Central Park w Burnaby

Central Park w Burnaby

Urokliwe miejsce. Rozległa, z szerokimi alejkami, wąskimi ścieżkami w ramionach dwóch ruchliwych arterii ( Boundary i Kingsway), przestrzeń szerokiego oddechu, ucieczki. Odpowiednik słynnego Stanley Parku w Vancouverze u brzegów Pacyfiku. Sosny i tuje równie potężne, jak w Stanley. I masa kwitnących krzewów czarnych i czerwonych jeżyn (salmon berries), które czepiają się nogawek i rękawów, gdy wejdziesz w zarośla. Zdarza się ponoć i niedźwiedź, ale nigdy takiego tu nie spotkałem choć ostrzegające tablice były i wtedy i teraz widziałem.

Więc pojechałem wystukiwać laską echa starych spacerów…

Central Park

P-A Renoire

Pozostałeś ten sam, niezmieniony.

To ja się postrzałem, zwolniłem bieg,

nie ty Parku cudowny, stary, młody,

z legendą, wysokimi drzewami otoczony.

Nocą parną od spotkań pasji,

za dnia, jak w Lasku Bulońskim

na polankach zielonych z Renoira,

karminowe wino pragnienia gasi.

Młody mężczyzna przechodzi obok,

uśmiecha się oczami, wargami,

tańczącymi, jak gałęzie wierzb biodrami.

Bezgłośne szepty, spojrzenia, mowa bez słów –

Zmrok za chwilę cicho nadejdzie,

pochylą się, jak szyja Ledy, zielone gałęzie …    

                                                                                                                                                                                                                                                

Róża Wiatrów – The Compass Rose

Róża Wiatrów – The Compass Rose

Since I moved back home to Vancouver a flurry of meetings, talks and just walks trough that amazingly beautiful city took me away from my grief and my feelings of end of times. My times, of course.

But very recent accident made me hardly movable and confined to home and limited short walks in the vicinity. In the wee hour between sleep and being awake talks with those, who are gone: John, my parents, friends … And than, just a few seconds later, when you are fully returned to reality – the painful knowledge that they are just ghosts, workings of different parts of your brain. That ‘return to reality’ hurts. It is just like for brief moment you have to re-live it all again.

But it is a good reminder. You are always alone with your grief. New connections do not replace broken ones.

In the ancient times there was a concept of Compass Rose – a drawing representing major winds. In the Old Testament the winds refer to land of Elam habituated by people of the brother of Jacob. In ancient Greece that concept was known and used as an aid to safe sailings and returns in navigation and was described from Homer and later historians.

My Rose of Winds, my Compass takes me back to my shores of pain and Loss.

Róża Wiatrów, antyczna od czasów Homera i biblijnego proroka kraina Elamu, do którego wypędzeni z niej zawsze znajdą drogę powrotną.

Tak i ja znajduję po wczesnym zagubieniu, zauroczeniu, zachwycie moim ukochanym Vancouverem. Naszym ukochanym gniazdem miłości i szczęścia. Moim i Johna. Ale Johna nie ma już. Jestem ja i moja Strata, mój Ból. Niedawny wypadek bardzo ograniczył moją mobilność do powierzchni mojego mieszkania i najbliższego sąsiedztwa. Obudziło mnie to też z naiwnego snu nowych przyjaźni, odnowionych koleżeństw i związków. Spotykałem w ostatnich ‘szarych godzinkach’, kiedy już nie spisz a jeszcze nie jesteś przebudzony, twarze wszystkich tych, którzy z mego życia odeszli na stałe. I w tych momentach, sekundach tej realizacji – przeżywałem ten ból na nowo. To było bardzo trudne. I może potrzebne. By zrozumieć, że mój czas się kończy, a nie zaczyna. Że nowe znajomości, może nawet przyjaźnie nie są zastępstwem tych, które odeszły na zawsze. Czas wracać do Elamu.

Gérard Dicks Pellerin

Old tree

I’m watching the dark grey waters

of mighty Fraser River on the approaches

 in its muddy delta to North Pacific.

Noon hour, sunny and warm, circles

silvery, light filled stories on its moving

surface like on a back of huge, arched

spines of ancient fish, that remembers

ancient times before the end of times.

Light green leaves of trees lining the shores

dance in the breeze of the spring air.

They hum: we are back, we are back

from a long sleep of the winter.

We are re-born again, and not stopping

the humming, they ask me: are you?

But my green in no longer of light hue;

my roots got stuck in the autumn,

my branches are heavy of thought

and of past springs, summers and winters.

I mourn the birds that used to build nest

on my arms, sing songs of love.

One season they did not came back

and I have not seen them ever again.

I missed them, sighs the old tree.

I sigh, too.

Where are they gone, the birds of my spring?

The time comes when old trees are like old people,

alone in their solitude.

One day, they know, the mighty river will float

the fallen trunks to the edge of time,

to the ocean of primordial waters.

(B. Pacak-Gamalski, 13.04.25, New Westminster)

Róża Wiatrów

Oto jestem sam,

jak wyspa otoczona

Wszechświatem

obcych gwiazd

i konstelacji,

Galaktyk

uczuć, miłości

i tęsknoty

Róży Czterech Wiatrów.

Moje Elam,

mój dom obiecany

tęsknotą Róży,

rozebrano na cegły,

skruszone czasem

wygnań i powrotów

drewniane bele

libańskich cedrów.

Oto jestem sam.

Z twarzami umarłych

w przegrodach głębokich

podróżnych torb,

stukam laską

w kamienne posadzki

peronów historii.

Słucham pieśni płaczek

nad trumnami kochanków.

(B. Pacak-Gamalski, 13.o4.25, New Westminster)

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Rocznica Smoleńska, PiS, wybory prezydenckie 2025

Mija właśnie piętnaście lat od tragicznej i strasznej katastrofy polskiego samolotu na lotnisku w Smoleńsku, blisko lasku katyńskiego. Wydarzenia samego w sobie o wyjątkowym znaczeniu dla państwa polskiego, dla układów polityczno-społecznych. Wydarzenia, które mogło i które zjednoczyło na krótko w głębokim żalu i smutku całe społeczeństwo. Poczym równie szybko rozdarło go na połowę skutkiem szatańskiej gry brata Prezydenta Polski, Jarosława Kaczyńskiego, wsparte późniejszym z piekła rodem ‘śledztwem’ i Podkomisją szaleńca Antoniego Macierewicza. Nie mogła nosić nazwy ‘Komisja”, gdyż brakowało w niej (sic!) przedstawicieli polskiego Lotnictwa wojskowego. Właściwie zorganizowaną Komisją kierował Leszek Miller.

Nie będę tu przypominał detali prac Komisji i Podkomisji, Millera i Macierewicza – pisałem o tym i badałem te dochodzenia i i ich raporty bardzo szczegółowo w ówczesnych czasach. Otwieranie ponowne tej puszki Pandory, może doprowadzić do szału każdego normalnego człowieka.

Tragiczny wypadek w Smoleńsku otworzył drogę do władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, Rasputinowi polskiej sceny politycznej od prawie początków całej historii suwerennej Polski od upadku komunizmu w Europie, czyli mniej więcej od 1991 roku. A jednym z filarów politycznej kariery Jarosława był właśnie przez długie lata Antoni Macierewicz. Macierewicz dziś to raczej komiczny pionek sceny politycznej, jego gwiazda już dawno zgasła. Nigdy nie miał sprytu i zimnej krwi gracza, jakim jest jego polityczny dowódca – Jarosław. W pamięci powszechnej pozostanie zabawnym pajacem od latającej brzozy i bomby barycznej. Ale dobry historyk doskonale i po stu latach zrozumie jego olbrzymią pracę na podziałem Polaków, nad niewymiernymi szkodami, jakie Polsce przyniósł.

Filarem, potęgą instytucjonalną władzy, zaplecza finansowego i politycznego jest przekształcona, przebudowana prawie od podstaw i zdyscyplinowana partia polityczna PiS. To szeregi nie tylko aktywu i członków partii – to rzesze jej wyznawców, nowy rodzaj religii narodowej. A jak w każdej religii: ziarno od plew trudno odróżnić, fakt od mitu niemożliwy do rozłączenia. I potęga finansowa przekraczająca składki członkowskie, daniny rzesz wyznawców. Kaczyński to wiedział, znał i rozumiał. I nad tym bardzo skutecznie pracował. Można się śmiać i żartować ze starszego pana wyglądającego niezaradnie w poplamionym, wymiętoszonym garniturze, z jego kota i ‘misiewiczów’ podsyłanych tajemnie dla starzejącego się homofoba-homoseksualisty. To już jednak tylko zabawne dla motłochu i satyryków tajemnice dworu imperialnego Jarosława Pisowskiego, który marzył nocami, by dodano mu przydomek, jeśli nie „Mądry”, to choć ‘Wspaniały”. Ale nie wyszło. Rzędy starych babć kościelnych nie mają na to wpływu.

Co wyżej pisałem, to zaplecze sprawnej organizacji politycznej. PiS na tym nie poprzestał, ani na daninach rzesz starzejących się z każdym rokiem i odchodzących powoli z aktywnej sceny politycznej i finansowej zasobności ‘bab kościelnych’.  Jarosław Kaczyński po objęciu pełnych rządów i przy zawładnięciu wymiarem sprawiedliwości, a głównie Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, mógł zacząć budować jawną i bezprecedensową hierarchię finansowego imperium partii i jej członków. Usłużni prokuratorzy i sędziowie, którzy dostali od niego togi urzędnicze szybko podporządkowali sobie nawet służby policyjne. Nikt nie stał na przeszkodzie … robienia wielkiej kasy. Nie danin – Wielkiej Kasy polskiej gospodarki, przedsiębiorstw. Tu politycy, autentyczni wyznawcy idei politycznej, wizji Polski ‘pod sztandarami Chrystusa i Marii Panny’, byli zbędni. Nie, to zaplecze już istniało poprzez chojne, milionowe zasiłki ze Skarbu Państwa dla diecezji, etatów państwowych dla armii szkolnych katechetów, różnych duszpasterstw przy zawodowych i ochotniczych remizach strażackich, pensjach i pałacach dla kapelanów wojskowych (obleśny ksiądz-general Głódż tu przkładem wymownym). Trzeba było sięgnąć głębiej. Do polskiego przemysłu, polskiej gospodarki i aktywów państwowych. Znaleziono ‘Obajtków’ różnej maści, ale jednego rysu charakteru: pełna dyspozycyjność wobec centralnej władzy politycznej. Polski przemysł i aktywa gospodarcze od tego momentu były feudalną własnością rządu i dykasterii władz państwowych podległych PiSowi i Kaczyńskiemu. Działy się rzeczy niewyobrażalne w nowoczesnym państwie w środku Europy.

Jeszcze dziś nie wiemy wszystkiego, jeszcze toczą się śledztwa i procesy zwalniane uporczywie przez pozostałości PiS w Parlamencie, w Sądach Powszechnych, w Trybunale Konstytucyjnym. Nawet w czasach komunistycznego, z sowieckiej łaski systemu PRL, nikomu z ówczesnych ministrów, premierów czy sekretarzy PZPR przekręty finansowe na taką skalę się nie śniły. W porównaniu do PiSu i jego malwersacji i korupcji – tamci partyjniacy wyglądają, jak dziecinni złodzieje kieszonkowi. Pierwszoklasiści, a ci współcześni to już po jakiejś specjalnej akademii najwyższego sortu. Coś w rodzaju Colegium Humanum, LOL, które miało ich nobilitować. A skompromitowało wszystkich, którzy się o nie otarli.

Dochodzimy do wiosny 2025, do wyborów nowego prezydenta, który ma zastąpić ‘pieczątkę Kaczyńskiego’, jaką był pan Andrzej Duda.

               Jak wiemy z poważnych i bardziej znanych kandydatów zaakceptowanych przez Państwową Komisję  Wyborczą, to: Rafał Trzaskowski, Prezydent  Warszawy (reprezentujący program Platformy Obywatelskiej); Szymon Hołownia, Marszałek Sejmu RP, reprezentuje ruch Polska 2050 Szymona Hołowni; Sławomir Mentzen, doradca podatkowy, reprezentuję Konfederację Wolność i Niepodległość szerząca program faszystowski; Karol Nawrocki, urzędnik państwowy w niesławnym Instytucie Pamięci Narodowej (IPN to ‘dziecko’ Jarosława Kaczyńskiego, siedziba myśli faszystowsko-wielkopolskiej i katolickiej) mający naturalnie silne poparcie PiS; Grzegorz Braun, euro poseł, reprezentujący skrajnie prawicową Konfederację Korony Polskiej.

Nie kończą oni listy kandydujących, gdyż prawo startu w wyborach dostało łącznie trzynaście osób (tak, 13, o czym wiele osób już pewnie nie pamięta) – nie wymieniam nazwisk pozostałych, gdyż doprawdy tylko tzw ingerencja Opatrzności mogłaby im dać realne szanse, a w Opatrzność nie wierzę. Dodam tylko informacje o konstytucyjnym organie wyborczym, jakim jest Państwowa Komisja Wyborcza, niezależna od władzy politycznej, która wybory organizuje, kontroluje i zatwierdza.

Komisja Wyborcza jest jedynym ciałem mającym konstytucyjne uprawnienia zaakceptowania lub odmowy akceptacji proponowanych kandydatów. Warto przypomnieć, że odmówiła akceptacji na kandydatów aż czterem osobom: Pawłowi J. Tanajno, Dawidowi J. Jackiewiczowi, Romualdowi Starosielcowemu i Wiesławowi Lewickiemu.

Kto wygra, pytasz Czytelniku? Zły adres pytania. Powinieneś spytać siebie, bo ty będziesz głosować. Jedyny, wyjątkowy moment raz na kilka dobrych lat, gdy jesteś królem, władcą, decydentem. Tak, ty! Nie ja, nie Stach ani Elka. Nawet nie wszechpotężny Naczelnik Policji w twoim miasteczku. Nie, on ma tylko jeden głos. Jeden ma biskup i jeden ma pan wojewoda potężny. Tak, jak ty. A jeden głos to więcej niż dawniej jedna szabla. Bez tego jednego głosu wybory można unieważnić.

Ja mogę jedynie napisać kto i dlaczego moim zdaniem wygrać powinien, a kto stracił moralne i etyczne prawo do kandydowania nawet. Zdaniem jednej osoby. A że gębę mam niewyparzoną i opinii swoich nie kryję, to i tym razem się nimi podzielę. A nuż kilka osób się zastanowi? To dużo – pamiętajcie o tym jednym głosie.

Tylko machinacjami sił politycznych w Sejmie przy pełnym poparciu prezydenta Dudy, oddaniu wręcz służebnym pewnej sędziny (pożal się Boże) z Trybunału Konstytucyjnego i ciągle nie w pełni funkcjonującemu Sądowi Najwyższemu udało się Jarosławowi Kaczyńskiemu i całej partii Prawo i Sprawiedliwość uniknąć do tej pory rozwiązania i zakazu funkcjonowania (dla partii) oraz procesu z wysoką możliwością kary więzienia dla drugiego aktora – Jarosława Kaczyńskiego.

Gdyby tej partii nie było – nie mogłaby wystawić kandydatury Karola Nawrockiego. Musiałby dalej zaspakajać swoje ambicje otwieraniem drzwi dla swego wodza w budynku na Nowogrodzkiej. Funkcji, do której być może ma kwalifikacje.

Ze względu na olbrzymie zagrożenie demokracji i praw obywatelskich, ochrony wszelkich mniejszości (większość nigdy sobie samej nie zaszkodzi i nie zagrozi) – nie wolno pod jakimkolwiek względem oddawać głosu na kandydata faszystów (Konfederacja). To by było splunięciem w twarz naszej historii i wskrzeszeniem upiorów Dmowskiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich. Te ruchy były wówczas w Europie bardzo popularne – ale doskonale wiemy czym się skończyły: narodowym socjalizmem, który dał początek władzy Hitlera w Niemczech. Nie wolno zapominać lekcji historii. Inaczej skazani jesteśmy na popełnianie tych samych błędów.

Polska stoi na wąskiej miedzy dzielącej ostre zagrożenie od autentycznej wojny. O tej realności w jakikolwiek sposób zapominać nie można. Wysiłki nowej administracji amerykańskiej idą bardziej w kierunku misji ‘pokojowych’ Anglików i Francuzów w Monachium w 1938, które miały zapobiec dalszej agresji Niemiec hitlerowskich, a zakończyły się kompletnym fiaskiem. Tak się nie buduje trwałego pokoju. Nie przez układy z najeźdźcą, z agresorem. Putin nie jest partnerem do negocjacji. Należy kontynuować, zwiększyć wręcz wsparcie dla Ukrainy, która jest jedynym buforem między Polską z Europą Zachodnią a armiami rosyjskimi. To jest rzeczywistość namacalna, sprawdzalna. Trump może, co najwyżej, zostać drugim Chamberlainem lub Deladierem[i] – nigdy Rooseveltem ani Churchillem. Jego narcystyczne marzenia o Pokojowym Noblu są nieuleczalną chorobą maniaka nierozumiejącego otaczającej go rzeczywistości. To wymaga leczenia a nie nagradzania. Wszystko to zwiększa bezpośrednio zagrożenie granic Polski, jako najdalej wysuniętej flanki NATO. Pierwszą poważniejszą przeszkodą przed frontalnym atakiem armii rosyjskich na Europę Zachodnią.  Rok 1920 coś kogoś nauczył?

Z tego względu i przede wszystkim świadomy sytuacji i zagrożeń międzynarodowych obywatel polski winien głosować przede wszystkim na Rafała Trzaskowskiego. Wydaje mi się, że prezydent Trzaskowski miałby najlepsze szanse ofensywy dyplomatycznej na świecie w celu wzmocnienia pozycji Polski, a jednocześnie skupiłby się na wspólnych z rządem Tuska planach wzmocnienia i modernizacji polskich wojsk. Trump będzie prezydentem USA dużo krócej niż Putin prezydentem Rosji. Z tej przyczyny, tego autentycznego zagrożenia wojną – winniśmy oddać głos na silnego i zdecydowanego polityka, który jednocześnie wykazał się znaczącym przywiązaniem dla praw człowieka i obywatela. Zagrożenie wojną i nieustanna erozja (choć w końcu z widocznym elementem zwartej kontrofensywy sił demokratycznych) nowoczesnej demokracji musi nas obudzić.   


[i] premierzy Wlk. Brytanii i Francji, którzy spotkali się z Hitlerem na konferencji w Monachium w 1938 dla ‘ratowania pokoju’ w Europie

Można. I warto, choć nie zawsze łatwo.

Można. I warto, choć nie zawsze łatwo.

05.04,2025

               Siedzę w kawiarni, drugie drzwi od drzwi do mojego budynku. Siedzę przy dużym oknie i obserwuję ruchliwą ulicę. Jest bardzo ciepło, wiosennie. Leniwe, sobotnie popołudnie. Czuje się, jak gdzieś w Rzymie. Stara ruchliwa ulica dużych kamienic. Przechadzający się mężczyźni i kobiety ubrani elegancko, a’la mode. Jem lokalnie robione lody tiramisu. Aby wypełnić posłanie włoskiego dolce vita lody przekąszam pysznym … malinowym sernikiem z greckiego jogurtu. Istna rozpusta. Ale rozpusta bardzo mi potrzebna po ciężkim wypadku kilka dni temu. Zresztą może to nie Rzym, a Monte Carlo?

I te cudowne wszystkie rasy: od perskich po indyjskie, od europejskich po afrykańskie. Rozkosz i rozpusta wizualna.

Z małego głośnika dobiega mnie śpiew Chevaliera (kto dziś puszcza w kawiarni Chevaliera, kto go nawet pamięta z młodych ?!); potem jakieś melodie samby z Ipanemy brazylijskiej. Mówię wam – rozkosz. Ileż bym dał usłyszeć teraz cudowną Palomę Negrę z kubańskim rytmem, i naturalnie gdzieś obok musi być Sachmo przekonywujący przechodzących mimo spacerowiczów, że świat jest piękny. Dekadencja? A niechże!

Gibkie biodra młodych dziewczyn chłopców obiecują owoce romansu; eleganckie toalety dojrzałych kobiet – flirtu. Ach, flirt! Zamierająca sztuka niuansu. Tego może tak, a może nie.

A starsi? Coż, starsi są coraz starsi i zdający sobie doskonale sprawę z tego prawa czasu, lepiej niż ktokolwiek inny. Więc cenią bardziej niż inni dzisiejszy zmierzch i spacer bulwarem. Zmierzch bogów? Zmierzch bogów trwa nieustannie. Od tego dnia, gdy człowiek bogów wymyślił. Zmierzch człowieka trwa dużo krócej. Może dzień, może dwa?

07.04. 2025

Dwa dni później  przy tym samym stoliku, w tej samej kawiarni. Dzień powszedni, wczesne popołudnie, od rana siąpi deszcz jeszcze nie letni, nie ciepły.

W kawiarence pusto, prócz mnie, pani gdzieś w moim wieku, może nieco starsza i pan w ciemnym garniturze, jak urzędnik, około pięćdziesięciu lat.

Znikła erotyka spacerów za oknem. Samotne postacie przemykają szybko w kurtkach od deszczu, pod parasolami. Dzieci grupkami wracają ze szkoły. Dzieci-podlotki uśmiechnięte, z beztroską na twarzy. Widać, że czują się bezpieczne. Ich odzież, barwy i odcienie skóry, kształt nosów, oczu wskazuje na pochodzenie z odległych lądów. Z ziemi, gdzie często miast deszczu z nieba spadają bomby, nadlatują z sykiem węża pociski, ktoś strzela zza węgła. Tam musiały przemykać chyłkiem. Tu nawet o tym nie myślą, Ida swobodnie, śmieją się głośno.

Jakże to cieszy. To w takich chwilach mam wielką radość, że Kanada jest ich domem tak samo, jak moim.

Myślę o dzieciach w Palestynie, o dzieciach w Ukrainie. I zaraz widzę słynne motto z „Medalionów” Nałkowskiej: ludzie ludziom zgotowali ten los. Nic więcej powiedzieć nie można. W sercu zapada  martwa cisza.

A jednak świat przetrwał. Żyjemy. Spacerujemy trotuarami, łąkami, nad stawami i nad rzekami. Żyjemy.

Z tych samych głośników za plecami dziś płyną jakieś tęskne pieśni charakterystycznego języka, gdzieś z Anatolii, z Persji. Nie rozumiem słów, ale słyszę sercem ich głęboką tęsknotę. Gdzieś pod Konstantynopolem furkocą w prędkim wirującym tańcu spódnice uniesionych religijną ekstazą Derwiszów.

Czas wracać do mieszkania. Starsza pani wstaje od stolika, odsuwa ściśnięte pod oknem stoliki by ułatwić mi wyjście z moim metalowym chodzikiem, lekceważąc moje opory podchodzi do drzwi i otwiera je szeroko dla mnie. Już nie protestuję, uśmiecham się szeroko i dziękuję za jej uprzejmość. Życzymy sobie dobrego dnia.

Potem odwiedza mnie serdeczny przyjaciel i przynosi torby pełne owoców, napoje. Jemy wspólny obiad. Ludzie potrafią też gotować nam dobry los. Ciągle. I dlatego, mimo wszystko, można i warto żyć.

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

KOD – po latach należy podziękować

KOD – po latach należy podziękować

Convention Centre w Vancouver

Co różni działalność obywatelską od działalności politycznej?  Czy to wymienne pojęcia?

Różni wszystko. To dwa kompletnie odrębne od siebie światy, inne konstelacje i galaktyki.  Problemem jest dla wielu niezaprzeczalny fakt, że oba istnieją, funkcjonują w tej samej politycznej przestrzeni. Ale w tej samej przestrzeni tego samego układu planetarnego funkcjonuje Ziemia z księżycem i tych kilka innych zlepków kamienno-gazowych. Decydującym o ich zasadniczym ruchu, kształcie, masie i atmosferze jest jednak zdecydowanie tylko nasza jedna gwiazda – Słońce. A Ziemia ani wielki Jowisz gwiazdami nie są. Identycznie jest z różnicą między ruchem, grupą, organizacją obywatelską a partią polityczna:  te pierwsze są działalnością obywatelską nie stricte sensu polityczną. Owszem, funkcjonują w tej wielkiej przestrzeni politycznej (tak, jak planety są częścią Układu Słonecznego) ale ich działalność to nacisk społeczny, społeczna kontrola czynników politycznych, protesty lub poparcie dla takich czy innych idei polityczno-gospodarczo-społecznie ważnych. Nie stanowią jednak siły sprawczej – od tego są władze polityczne i państwowe (parlament, rząd, Głowa Państwa, Sądy Powszechne). Mają jedynie wpływ przez wywieranie presji na te czynniki polityczne – nie mają narzędzi ani możliwości (poza rewolucją, zamachem stanu, przewrotem politycznym – ostatnim w Polsce zamachem było przejęcie władzy przez PPR i PKWN w 1944/45),  by same funkcję sprawczą posiąść i użyć.

To jest zwykłe vademecum funkcjonowania władzy państwowej w zasadzie na całym świecie. Nawet tam, gdzie demokracja jako taka nie istnieje. Jeśli istnieje państwo to istnieje władza polityczna tego państwa, która nim zawłada. Społeczeństwo, grupy społeczne i organizacje obywatelskie podlegają władzy politycznej decyzjom i zarządzeniom.

Koniec, kropka. Inaczej nie było, nie jest, wątpliwe by kiedykolwiek być mogło. Nawet w Watykanie.

               Czemu o tym piszę? Piszę, bo spotkałem się ostatnio – na szczeblu konsularnym – z niepełnym lub bardzo niejasnym stanowiskiem konsula. Niejasność wynikała z niezrozumienia kardynalnej różnicy między działalnością obywatelską a działalnością polityczną. Jeszcze bardziej konkretnie: chodziło o Komitet Obrony Demokracji i jego Oddziały, jakie istniały w 2015 roku w Vancouverze i innych wielkich ośrodkach polonijnych w Kanadzie  (podobnie, jak w większości demokratycznych państw kultury europejskiej).

Jako, że byłem (nie przez cały okres czasu, ale przez zdecydowaną większość istnienia KOD w Kanadzie) przewodniczącym KOD i lokalnie w Vancouverze i jednym z Koordynatorów na całą Kanadę (obok Anny Bocheńskiej i Marka Tucholskiego i niezależnego KODu w Ottawie) – znam tą sytuację być może lepiej niż ktokolwiek inny. Zdecydowanie lepiej niż Konsul RP w Vancouverze czy gdziekolwiek indziej.  Bodaj nikogo z obecnych reprezentantów konsularnych i dyplomatycznych Polski w Kanadzie w tamtym czasie tu nie było. Choć ze wszystkimi Konsulami w Vancouverze kontakty nawet po przeprowadzce do Halifaksu utrzymywałem.

Ze względu na fakt, że po blisko dziesięciu latach wróciłem na stałe do Vancouveru – kontakty z naszą placówką chciałem jak najszybciej nawiązać. Konsul na szczeblu lokalnym (czyli tam, gdzie lokalnie jest placówka) to coś więcej niż tylko załatwianie dokumentów: paszporty, spadki, emerytury – cokolwiek. Konsul i Konsulat to taki nasz kawałek Polski, gdzie możemy zajść wysiadając z autobusu lub tramwaju. Bez konieczności przelecenia połowy kuli ziemskiej samolotem. Wartość niewymierna – a bardzo ważna. Być może nie uczą tego w przygotowaniach do pracy konsularnej w MSZecie. Ale tak jest. I to bardzo dobrze. Ileż wspaniałych wystaw, odczytów, koncertów odbyło się w Konsulacie, ile razy zapraszany był na lokalne polonijne uroczystości, wydarzenia kulturalne i historyczne, spotkania grupowe, gdzie mógł/a wziąć bezpośredni udział w życiu polonijnym. Raz jeszcze – niewymierna wartość, a nadzwyczajnie wartościowa i dla nas lokalnie i dla Polski bardzo.

Wracajmy do KOD-u kanadyjskiego – podkreślam ‘kanadyjskiego’, bo KOD jako taki w Polsce dalej funkcjonuje i jest ważną instytucją kontroli społecznej. I jest  instytucją obywatelską, nie polityczną. Nie ma orientacji ideologicznej: to nie jest ruch chadecki (PO dla przykładu), to nie jest ruch ludowców (PSL), socjalistów (Partia ‘Razem i socjaldemokraci), zdecydowanie to nie faszyści polscy (Konfederacja). Bardzo możliwe, że indywidualni członkowie KOD polskiego mają różne ukształtowane poglądy polityczne, może nawet indywidualnie ktoś z nich formalnie do jakiejś partii należy (na pewno nie do Konfederacji lub PiSu).

My nigdy nie pytaliśmy kogokolwiek w KODzie kanadyjskim, kto ma i jakie poglądy polityczne i czy do jakiejkolwiek partii politycznej polskiej czy kanadyjskiej należy. Jako grupa takiego (poglądu politycznego) nie mieliśmy. Nie piszę, że tak przypuszczam – stwierdzam, bo wiem. Ostatecznie zakładałem tą grupę i ją prowadziłem. Więc to jest oświadczenie, a nie przypuszczenie. Bezwzględnie wiarygodniejsze niż konsula RP, ambasadora czy nawet Prezydenta lub Prymasa Polski, LOL. A nawet samego Wielkiego i Nieomylnego Wóca Donalda Trumpa.

Więc to jest sprawa zamknięta. O niej dyskutować dalej jest bez sensu. Ani stwarzać otoczki jakiejś możliwości, braku pełnej wiarygodności czy innych gdybań.

KOD w Kanadzie nie był nigdy organizacją polityczną. Był organizacją obywatelską. Amen. Tu żadnych dywagacji nie ma.

Powstał tylko w jednym celu – poparcia ruchu obywatelskiego w Polsce, który stanął w obronie porządku konstytucyjnego Polski. Stanął w obronie demokracji wobec obrzydliwego, bandyckiego zamachu na polską Konstytucję wczesną wiosną 2015 roku. Od zamachu na polski Trybunał Konstytucyjny. Autorzy tego zamachu, (PiS, czyli partia polityczna Prawo i Sprawiedliwość) w następnej kolejności dopuścili się olbrzymich kradzieży i korupcji majątku państwowego i narodowego. Niektórzy za to już dziś siedzą w więzieniach, inni siedzieć będą. Niektórzy uciekli za granicę z milionami. A nie zrobiono jednego, zasadniczego i podstawowego kroku prawnego: zabrakło zjednoczenia i woli by tą zbrodniczą organizację zdelegalizować. PiS był szajką złodziei i politycznych malwersantów, zdrajców Polski. To chyba zbyt ielka arogancja by dać stanowisko jakiemuś Misiewiczowi w Armii (sic!), bo się jakiemuś choremu człowieczkowi roiło w głowie od erotycznych snów. Nie wiem, być może te same rojenia chodzą teraz po głowie temu staremu oszustowi i kłamcy, gdy patrzy na wykidajłę z Nowogrodzkiej. No bo takich od otwierania drzwi drzewiej nazywano wykidajłami w lokalach nierządu.

Tych podglądów pani poseł podzielać nie musi, a w dodatku z racji urzędu nie powinna, bo niestety Polska tej zbrodniczej organizacji politycznej nie rozwiązała i jest ona oficjalną partia polityczną. Więc pani Konsul nie może publicznie (prywatnie mogłoby to być niebezpieczne dla niej też) takiej opinii podzielić. Rozumiem to i doceniam. Ja konsulem nie jestem i mogę mówić prawdę.

Ale Państwo Polskie (a placówka konsularna jest, jak już wyjaśniałem, eksterytorialnym obszarem polskim w ramach Konwencji Sztokholmskiej) ma nie tylko obowiązek, ma wręcz potrzebę uszanowania ludzi i grupy, które w obronie polskiej Konstytucji i państwowości dużo w Kanadzie i na świecie robiły. Nie przeceniam. KOD nie był olbrzymia organizacją mającą otwarte drzwi do wielkich salonów politycznych Kanady i świata. Ale zrobiliśmy bardo dużo, zwłaszcza wśród nas samych właśnie – wśród Polaków i polskiej diaspory. Wychowanie obywatelskie w duchu demokratycznym to bardzo żmudna i trudna praca. Doskonale wiemy i pamiętamy, jak zachowywały się tradycyjne ośrodki i grupy polonijne – były za Pisem, za tą mitomanią Wielkiej Polski, tymi durnymi upiorami tej mitomanii. Wsłuchiwali się w tą papkę propagandową ultra-katolickiej Wielkiej Polski i przyklaskiwali tej papce głośno mlaskając i się śliniąc obficie.

W tym ciepłym błotku organizacji kongresowych rozsądny głos nie był mile widziany. Uwagi na to nie zwracaliśmy.  Robiliśmy swoje … bo trzeba było. Bo był taki czas znowu wymagający powiedzenia na głos : non pasaran. Pewnych granic przekraczać nie wolno.

I tym ludziom, tej grupie myślących i zatroskanych Polaków chciałbym wszystkim złożyć wielki ukłon. Na symbolicznym terytorium Polski. Pani Konsul nie musi tego robić słowami, oświadczeniem. Ja to zrobię. Ale powinno to być spotkanie w Konsulacie. Nie, nie spotkanie wyborcze w związku ze zbliżającymi się wyborami w Polsce.  O wyborach mówić nie zamierzam. W czasach dzisiejszych każdy ma 24 godziny na dobę dostęp do wszelkich informacji z Polski na te tematy. Ja wiem dokładnie jaką mam na ten temat własną opinię.  Ale to moja opinia. Inni mogą mieć inne. Demokracja na tym też polega – na wolności wyboru.  Będę na ten temat pisał – ale to już moja prywatna publicystyka. Z historią KODu nie mająca nic wspólnego. Przyszedł jednak już najwyższy czas, by tym ludziom z tamtych trudnych bardzo lat podziękować za ich obywatelską pracę. Nie ma cienia wątpliwości, że każdemu indywidualnie takie podziękowanie złożę zanim sam do Kraju na stałe nie wrócę. Ale Polska ma wobec nich też dług wdzięczności. Stąd chciałbym bardzo bym mógł to zrobić grupowo właśnie i specjalnie w Sali Konsulatu. Jestem pewny, że pan Krzysztof Kasprzyk, pierwszy Konsul Generalny Polski w Vancouverze byłby bardzo z tego zadowolony. Rozmawiałem z nim bardzo często, już kiedy dawno w Kanadzie nie był. Poznałem go na tyle dobrze – że mam głębokie przekonanie, że by się ze mną zgodził. Wierze, że pani Konsul też to zrobi.

Mała galeria osób i miejsc z historii KOD-Vancouver

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.