Bridges, lake and crows …

Bridges, lake and crows …

Two stories in one. Bridges, for example. We know in Vancouver, that bridges are the backbone of our transportation. Fraser River is like an impenetrable natural border that separates two entities of our great multi-cities community: huge, deep, unforgivable. There is one equally mighty – it is, of course, the Burrard Inlet with one arm ending in Port Moody, the other in the Indian Arm fiord.

It starts with the poster-like Lions Gate Bridge – hanging over the entrance from English Bay to Burrard Inlet. Its name comes from two characteristic peaks of Coastal Mountains, resembling heads of two huge lions resting atop. Strangely enough, I have seen every morning and every evening almost identical bridge from the windows of our apartment in … Dartmouth. On the other end of Canada, by another ocean – Atlantic. It connects Dartmouth and Halifax. Drove, biked and walked across it probably hundreds of times. The similarity of these bridges was striking. Not by accident – that in Halifax and the one in Vancouver were designed by the same architect, Philip Pratley. In 1938 in Vancouver, and in 1955 in Halifax.

But for the majority of Vancouverites (that includes the majority of the multitudes of cities and town that make up the Greater Vancouver) it is Fraser River. If not for the bridges spanning the River (and a tunnel, very busy and vehemently disliked by travelers) – there would not be any Greater Vancouver. As simple as that.

Relatively new and modern Alex Fraser Bridge, oldest – Patullo, newest and impressive Riverview Bridge, Port Mann, and Golden Ears (connecting to Pitt River Bridge). 

Three of these bridges are very close to my heart: the oldest and first, Patullo; the Riverview, since I watched its ‘birth’ and Port Mann.  

Patullo – the oldest and first one to connect not only huge Surrey to Vancouver’s ports but originally to connect the USA farmers to trains and Vancouver’s ports – simply put: to international trade and shipments. Since I remember it was too old and too small twenty years ago. It outlived its purpose even before the monumental urban transformation of Central Surrey. And now, the other day, I witnessed the beginning of its dismantling starting on Westminster side.

Port Mann – seen it being build in 2012 and remember using the first, older one that was built in 1964, well before my time in Canada before. The current one is by far the most picturesque, especially when you see it from a distance – it appears like huge sails spanning the river.

Also remember, when the construction of Golden Ears Bridge finally connected Surrey and Langley toward Lougheed Highway, and across Pitt River to Maple Ridge.

/last picture – the opening of A.L. Macdonald Bridge in Halifax in 1953/

Lots of memories during my current, last sojourn in a place and land I have spent majority of my life. Thanks to my dear friend, who also likes travels, long walks – we visit many jewels of this amazing jungle of man-made structures of steel and cement and rich array of huge natural parks, beaches, protected areas of wilderness in the middle of this huge land of Greater Vancouver.

One of very dear to my heart is a vast wetland and marches of Burnaby Lake. I used to come here with my husband and my mom for long walks. But have not visited it since late 1990ties, when we moved to Capitol Hill in Burnaby, after our move from Calgary. It is sort of out of the way, tucked in a low laying valley. The other day I talked with my friend about it and he remarked that he has not been there for years, too, and asked suddenly: why don’t we drive today there? We did.

A kingdom of waterfowl and main gathering of thousands of crows for their daily ‘parliament’, that gathers here from all over Greater Vancouver. Nice, long trails for miles to walk, bike. We enjoyed it very much.

 

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Fog and Sun in Vancouver in February

Fog and Sun in Vancouver in February

A walk with glorious sun locked in a deathly battle with thick fog coming from English Bay over the beautiful little streets in Vancouver’s West End.

Battle of Light and Darkness? No, no, no! Nothing of that sort. Fog has nothing of darkness. Au contraire, mon ami. You see, fog is full of light, light that is powerfully condensed, weaved very tightly onto amazing arrases, where you can see all the shadows of shapes, a promise of something that might become. Reality not fully realized, not fully described. A poem, from which some of the ink evaporated, bleached out and you can see only some of the words – the rest of the lines, the stanzas are left to the reader’s imagination. Ha! You are being allowed to finish someone else’s poem; composing anew a song you remember only faintly, fleetingly, few cords perhaps?  Painting a picture that another painter only sketched with just few strokes of a pencil?

That is fog: a promise of shapes, colours. It asks you to be brave in your own creation, your own enormous palette of colours, sounds, and visions. To be a god! Creator! From dust to form. Not a mere believer, follower. Take the steering wheel in your own hands, follow your chart to navigate to lands and islands unspoiled, with birds made from rainbows, beaches with sand made of pure white pearls and fruits, that taste like lips of someone that you love.

               Fog – the master of deception or Demiurge of Land of Dreams?! 

Me? I will take my walk through my Mole Hill by Nelson Park in West End. But remember: a Mole Hill could easily be someone’s Mont Blanc. In a fog, of course.

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Straszny smutek mnie dziś ogarnął. Nadszedł gdzieś z chmurami i mgłami jesieni i z odlotem przyjaciela na krótka wizytę do Polski. I nie ten jego odlot, nie ta wizyta w Warszawie, ale kilkugodzinny jego pobyt we Frankfurcie. Frankfurt kocham wyjątkowo. 

Sturm Und Drang[i] tam się zaczął od Goethego i Schillera, synów tego cudownego miasta. Okresu, który do dziś ma , po Renesansie, największy wpływ na charakter Polski i Polaków.  Nolens volens, i mój. Ze wszystkimi tego pozytywnymi negatywnymi konsekwencjami. Mickiewicz widział się zresztą z Goethem, choć nie była to zbyt budująca rozmowa i Goethe przyjął go początkowo chłodno, nie mniej później spotykał się z nim  w Weimarze kilkakroć. Sam Goethe był już uznanym pół-bogiem nowego kierunku i nic mu prawie mało znany poeta z Polski, której na mapie nie było, nie oferował ciekawego wedle jego początkowej opinii.

Nie o Goethem jednak ani o Mickiewiczu chcę tu pisać i nic to z moim uczuciem do Frankfurtu wspólnego nie ma – poza oczywistym faktem, że tam się wychował i urodził i miłe chwile z jego domu-muzeum opodal Klasztoru Karmelitanek wspominam. Miłe było też przesiadywanie zawsze na ławce blisko jego pomnika i blisko pomnika Schillera.

Frankfurt – poza wszelkimi i licznymi atrakcjami dla ducha i ciała (oj, tak – LOL) – to dla mnie kolebka dzisiejszej Europy Centralnej. Mojej Europy. To tu z państwa Franków (stąd nazwa) przybył Karol Wielki i rozpoczął marsz na Pomorze Przednie.  Na Połabach (dzisiejsze tereny Hamburga i Schwerinu), w dolinach Łaby (Elbe) trochę sobie wielokrotnie zęby pokruszył. W tamtym już czasie Połabianie ulegli sporej germanizacji. Z ciekawostek warto dodać, że już w czasach współczesnych ostatni Książę panujący na ziemiach niemieckich, władca Meklemburgii, był w prostej linii potomkiem właśnie Księcia i władcy Słowian połabskich. Karol Wielki tak jego zdolnościami wojskowymi był zafascynowany, że za oddanie hołdu i poddania się woli Karolinga -uznał wasalską władzę tegoż księcia słowiańskiego na ziemi połabskiej.  

Później zwiedzałem oszałamiający wręcz w przepychu pałac tych Książąt w Schwerinie . Oglądałem, to mało – w ogrodach tego parku robiliśmy sesję zdjęciową ślubu mojej córki chrzestnej.  Jakież to losy ludzkie są dziwne, zaiste.

Wracajmy do Frankfurtu jednak kochanego. Pisząc przyjacielowi, co powinien w tymże Frankfurcie zobaczyć – uderzyła mnie realizacja, że ja chyba tam już nigdy nie zawitam. Że pewnie albo tu szczeznę, albo w Polsce gdzieś, krótko po planowanym tam powrocie.  Że już w tym grodzie nad Menem szerokim nie będę chadzał śladami początków nowożytnej Europy, mojej Europy. Nie pójdę tymi szerokimi bulwarami nad tą rzeką z mamą pod rękę, tak jak chadzaliśmy tam –onegdaj zda się .

Czasem zatrzymywałem się tylko, w przelotach, na kilka godzin, czasem na noc lud dwie. Wtedy to ho, ho, poszaleć można było. Stara Hesja nie wiedziała, co to szaleństwa pókim ja tam nie zawitał, LOL.

Mama bardzo Frankfurt lubiła, byliśmy tam razem dwa lub trzy razy. Lubiła lody jeść przy Hauptwache i spacerować powoli bulwarami nad Menem. Nocowaliśmy na ogół w jednym z dwóch hotelików tuż przy Dworcu Głównym, bo były tanie i rano dawali niezłe śniadanie. Raz jeden wracając z Polski do Kanady pojechaliśmy do Frankfurtu pociągiem z Berlina tą przepiękną trasą wzdłuż wijącego się Renu, z wysokimi wzgórzami po obu stronach doliny, wieżami starych niemieckich zamków, koło Ratyzbony skąd przybyła do nas Królowa Rycheza. Potem pociąg skręcał ostro na północ i jechał do Frankfurtu.

Ale – jak zawsze ze mną – prócz szaleństw czas musiał się znaleźć na refleksje, na zachwyt jakimś brylancikiem historii, opowieścią muzyczną lub literacką.  A tych tam dużo. Choćby ta śmieszna rzecz, że Miasto Karola Wielkiego ma barwy biało-czerwone i godło … białego Orła w złotej koronie.

Więc gdym pisał przyjacielowi, jaką ulicą warto przejść … nagle sam chodziłem tymi samymi ulicami pamięci. Dziwne i smutne nieco uczucie. Uczucie-przeczucie?  Gdy bogowie rozdają karty, śmiertelnik musi się z ich wyrokiem pogodzić.

Pożegnanie

Johann Wolfgang Goethe

Niechaj oczy ci wyszepcą
Pożegnanie: wargi drżą
Cięzko, o jak ciężko rzec to…
A dojrzały przeciem mąż!

Jakiż nikły w tym momencie
Każdy uczuć jawny pąk:
Zimne – twoich warg dotknięcie
Słaby – uścisk twoich rąk

Dawniej całus… gdzieś… w pośpiechu – 
O, jak cudny był to szał!
Tak fijołki nam uciechą,
Kto jest w marcu pierwsze rwał.

Nic już nie mam do zerwania – 

Brakło kwiatów, brakło róż:
Wiosna wkoło, miła Franiu,
Dla mnie jesień… jesień już…[ii]


[i] epoka Szturmu i Naporu w kulturze europejskiej, początek romantyzmu

[ii] Pożegnanie – Johann Wolfgang Goethe

Fort Langley in/w British Columbia/Kolumbii Brytyjskiej

Fort Langley in/w British Columbia/Kolumbii Brytyjskiej

With a friend in his blue carriage – as mine lived out his days after crossing the entire continent twice, mountain ranges, lakes, wild forests, huge cities and small towns – we went to another sentimental journey in time. The time of the beginning of this province, the first wooden Fort surrounded by tall palisade. And tiny, wonderful Anglican Church, were many years ago I had a lovely chat with Bishop Michael Ingham from New West Diocese.

To my great sadness that tiny church was closed. Wawa, my friend was ready to give up. But what a problem could it be for me? Just a lock on the door. For sure it could be opened! And it was – just for us, for two strange travelers. Two lovely church ladies opened the door wide for us with a smile and lots of stories. We had wonderful time with them. They pointed to the one new stain glass window with an obvious distaste: a stain glass of St. Peter, and I understood and shared their disapproval of that new window: it was a very different and foreign to all the older windows scenes and character. Did not belonged in the old company. They used the old wooden Pastoral bishop’s cane to point to other interesting and perhaps new details in the tiny one nave. I loved their agitation and somehow respectful disrespect to sacral items, LOL. They obviously loved their church very much.

Lata temu uwielbiałem tam jeździć na krótkie wycieczki z Mamą, byliśmy tam też razem z Damiankiem. Teraz z przyjacielem. Pogoda nagle zrobiła się, jak na zamówienie: a niech tam wam będzie słonecznie i raźnie, aniołki z góry śpiewały. Tośmy też wycieczkę od kościółka cudownego, maleńkiego zaczęli. Niby był na cztery spusty zamknięty, ale co tam dla chcącego! Urocze dwie starsze (no, powiedzmy w okolicach mojego wieku, LOL) panie kościelne wrota nam otworzyły i dzieliły się chętnie szczegółami, zwłaszcza nowymi, mi nieznanymi od czasów ostatniej wizyty jakieś 10-13 lat temu. A miałem tu kiedyś przemiłą i ważną rozmowę z ówczesnym biskupem diecezji anglikańskiej na New Westminster, Michałem Inghamem. Opowiadały z niesmakiem o jedynym nowym witrażu przedstawiającym św. Piotra, który pasował tak do starych, znanych mi witraży, jak pięść do oka. Kompletnie ich uczucia podzielałem. Uwielbiałem z Wawą, jak panie bezceremonialnie, ale z uczuciem, używały prostego drewnianego pastorału biskupiego do wskazywania różnych mało widocznych a ważnych detali, LOL. Dodano też jeden więcej rząd siedzeń, bo mieli wielki problem niedzielami jak pomieścić wiernych. Nie zmieniło to jednak uroczego charakteru tego pięknego kościółka.

A potem, potem naturalnie w uliczki urocze prowadzące przez sklepiki pamiątkarskie, galeryjki, kafejki i targ farmerski pod drugim kościołem – aż do torów ze stacyjką i mostu prowadzącego na wyspę na Fraser River.

Fort Langley był faktycznie pierwszą osadą brytyjską na dobre parę lat przed powstaniem prowincji Kolumbii Brytyjskiej i pierwszym portem rzecznym Hudson Bay Company po tej stronie Gór Skalistych. Jeszcze przed Vancouverem i przed New Westminster, Założono go w 1827, początkowo ok. trzy kilometry powyżej obecnej lokalizacji. Pierwszą osadą brytyjską na zachodnim brzegu kontynentu. Sama prowincja i jej pierwsza stolica (New Westminster) zostały proklamowane i powstały w latach 1846-68, czyli dwadzieścia lat później.

Całe okolice Fort Langley, drogi doń prowadzące z Vancouveru, są też przeurocze i bardzo malownicze, zwłaszcza o tej porze roku i w dzień słoneczny. Rozległe łąki, laski, pastwiska i pola uprawne wyglądają, jak urocza, bukoliczna akwarelka gdzieś z Prowansji.

A nasze wspólne zamiłowania do podróżowania łodzią, statkami, samolotami – i zdecydowanie najbardziej ludzką i najprzyjemniejszą podróżą – pociagami dało nam upust do chłopięcej zabawy w konduktora i maszynisty na lokalnej (nieczynnej już też, niestety – lokalnej stacyjce kolejowej.

Bardzo polecam na kilkugodzinną wycieczkę z dala od hałasu i zapełnionych ulic metropolii vankuverskiej.

Pożegnanie lata na skalistej plaży

Pożegnanie lata na skalistej plaży

22 września już jutro, koniec lata kalendarzowego, następnego dnia lata astronomicznego. Wybrałem się na ulubioną plażę w Południowym Surrey – Crescent Beach. Naturalnie, że naturalistyczną, LOL. Przyznaję bez zmuszania do zeznań, że plaże golasów uwielbiam najbardziej. Czy tą w Crystal Crescent koło Sambro w Nowej Szkocji, czy tylko Crescent w South Surrey, LOL.

W Nowej Szkocji zresztą na Wschodnim Wybrzeżu więcej było plaż niż plażowiczów – więc naturszczykiem można było być bez problemu i bez oficjalnej destynacji. Pływanie w ubraniu jakoś nie łączy się z wolnością pływania morskiego, bo ostatecznie gacie to też ubranie, a kto kąpie się w ubraniu?! I kiedy wszyscy opalają się w stroju Ewy i Adama (bez listka figowego broń boże!) nie robi to jakiegokolwiek (u zdrowych osobników) wrażenia. A zwłaszcza wśród stworzeń wodnych. Bo jakież też kraby, czy ryby pływają w kostiumach!? No tak, małże przyznaje są jakieś dziwne, łażą po dnie z domami na plecach. Nie poradzisz, zawsze się jacyś dziwacy znajdą, nawet na plaży nudystów.

Woda już była zimna, ale piękna w zielono-stalowym odcieniu. I ta ilość powalonych gdzieś i przygnanych przez fale wielkich pni! Wbite gdzieś miedzy potężnymi głazami, jak strażnicy pogranicza lądu i wody. Wykroty, bale, głazy, zieleń i krzewy starające się wcisnąć w każde miejsce możliwe do zapuszczenia korzonków. Jakby oglądanie w lupie dziejów prehistorii oddzielania się ziemi od oceanu.

A potem nagle: cicho! Sza! Ni słowa więcej!. Bo właśnie kurtyna się podnosi i rozpoczyna najważniejsze, najwspanialsze widowisko – Zachód Boga Ra. Słońce śpiewa arię Pożegnanie Dnia. I tu kończyć się musi opis słowami, bo słów po prostu brak.

The Little Mountain of Vancouver

The Little Mountain of Vancouver

On top of Little Mountain is a very special place called Queen Elizabeth Park. I am not sure how many modern day Vancouverites do know that the name of the park was given in honor of Queen Mother, not Queen Elizabeth II. At that time, in the 1930ties, Elizabeth Bowes-Lyon was the Queen Consort and as such Queen Consort of Canada. During her visit with King George VI in 1939.

Originally, before the English came here, it was lush small mountain of old growth forest with salmon spawning creeks running to False Creek (they still exist under the pavement and houses ). Later it became a basalt quarry. In 1936 Vancouver Tulip Association ask the City Board to create there a park – and so it begun. There are no longer grey wolves, bears, and elks roaming the Little Mountain, but birds and squirrels are plentiful. And so are people.

Philanthropher and landscape architect Bill Livingstone turned it into a gem of lush walkways, remnants of the old growth, Rose Garden, little ponds and small sport fields, and on top of it sits iconic Bloedell Floral Conservatory. Behind the Conservatory is an amazing display of water fountains and a famous sculpture of renowned British artist Henry Moore.

It used to be one of my favored places for walks with my Mom in my earlier days in Vancouver. Last time we went there with Mom, John and both of my sisters.

Był więc to czas najwyższy do odwiedzin tego specjalnego miejsca po moim tu powrocie. Przejść się ścieżkami, którymi chodziliśmy razem. Po spacerach w ukochanym Stanley Parku, w Central Parku w Burnaby, Bear Creek Parku w Surrey i naturalnie po Holland Parku w centrum Surrey, tuż pod domem …  Powoli zamykam koło ponownych odwiedzin ‘syna marnotrawnego’, wdowca. Jeszcze tylko jedna dłuższa podróż, ostania może. Do kraju, gdzie wszystkie moje perygrenacje się zaczęły.

Powoli zaczynam czuć się zmęczony. Czas może siąść na ławce znajomej w starym parku nad Wisłą. Tam, gdzie były zauroczenia pierwsze, pierwsze miłości, gdzie jako dziecko słuchałem Szopena.