskiej i katolickiej) mający naturalnie silne poparcie PiS; Grzegorz Braun, euro poseł, reprezentujący skrajnie prawicową Konfederację Korony Polskiej.

Nie kończą oni listy kandydujących, gdyż prawo startu w wyborach dostało łącznie trzynaście osób (tak, 13, o czym wiele osób już pewnie nie pamięta) – nie wymieniam nazwisk pozostałych, gdyż doprawdy tylko tzw ingerencja Opatrzności mogłaby im dać realne szanse, a w Opatrzność nie wierzę. Dodam tylko informacje o konstytucyjnym organie wyborczym, jakim jest Państwowa Komisja Wyborcza, niezależna od władzy politycznej, która wybory organizuje, kontroluje i zatwierdza.

Komisja Wyborcza jest jedynym ciałem mającym konstytucyjne uprawnienia zaakceptowania lub odmowy akceptacji proponowanych kandydatów. Warto przypomnieć, że odmówiła akceptacji na kandydatów aż czterem osobom: Pawłowi J. Tanajno, Dawidowi J. Jackiewiczowi, Romualdowi Starosielcowemu i Wiesławowi Lewickiemu.

Kto wygra, pytasz Czytelniku? Zły adres pytania. Powinieneś spytać siebie, bo ty będziesz głosować. Jedyny, wyjątkowy moment raz na kilka dobrych lat, gdy jesteś królem, władcą, decydentem. Tak, ty! Nie ja, nie Stach ani Elka. Nawet nie wszechpotężny Naczelnik Policji w twoim miasteczku. Nie, on ma tylko jeden głos. Jeden ma biskup i jeden ma pan wojewoda potężny. Tak, jak ty. A jeden głos to więcej niż dawniej jedna szabla. Bez tego jednego głosu wybory można unieważnić.

Ja mogę jedynie napisać kto i dlaczego moim zdaniem wygrać powinien, a kto stracił moralne i etyczne prawo do kandydowania nawet. Zdaniem jednej osoby. A że gębę mam niewyparzoną i opinii swoich nie kryję, to i tym razem się nimi podzielę. A nuż kilka osób się zastanowi? To dużo – pamiętajcie o tym jednym głosie.

Tylko machinacjami sił politycznych w Sejmie przy pełnym poparciu prezydenta Dudy, oddaniu wręcz służebnym pewnej sędziny (pożal się Boże) z Trybunału Konstytucyjnego i ciągle nie w pełni funkcjonującemu Sądowi Najwyższemu udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu i całej partii Prawo i Sprawiedliwość uniknąć do tej pory rozwiązania i zakazu funkcjonowania (dla partii) oraz procesu z wysoką możliwością kary więzienia dla drugiego aktora – Jarosława Kaczyńskiego.

Gdyby tej partii nie było – nie mogłaby wystawić kandydatury Karola Nawrockiego. Musiałby dalej zaspakajać swoje ambicje otwieraniem drzwi dla swego wodza w budynku na Nowogrodzkiej. Funkcji, do której być może ma kwalifikacje.

Ze względu na olbrzymie zagrożenie demokracji i praw obywatelskich, ochrony wszelkich mniejszości (większość nigdy sobie samej nie zaszkodzi i nie zagrozi) – nie wolno pod jakimkolwiek względem oddawać głosu na kandydata faszystów (Konfederacja). To by było splunięciem w twarz naszej historii i wskrzeszeniem upiorów Dmowskiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich. Te ruchy były wówczas w Europie bardzo popularne – ale doskonale wiemy czym się skończyły: narodowym socjalizmem, który dał początek władzy Hitlera w Niemczech. Nie wolno zapominać lekcji historii. Inaczej skazani jesteśmy na popełnianie tych samych błędów.

Polska stoi na wąskiej miedzy dzielącej ostre zagrożenie od autentycznej wojny. O tej realności w jakikolwiek sposób zapominać nie można. Wysiłki nowej administracji amerykańskiej idą bardziej w kierunku misji ‘pokojowych’ Anglików i Francuzów w Monachium w 1938, które miały zapobiec dalszej agresji Niemiec hitlerowskich, a zakończyły się kompletnym fiaskiem. Tak się nie buduje trwałego pokoju. Nie przez układy z najeźdźcą, z agresorem. Putin nie jest partnerem do negocjacji. Należy kontynuować, zwiększyć wręcz wsparcie dla Ukrainy, która jest jedynym buforem między Polską z Europą Zachodnią a armiami rosyjskimi. To jest rzeczywistość namacalna, sprawdzalna. Trump może, co najwyżej, zostać drugim Chamberlainem lub Deladierem[i] – nigdy Rooseveltem ani Churchillem. Jego narcystyczne marzenia o Pokojowym Noblu są nieuleczalną chorobą maniaka nierozumiejącego otaczającej go rzeczywistości. To wymaga leczenia a nie nagradzania. Wszystko to zwiększa bezpośrednio zagrożenie granic Polski, jako najdalej wysuniętej flanki NATO. Pierwszą poważniejszą przeszkodą przed frontalnym atakiem armii rosyjskich na Europę Zachodnią.  Rok 1920 coś kogoś nauczył?

Z tego względu i przede wszystkim świadomy sytuacji i zagrożeń międzynarodowych obywatel polski winien głosować przede wszystkim na Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że prezydent Trzaskowski miałby najlepsze szanse ofensywy dyplomatycznej na świecie w celu wzmocnienia pozycji Polski, a jednocześnie skupiłby się na wspólnych z rządem Tuska planach wzmocnienia i modernizacji polskich wojsk. Trump będzie prezydentem USA dużo krócej niż Putin prezydentem Rosji. Z tej przyczyny, tego autentycznego zagrożenia wojną – winniśmy oddać głos na silnego i zdecydowanego polityka, który jednocześnie wykazał się znaczącym przywiązaniem dla praw człowieka i obywatela. Zagrożenie wojną i nieustanna erozja (choć w końcu z widocznym elementem zwartej kontrofensywy sił demokratycznych) nowoczesnej demokracji musi nas obudzić.   


[i] premierzy Wlk. Brytanii i Francji, którzy spotkali się z Hitlerem na konferencji w Monachium w 1938 dla ‘ratowania pokoju’ w Europie

Wybory w Polsce – dziennikarze contra wyborcy

Dziwne mną targają uczucia w związku z wyborami prezydenckimi w Polsce. Od wczoraj zwłaszcza. A od początku było przeciwnie – byłem wielkim fanem (wiem, głupi anglicyzm – ale już się utarł, to niech zostanie) pana Rafała. Od czasów jego pięknej, radosnej prezydentury w Warszawie. To była taka świeżość nowoczesnego, postępowego Polaka! Oczywiście wielkie personalne zadowolenie z jego radosnego uczestnictwa w Marszach Równości. To też taka świeżość w tym kato-katolickim kraju. Kiedy premier Tusk przedstawił Sejmowi ten żałosny moim zdaniem ‘kompromis’ ustawy o związkach partnerskich – nie zdziwiłem się. Wiedziałem, że Donald Tusk jest ostatecznie nigdy nieukrywającym swych poglądów politykiem bardziej na prawo niż na lewo. I oczywiści koalicjanci też by mu na więcej nie pozwolili (zwłaszcza wiejskie PSL).

Ale ja polską politykę i polskich polityków znam ‘z widzenia i ze słyszenia’ – nie z bycia obok nich, mieszkania na stałe w Polsce. Oczywiście, że jestem zwierzęciem politycznym i interesuje się tym bardziej może nawet niż przeciętny mieszkaniec kraju. Mimo to – z daleka jednak i nie wszystkie niuanse znam.

Więc słuchałem na aplikacji programu radiowego TOK FM. To dość dobrze prowadzona stacja i sporo profesjonalnego, porządnego dziennikarstwa. Dziś była trójka znanych i poważnych dziennikarzy (wśród nich Wielowiejska z „Wyborczej”, którą cenię). Założyłem, chyba słusznie i zdania nie mam powodu zmieniać, że lepiej niż ja znają realia polityczne i osobowości polityków.

Dyskusja była o kandydatach do prezydentury RP. Pominę uwagi o innych (PiSowski, Konfederacji), zainteresowało mnie, co mówili na temat pana Rafała.

Otóż zwracając uwagę na jego wyraźny zwrot ‘na prawo’ od centrum i sporo dalej od ‘lewa’ – zastanawiali się, dlaczego i skąd. Naturalnie, ze kandydat na prezydenta Polski musi zdobyć zaufanie mieszkańców Polski. A mieszkańców Polski jest dużo więcej niż mieszkańców jej stolicy. Logiczne. W Warszawie można się swobodnie czuć, jak w Paryżu czy Londynie. To widać na każdym kroku i serce roście. Ale Siedlce, Rzeszów i Białystok, to nie Warszawa. Wrocław – tak! Pełną gębą. Miński Mazowiecki i Hajnówka lub Sochaczew – zdecydowanie nie. Na pewno nie Dziurka Większa lub Dołek Mniejszy pod Kałuszynem.

Tyle, że dyskutanci wyraźnie sugerowali, że to nie potrzeba wyborcza skłaniała Rafała Trzaskowskiego do wyjścia w kierunku oczekiwań tego dużego konserwatywnego bloku wyborczego w Polsce. Przypominając, że młody bardzo (ówcześnie) Trzaskowski krótkie spodnie polityczne nosił nawet nie w chadeckiej PO, ale … w bardzo konserwatywnym ugrupowaniu Saryusza Wolskiego – najpierw w chadeckiej PO, a potem bez zająknięcia w PiS. Saryusz-Wolski to dla mnie idealny przykład polityka-oportunisty. Obojętnie przed jakim ołtarzem klękać, byle był to ołtarz prowadzący do władzy. Na samym początku, w latach młodości posmakował i PZPR, ale ona biedaczka była już na łożu śmierci głodowej. Więc naturalnie przeniósł się do „Solidarności”.  

Mniejsza z nim jednak – chodzi o Trzaskowskiego. Dyskutanci przypomnieli ten fakt jedynie, by podkreślić, że to wskazuje też na schedę ideologiczną Trzaskowskiego. Ani razu nie używali jakichkolwiek sugestii dyskredytujących pana Rafała. Sugerowali jedynie, że nie następuje ‘zwrot na prawo’ Trzaskowskiego, a przeciwnie – to powrót na prawo. W kwintesencji dość jasno padała sugestia, że to właśnie Trzaskowski warszawski był politycznym zwrotem na nowoczesność, był chwytem wyborczym wobec postępowych mieszkańców stolicy. I wszyscy się z taką opinia zgodzili. Nie mogę z ich opinia się nie zgadzać. To są dobrzy i mieszkający na stałe w Polsce dziennikarze. Ja jestem bacznym, ale tylko obserwatorem. Obserwatorem, który wyjechał na stałe z Polski blisko pół wieku temu (choć sam się zdumiewam, że to już jednak tyle lat!) .

Co innego zmiana portretu pana Trzaskowskiego jednak, a co innego opinia dziennikarska na ten temat. Wydaje mi się, że właśnie rzetelność dziennikarska wymagałaby negatywnej oceny bycia taką ‘chorągiewka na wietrze’. To jest rola publicystów i dziennikarzy. Oni się nie musza martwić o losy polityków, tylko ich oceniać. Bo jeśli tylko ‘grą wyborczą’ była postępowość Rafała Trzaskowskiego w stolicy – chciałbym to wiedzieć, jako potencjalny wyborca. I ja wolałbym, aby mój wybrany polityk był jednocześnie osoba z silną etyka personalną.  Tych szczegółów, o jakich ci rozmówcy mówili nie musi i pewnie nie zna olbrzymia większość wyborców. A może powinna? I może to jest rola dziennikarzy, by nie określać tego, jako rzeczy normalnej, zwykłej. Absolutnie rozumiem, że jest niezbędna konieczność stania u steru i bezwzględnego rozkazu ‘wszystkie ręce na pokład”, bo jest zagrożenie, że statek demokracji może się niebezpiecznie przechylić na prawo na polskim morzu. To jest już jednak właśnie rola polityków – nie dziennikarzy.  Dziennikarze to ‘patrzenie na ręce polityków’. To wszystko. Rzetelność zawodowa.

Teraz ja się zastanowię, czy Rafał Trzaskowski jest najwłaściwszym kandydatem na prezydenta Polski i czy na niego oddałbym głoś. Teraz, kiedy mam te informacje o jego konserwatywniejszych niż przypuszczałem poglądach.  I nie,  nie zmieniam decyzji, ze jest to obecnie kandydat najlepszy. Co więcej, jest to tym razem decyzja dużo bardziej edukowana, posiadam pełniejszy obraz tego polityka. Nie jest to obraz lepszy – przeciwnie, trochę gorszy. Ale prawdziwy i dalej jego wybór popieram.

Co z tego wynika skoro i tak zdania nie zmieniłem? Właśnie to – drodzy dziennikarze, nie bójcie się, że wyborca jest idiotą i lepiej waszych ocen temu wyborcy nie przedstawiać.  Wyborca nie tylka ma prawo, ma wręcz potrzebę posiadania wszelkich informacji,  by podjąć edukowaną decyzję i wyboru. Nie, nie jest idiotą. A jeśli w większości jest – to co za różnica czy rządzi nim PiS, PO czy Konfederacja?  Dla idiotów nie powinno to mieć znaczenia.

Raz jeszcze więc powtórzę, by było jasne: waszą – dziennikarzy – rolą jest informowanie mnie o waszych odkryciach i waszej opinii. A decyzje ja wówczas już sam i tak podejmą. Niech to będzie decyzja oparta na wiedzy. To wszystko.

Pomarańczowy pajac – lub po prostu … Trump

Wybory prezydenckie w USA były szokiem dla wszystkich. Poza Amerykanami, naturalnie. Bo gdyby były dla nich szokiem – znaczyłoby, że kompletnie nie znają swojego własnego kraju. Tak, my w reszcie świata byliśmy, jak by to powiedzieć – zamurowani? zdumieni?  Tylko czy powinniśmy? Chyba nie. Zawsze staramy się Amerykę (zwłaszcza w Polsce, no bo i prezydent Wilson, i Kennedy, i Reagan i ogólnie trauma pokoleń post peerelowskich) w Europie widzieć z wielką sympatią. Ta Statua Wolności, ta pełna demokracja, hippisi. I temu podobne polne kwiatki. Taaa… a juści. Figa z makiem i tyle. Statua to prezent z Francji; hippisów i tych z Flower Generation amerykańska policja tłukła pałami, że aż furczało. Tak, jak porządni Amerykanie po uwolnieniu biednych niewolników z plantacji – zatrudnili ich jako gosposie, sprzątaczki, szoferów, pucybutów, śmieciarzy. Tak, tak, nie musieli mieć własnych samochodów, przecież wolno im było używać komunikację miejską. Oczywiście w odpowiednich miejscach z odpowiednimi napisami Nur für Schwarze (po angielsku naturalnie, bo porządne amerykańskie chłopy i baby języki obce niespecjalnie znają …).

Złośliwy trochę jestem? Nieee, gdzie tam. Tyle, że unikam być naiwnym. Zawsze chciałem ich lubić i szanować. I zawsze w łeb jakąś pałą symboliczną dostałem za taką ochotę (choć i zimną lufę rewolweru policjanta amerykańskiego na karku kiedyś na Florydzie poczułem). Ameryka to nie Njujork, ani Sanfrancisko, ani Losandżeles, proszę szanownej niezbyt rozgarniętej publiki. Proszę mi uwagi na literowanie nie zwracać. Piszę po polsku, nie po angielsku, więc muszę wam pisać po ludzku, byśta zrozumieli. Wiadomo, Polacy to Europejczycy, więc niezbyt rozgarnięci. Trzeba kawę na ławę. Nie to, co w pępku świata – czyli wspaniałej Hameryce.

Więc ta wspaniała Ameryka poszła do urn wyborczych i wybrała swojego chłopa. Niby on sam z Nowego Jorku oryginalnie – ale mówi ich językiem i mówi, że jest taki jak oni. Ci z Florydy, z Georgii, z Arkansas, z Minnesoty, z Utah. Z tych wszystkich miasteczek i gmin, gdzie durny sklepikarz, sprzątacz w lokalnym Wallmarcie, i ‘hamburger flipper’ w MacDonaldzie wie, że jest obywatelem najwspanialszego i najmądrzejszego narodu na świecie. Bo Amerykanie to naród, głęboko w to wierzą i jakiekolwiek banialuki o etnicznym rodowodzie narodów, to gadanie, jak woda po deszczu. Chlup, chlup i guzik z tego chlupania.

Ameryka to naturalnie też NASA, to kilka jednych z najlepszych na świecie wielkich uniwersytetów. A dalej … dalej to setki uczelni, które są na niewiele lepszym poziomie niż dobra szkoła średnia w Europie. To też rzeczywistość. Taka bardzo rzeczywista, namacalna, widzialna, słyszalna.

O wyborze prezydenta w USA (to dość adekwatne do innych krajów i ich lokalnych wyborów – w Polsce też) nie decydują absolwenci Uniwersytetu Massachusetts ani Harvard. Decydują miliony Amerykanów, którzy nie mają pojęcia, gdzie jest Malta, jak nazywa się stolica Rumunii lub Bangladeszu, gdzie jest wielka Turcja, jak nazywa się stolica Ukrainy lub Szwecji.

Więc wybrali Pomarańczowego Pajaca. Tyle, że to pajac nie z wesołego objazdowego cyrku. To pajac z hollywoodzkiego niebezpiecznego horroru. Złośliwy maniak-psychopata.  Donald Trump.

Udawał ze swojej milionerskiej posiadłości w Mar-a-Lago, że jest jednym z nich: zwykłych, przeciętnych Amerykanów z karabinem maszynowym przewieszonym przez ramie, jak jakiś łuk Robin Hooda. Amerykanów, którzy wychowani są w micie nienawiści do podatków i ograniczania jakiegokolwiek ich wolności. Pamiętają skąd się wzięli (historycznie, nie etnicznie),  właśnie jako protest wobec podatków narzuconych im przez jakiegoś króla brytyjskiego. Było to za czasów panowania w Londynie dwóch kolejnych Jurków hanowerskich (Jerzego III i IV – dziadka i ojca Victorii). Więc wiedzę jak i dlaczego Ameryka powstała generalnie mają. Nie jest to wiedza zbyt detaliczna i zdecydowanie nie jest krytyczna. Tu trochę ukłon wobec moich rodaków nad Wisłą: tak, mamy podobieństwa do mentalności amerykańskiej. Nie osądzam, czy są to podobieństwa chwalebne i szlachetne – ale są. Patriotyzm obu narodów jest podobny też: gorący i chłodzący się z tej gorączki w dość płytkich wodach przybrzeżnych. Ktoś by powiedział – paplania się w błotku. Nie, nie ja bynajmniej, ale ktoś by może tak powiedział, LOL.

I z tej mgły błot historyczno-mitycznych wyłania się postać Donalda Pomarańczowego. Macha sztandarem, krzyczy, straszy, grozi, rzuca tanimi i dość plugawymi żartami … i wygrywa wybory. No, bo kto takiego równego swojaka by nie polubił?

Można się pośmiać, wymieniać kolejne dowcipy polityczne. Tylko, że ten Pomarańczowy Pajac ma jedną wadę i to zasadniczą – jest dyktatorkiem, który wiele może. Mniej niż mu się wydaje, ale ciągle bardzo dużo. To mimo wszystko przywódca najsilniejszego mocarstwa świata, a już bezwzględnie jednego z dwóch-trzech takich mocarstw.

Bez sensu wyliczać wszystkie konflikty, zaostrzenia, spory na świecie, gdzie Trump może mieć silny wpływ na ich rozwiązanie lub zaognienie. Nas tu interesują głównie sprawy najgorętsze teraz: Ukraina, Izrael-Palestyna i naturalnie Polska.

Ukraina ze względów niewymagających tłumaczenia i przypominania, ma dla Polski, jej bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej (zwłaszcza w Europie) zasadnicze, omal egzystencjalne znaczenie.

Jedną z zasadniczych obietnic Trumpa jest doprowadzenie w krótkim czasie do zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zakończenia nie przez traktat pokojowy, a przez wymuszenie rozejmu i zaprzestania tzw. gorącej wojny. Oznacza to wymuszenie na obu stronach zamrożenie obecnej linii frontu i zakaz dalszych działań powiększania zdobytego lub odzyskanego terytorium. Wiązać się to musi automatycznie z rezygnacją Ukrainy z olbrzymich terenów już przez Rosje zajętych, a jednocześnie jest absolutnie nie do pomyślenia, by Putin zgodził się na pozostawienie w rękach ukraińskich Obwodu Kurskiego. Jeśli Trump myśli, że wymusi taki warunek na Putinie – byłby to dowód jego kompletnej ignorancji politycznej.

Jednym słowem powstanie Linia Demarkacyjna. Przypomniało mu się widać z czasów poprzedniej Prezydentury, kiedy z tyrana Północnej Korei chciał zrobić przyjaciela i gołąbka pokoju, że coś takiego, taki pas ziemi niczyjej istnieje między Koreą Południową i Północną. Miał być, co prawda chwilową linią rozejmu – a istnieje już siedemdziesiąt lat. Ma długość kilkudziesięciu kilometrów. W Ukrainie musiałby mieć – bagatela – setki. Oczywiście każda linia demarkacyjna musi mieć jakichś strażników, obrońców (nie mogą to być z równie oczywistych powodów żołnierze stron konfliktu). Wedle najbliższych współpracowników kampanii Pomarańczowego Pajaca takimi żołnierzami winni być wojskowi Polski, Francji, Niemiec i Wlk. Brytanii.

Nie mam wątpliwości, że Szef Sztabu Generalnego już przygotowuje w Polsce lotną Brygadę Kawalerii Lekkiej, czyli tzw. zagończyków. Zagończycy jak wiemy, mają w kampaniach na stepach ukraińskich duże doświadczenie. Anglicy słabe, więc nie wiem, co będą robić. Stać na widecie? Bo Francuzi pewnie na bidecie. Niemcy zaś przygalopują z Królewca Czarnym Pułkiem Huzarów, dumie cesarza Wilusia.  Skąd takie dumki snuję?

1) Bo nie wyobrażam sobie innej reakcji rządów i dowódców armii tych krajów na tą absurdalną propozycję-wyzwanie.

2) Bo jeśli tak by się stało, to po co w ogóle do siebie strzelać czy z łuków czy z czołgów? Bez sensu kompletnie. Lepiej od razu odgrzać pewne sugestie, ponoć sugerowane lata temu przez imperatora Putina (miało to dotyczyć Ziemi Lwowskiej wówczas), i zwyczajnie zaproponować (jeśli o ziemie ukraińskie chodzi) granice Traktatu Ryskiego. Nie trzeba się kłócić o rzeczki, zagrody i miasteczka. Przekalkować linię graniczną ze starszych map i to wszystko. Po stronie polskiej ustanowić daleko idącą autonomię dla tych ziem (językową, samorządową we wszystkich szczeblach, szkolnictwo podstawowe i średnie, szczegóły szkolnictwa wyższego ustalić na wspólnej specjalnej komisji) i zagwarantować traktatowo pełne referendum w kwestii kontynuowania lub zakończenia tej unii. Referendum takie przeprowadzić jednocześnie, ale osobno na terenach polskich i na terenach ukraińskich – by Unia mogła być kontynuowana oba referenda musiałyby za tym głosować; jeśli jedna ze stron by nie chciała kontynuacji, Unia by się automatycznie rozpadła. Bajka? Nie. Zdaniem moim dość rozsądne wyjście, zdecydowanie lepsze dla Ukrainy (gdyby alternatywą była utrata olbrzymich terenów na rzecz Rosji na wschodzie i południowym wschodzie). Taka Ukraina sfederalizowana z Polską automatycznie by była częścią i NATO i Unii Europejskiej (pewnie jakieś drobne, specyficzne dla ziem ukraińskich regulacje przejściowe byłyby niezbędne).

Dla Polski taka unia zbyt atrakcyjnym rozwiązaniem by nie była z wielu powodów. Poza jednym – gdyby zabezpieczyło to na dziesięciolecia granice Polski i Europy przed otwartą wojną z Rosją Putina. A po dziesięciu latach blask samodzierżawcy cara Putina albo by już zgasł lub poważnie zbladł.

Ot, takie tam dumanie. W polityce sprawy najprostsze są zawsze najbardziej skomplikowane. Mity i legendy-koszmary przeszłości kłębią się z olbrzymim ego polityków i przywódców.

Pan Zełenski? Myśl, że bardzo już znużył wszystkich na świecie, łącznie z masą Ukraińców w Ukrainie i milionami poza Ukrainą. W olbrzymiej części w Polsce. Gdyby było inaczej – brygady, pułki i bataliony wojsk ukraińskich nie byłyby tak przerzedzone, wyczerpane na linii frontu bez szansy na wymianę. I tak są przeładowane żołnierzem w średniej sile wieku, bez najlepszego materiału bojowego, jakim są młodzi żołnierze.

To trochę żałosne już dziś i irytujące, gdy staje przed prezydentami i premierami państw, które zaopatrują armie ukraińskie w sprzęt, trening, amunicję i olbrzymie, miliardowe pożyczki, z czapką w jednej dłoni, a drugą grozi im palcem i poucza, jak mają postępować.

– c’est fini


Izraelskie ludobójstwo i masakra Palestyńczyków już nie tylko w samej Strefie Gazy, ale we wszystkich enklawach palestyńskich leżących poza stricte sensu Strefą Gazy. Administracja Joe Bidena i jego misja nie tylko trwałego rozejmu, ale nawet domaganie się utworzenia w końcu suwerennej, niepodległej Palestyny – zawiodła, te plany i hasła sczezły wszystkie na niczym. Kompletne fiasko w każdym aspekcie. Biden uwiązany był i jest bardzo skomplikowanymi węzłami gwarantora istnienia Izraela i bezpieczeństwa pod wpływem przemożnego (liczebnie, finansowo i PR-owego) lobby. Napominanie Izraela, grożenie palcem miało takie same znaczenie i konsekwencje, jak burza w szklance wody. Byłoby śmieszne, gdyby nie było okrutne w wymiarze praktycznym.

Zbrodniarz wojenny, którym Netanjahu bez wątpienia jest, znajdzie teraz pełne poparcie u Trumpa. I nie dlatego, że są te tradycyjne gwarancje amerykańskie wobec Izraela, i nie dlatego, że Trump jest zwolennikiem i przyjacielem Żydów i Izraela. Trump jest rasistą czystej krwi, a Palestyńczyk to dla Trumpas po prostu Arab. Brudny Arab naturalnie. Tak, jak Meksykanie.

A Bibi? A Bibi ma alibi – jest dyktatorkiem czystej krwi. Trump, to prócz tych innych cech charakterologicznych już po części wymienionych – też klasyczny oportunista. Jeśli by bardziej mu się opłacało poprzeć Palestyńczyków – odstawiłby Netanjahu ‘na odstrzał’. Bez wahania. Więc mniej Panie w opiece tych, których Trump określa mianem sojuszników i partnerów. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

I to by było tyle na razie. Zbyt skomplikowane analizy tego Pomarańczowego Pajaca są kompletną stratą czasu. Bo aby analizować charakter męża stanu trzeba:

a) badać męża stanu;

b) badany musi mieć charakter.          

– c’est fini

Kibol

Paulino Menezes, CC BY 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by/3.0, via Wikimedia Comm

Oglądaliśmy niedawno dziwne widowisko na ulicach angielskich miast. Wielu miast. Policja była kompletnie do tego typu igrzysk rozwydrzenia nieprzygotowana pierwszego dnia. Tłumy dyszących nienawiścią rasistów demolowały domy, całe ulice miast angielskich. Wyglądało to, jak jakiś surrealistyczny film Felliniego.

Czy to była prawdziwa Anglia? Nie i tak, niestety. To rzeki tej głośnej, groźnej i wojowniczej fali populizmu, która zalała Europę i Północna Amerykę. Popłuczyny faszyzmu, anty-elitaryzmu zawsze istniejącego w środowiskach nieudaczników, niewykształconych arogantów i ignorantów własnej historii. To jest też efekt pierwszej prezydentury Donalda Trumpa i jego obecnej kampanii wyborczej. Na samym końcu – to efekt bardzo sprawnej kampanii propagandowej, fejkniusów i zwykłego ordynarnego kłamstwa rosyjskiej kadry politycznej. Ale nie można tego po prostu wytłumaczyć ideologią, nawet ideologią zła. To jest też zwykła ordynarna łobuzerka rozwydrzonego kibola. Tak – kibola. Tego wrzeszczącego na współczesnych widowiskach rzymskiego Colosseum kibola, wyrywającego deski z ławek stadionowych, który chce piwska i rzuca potem butelkami po tym piwsku w kierunku zawodników przeciwnej drużyny. To widok zwykłego chama, który korzystając z wolności liberalnej demokracji – okłada tą demokrację pięściami i kopniakami. Na meczach w Krakowie, w Warszawie i na meczach w Nottingham.

Znam tego kibola. Widziałem tych chamów i ich zachowanie. Nad ranem zachlanych, zaszczanych, zarzyganych i zasranych. Widziałem ich przewracających się i tarzających w tej swojej śmierdzącej kloace, w posoce.

Nie w tym roku, kilka lat wcześniej. Był 2018, moja ostatnia podróż z Kanady do Polski. Specjalnie tak ułożyłem loty by mieć cały dzień, wieczór i noc w moim ulubionym Amsterdamie, który kocham i odwiedzałem wielokrotnie. Uwielbiam łazić tymi wąskimi uliczkami zaczynającymi się zaraz za pierwszą pętlą tramwajową koło Dworca Głównego. I tak było tym razem: wzdłuż tych okien Muzeum z dziełami sztuki flamandzkiej, gdzie czekałem czy aby któryś z tych mieszczan nie wylezie w swoim berecie z ram obrazów Rembrandta, potem spacer na kanałem obok, w tej dziwnej mini-dzielnicy żywych wystaw ‘pań rozkoszy’, zaraz dwa kroki od kamienicy, w której pisała swoje pamiętniki Ann Frank.

Nie chciałem tracić nocy w hotelu, bo odlot miałem wcześnie rano, więc przełaziłem i noc. Późnym wieczorem zaszedłem do znajomej restauracji-klubu. Właściciel był nadzwyczaj sympatyczny, rozgadaliśmy się i on poszedł do kuchni zamówić jakiś specjalnie dla mnie posiłek. Dowiedziawszy się, że rano mam odlot … zaproponował spędzenie krótkiej nocy nie w tym klubie a u niego. Nietrudno było się domyśleć, że noc pewnie miała być bezsenna i tak, LOL. Najgorsze, że był mężczyzną przystojnym, atrakcyjnym – niestety. I co tu dużo gadać, połechtało to moją próżność. Skłamałem, że na chwilę muszę obok gdzieś wyskoczyć – i zwiałem, jak tchórz. Mężczyźnie w moim wieku nie przystoi zachowywać się, jak sztubak. Niestety, tak się zachowałem i zamiast po prostu podziękować i odmówić – zwiałem. Idąc wąskimi uliczkami, które w środku nocy wyglądają jednak inaczej – straciłem orientację i gdzie nie skręciłem widziałem, że idę w rewiry mi obce i dalsze od dworca. Zawróciłem i chyba we właściwą stronę, bo znowu sporo było nocnych barów z bardzo głośną klientelą młodych ludzi wrzeszczących na całe gardło z charakterystycznym brytyjskim akcentem. W zasadzie te wrzaski-rozmowy ograniczały się do tych samych regularnie 3-5 słów. W niczym bogactwa literatury angielskiej nie zawierających. Kilka razy ‘zwracano się’ do mnie. Czasem zapraszająco, czasem czymś w rodzaju polskiego ‘co się gapisz głupi h-u’ lub podobnie. Bezsensowne podejmowanie rozmowy lub rozbicie łba jakimś wolnym krzesełkiem nie byłoby dobrym pomysłem, bo jednak byłem sam a oni w grupie. Pomijając fakt, że wiekowo mogli być moimi synami. Nie ma nic gorszego niż na trzeźwo mijać co krok pijanych pętaków zaczepiających cię, bez znaczenia czy wrogo, czy koleżeńsko. Znałem Amsterdam, znałem jego nocne życie, ale tak głośno, wulgarnie nie wewnątrz klubu a na ulicy nie pamiętałem. Coś się zmieniło. Postanowiłem przejść spokojniejszymi uliczkami w kierunku dużego charakterystycznego hotelu Krasnapolsky do znajomych okolic, zajść na szklaneczkę piwa w znajomym klubie i iść na dworzec wcześnie rano by podjechać do lotniska. Zobaczyłem z daleka starszego pana w eleganckim wieczorowym garniturze, z laseczką (nie, to nie było moje odbicie w szybie wystawowej, LOL). Podszedłem i spytałem po angielsku, jak najłatwiej dojść do hotelu Krasnapolsky. Spojrzał na mnie z niesmakiem i powiedział: tak, przyjeżdżacie tu z Londynu tylko żeby pić i robić awantury, a potem do hotelu i rano z powrotem na wyspę. A żeby choć spytać, gdzie jest nasz Pałac Królewski, aby choć zobaczyć, jak pięknie wygląda i gdzie nasza królowa mieszka. Nie – tylko gdzie hotel lub bar. Byłem zaskoczony jego zdenerwowaniem i obcesowością. Odpowiedziałem tylko, że nie jestem z Londynu, a z Kanady i po prostu trochę się zagubiłem. Pan natychmiast się zmienił i przeprosił za zdenerwowanie, zaoferował, że kawałek podprowadzi. Wyjaśnił też, że są już (mieszkańcy Amsterdamu) zmęczeni tymi najazdami hord młodych Brytyjczyków każdego weekendu, burdami, wrzaskami i awanturami. A już nie daj Boże mecz piłki nożnej, bo to dzień sądny. I przeklina ten tunel pod kanałem La Manche, bo samolotami tylu by ich nie zjeżdżało tu. Podprowadził mnie pod sam hotel i pożegnał się życząc dobrej nocy. Poszedłem do tego znajomego baru, wypiłem piwko i skierowałem się do dworca. Już na schodach od ulicy siedziały grupki pijanych brytyjskich kiboli. Niektórym towarzyszyły równie zalane dziewczyny, ale głównie chłopcy. O mało się nie wywróciłem wdeptując na zalany wymiotami stopień schodów. Na peronach było gorzej, wymiotowali i sikali, gdzie stali. Tyle, że już nie byli tak głośni. Byli zmęczeni i powoli zaczynał dokuczać chyba kac. Ale wyglądało to jak scena z jakiejś remizy strażackiej czterdzieści lat temu w jakiejś zabitej dechami wiosce w Peerelu tyle, że wyolbrzymiona karykaturalnie, a nie z dworca w centrum dużego miasta europejskiego. Cuchnęło strasznie. W pewnym momencie zobaczyłem kogoś, kto wyglądał na pracownika dworca. Podszedłem i spytałem, dlaczego nie zawiadomią policji. Wzruszył ramionami i powiedział – nasza policja nie ma tylu cel, a te co ma już są zapełnione ich kolegami. Po pierwszym pociągu zmyją perony maszynami i ulicę przed dworcem. Był zrezygnowany i niechętny na rozmowę. Odetchnąłem z ulgą, jak wysiadłem na lotnisku.

Tak, nazywajcie ich jak w danej chwili wygodniej lub pasuje. Ja ich nazywam wszystkich kibolami. Są w każdym kraju, choć Anglia dochowała się wyjątkowo wielu. Jak jest wygodniej politycznie nazywa się ich rasistami, faszystami, populistami. Bzdura – to zwykłe chamy szukające okazji do rozróby. Naturalnie, że nienawidzą (w Europie i Ameryce Południowej) kolorowych emigrantów. Bo ci emigranci pracują, kupują tanie domki i je remontują, są dużo lepiej wykształceni niż ci kibole, są grzeczni. Ci, którzy są uchodźcami to biedacy bez niczego, z krajów wojny lub przerażającej nędzy. Ci nie są wykształceni i dostają rządową skromną zapomogę, ale są grzeczni, trochę wystraszeni. Podejmę każdą pracę i za uciułane pieniądze wykształcą swoje dzieci na doktorów, inżynierów, bankierów, biznesmenów. Aby nigdy nie musiały przechodzić takich upokorzeń, jak ich rodzice. ‘Kibole’ ich za to właśnie nienawidzą. Za to, że nie chlają jak oni w pubach, że mogą swoje nieudacznictwo i niższość usprawiedliwiać właśnie tymi emigrantami, którzy żyją z ich podatków (mimo, że ‘kibole’ podatków płacą bardzo mało, bo nigdy żadnym sukcesem profesjonalnym nie mogą się pochwalić). Jeśli potem jakaś ładna Polka czy Angielka zakocha się i wyjdzie za mąż za przystojnego kolorowego lekarza lub prawnika zamiast za takiego kibola po szkole średniej – to naturalnie podstawa do oskarżenia, że kradną im ich dziewczyny. Mimo, że te dziewczyny nigdy by za takiego prostaka kibola i tak nie wyszły.

Faszyści, narodowcy? Tak, oni lubią, jak ich się tak nazywa. To daje im pewnej politycznej powagi, znaczenia. A ile pism twórcy polskiego ruchu narodowościowego przeczytali? Które z dzieł prof. Ledóchowskiego (nota bene autentycznego obrzydliwego faszysty)? Żadnego, nic. Zilch. Może co niektórzy znają kilka haseł obracających się stale gdzieś na fejsbuku, w telewizji – ale to wszystko. Ich dziewiczego mózgu nie zepsuł gram myślenia krytycznego, niezależnego. Wszystko dziewice orleańskie, psiakość.

Pamiętacie bardzo niedawne, za czasów władzy Karła z Nowogrodzkiej, Marsze Niepodległości Mostem Poniatowskiego w Warszawie? Te szturmówki biało-czerwone w dymach petard, te dzikie wrzaski? I tą bezradną policję. Jeśli gdzieś ta policja usiłowała się im przeciwstawić to właśnie te szturmówki zamieniały się błyskawicznie w groźne narzędzia walk ulicznych. Pamiętacie polowania tych bojówkarzy na młodych chłopaków, którzy ośmielili się Niepodległość świętować wolnością osobistą, zróżnicowaniem postaw, orientacji, kolorów skóry? Pamiętacie, jak spalono piękną tęcze na Placu Zbawiciela? Czuli się zresztą wówczas autentycznie bezkarni. Prokuratura Ziobry ich ścigać nie miała zamiaru – przeciwnie, wspierać, gdzie mogła. W imię ‘wolności zgromadzeń’. Zresztą ten pochód nienawiści prawie prowadził w czołówce sam pan Prezydent Najjaśniejszej ze świtą, Duda niejaki.

Pamiętacie groźne szeregi bojówkarzy Młodzieży Wszechpolskiej w mundurach, z wielkimi flagami maszerujące zdyscyplinowanym szeregiem wprost do głównej nawy kościelnej w Częstochowie? Takie same szeregi, które biły oficjalnie kijami na ulicy w Białymstoku skromny Marsz Równości. Wyglądali zachowywali się, jak Komando Hitlerjungen. Potem, na progu Katedry w Białymstoku, wracających wprost z tej ciężkiej roboty bicia i kopania dziewczyn i chłopaków z tego Marszu Równości – witał ich błogosławieństwem i zapraszał na mszę gospodarz tej katedry. Ci zorganizowani bojówkarze, umundurowani to raczej bardziej świadomi swego celu autentycznie faszyści. W dużej części wywodzący się z tych ordynarnych środowisk kibolskich. Zdecydowanie to nie członkowie jakiejś Wszechpolskiej korporacji studenckiej. Ich uniwersytety to knajpy i burdy.

Łatwo zapominamy. Bo tak wygodniej chodzić na spacery po ulicach w mieście, przechodzić obok tych świątyń, mijać sąsiadów, których dzieci w tych bojówkach brały udział.

To ci sami mentalnie, którzy dokonali takich szokujących awantur ledwie kilka dni temu w Wielkiej Brytanii. Ci sami, którzy sikali i rzygali na peronach dworca w Amsterdamie.

Następnym razem, gdy pan Braun będzie wam banialuki prawił o wonności osobistej (przy pełnym zakazie aborcji, tępieniu ‘różowej zarazy’ i oficjalnym ogłoszeniu Jezusa Królem Polski) – pomyślcie o tym wszystkim. Bo to z tej samej beczki dziegciu się wylewa. Też tej, z której popija pan Bosak starając się wywiadach telewizyjnych i prasowych pokazać twarz umiarkowanego prawicowca europejskiego. Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to ten obsrany kibol brytyjski i polski na Poniatowszczaku i ci wybrani do parlamentów politycy ultraprawicowi tworzą tą samą dużą rodzinę, coś w rodzaju rozgałęzionego rodu. Jedni to nieucy, chamy i rozrabiacze uliczni, a drudzy wykształceni na uczelniach, wybierani przez wyborców do parlamentów. Ale są wszyscy kuzynami, spokrewnieni jednymi i tymi samymi genami. Mogą się nie spotykać na rodzinnych obiadach niedzielnych, ale wspierają się. Parafianie tego samego księdza proboszcza.

Mulier et potentia – kobieta i moc

Zdumiewające jak jedna decyzja może pomieszać szyki całej plejady potężnych polityków na całym świecie. Jedna decyzja jednego polityka. Nie, nie decyzja wywołania jakiejś wojny lub podpisania jakiegoś pokoju. Nawet nie decyzja kandydowania do jakiegoś potężnego, ważnego stanowiska – wręcz przeciwnie. Decyzja jednego bardzo podeszłego wiekiem polityka, że właśnie kandydować nie będzie.

Naturalnie, aby takie rewerberacje decyzji kogoś bardzo starszego były – musi to być jakiś bardzo ważny człowiek. Z potężnymi wpływami i potężnymi możliwościami. Powiedzmy – Prezydent USA.

Nagle prawie nieuniknione widmo prawie zapewnionego fotela prezydenckiego w zbliżających się z końcem roku wyborach amerykańskich dla Donalda Trumpa przestało mieć charakter czegoś, co jest prawie nieuniknione. Odwrotnie – szanse kandydatury Trumpa w ciągu jednego dnia zmalały kosmicznie.

Nie twierdzę, że Trump nie ma szans. Ciągle może te wybory wygrać. Ma kompletnie przez siebie podporządkowaną maszynę wyborczą prawie całej Partii Republikańskiej. Ale tak, jak w Polsce żadna partia polityczna nie ma milionów członków, którzy swoją masą sami mogą wybrać kogo chcą i do czego chcą, tak samo w USA ani Demokraci ani Republikanie takiej szansy nie mają. A sam tzw. twardy elektorat Trumpa to w dzisiejszej Ameryce zdecydowanie za mało by mógł to zrobić.

Tak, jak pan Kaczyński nie ma na to szansy w Polsce tylko z elektoratem PiSu, ani pan Tusk nie ma tylko z elektoratem PO. Co ciekawe, to wydaje mi się, że tej regule nie podlega kandydatura Rafała Trzaskowskiego na Prezydenta RP. O ile nie nastąpi jakaś katastrofalna pomyłka – jestem przekonany, że wybory prezydenckie w Polsce wygra. Co by kolosalnie poprawiło sytuację polityczną i chyba przez to ekonomiczną w Polsce. Przede wszystkim zlikwidowałoby paraliż legislacyjny Sejmu i Senatu wprowadzony przez totalny obstrukcjonizm prezydenta Dudy, który jest niewyobrażalnym aktem sabotażu państwowego. Nagle Prezydent-marionetka poczuł potęgę prezydenckiej mocy. A jako że kwalifikacji męża stanu jakichkolwiek nie posiada – ta aktywność prezydencka bardzo Polsce szkodzi.

Ale – ani Duda, ani Trzaskowski takiego wpływu na świat nie mają i mieć nie będą, jak prezydent USA. Więc wróćmy do tej sprawy.

Kto więc (zamiast Bidena) taki ból głowy Trumpowi przysporzył? Podpowiem dla ułatwienia – ta sama płeć, jaka od kilku dobrych lat tyle kłopotów finansowych, sądowych i wizerunkowych Trumpowi przysporzyła. Tak, kobieta. Co gorsze – była Prokurator Naczelna największego stanu USA, Kalifornii. Jak sama powiedziała ostatnio w jednym z wystąpień – jej doświadczenie w prowadzenie spraw sądowych przeciw malwersantom, pasożytom unikającym płacenia podatków mimo statusu milionerów, patologicznym kłamcom, bardzo jej ułatwi prowadzenie kampanii przeciw takiemu właśnie przeciwnikowi, bo doskonale zna ich modus operandi. 

Tak, naturalnie, że wiecie. Mówię o Kamali Haris.

Po bardzo pewnie nerwowych dniach i nocach ostatnich tygodni, gdy rosło prawdopodobieństwo wygranej Trumpa w proporcji do co raz bardziej widocznego słabnięcia fizycznego i mentalnego Joe Bidena mogą teraz odetchnąć z ulgą przywódcy innych krajów, a z nerwowym zaniepokojeniem inni:

Wołodymyr Zełenski, Prezydent Ukrainy: nie ulegało jakiejkolwiek wątpliwości, po której stronie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego stoi Donald Trump. Dla tych, którzy nie są sto procent pewni, podpowiem: to nie była strona Ukrainy. Ulga dla niego.

Binjamin Netanjahu, Premier Izraela: oportunista, malwersant, populista par excellence i rasista, wedle wszelkich informacji i wstępnych wyroków Międzynarodowego Trybunału w Hadze uważany za ludobójcę. Urodzony w Izraelu ale … syn polskiego Żyda z Warszawy, Bencyjona Milejkowskiego, który w 1920 wyemigrował do Palestyny i przybrał nazwisko od miejscowości palestyńskiej – Netanja. Zaniepokojenie dla niego.

Jens Stoltenberg, Szef NATO, Norweg – bezwzględnie oddycha z wielka ulgą, że zwycięstwo Trumpa stoi teraz pod dużym znakiem zapytania. Ulga dla niego.

Mark Rutte Holender, będzie od października nowym Szefem NATO. To specjalnie silna ulga dla niego.

Władimir Putin, nie, nie będę przedstawiał. Tego niebezpiecznego wariata, bandytę, zabójcę, który niestety ma dostęp do tych szyfrów i śmiercionośnych pocisków – wszyscy znają. Na pewno szacunkiem Trumpa nie darzył, ale był mu wyjątkowo użyteczny w jego obłąkanych marzeniach rosyjskiego Samodzierżawia. Zaniepokojenie dla niego.

Nad Wisłę tylko na moment powróćmy do głównych politycznych graczy: premier Donald Tusk i prawie pewny przyszły Prezydent Polski, Rafał Trzaskowski – dla nich ulga bezwzględnie.  Obecny prezydent, który od składającego podpisy niemowy legislacyjnego zamienił się naglę w ‘chciałaby, ale nie może’ silnego pożal się Boże męża stanu, Andrzeja Dudy, to raczej żenujące zaniepokojenie. W tej prezentacji nie może naturalnie zabraknąć węgierskiego faszysty i oszusta, Victora Orbana. Ze względów nie wymagających uzasadnienia – zaniepokojenie dla niego.

Nie mogę oczywiście nie wspomnieć Kanady i jej premiera, Justina Trudeau. Jeden z najdłużej urzędujących premierów w całym demokratycznym świecie. Nie tylko – on był premierem naturalnie już za pierwszej (miejmy nadzieję – ostatniej) prezydentury Trumpa. I większość pojedynków z nim wygrał na korzyść Kanady. Czego pewny siebie Trump nie może mu zapomnieć. W dodatku Trudeau lubi się lansować jako feminista i przyjaciel środowisk LGBTQ+. Jaką opinię o kobietach ma Trump nie ma sensu wyjaśniać, podobnie o LGBTQ – jest mizoginem i cywilizacyjnym orangutanem. Więc informacja o kandydaturze pani Haris na prezydenturę USA to bez wątpienia dla niego ulga. Jeśli przypomnimy, że Kamala Haris chodziła do szkoły i uniwersytetu w … Montrealu, to cóż więcej można dodać? Ah, skoro Kanada, to trudno (choć naprawdę wolałbym na jego temat nic nigdy nie pisać) pominąć rozłoszczonego pajaca populistycznej sceny – Pierra Poilievre. Onże bardzo musi być nie tylko zaniepokojony, ale wręcz zagubiony. Jak mały lokalny łobuziak, którego doszła wiadomość, że może utracić silnego opiekuna gangsterskiego.

Tak – o politykach (niestety) znowu …

Dawno w publicystykę polityczną tu się nie bawiłem. Jakoś ot, takie rzeczy zwykłe, człowiecze, bardziej czas i myśli zaplątały. Uczucia, strata, miłość, ba – nawet taka cichutka, skromna czułość. Tematy, do których opisania język publicystyczny słabo się nadaje.

Ale świat, zbiorowość toczy się dalej. Ponad indywidualną troską i radością. Człowiek pomnożony przez tysiące staje się społeczeństwem. I grupowo inne często stosuje miary niż wedle drogowskazu jednostkowego.

Dwie sprawy, dwa zasadnicze zagadnienia są absolutnie priorytetowe we wszystkim innym: wojna i pokój. Zdecydowanie nie w Tołstojowskim wydaniu. Raczej w takim uproszczonym na współczesność: kula w łeb, śmierć lub życie.

Wojny toczą się wszędzie i bez przerwy. O tych małych, lokalnych prawie nie wiemy nic, zwłaszcza gdy oddalone o tysiące kilometrów, na innych kontynentach. Aby o nich coś powiedzieć należy zgłębić kontekst historyczny miejsca, przyczyny, racje stron. Bywają wojny czysto obronne, przed obcym najazdem – te są usprawiedliwione, są broniącym się narzucone. Pomijając wszak wszystkie te racje, to mimo to kosztują życia indywidualnych ludzi. Ich marzeń, pragnień.

Znam natomiast dość dobrze podłoża dwóch obecnie wielkich wojen. Jedna zagraża wręcz pokojowi światowemu, druga poważnemu konfliktowi regionalnemu. Naturalnie mówię o najeździe rosyjskim na Ukrainę i izraelskiej masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy.

Trzeba jasno powiedzieć, bez bycia zbędnie delikatnym, bo przy mordercach w delikatność bawić się nie uchodzi: tacy mordercy jak Netanjahu i Putin winni być możliwie błyskawicznie wysłani do piekła, ich pobyt w tym wymiarze rzeczywistości ziemskiej jest kontynuowaniem zbrodni. Więc niech tam się znajdą tak szybko, jak możliwe. Trump może ich tam odwiedzać i mogą w przerwach między sauną w gorącej smole robić sobie rundki golfa, jak w Mar-a-Lago.

A do dobrego dziadka z Białego Domu mam szczery apel: Joe, you have done enough. I mówię to szczerze i z wdzięcznością, na którą zasłużyłeś. Odejdź w nimbie mędrca, augura, a nie błazna i upartego starca. Wierz mi, że oficjalna kawalkada limuzynowa w honorowej asyście Marine Corp jest o wiele lepsza niż taczka. A jak się będziesz upierał, toś cep stary i to wszystko. A taczka czekać na ciebie będzie na Konwencji Demokratów. Nie uchodzi byś tak z tej Konwencji wyjeżdżał.  

To zdumiewające, jak politycy państw demokratycznych ubzdurali sobie, że są panującymi, a nie rządzącymi z dobrej woli społecznej. Nagle zaczęły się im śnić korony i kadencje od pierwszego wyboru do … grobowej deski. Wszędzie. Jak ta władza cholera kusi. Mądrzy też temu ulegają i się psują kompletnie. Zapomnieli, że te panowanie ‘z Bożej Łaski’ nie zawsze takie szczęśliwe. A to szafoty po drodze, a to gilotyny i rewolucje, a potem strzały z nagana … .  Nawet prześwietny Szach nad Szachami 2.5-tysiącletniej Persji, Mohammad Reza Pahlawi ledwie z życiem uciekł w czasach już bardzo współczesnych. A powinno być zdecydowanie dwie kadencje i nie więcej – i dla prezydentów i dla premierów, bez pardonu. Nie trzeba nam zbawców ojczyzny, dosyć się na niej przejechaliśmy równo w dół nie raz.

Co to za partia polityczna, której lider uważa, że nie ma w niej w każdym momencie kilku zdolnych i uczciwych, którzy go na funkcji mogą zastąpić? Chcecie rządzić w państwie demokratycznym, a we własnej partii uprawiacie zamordyzm i autokratyzm. Dziwne zaiste.  Jedynym odstępstwem od takiej żelaznej reguły może być jedynie stan wojny. Okres wojny do ilości i długości kadencji winien się nie liczyć.

Dla zbyt wielu polityków (w skali lokalnej też) – polityk stał się zawodem. Tak de facto widział to Arystoteles w swoim dziele „Polityka”[i]. Chcesz należeć do klasy obywatela, to musisz mieć środki i czas na zajmowanie funkcji publicznych. Tylko w starożytnych greckich Polis nie płacono politykom za pełnienie funkcji publicznych, musieli sami mieć na to środki. Słowem szlachetność kosztowała. A dziś ‘szlachetność’ daje szansę na nabicie własnej kiesy.

Naturalnie, że trochę to refleksje naiwne. Wszak tyle razy nam wmawiano, że aby najzdolniejszych pozyskać, musimy im godziwie płacić – inaczej najlepsi pójdą do biznesu lub będą w rządzie kraść. Lub rządzić będą niedorajdy. Dwa na to świetne są antidota: tych, co kradną, bez względu za zasługi inne, karać bezlitośnie i osadzać w więzieniach. I sądzić nie w jakiś beznadziejnych Trybunałach Stanu (jak w Polsce choćby) ale w normalnych Sądach karnych. Czy tylko słabi bez ambicji będą się więc do polityki pchać?  No cóż, jeśli będzie to kraj, gdzie tzw. godny i mądry obywatel będzie stronił od służenia dobru tego państwa i narodu – to takie państwo zasłużyło na niedorajdów, którzy będą nimi rządzili. I koniec. Lub może inni, z zewnątrz, winni takim państwem zarządzać. Jakiś balans w naturze być musi.

I to by było chyba na tyle, uraziłem pewnie wystarczająco wielu. Na dziś w każdym raziemnie


            Aliści, aliści dobrodziejko i dobrodzieju-czytelniku, rzecz wczoraj jedna uderzyła mnie nieco przeglądając różne strony wszechmocnego Fejsbuka:  

Pewien bardzo uznany badacz-historyk Uniwersytetu w Ottawie, ale i członek szanownych instytucji naukowych w Polsce specjalizujący się w gehennie tragicznych losów Żydów w Polsce (nie tylko w Polsce, ale tam głównie) w latach Holocaustu zamieścił na swoim profilu zdjęcie jakiegoś tam oświadczenia niejakiego Matuszka (Morawieckiego zresztą), w którym tenże Mateuszek brał w obronę dzielny Naród Polski wobec oskarżeń o masowe szmalcownictwo i brak aktywności Polaków etnicznych w ratowaniu większej ilości naszych współobywateli wyznania Mojżeszowego. Mateuszek podpisał się w tym Oświadczeniu jako ‘historyk’. A nawet dodał (czort wie po co) w tymże piśmie, że historykiem jest też Donald Tusk[ii]. Kompletnie mnie nie interesuje bohaterska obrona Polaków przez tegoż Matuszka-Kłamczuszka. Ci, którzy ratowali Żydów – nie robili tego, by oczekiwać od niego takiej ‘obrony’. I on to oświadczenie wydał tylko w jednym celu – podlizaniu się swojemu twardemu elektoratowi twardogłowych, a nie z szacunku dla tych, którzy ryzykowali życie swoje i swoich najbliższych za pomoc Żydom polskim. Ale pod tym postem tegoż pana profesora wywiązała się dziwna dyskusja. Chwilami bardzo dziwna. Ktoś np. napisał, że statystycznie łatwiej było przeżyć obóz koncentracyjny niż żyć wśród Polaków … Czyli logicznie konkludując Niemcy budowali Auschwitz by ratować Żydów przed krwawymi represjami zdziczałych Polaków. Hitlerowcy ratowali Żydów przed Polakami. Nie wiem w ogóle w jakiej kategorii tego typu ‘refleksję’ zaliczyć: szaleństwa czy odrażającego kłamstwa? Inny uczestnik dyskusji napisał: „Pan premier Morawiecki zapomina, że dziesiątki tysięcy Żydów nie przeżyły wojny dzięki Polakom i niestety więcej dzięki Polakom ich nie przeżyło niż przeżyło. „ Oj, słów by wiele użyć można. Nie użyję, bo temat zbyt bolesny, tragiczny by głupie dyskusje prowadzić. Ale jedno tym dyskutantom szczerze mogę zaproponować: jeśli wy wiecie, co wówczas należało robić, jakiego heroizmu sięgać to proszę kupić bilet do Strefy Gazy i pojechać tam (nie w czołgu a z plecakiem pełnym opatrunków sanitarnych) by udzielać pomocy umierającym od bomb, pocisków i ze zwykłego głodu dzieciom palestyńskim. Giną codziennie w setkach (jeśli dzień dobry to tylko w dziesiątkach). Sam wówczas posadzę wam drzewko oliwkowe Sprawiedliwego i uznam wasze moralne prawo do wymagania od innych bezprzykładnego heroizmu i poświęcenia.

Tym razem kończę. A wcale nie tak kończyć ten tekst chciałem.


[i] Aristotle; ‘The Politics’;  wyd Penguin Classics, s.506; 1981 (tł. T.A. Sinclair)

[ii] (7) Polish former PM Mateusz Morawiecki has… – Jan Zbigniew Grabowski | Facebook

Brunatny nie jest biały ani czerwony ani niebieski.

Populizm ostatniej dekady to zdaniem moim nic innego niż puder i makijaż nałożony na straszna gębę faszyzmu. Na całym świecie. Jako, że faszyzm kojarzy się ciągle jeszcze z hitleryzmem, z obozami śmierci i obozami koncentracyjnymi, z Oświęcimiem, Majdankiem i Dachau – to lepiej nazwać tą wykrzywioną nienawiścią gębę ‘populizmem’. Mało sympatyczne słowo, ale nie gorszące aż tak. Zwłaszcza, gdy postawimy je jako antidotum wobec elitaryzmu, czyli tych światowych bankierów i gabinetowych polityków pociągających sznureczki kukiełek w starej grze wędrującej grupy sztukmistrzów i błaznów wyśmiewających naiwną gawiedź oglądającą te przedstawienie. Czyli jak rządzić by rządzący myśleli, że to dla ich dobra i że to oni są kukmistrzami, a nie kukiełkami.

Otóż współczesny ‘populista’ to nowa twarz i faszysty, i dyktatora, i polityka ohydnego pod każdym względem. Bardzo niebezpiecznego.

Wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem niedawno osiadłym w Kanadzie. Emigrantem z Indii, Hindusem etnicznym. W rozmowie brała udział też znajoma Kanadyjka pochodzenia chińskiego, mieszkająca tu już od dwóch lub trzech dziesięcioleci.

Chińska Kanadyjka była oburzona, jak jej znajomy Hindus narzekał na Kanadę, jej strasznie wysokie ceny kupna lub wynajmu mieszkania w kontraście do zarobków nowych emigrantów. Narzekając na kanadyjskiego premiera Justina Trudeau, który był w jego opinii elitarnym i zadufanym w sobie politykiem nie rozumiejącym przeciętnego człowieka – wychwalał premiera Indii, niejakiego pana Modi. Spytała się jego ostro: skoro tam jest tak dobrze, a tu tak źle, to po co tu przyjechałeś i czemu nie wracasz? Ja też przyjechałam z Azji, z Chin. I zostałam na stałe, bo to o niebo lepszy kraj. Tam za narzekanie na prezydenta Chin znalazłabym się w więzieniu lub była pobita przez policję. Tu za narzekanie na premiera Kanady nic mi nie grozi. Narzekanie na rząd w wolnych krajach to raczej rodzaj sportu, spędzania wolnego czasu.

Byłem z niej dumny. Sam jako uchodźca przybyłem tu wiele dekad temu. Kraj przyjazny, zdecydowanie wolny. Żyłem i mieszkałem pod każdym prowincjonalnym i federalnym rządem: lewicowym, prawicowym i po środku. Wszystkie były demokratyczne i praworządne. Niektóre lubiłem, inne mniej. Zawsze, co kilka lat ja i moi współobywatele mogliśmy je zmienić. Lub nie, bo byliśmy akurat w mniejszości. Nikt nas za to nie pobił, nie zamknął w więzieniu, nikt nie szykanował.

Tak, dekady temu czasy były lepsze. Ceny nieporównywalne, zwłaszcza ceny mieszkań i na kupno i na wynajem. Ale czasy były lepsze w całym tzw. wolnym świecie. Bez porównywalnie. Lata pandemii covidowskiej zmieniły z dnia na dzień wszystko. Klasa korporacyjna przejęła w dużym stopniu komercyjną kontrolę nad społeczeństwem. Chciwość stała się poniekąd orderem dumy ekonomicznych możnowładców.

Spytałem więc tego znajomego Hindusa: a co myślisz o premierze Modi w Indiach? Odpowiedział, że jest wspaniały, że bardzo dba o Hindusów i Indie.

Kontynuowałem pytania: ty jesteś etnicznym Hindusem, prawda i wyznania hinduskiego? Ponownie – odpowiedź twierdząca.  Borowałem więc głębiej: znasz Indie bez porównywalnie lepiej niż ja, więc wiesz, że w tym olbrzymim kraju jest wiele grup etnicznych, wiele religii – czy wszyscy mają równe prawa z największą grupą hinduską?  Moment (ale bardzo krótki) jeden zastanowienia i odpowiedź: ci którzy pamiętają, że żyją w hinduskich Indiach i szanują premiera, którego wybraliśmy – tak.

Otóż i idealny, prawie bukoliczny obraz ‘demokracji ‘z łaski większości’. Jeśli dziedzicowi się pokłonisz, dziesięcinę odrobisz, to kijów na plecy nie dostaniesz.

A był to jednocześnie moment, kiedy służby kanadyjskie wydały jednoznaczną opinię, że rząd indyjski dokonał dwóch śmiertelnych zamachów w Kanadzie na kanadyjskich Hindusach islamskiego wyznania postulujących niepodległość lub autonomię Kaszmiru – od lat kości niezgody między Pakistanem i Indiami.

Zbędnym jest chyba przypomnienie tragicznych lat, gdy po ogłoszeniu niepodległości Indii kraj objęła pożoga bratobójczej wojny kierowanej właśnie przez wyznawców hinduizmu przeciw Hindusom wyznania mahometańskiego. Sąsiad mordował sąsiada, kuzyn wypędzał kuzyna. Tak powstał Pakistan i Bangladesz i współczesne Indie: w morzu bratobójczej krwi.

Dziś ten sentyment podgrzewa na nowo premier Modi – zbudzony z odmętów przeszłości populista, hinduski faszysta.

Bo czymże zaprawdę jest ten ‘populizm’? Brzmi niewinnie, prawda? Podobne do od ‘popularność’. A cóż złego być popularnym? Oczywiście właściwe pochodzenie lingwistyczne jest z łaciny i oznacza generalnie: ogólne, wszystkich, ludu.

Ale czyż nie był populistą ostatecznie sam Hitler?  Polityczny kombinator wyrosły na fali rewanżyzmu za poniżenie wersalskie?  Salazar był populistą, kimże innym niż popularnym trybunem ludowym był niejaki Il Duce – Benito Mussolini? Czyż ultrakatolicka Hiszpania nie kochała popularnego obrońcy wiary, Generalissimusa Franco? 

Po zwycięstwie faszystowskich ugrupowań we Francji w ostatnich wyborach europejskich, Prezydent Republiki Emmanuel Macron podjął wyzwanie rzucone mu przez francuską faszystkę Le Pen i jej sprzymierzeńca Jordana Bardella i zarządził nowe wybory parlamentarne w czerwcu. Nie musiał. Ale Macron jest demokratą. Nie będzie trzymał się władzy tylko dlatego, że może. To nie Andrzej Duda – to człowiek honoru i dumy. Jeśli Macron i jego koalicja wybory przegra, czy Francja, podobnie jak w 1941, przeniesie swój rząd do Vichy? Mam nadzieję, że jeśli wygra Le Pen i Bardellla nie zhańbią Paryża i przeniosą.

Fala europejskiego faszyzmu wraca do wielu krajów, w których kwitła w latach 30.  Francuscy populiści krzyczeli: nie będziemy umierać za Gdańsk! Dziś krzyczą: nie będziemy umierać za Ukrainę! Czym różni się premier Słowacji Fico dzisiaj, of premiera Słowacji księdza Tiso w latach 40. ubiegłego wieku? Różnice pewnie podobne do tych, jakie są między premierem Węgier Orbanem w 2024 a regentem Węgier w 1939 admirałem Horthy. Horthy ogłosił się regentem króla Karola … ale biednego Karola nigdy po koronacji do Budapesztu nie wpuścił, samemu zostawiając sobie nieograniczoną władzę królewską, a króla zmuszając na banicję i wczesną śmierć na Maderze.

Przypominane w dłuższym wstępie nazwiska i postacie współczesne i historyczne różnią się między sobą metodami rządów (a nawet i celami dalekosiężnymi) i środkami, samym charakterem, osobowością tych przywódców. Ale łączy je kilka cech bardzo zasadniczych: 1) głód nieograniczonej władzy, 2) generalna niechęć do klasycznej demokracji opartej na wolnym wyborze; 3) niechęć do wszelkich mniejszości: etnicznych, socjalnych, religijnych, które są zawsze podejrzewane o hołdowanie obcej tradycji, a przez to ponętne na sprzyjanie opcji przeciwnej populistom (wewnętrznie i zewnętrznie). 4) Nie zawsze wyraźnym i praktycznym jest też marzenie o powiększaniu własnej ‘przestrzeni życiowej’, tegoż wyraźnie określonego przez Hitlera lebensraum. Ale zawsze podkreślanym jest element bronienia ‘za każdą cenę’ lebensraum istniejącego – ten element jest sprytnie połączony jako nierozłączna część patriotyzmu (‘nie oddamy piędzi ziemi naszej’). Więc bardzo dobrze jest tworzyć nawet wyimaginowanego wroga-najeźdźcę.

W tym znaczeniu faszystowskiego populizmu, populistą był batiuszka Stalin. Rewolucja społeczna i komunizm/radykalny socjalizm były tylko wygodnym narzędziem, pojazdem do osiągnięcia marzeń terytorialnych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może przypuszczać, że Stalin pozwoliłby lokalnym komunistom niemieckim czy francuskim na samodzielne i niezależne rządzenie Francją czy Niemcami. Zresztą okres 1945-1990 wykazał w praktyce, jak ta niezależność i samodzielność wyglądała w państwach RWPG i Układu Warszawskiego.

Aby nie było cienia wątpliwości dwie zasadnicze końcowe refleksje:

  1. Polska – celebrowano fakt, że wyborach europejskich Polska wyraźnie stanęła w poprzek populistycznych zwycięstw tradycyjnych bastionów demokracji w Europie. Ale patrzono na to jedynie z perspektywy zwycięstwa PO i KO nad PiSem. Politycznie wygodne kłamstwo. Czemu kłamstwo? Dlatego, że poza PiSem i jego przybudówkami politycznymi (ziobryści, itd.) była jeszcze naturalnie jedna, bardzo poważna siła polityczna. Siła, która nie była koalicjantem PiS. Ale nie była bastionem tradycji zachodniej tradycji demokratycznej. Mówię o Konfederacji. Konfederacja zyskała w Polsce dużo więcej głosów niż i cała Lewica, ludowcy i Trzecia Droga. Z mojego punktu widzenia i rozważań na temat czym jest populizm – Konfederacja w tym zakamuflowanym faszystowskim populizmie mieści się idealnie. Gdy połączę więc procentowe wyniki wyborów w Polsce, to jasno się okazuje, że połączone na tej zasadzie wyniki wyborcze PiS i Konfederacji masowo pokonały cały blok demokratyczny. I to jest zatrważające. I odrażające.
  2. Jednego państwa nie wymieniłem. A pominąć milczeniem nie można. Izrael. Nie interesują mnie jakiekolwiek wyjaśniania i tłumaczenia na płaszczyźnie religijnej. Kto, skąd i dlaczego jest Żydem, kto jest tylko (lub aż) żydem? Kompletnie mnie te legendy religijne nie interesują. Interesuje mnie Żyd etniczny, który jest większością etniczną w tym państwie i który od samego początku tego państwa nim rządzi. Więc te państwo jest (wyjątkowo ostro i jaskrawo w ostatnich miesiącach ludobójczej wojny przeciw Palestyńczykom) na wskroś państwem populistycznym. Pod obecnymi rządami Netanjahu na wskroś faszystowskim.   

Świadectwa i oceny polskich polityków. cz.2

Więc przyszedł ten rok 2015. Rok, który rozpoczął chyba najgorszą w Polsce epokę od czasów powstania republiki w 1918. Włączając w to czasy bozów partyjnych lat PRL-u i polityków sanacyjnych po 1935[i] w II RP.

Rok 2015 to autentyczny czas powrotu do ‘świetnej’ przeszłości Najjaśniejszej Rzplitej – czasów rozdawnictwa, przekupstwa przywilejów, tytułów dworskich i publicznych, szastania stale kurczącymi się dobrami tzw. królewszczyzny (tj. dóbr, ziem i lasów należących do Korony, czyli do państwa). Tego wszystkiego, co do upadku tej wielkiej Rzeczypospolitej się przyczyniło najbardziej:  okradanie Skarbu państwa, kupowania i sprzedawania Urzędów koronnych, wojewódzkich, powiatowych. W czasach obecnych te tzw. dobra koronne zamieniły się w zakłady przemysłowe, spółki handlowe, spółki holdingowe i akcyjne w których Skarb państwa miał swoje udziały.

Nie można będzie pominąć w tym wszystkim Kościoła polskiego, jego latyfundiów i silnych związków polityczno-materialnych z władzą rządową.  Hierarchia kościelna stała się siłą polityczną na skale nieporównywalną. Nawet w stosunku do bardzo silnej pozycji hierarchów w okresie sanacyjnym (kardynałowie Aleksander Kakowski, który zachował tytuł Prymasa … Królestwa (sic!) Polskiego, mimo, że ani Królestwa carskiego już nie było ani takiej funkcji; I August Hlond, właściwy Prymas Polski; oraz arcybiskup Krakowa kardynał Adam Sapieha ) – wpływy Hierarchii katolickiej a nawet zwykłych proboszczów parafialnych po 2015 były nieporównywalnie większe. Każda sikawka strażacka  w każdym Zadupiu z pięcioma stodołami i dwoma pijanymi strażakami-ochotnikami miała własnego kapelana. Którego naturalnie utrzymywał na pensji lokalny Urząd Gminny lub bezpośrednio (pijany oczywiście) sołtys. Im wyżej i w im większych miastach – tym apanaże wyższe. Szczytem chyba tej góry lodowej było dwóch profesjonalnych dojarzy Skarbu państwa: biskup polowy, ks. generał Głódź i kaznodzieja (do dupy, jako kaznodzieja, bo był zwykłym ordynarnym partyjnym naganiaczem z ambony) toruński ojciec Tadeusz Rydzyk.  Tych dwóch wydoiło chyba więcej niż cały Episkopat polski. To nie był barok – to było rozszalałe rokoko. Ale nie będę tu Kościoła rozliczał. Kościół i księża nocą nie wkradali się do Banku Narodowego i nie włamywali się do sejfów.  Nie – te pieniądze im dawało Państwo rękoma pisowskich magnatów. Nie rozumieli idioci z PiS i z Kościoła, że wyrządzali sobie niedźwiedzia przysługę. Nigdy Kościół Polski (chyba od czasów trwających blisko 200 lat wojen chrześcijańsko-pogańskich w latach pierwszych Piastów) tak nie opustoszał w ławach kościelnych i faktycznym uczestnictwie w kościelnych obrządkach, jak w tym czasie po 2015. Gdyby nie fakt, że tzw. formalne odejście z Kościoła jest tak strasznie skomplikowane – to Kościół katolicki być może zmalałby do rozmiarów niewiele większych od kościołów protestanckich w Polsce (które nota bene w tym samym okresie nie utraciły takich rzesz wyznawców, bo w tej  procedurze grabienia mienia państwowego udziału nie brały).  

Jak więc kwalifikować te rządy wóca Jarosława Kaczyńskiego i jego premierów, ministrów, bankierów?  Tych Szydeł, Morawieckich, Ziobrów, Radziwiłłów, Gowinów (nie, nie wybaczam mu, bo brał w tym udział bardzo świadomy i bez najmniejszej wątpliwości godnym mecenasem kultury i sztuki polskiej i jej twórców absolutnie nie był, a przy okazji udało mu się dla dalekich kuzynów załatwić głośny przekręt z wawelską ‘Damą z Łasiczką’, za którą państwowa Kasa wydała 108 milionów euro[ii]); Macierewiczów od fruwających brzóz i reszty tych oszołomów, którzy, jak się okazało, byli kuci na cztery kopyta szatańskie.

Więc ta moja kategoryzacja od ‘a’ aż do ‘e’ – aż pięć stopni do wyboru na świadectwo.

Wszystkim – bez wyjątku, bo nikt na taki nie zasłużył – dwa te same stopnie:

  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników;
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.

Nie może być mowy o taryfie ulgowej. Nie ma usprawiedliwienia, że idiota nieświadom, co czyni. Wiem, że dla poprawienia własnego samopoczucia moglibyśmy upierać się przy popularnych opisach: Kaczyński to ‘stary, schorowany dziad, który nie potrafi własnych spodni zapiąć, w poplamionej marynarce, niechluj zaczadzony niewiedzą i nieznajomością świata’; że Macierewicz to po prostu ‘wariat i koniec, powinien nosić kaftan bezpieczeństwa, dostał zupełnego pomieszania zmysłów i z praktycznego punktu widzenia nadawał się jedynie do podrzucania Wodzowi od czasu do czasu jakiś młodych Misiewiczów… .

Ale to opisy fałszywe i mijające się z prawdą. Taka uproszczona propaganda strony demokratycznej (bo demokracja też korzysta z propagandy). Byliśmy – jako społeczeństwo – trochę wówczas podobni do starego, głuchego spowiednika w konfesjonale, który nie słyszał co mówi spowiadający się i dawał wszystkim te same rozgrzeszenia: zmów synu/córko trzy Zdrowaśki i dwa Pater Noster a będzie ci darowane. I dla chłopaka, który ukradł dwa cukierki w sklepie i dla bandziora, który pobił własną babcię, bo mu nie chciała dać całej swojej renty. Tak było nam łatwiej – bo wstyd się było cholera przyznać, że jako naród tych ludzi my wybraliśmy. Bo wybraliśmy. Wygrali wybory – bez sowieckiego nagana i hitlerowskiego lugera.

Ale

Ale. Zawsze jakieś ‘ale’ się gdzieś, kiedyś znajdzie. Ot, taki drobny człowieczek. Niepozorny i niegłośny. Sędzia. I to nawet nie sędzia ‘dobrej zmiany’ PiSu w ich walce z Krajową Radą Sądowniczą. Jeszcze z czasów przedpisowskich, normalnych. Nie jakiś wybitny. Raczej dość przeciętny, może nawet mniej niż przeciętny, bo kariery jako sędzia wieloletni zrobić nie mógł. I nagle, bez hałasu i bez jakiejś nagonki czy kampanii publicznej, sędzia postanowił wyjechać … do Mińska. Nie, nie Mińska Mazowieckiego – do Mińska białoruskiego.  I nie w jakiejś delegacji sędziowskiej, by sprawdzić warunki prześladowanych tam Polaków. Nie. No, może nie wyjechał. Uciekł, przez ‘zieloną granicę’. Jako uchodźca polityczny. Mimo, że nikt jeszcze go nie ścigał. Niejaki pan Tomasz. Tomasz Szmydt. Nie Smith, nie Schmitt. Po prostu Szmydt[iii].


I ten pan właśnie uciekając do Białorusi wszystko zmienił w ciągu kilku ledwie dni. Nagle ze zwykłych złodziejaszków (owszem, na okazałe bardzo sumy, często więcej od sześciu zer na końcu), oszustów i malwersantów – zostaliście wszyscy – zdrajcami. Tak, najgorszym z najgorszych.  Gorszymi od padalców. Zostaliście współczesnymi folksdojczami. Najbardziej i najzwyczajniej donosiliście Rosji za judaszowe pieniądze. Wszyscy, cała ta zgraja pisowska. Ci z tymi rodowodami solidarnościowymi, ci z przeszłością PZPR,  z KORem i ROPCiO za plecami. Boście w tych ruchach nie pracowali dla wolniejszej Polski. Pracowaliście w nich by je od wewnątrz rozpracować. Zwykli, ordynarni zdrajcy wobec najpotężniejszego wroga własnego kraju. Całe to wasze PiS to jedna wielka wylęgarnia szpiegów rosyjskich i wrogów polskiego państwa. Dzięki sprawnie jednak dalej pracującymi służbami wywiadowczymi, agencjami bezpieczeństwa wewnętrznego, ujawniono wasze zbrodnie. I bardzo wdzięczny jestem, że premier Donald Tusk podjął decyzję przekazaniu tej wiedzy dla społeczeństwa. Że nie zamknięto tych ściśle tajnych raportów w sejfie. Że je uwolniono od klauzuli milczenia. Przy takim rozmiarze zbrodni i przy wojnie u granic Polski ta wiedza musiała zostać społeczeństwu przekazana.

Tak to w łeb wzięła moja skala ocen. Tych pięć stopni od ‘A’ do ‘E’. Tych zwłaszcza dwóch najgorszych: dla złodziei i malwersantów i dla ideologów groźnych.  Sądziłem, że najgorszych. A byłem w błędzie.  Zabrakło w tej skali jednej jeszcze oceny, poniżej oceny niedostatecznej.  Oceny ‘Z’. ‘Z’ dla zdrajcy kraju. Oceny na jaką ciężko (ale i suto) zapracowaliście. Wy – główni politycy i twórcy całego PiSu. Nie, nie szeregowi członkowie, których też oszukaliście, bo do głowy im nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Okazało się, że jest. Że jesteście zdrajcami.  Mam nadzieję, że teraz służby nie tajne a jawne wymiaru sprawiedliwości podejmą niezbędne działania, których efektem będzie wokanda sądowa, procesy i wyroki. Wycięcie tego raka jest jedyną możliwą terapią.

Informacje z ostatniej chwili: wbrew wcześniejszym oświadczeniom i rządu i prasy były sędzia Szmydt (były, gdyż Najwyższy Sąd Administracyjny cofnął mu uprawnienia sędziowskie) nie uciekł przez ‘zieloną granicę’ jako uchodźca, a oficjalnie przeszedł konrolę graniczną w Terespolu – jedyne otwarte i czynne przejście graniczne dla ruchu turystycznego (sic!). Był sprawdzony przez Służbę Graniczną i bez problemu przez tą służbę przepuszczony. Nie była to zresztą jego pierwsza wizyta w Białorusi.

W ubiegłym roku tą granicę w ten sam sposób przeszło 3 miliony ludzi, głównie Białorusinów. W tym roku (dopiero maj) już ponad 700 tysięcy ‘turystów’[IV]. Jakby żadnej wojny na Ukrainie nie było. Jakby Białoruś nie była częścią tej wojny, choćby w formie hybrydowej. Dla przypomnienia – Białoruś jest po stronie rosyjskiej w tej wojnie, co dodaję na wszelki wypadek, bo normalny człowiek po tych informacjach mógłby pomyśleć, że jest po stronie ukraińskiej. Coś nie tak albo z wiedzą albo ze zdrowym rozsądkiem władz polskich i kompletny jednak błamaż jesli chodzi o polskie służby wywiadowcze. Rozumiem, że było tak za czasów PiS, ale teraz?!

Nie zmienia to w niczym kwalifikacji moralnej i obywatelskiej pana Szmydta – pozostaje zdrajcą i szpiegiem na rzecz Rosji. Ale bardzo zmienia opinię o sprawczości i prężności państwa polskiego i jego władz. Donald Tusk zmalał w moich oczach o kilka dobrych centymetrów. Bo jednak on jest szefem rządu – nie Dud.-ek, nie jakikolwiek minister ale ten, który ich dobiera i udziela ministerialnych plenipotencji.


[i]  w 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski i rozpoczął się okres tzw. ‘rządów pułkowników’, nazywany też okresem sanacji. Mało chwalebny okres w bardzo trudnym dla państwa czasie.

[ii] https://www.newsweek.pl/polska/polityka/dama-z-gronostajem-ile-polski-rzad-zaplacil-fundacji-czartoryskich/rbgdcd6

[iii] https://www.rmf24.pl/regiony/warszawa/news-tomasz-szmydt-ktory-uciekl-na-bialorus-nie-jest-juz-sedzia,nId,7500597#crp_state=1

[IV] https://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polskihttps://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polski

Świadectwa i oceny polskich polityków

Zanim zajmiemy się ocenami egzaminów dojrzałości polityków polskich – nie możemy pominąć kompletnie tego drugiego mocarstwa, Imperium Rosyjskiego. Raz, że ‘wisi’ nad naszą głową bezustannie od setek lat; dwa, że jest mocarstwem i ma olbrzymi wpływ na losy świata (więc i Kanady i Polski, moich ojczyzn).

Przypomnę tylko skalę ocen, bo pewnie nie wszyscy pamiętają mój ‘system :

  • A – szlachetni do nienormalności, którzy politykę uznają jako służbę, a siebie jako służących obywateli
  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się
  • D – ci którzy szczerze coś dobrego chcą dla wszystkich zrobić. Nie z jakiejś misji ani powołania. Zwyczajnie myślą, że mają np. pewien dług wdzięczności, moralny może wobec kraju.  I tradycje polityczne środowiska i rodziny. W zasadzie tych raczej lubię najbardziej.  I wierzę im. Tych szlachetnych trudno oskarżać i podejrzewać. No bo, jak szlachetni to skąd mieliby być źli?! Trochę się ich jednak boję. Bo w tej szlachetności mogą zapomnieć o normalności i robić i mnie świętym. A ja świętym nie chcę być
  • E – politycy-profesjonaliści.  Tacy, którzy nie są ani świniami ani świętymi.  Po prostu wybrali to jako zawód a nie jakieś powołanie. Chcą tym zarabiać na życie, jak ktoś zarabia pisaniem, liczeniem, malowaniem domów lub obrazów. Po prawdzie to ciężki chleb i im nie zazdroszczę.  Płatny dobrze zdecydowanie, ale bardzo niewygodny. Stale pod lupą, stale w lęku, że jakieś tam ośmieszające zdjęcie, wspomnienie kogoś, lub jakieś nagranie się znajdzie. Nie z morderstwa, czy gwałtu, nawet nie ze złodziejstwa – nie, zwyczajnie z jakiegoś pijaństwa, z jakiegoś biegania na golasa po jakiejś plaży, z jakiejś afery miłosnej lub po prostu czysto seksualnej (nie daj boże z afery innej niż publicznie oświadczona orientacja seksualna!).  Już ja tam wolę to bieganie na golasa niż te zarobki profesjonalnego polityka, LOL.  Nie muszę nikomu się z tego tłumaczyć. Moja sprawa i koniec. I powiedziawszy prawdę, to właśnie ci ‘politycy zawodowi’ stanowią olbrzymią większość wszystkich polityków. Nie ci ‘świeci’, nie te zdecydowane ‘świnie’. Większość z tych właśnie ‘zawodowych’nawet tego pewnie nie planowała. Ale się wciągnęli.  Adrenalina? Pewnie tak. I łechtana ambicja: wybrali mnie znowu, robię coś dobrze i ludzie mnie lubią, wierzą mi, poznałem dzięki polityce tylu Wielkich Polityków, nawet niektórych monarchów, przywódców religijnych, gwiazdy kina i estrady, znanych artystów, twórców!  To musi w końcu imponować. A potem to już trudno wrócić (dla większości) do ‘normalnego życia’. Ostatecznie większość posłów i senatorów nie miała jakiejś ciekawej kariery zawodowej, jakiejś pasji do której mogą wrócić. A pisanie obszernych wspomnień i autobiografii, wykłady i katedry w znanych uniwersytetach dostępne jest dla prezydentów i premierów, bardzo rzadko nielicznych znanych ministrów.  Dla przeciętnego posła – nie. Ten przeciętny najczęściej nie ma do czego wracać. Gdyby do polityki nie wszedł pewnie by się w jakiejś firmie dorobił może i lepszej funkcji, pensji. A tak co? Wrócić jako gryzipiórek, sprzedawca w sklepie, księgowy? To już lepiej w tym parlamencie, radzie miejskiej czy powiatowej siedzieć do emerytury. Ludzkie.

No i wreszcie Rosja. Pominąć jej nie można i to nie tylko z powodu wojny w Ukrainie. Mocarstwa walące się w gruzy są bardzo niebezpieczne. Mieli po raz chyba pierwszy w ich historii szansę po upadku ZSRR na wybór demokracji i rozwoju ekonomicznego.  Ich obszar, wysokie zaludnienie (w przeciwieństwie do porównywalnej obszarem i wielością stref klimatycznych Kanady) i stosunkowo dobry poziom nauczania szkolno-akademickiego. Stwarzało to obiektywną nadzieję, że mogli zacofanie ekonomiczne nadrobić. Niestety, nagle i bardzo wcześnie pojawił się mało komukolwiek znany człowiek o nazwisku Putin. Tragedia dla Rosji i Rosjan.

  1. Więc Wladimir Putin. Zbrodniarz wojenny, megaloman, populista, rusofil i … bogacz. Oscyluje pomiędzy dwoma kategoriami: ‘c’ i ‘b’. „c” pierwsze, bo groźniejsze dla świata i samych Rosjan – bezwzględny ideolog. Nie uznaje kompromisów i dyskusji. Chyba, że jest zmuszony i tylko po to by doczekać chwili, kiedy je zdradzi i porzuci. Ale jest też przykładem Trumpisty i rosyjskiego oligarchy-możnowładcy. Sama władza mu nie wystarcza – muszą temu towarzyszyć pałace, wille i bogactwa osobiste. Pomieszanie polityka i herszta mafiozo gangsterskiego. Gorszej i groźniejszej mieszanki trudno sobie wyobrazić. Ten człowiek agresją na Ukrainę rzucił olbrzymi cień i niepewność na globalny pokój.  Chyba największy cień od czasów lat 30. w Niemczech i umacniania się tam władzy Hitlera.
  2. W tym kontekście nie wolno nie wskazać jednej jaskółki politycznej w Rosji – Aleksieja Nawalnego. Najpierw dziennikarza i popularnego bloggera bezwzględnie tropiącego i obnażającego masową korupcję, łapówkarstwo i okradanie skarbu państwa przez różnych polityków i bogatych przemysłowców rosyjskich. Nawalny szybko zorientował się, że centrum tej procedury to właśnie Putin.  I podjął wówczas otwartą działalność polityczną. Dla Putina i jego reżymu prawie z dnia na dzień stał się wewnętrznym wrogiem nr 1 i poważnym zagrożeniem dla ich samodzierżawia. W efekcie ich kontrataku Nawalny był wielokrotnie sądzony i skazywany  na różne kary, napadany fizycznie, dwukrotnie dokonano na nim terrorystycznych zamachów na jego życie. Kulminacja była jego śmierć na zesłaniu w głębokiej Syberii. Do ostatnich momentów nie złamano jego ducha i determinacji. Jeśli Rosja kiedykolwiek będzie wolna – Nawalny będzie jej bohaterem narodowym. Bez najmniejszej wątpliwości kategoria ‘a’.

I oto tą ścieżką przez Amerykę Północną, Bliski Wschód i Syberię dotarliśmy do Polski – na to odwieczne pogranicze Wschodu i Zachodu.  Wydawało się w 966, że zdecydowanie stanęliśmy po tej zachodniej stronie owego Pogranicza kultur. Potem przyszła Unia Lubelska, Wielkie Księstwo Litewskie i nagle Polska przesunęła się setki kilometrów na Wschód. Owszem – była mocarstwem europejskim. Te nasze ukochane Kresy od błękitnego Niemna po falujące trawy stepów ukraińskich. Eh, łza się w oku kręci … Tylko w tamtych czasach (we wszystkich czasach po prawdzie) mocarstwo oznaczało niekończące się wojny na pograniczach. No i ten dziwoląg Wolnych Elekcji. Niby rzecz piękna, demokratyczna, ale stale nas wikłająca w różne układy z różnymi domami dynastycznymi całej Europy po wygaśnięciu linii Jagiellońskiej: francuscy Walezjusze, szwedzcy Wazowie, Habsburgowie się pchali, Sasowie brandenburscy. Choć udało się czasami Sobieskim, Korybut-Wiśniowieckim, Leszczyńskim za cenę kolejnych ograniczeń i kompromisów ze sterowaną przez wielka magnaterię bracią szlachecką.  Około 200 lat po tymże Henryku francuskim – I Rzeczypospolita przestała istnieć wchłonięta przez trzech potężnych sąsiadów.  Ale przyczyną prawdziwą upadku Polski nie były apetyty terytorialne tych sąsiadów a zmurszałość Polaków i ich anachronicznej ojczyzny. U samego schyłku podjęto wielki wysiłek naprawy politycznej (Konstytucja 3-go Maja) – ale było już i za późno i za mało. Potem  kilka powstań przez 120 lat niewoli i wreszcie odzyskanie niepodległości w efekcie zakończenia I wojny światowej i wysiłku zbrojno-politycznego Legionów (choć nie tylko) i Józefa Piłsudskiego (choć też nie tylko). Resztę znacie już dobrze, bo to wszak czasy Czytelniku i Czytelniczko, waszych rodziców, dziadków i pradziadków. Świeże, bo wszyscy moi pradziadkowie i prababcie a nawet wszyscy dziadkowie i babcie urodzili się jeszcze w okresie zaborów. A jeden dziadek (ten po mieczu) jeszcze w XIX wieku. Przejdźmy więc do polityków współczesnych.

W wielkim skrócie cofnę się do początku dekady lat 90. W dużym skrócie i bardzo nielicznych ale najistotniejszych chyba wybierając.

Nie może nie być tu Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy, Leszka Balcerowicza, Krzysztofa Skubiszewskiego, Władysława Bartoszewskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego.  I czasy współczesne: Donald Tusk, Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Leszek Morawiecki, Andrzej Duda, Jarosław Gowin, Antoni Macierewicz, Radek Sikorski, Adam Bodnar. I Prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski.

  • 1990 – 2015, czyli pierwsze ćwierćwiecze nowej Rzeczypospolitej (tej z rzymską numeracją III). Tylko nieliczni i najważniejsi, którzy mieli wpływ bardzo istotny na przemiany i kształt nowego państwa.
  • Lech Wałęsa. Chronologicznie winien pierwszy być wymieniony Tadeusz Mazowiecki, który zanim to zrobił Wałęsa, objął wysoki urząd państwowy (premierostwo). Już w okresie tzw. przejściowym Sejmu Kontraktowego. Ale Historia uplasowała właśnie Lecha Wałęsę, jako zasadniczy symbol odzyskania suwerenności Polski. Było wielu innych też: działaczy, polityków, wizjonerów, autorytetów moralnych. W dziejach, jako pierwsze nazwisko pozostanie: Lech Wałęsa. A z Dziejami jest bezsensem się spierać. Piłsudski też nie był jedynym w roku 1918. Ale ten rok na zawsze już pozostanie z jego nazwiskiem (i słusznie) związanym, jako wskrzesicielem Polski.

Jak go sklasyfikować? Chyba musze dać ‘d’. Chciałoby się z sentymentu dać ‘a’, to jednak niemożliwe. Nie był ani jakimś idealistą, ani teoretykiem.  Nie był nawet politykiem w potocznym tego słowa znaczeniu. Był człowiekiem, który w odpowiednim czasie był na odpowiednim miejscu i podjął te wyzwanie Historii. I się nie ześwinił, nie zrobił na Polsce olbrzymiego majątku. Poświęcił jej jednak prawie całe dojrzałe życie. Dalej to robi, mimo choroby i różnych personalnych problemów, jakie go przez ostatnie 30 lat nękały. Jeżeli coś mógłbym dodać to fakt, że mogę go podziwiać, że te wezwanie podjął, że się nie przeraził że go przerasta (a wtedy chyba przerastało) i nie zasugerował innych znanych i cenionych działaczy. To świadczy o dużej odwadze cywilnej. I poczuciu odpowiedzialności za kraj. Byłem wtedy młodziutkim działaczem ‘Solidarności’ w Warszawie, naturalnie wiedziałem, że wiedziałem wszystko (LOL) i wszystkie rozumy zjadłem. Mogłem dyskutować o Sartrze, o Dostojewskim i Nietzsche, o Kotarbińskim. A tu mi jakiś tam stoczniowiec po zawodówce! A przez moment o nim tak nie myślałem. To był mój Przewodniczący. W ogień bym za nim skoczył, tak jak za Bujakiem. Co ciekawe to to, że pamiętam doskonale, że ja – ten wszystkowiedzący warszawiaczek – widziałem w nim dużą mądrość. Tak, brak wiedzy – ale mądrość.  Bo wiedzę można zdobyć, z mądrością trochę gorzej. Potem spotkałem i poznałem sporo bardzo wykształconych polityków o sporej wiedzy, którzy się ześwinili i zeszmacili. Wielu z ‘Solidarności’, też. Zapewne wiąże się to z moją biografią i wiekiem. Bardzo trudno uciec od tego powrozu własnego konkretnego doświadczenia. Pewnie młodsi co najmniej o generację potrafią to zrobić lepiej, obiektywniej.

  • No to teraz właśnie Tadeusz Mazowiecki. Tu bez trudności daje te ‘d’ w całej opisowości  ale i chyba bez większej wątpliwości ‘a’.  Jest pewna podstawa dodać cień choćby ‘c’, bo było w nim coś z ‘ideologa’ w rozumieniu głębokiej religijności i bezwzględnym powiązaniom z ideologią /filozofią  (religie widzę często, jako formę ideologii) Kościoła Katolickiego. Ale nie widziałem w nim niewolnika Kościoła, zdecydowanie nie był niewolnikiem hierarchów tego polskiego Kościoła. Poza wyraźnej linii nauczania Kościoła w kwestiach praw kobiet do własnego wyboru macierzyństwa. Co dalej pokutuje u polskich polityków. Tych demokratycznych też.
  • Leszek Balcerowicz – minister finansów początków suwerenności w trzech kolejnych rządach, Prezes Banku Narodowego. Podobnie jak Aleksander Kwaśniewski, miał w przeszłości członkostwo w PZPR. W przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który pewnie w pewne idee socjalizmu wierzył – Balcerowicz był w PZPR chyba z czystego oportunizmu (szanse na lepsze posady, łatwiejszą możliwość wyjazdów zagranicznych itd.). Daje mu trochę ‘c’ i trochę ‘d’.

      ‘C, bo był absolutnie ideologiem neoliberalizmu; ‘d’, bo chyba szczerze wierzył że to najlepsza, choć gorzka pigułka dla Polaków.  Może teoretycznie była. Skutki był zbyt ciężkie dla olbrzymich rzesz obywateli, którzy o rynkowej gospodarce pojęcia nie mieli. I nie mieli do niej jakiegokolwiek przygotowania profesjonalnego. Inflację udało mu się powstrzymać – ale taczerysm w Polsce zaowocował olbrzymią pauperyzacją całej masy ludzi, wysokim bezrobociem i biedą. Była to do pewnego stopnia praktyczna wersja porzekadła: operacja się udała tylko pacjentowi się zmarło.  Powiem więcej –  Plan Balcerowicza ponosi dużą odpowiedzialność za PiS i za pisowskie myślenie sporej części polskiego społeczeństwa. Również za ciągle istniejące w pewnych kręgach nastawienie anty-unijne. Bo wolnorynkowa gospodarka Unii Europejskiej naturalnie kojarzyła im się z tą ‘kuracją’ Balcerowicza.  Dziś, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że źle to zrobiono i w zbyt krótkim czasie, a udział Leszka Balcerowicza w procesie przekształcania Polski widzę jako negatywny i szkodliwy. Reforma była niezbędna ale nie ta i nie przez tego ekonomistę robiona.

  • Krzysztof Skubiszewski – Minister Spraw Zagranicznych w latach 1989-1993. Odwrotnie niż Balcerowicz, Skubiszewski to przykład kariery naukowej w kraju i za granicą bez przynależności do PZPR. A mówimy o kimś, kto doktoryzował się jeszcze w czasach stalinowskich, a habilitował w 1960. Mój wuj, Janusz Fekecz, gdy był ambasadorem i PRL i III RP oraz Dyrektorem Dept. Europejskiego MSZ do czasu przejścia na emeryturę w 1995 wspominał, że Skubiszewski był, obok Adama Rapackiego, najinteligentniejszym ministrem spraw zagranicznych Polski po II wojnie światowej.  Kategoria ‘d’ bez wątpienia.
  • Władysław Bartoszewski – Minister Spraw zagranicznych w okresie 7 marca-22 grudnia w 1995 i od czerwca 2000 do października 2001; działacz społeczny, powstaniec warszawski, polityk, silnie zaangażowany w pomoc Żydom warszawskim w czasie okupacji (członek ‘Żegoty’ Armii Krajowej). Zdecydowane i silne ‘a’ i ‘d’ .
  • Aleksander Kwaśniewski – Prezydent III RP w latach 1995-2005. Bez najmniejszego wahania uważam, że był najlepszym prezydentem nowej suwerennej Polski do dnia dzisiejszego. Nikt inny do tej pory nawet blisko się nie plasuje. Od listopada 1977 do 1990 członek PZPR, zajmujący szereg pozycji rządowych PRL w tym okresie.  W 1990 współzałożyciel SDRP (socjaldemokraci).

Jego prezydentura charakteryzowała się działalnością spokojną, był  arbitrem sporów politycznych a nie ich instygatorem.  Bardzo silna kategoria ‘d’.

  • Donald Tusk – obecny Premier rządu III RP (od grudnia 2023); funkcję tą pełnił też w latach: 2007-2014; w okresie od grudnia 2014 do listopada 2019 był Przewodniczącym Rady Europejskiej UE (jedna z dwóch najważniejszych funkcji w Unii Europejskich). Przewodniczący PO (Platformy Obywatelskiej) – jednej z czołowych polskich partii politycznych o charakterze prawicowym z kręgu chrześcijańsko-demokratycznego. Najpoważniejszy przeciwnik Jarosława Kaczyńskiego w ich ‘wojnie politycznej’ o charakter Polski jako państwa i przede wszystkim o kształt polskiego społeczeństwa. Obecnie przewodzi największej pro-demokratycznej Koalicji Obywatelskiej zrzeszającej główne pro-demokratyczne siły polityczne od Lewicy po umiarkowana prawicę i w ramach tej Koalicji stanął na czele rządu Polski.

Zdaniem moim Donald Tusk (zwłaszcza po latach działalności w Unii Europejskiej) zliberalizował swoje konserwatywne poglądy chrześcijańsko-demokratyczne i gotów jest do prowadzenia w Polsce polityki reprezentującej zróżnicowane grupy społeczeństwa i jest obecnie politykiem bardziej pragmatycznym niż ideologicznym. Zdecydowanie najlepszym obecnie (z tych którzy reprezentują wystarczająco silną grupę polityczną) w tym przełomowym okresie Polski. Nie jest politykiem, którego darzę sympatią i na którego ( w normalnej sytuacji) oddałbym głos. Bardzo silne ‘d’, silne ‘e’ i trochę cienia (niestety) ‘c’.

  • Lech Kaczyński – Prezydent III RP w latach 2005-2010. Prezes NIK (najwyższa Izba Kontroli) w 1992-95; Prezydent Warszawy w 2002-2005; Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w 2000-2001; czołowy działacz partii PiS. W przełomowym okresie powstawania i krzepnięcia ruchu „Solidarność’ był jego ważnym doradcą w kwestiach prawa pracy, w którym się specjalizował w karierze akademickiej. Został członkiem ‘S’ i był Delegatem na I Krajowy Zjazd ‘S’.  Zginał w tragicznym wypadku samolotowym w Katyniu.

Nie będę rozpisywał się tu o tym wypadku, jego przyczynach, o tym locie w ogóle, który nigdy nie powinien się odbyć.  Kategoria? Trudno, chyba taką świnią, jak jego brat nie był. Raczej na pewno nie.

Dobrego też b. niewiele zrobił i był (jako polityk) pod dużym wpływem brata. Zdecydowanie prawicowiec religijny (więc jedna z gorszych cech). No więc ‘c’ zdecydowanie, ale i trochę ‘d’ i ‘e’.

  • Cóż, jak a, to musi być b, czyli Jarosław Kaczyński. Premier RP od lipca 2006 do listopada 2007; v-ce premier od października 2020 do czerwca 2022 i ponownie od czerwca 2023 do listopada 2023; od 2003 lider partii PiS. W polityce są symbole, są fikcje i jest rzeczywistość.  Ta rzeczywistość jest twarda. Można bez jakiegokolwiek przerysowania powiedzieć, że w polityce polskiej ostatniej dekady pojawiła się nowa funkcja wymykająca się regułom tradycyjnego parlamentu republikańskiego: nazwijmy tą funkcję (stanowisko) jednym słowem: wóc. I już.

Link do poprzednich ‘ocen’ polityków międzynarodowych