Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

How do you begin to write your notes about a concert that three days later you still can’t shake off the emotions you were subjected to? Almost physical blows and assaults of the music onto your soul. A music you know so well and heard numerous times! At least you thought you did … Blows delivered not by some enormous pianist, internationally acclaimed, for many years on best stages of the universe … but by a … boy pianist (of course he is an adult, but only just by a thickness of the paper a musical score is printed on)?! I still struggle to find the right ones to describe to you the experience.

Sufficient to say, it proves that there is no musical score or concert that you can just take your seat among the audience and wait for familiar, soothing experience. For bourgeoisie vanity and eloquence. And thank gods for that.

Sunday, 26 of October in Vancouver Playhouse (Queen Elizabeth Theater) concert of Tony Siqi Yun with music of Johannes Brahms (Theme and Variations in D minor, Op.18b); Robert Schumann (Theme and Variations in E-flat major, Wo0 24 or Ghost Variations); by same composer Symphonic Etudes Op.13; Ludwig van Beethoven (Sonata “Appassionata” No.23 in F minor Op. 57); and Ferruccio Busoni (Berceuse from Elegies BV 249) – of the last composer and music I will not write beyond that point. Because … in was beyond the point to have this music played in that concert, sufficient to say in my arrogant opinion. Obviously not shared by the enormously talented pianist, Tony Siqi Yun.

Thanks to YouTube portal I was able to find Tony playing exactly the same Schumann’s Etudes Op.13. That was recorded from earlier concert elsewhere. You can see the physicality and the energy – trust me, but in in Vancouver it erupted like a volcano.

Did he made any mistakes, omissions? How would I know?! There was not a single second one could pay attention to the score – the pianist consumed you wholly, not letting go for a second.

I remember only once such a wonderful confusion while listening to a pianist. That was very, very long time ago. The year 1980, X International Chopin Festival, biggest piano competition in the world. The pianist was Ivo Pogorelić from Yugoslavia (today Serbia). He was so different than other pianista that the (at that time to the extreme) very conservative Jury did not awarded him any prize (the public did). I remember being taken by Pogorelić very much. Of course a bit jealous, too, LOL – he was exactly my age! But was very glad that great pianist (former finalist of that Competition) Martha Argerich felt the same. To the chagrin of the ultra-orthodox Jan Ekiert, who like many of his generation, saw Chopin more as a monument and Polish patriotic antiquity than the true romantic boy and young man, who had nothing to do with the official portrait/gorset assigned to him.

https://ivopogorelich.com/portfolio/home/: Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Raport NIK w sprawie IPN (Instytutu Pamięci Narodowej)

Nie jestem księgowym, rzeczoznawcą finansowym, nie jestem prokuratorem. Jedyne, co wiem (i będę się z poważną dozą pewności siebie upierał, Że To Wiem) to, że nie jestem idiotą. Zakładam również, że idiotami nie są eksperci Najwyższej Izby Kontroli w państwie polskim. I że – w przeciwieństwie do mnie – oni mają znajomość i ekspertyzę w rzeczoznawstwie finansowym i prawnym.

Otóż wczoraj ogłosili oni Raport i wnioski z niego wynikające nt. ich pełnej kontroli NIK za rok 2023.. Kontrole zaczęto w 2024. To jest okres czasu w którym obecny Prezydent państwa polskiego, Karol Nawrocki był prezesem i pełnym szefem IPN-u. Raport z tej kontroli NIK-u był wobec pana Nawrockiego druzgocący. Tu chodziło tylko o statutową działalność (administrację) Instytutem i jego budżetowo-finansową operatywność. Kiedy podjęto decyzję o przeprowadzeniu pełnej kontroli, Karol Nawrocki jeszcze nie był kandydatem na prezydenta. Wszyscy myślący inteligentnie wiedzieliśmy, że z tego pożal się boże instytutu idzie wielki smród. Nigdy nie sądziłem, że to smród mamony. Kiedy cesarz Wespazjan powiedział o podatku za korzystanie z publicznych toalet: pecunia non olet, winien dodać ‘ale’ – nie śmierdzą pod warunkiem, że to nie są toalety w Instytucie Pamięci Narodowej. Wówczas śmierdzą aż do Wzgórza Kapitolińskiego.

Ale sami posłuchajcie, ja tłumaczyć nie chcę. W dość nudnej formie opowieści księgowego. Bo gdyby mówili to politycy, to ho ho! By barwnie było. Dziwić się nie trudno, że panowie Nawrocki i Trump dość się lubią… W formie nudnej ale jednocześnie powodującej stawanie na baczność włosów na karku, że to było wszystko możliwe.

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

Czas już żegnać się … a ja nie potrafię

W kwietniu 1999 roku poszliśmy w wielkiej arenie General Motors w Vancouverze na koncert Andrea Bocceli. Siedzę teraz i słucham jego dysku ,Romanza’[i].  I krzyczę bezgłośnie.  Bo to wszystko wraca: nasze koncerty, nasze podróże, nasza miłość, nasze marzenia.

Ostatnią ścieżką na dysku jest oczywiście duet „Time to say goodbye” Sary Brightman z Bocellim.  Ileż razy słuchaliśmy tej porywającej i strasznie smutnej piosenki … czas się żegnać już.  A przecież nie był! Nie jeszcze i nie tak.

I podła pogoda za oknem dziś, deszcz w silnych podmuchach wiatru, nie zastanawiając się wiele pomyślałem: posłucham „Romanzy” Bocelliego. I było OK, uwielbiam jego głos, jego interpretacje. Zapomniałem o tej ostatniej ścieżce dyskowej i kompletnie mnie powaliło, gdy popłynęła ta pieśń i Sara Brightman w duecie z Bocellim.

Sara, którą uwielbiał za jej niezapomnianą kreację w roli  Christine Daaé  w „Upiorze w Operze”. Był aż trzykrotnie na tym przedstawieniu: raz jeszcze w Calgary i potem dwukrotnie w Vancouverze, ze mną, ze swoją mamą jeszcze w Calgary i z moją później w Vancouverze.

A teraz, z tym ponurym deszczem zbliża się ten dzień fatalny w listopadzie. Dzień, w którym nadszedł ‘czas powiedzenia żegnaj’. Przeklęty dzień.  W jakiś sposób umarłem wówczas też.

Miesiąc wcześniej, gdzieś o tej porze października jak dziś, wymusiłem na nim przejażdżkę samochodem.  Pojechaliśmy na plażę, pierwszą plażę, na którą pojechaliśmy po przeprowadzce do Nowej Szkocji kilka lat wcześniej.  Wybrałem trasę piękną jesienią przez Cow Bay Road, prowadzącą malowniczą drogą nad wybrzeżem, wzdłuż lasów zielonych jeszcze, aż do tej Haven Beach i słodko-słonych rozlewisk jeziorno-bagiennych przed plażą. Był zadowolony. Ja też. Wiedzieliśmy, że nas czas się kończy. Nie sądziłem, że tak szybko. Zdjęcia poniżej z tego dnia właśnie.

Nigdy, przenigdy nie pogodziłem się z tym. Nie potrafię do dziś.  I nigdy już sobą, takim, jakim byłem, być nie potrafię i nie będę.


[i] „Romanza”, producer PolyGram Group Canada Ltd. (based on 1996 Insieme Srl).

Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving came with crisp, yet sunny day.

What do I have to be thankful for? The anger that still exist wants to scream: the hell with you and your thankfulness: Go away, you – rober of my Love, my life.

But anger is not truly my companion, my alter ego. Even, when at times, we exchange expletives. These moments are rare and short-lived, for what I have left of my life is not worth to be wasted on anger and easy expiative words. I still hold people and places dear to my heart. Mews, parks, rivers, mountains. I know I won’t see some of them anymore, some are non-existent anymore outside of my memory. But … what is truly more real: material world or world contained within ourselves? They used to co-exist within me in equal parts. It seems now, there is less of the outer and more of the inner.

I am almost afraid to go back to my old country, to my cherished and loved family, for I know that I will cheat them a bit – instead of becoming part of them, I will exist in a different space paralleled to their reality. Not outside their world, just paralleled. Like shadows that exist only in certain light, certain angle of your eyesight.

There is more now of what wasn’t as visible before THAT happened: my attachment to poetic verse, to good literature, to musical note. Something that consumes you, troubles you, moves you. Otherwise it is just noise of sounds or noise of words. Yes, there is a lot of just noise in so called art – let’s be honest – even great writers and composers produce a lot of noisy garbage.

Why then, there might be invisible wall between me and my loved ones? Because now it is much more pronounced, much more important to me, and I’m much less willing to hide it from visibility. It became me stronger than before. It filled that empty space left by THAT.

There is always a chance – let me be a clairvoyant about my future – that things will change, that someone will claim that space. Yet, I doubt it very much (and the accent is pronounced strongly on the ‘very much’); first, it is true without any doubt , that is is simply much harder at certain age to offer oneself to someone; second – if I am willing to get involved in a flirt, I am almost shut off from willingness to romantic attachment.

Odysseus

Love was always a mythical and mystical idea living in my soul since very early youth. Not just romance – a love overwhelming, all-powerfull. Many people did dream of it, many are and many will. Few will be successful. Such love is not easy, to a point that, at times, it could be overwhelming, too encompassing and like powerful boa-constrictor. You constantly travel between Elysium and Hades. You are on a boat on Aegean Sea, the starry skies at nighttime are pure joy and awe, but that sea could and will become stormy beyond your endurance and you are pleading with gods to let you return to land and never sail again. Odysseus will be my witness to the truth of this story. (image to the left from Wikimedia Commons under a licence: By Aison – Marie-Lan Nguyen (User:Jastrow), 2008-05-02, CC BY 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4019222

Where were we? Ach, Thanksgiving on sunny and crisp day in Vancouver in 2025. Couldn’t just sit at home and didn’t want to impose on someone’s genuine thanksgiving atmosphere.

Took my camera, my notebook and went to OUR city, city of OUR love. A long walk through streets and places we used to walk together. Reminiscing how it was before THAT. Getting ready to say again ‘goodbye to that city, this time my own, singular goodbye? Perhaps. And perhaps it will be the final goodbye. One more love locked forever in my memory, my soul. Another album in a chest full of other pictures albums… .

Here is the story of that day as seen through the camera lens. My, our streets, parks, cafes, beaches.

Of course, I did have my little dinner at my Melriches Cafe on Davie Street. It was a Thanksgiving Day, after all. And I took out my notebook from the backpack and I scribbled these words. Looked at the other chair at my table. It was empty.

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Straszny smutek mnie dziś ogarnął. Nadszedł gdzieś z chmurami i mgłami jesieni i z odlotem przyjaciela na krótka wizytę do Polski. I nie ten jego odlot, nie ta wizyta w Warszawie, ale kilkugodzinny jego pobyt we Frankfurcie. Frankfurt kocham wyjątkowo. 

Sturm Und Drang[i] tam się zaczął od Goethego i Schillera, synów tego cudownego miasta. Okresu, który do dziś ma , po Renesansie, największy wpływ na charakter Polski i Polaków.  Nolens volens, i mój. Ze wszystkimi tego pozytywnymi negatywnymi konsekwencjami. Mickiewicz widział się zresztą z Goethem, choć nie była to zbyt budująca rozmowa i Goethe przyjął go początkowo chłodno, nie mniej później spotykał się z nim  w Weimarze kilkakroć. Sam Goethe był już uznanym pół-bogiem nowego kierunku i nic mu prawie mało znany poeta z Polski, której na mapie nie było, nie oferował ciekawego wedle jego początkowej opinii.

Nie o Goethem jednak ani o Mickiewiczu chcę tu pisać i nic to z moim uczuciem do Frankfurtu wspólnego nie ma – poza oczywistym faktem, że tam się wychował i urodził i miłe chwile z jego domu-muzeum opodal Klasztoru Karmelitanek wspominam. Miłe było też przesiadywanie zawsze na ławce blisko jego pomnika i blisko pomnika Schillera.

Frankfurt – poza wszelkimi i licznymi atrakcjami dla ducha i ciała (oj, tak – LOL) – to dla mnie kolebka dzisiejszej Europy Centralnej. Mojej Europy. To tu z państwa Franków (stąd nazwa) przybył Karol Wielki i rozpoczął marsz na Pomorze Przednie.  Na Połabach (dzisiejsze tereny Hamburga i Schwerinu), w dolinach Łaby (Elbe) trochę sobie wielokrotnie zęby pokruszył. W tamtym już czasie Połabianie ulegli sporej germanizacji. Z ciekawostek warto dodać, że już w czasach współczesnych ostatni Książę panujący na ziemiach niemieckich, władca Meklemburgii, był w prostej linii potomkiem właśnie Księcia i władcy Słowian połabskich. Karol Wielki tak jego zdolnościami wojskowymi był zafascynowany, że za oddanie hołdu i poddania się woli Karolinga -uznał wasalską władzę tegoż księcia słowiańskiego na ziemi połabskiej.  

Później zwiedzałem oszałamiający wręcz w przepychu pałac tych Książąt w Schwerinie . Oglądałem, to mało – w ogrodach tego parku robiliśmy sesję zdjęciową ślubu mojej córki chrzestnej.  Jakież to losy ludzkie są dziwne, zaiste.

Wracajmy do Frankfurtu jednak kochanego. Pisząc przyjacielowi, co powinien w tymże Frankfurcie zobaczyć – uderzyła mnie realizacja, że ja chyba tam już nigdy nie zawitam. Że pewnie albo tu szczeznę, albo w Polsce gdzieś, krótko po planowanym tam powrocie.  Że już w tym grodzie nad Menem szerokim nie będę chadzał śladami początków nowożytnej Europy, mojej Europy. Nie pójdę tymi szerokimi bulwarami nad tą rzeką z mamą pod rękę, tak jak chadzaliśmy tam –onegdaj zda się .

Czasem zatrzymywałem się tylko, w przelotach, na kilka godzin, czasem na noc lud dwie. Wtedy to ho, ho, poszaleć można było. Stara Hesja nie wiedziała, co to szaleństwa pókim ja tam nie zawitał, LOL.

Mama bardzo Frankfurt lubiła, byliśmy tam razem dwa lub trzy razy. Lubiła lody jeść przy Hauptwache i spacerować powoli bulwarami nad Menem. Nocowaliśmy na ogół w jednym z dwóch hotelików tuż przy Dworcu Głównym, bo były tanie i rano dawali niezłe śniadanie. Raz jeden wracając z Polski do Kanady pojechaliśmy do Frankfurtu pociągiem z Berlina tą przepiękną trasą wzdłuż wijącego się Renu, z wysokimi wzgórzami po obu stronach doliny, wieżami starych niemieckich zamków, koło Ratyzbony skąd przybyła do nas Królowa Rycheza. Potem pociąg skręcał ostro na północ i jechał do Frankfurtu.

Ale – jak zawsze ze mną – prócz szaleństw czas musiał się znaleźć na refleksje, na zachwyt jakimś brylancikiem historii, opowieścią muzyczną lub literacką.  A tych tam dużo. Choćby ta śmieszna rzecz, że Miasto Karola Wielkiego ma barwy biało-czerwone i godło … białego Orła w złotej koronie.

Więc gdym pisał przyjacielowi, jaką ulicą warto przejść … nagle sam chodziłem tymi samymi ulicami pamięci. Dziwne i smutne nieco uczucie. Uczucie-przeczucie?  Gdy bogowie rozdają karty, śmiertelnik musi się z ich wyrokiem pogodzić.

Pożegnanie

Johann Wolfgang Goethe

Niechaj oczy ci wyszepcą
Pożegnanie: wargi drżą
Cięzko, o jak ciężko rzec to…
A dojrzały przeciem mąż!

Jakiż nikły w tym momencie
Każdy uczuć jawny pąk:
Zimne – twoich warg dotknięcie
Słaby – uścisk twoich rąk

Dawniej całus… gdzieś… w pośpiechu – 
O, jak cudny był to szał!
Tak fijołki nam uciechą,
Kto jest w marcu pierwsze rwał.

Nic już nie mam do zerwania – 

Brakło kwiatów, brakło róż:
Wiosna wkoło, miła Franiu,
Dla mnie jesień… jesień już…[ii]


[i] epoka Szturmu i Naporu w kulturze europejskiej, początek romantyzmu

[ii] Pożegnanie – Johann Wolfgang Goethe

The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem

The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem

Dolina Śmierci – tak można nazwać samo stare centrum Vancouveru. Nie, nie te przy pięknym nadbrzeżu Convention Centre, gdzie milionowe jachty lśnią hebanem i kolorowymi żaglami; nie te wokół cudownego, majestatycznego Stanley Park; nie te na urokliwym, jakże przyjacielskim Westendzie;  nie te nad 1, 2 i 3-cią plażą, nawet nie te przy ruchliwej, zwariowanej i uroczej Commercial Drive.

Te w starym centrum handlowo-komercjalnym, u zbiegu poważnych i statecznych arterii z licznymi hotelami z solidnej cegły i kamienia, przy starej, rodem jak z Manhattanu lub Londynu, Bibliotece Carnegie.  Zaraz za Pomnikiem Nieznanego Żołnierza, dwa kroki od uroczego Miasteczka Chińskiego (China Town), dwa kroki do spacerów i alejek wokół False Creek i Planetarium (Science Centre).

               The Valley of Death – how else can you call the old commercial centre of Vancouver? No, not the modern one alongside the Convention Centre, with the view of North Vancouver,  with streets and elegant passages leading to majestic Stanley Park. Not even the slightly abandoned but still full of nice attractions Granville Street. Certainly not the most livable in entire centre of the city West End, the three beaches, Davie Street.

No, not these neighborhoods. I’m talking about the old commercial part of Downtown. The one, where the old main arteries meet together: Hasting, Powell, Cambie, Main. One around the massive Carnegie Library and Pigeon Park with the Cenotaph. Cenotaph – a place we remember those, who died in defense of Canada.

But people still die in that neighborhood, in very big numbers, every day, fighting the losing battle to stay alive for one more day. Most likely, while I am writing these words, someone dropped dead on the pavement there, likely someone I have passed on the street few hours ago. Statistics tell that five of them every day, one hundred fifty five every month.  It is like Covid-in-perpetuity, like AIDS in the 1980’ in New York, in San Francisco.

One can say with an uncomfortable sadness: they brought it upon themselves, their lifestyle choices brought it upon them. But the truth is none of them wanted to die, when they took their first morphine, heroin, fentanyl. There is so many more ways to kill oneself faster, cheaper and without prolonged suffering.

Stoją tam potężne stare gmachy hoteli niegdyś pełne przyjezdnych, marynarzy, turystów; każde z popularnymi – niegdyś – barami, pubami, po drugiej stronie ulicy (jednej z najdłuższych i najbardziej używanej) równie solidne kamienice mieszkalne, na parterach oferujące sklepiki, zakłady rzemieślnicze. Sam niegdyś coś tam kupowałem. Dziś to wszystko jest martwe lub tak żywe, jak staruszek, który właśnie otrzymał od kapłana ostatnie namaszczenie …. Jeszcze żywy … formalnie.

Nigdy nie była to łatwa dzielnica. Pewnie nie była łatwa zanim ja tu się pojawiłem w 1994. Ale była mimo to funkcjonująca. Dziś jedyne, co tam funkcjonuje, to oczekiwanie na śmierć. Wpół zgarbioną, ze spojrzeniem gdzieś poza światem realnym, na krawężniku w zaśmieconym przejściu między budynkami. Ona jedna pamięta o nich, przyjdzie po nich. Mają po dwadzieścia lat, maja po dużo więcej, ale trudno to kreślić. Starsi użytkownicy tych narkotyków wyglądają inaczej, nie mają normalnej kadencji wieku. Może ten mężczyzna, który siedząc pod ścianą na chodniku i właśnie siusia pod siebie ma lat sześćdziesiąt, może tylko czterdzieści? Zgięta wpół kobieta może być kogoś starą babcią, lub kobietą pod czterdziestką. Poza tymi właśnie najmłodszymi, niektórymi atrakcyjnymi i ładnymi – wszyscy mają tu jeden wiek: wiek śmierci.

               I didn’t go there looking for answers, or to offer, one of thousands offered before, simple solution. But I needed to see it. That is Vancouver, too. My Vancouver,  my city that I love dearly.  I wanted to bear witness to that Greek tragedy. To these lives. You need to see it, you need to envelope yourself in that very uncomfortable fabric of decay, grief and sadness.

In the last ten years 58000 people died of it. Currently, every month about fifty five That is a fair size town. A town that just disappeared – with all its inhabitants.

               Dolina Śmierci otoczona zielonymi wzgórzami życia w jednym z najpiękniejszych i jednym z najbogatszych miast na świecie. Być może to jest najsmutniejsze, najtragiczniejsze.

The Valley of Death surrounded by affluence of one of the most beautiful cities in the world.  A city I love.  And it hurts deeply.

Fort Langley in/w British Columbia/Kolumbii Brytyjskiej

Fort Langley in/w British Columbia/Kolumbii Brytyjskiej

With a friend in his blue carriage – as mine lived out his days after crossing the entire continent twice, mountain ranges, lakes, wild forests, huge cities and small towns – we went to another sentimental journey in time. The time of the beginning of this province, the first wooden Fort surrounded by tall palisade. And tiny, wonderful Anglican Church, were many years ago I had a lovely chat with Bishop Michael Ingham from New West Diocese.

To my great sadness that tiny church was closed. Wawa, my friend was ready to give up. But what a problem could it be for me? Just a lock on the door. For sure it could be opened! And it was – just for us, for two strange travelers. Two lovely church ladies opened the door wide for us with a smile and lots of stories. We had wonderful time with them. They pointed to the one new stain glass window with an obvious distaste: a stain glass of St. Peter, and I understood and shared their disapproval of that new window: it was a very different and foreign to all the older windows scenes and character. Did not belonged in the old company. They used the old wooden Pastoral bishop’s cane to point to other interesting and perhaps new details in the tiny one nave. I loved their agitation and somehow respectful disrespect to sacral items, LOL. They obviously loved their church very much.

Lata temu uwielbiałem tam jeździć na krótkie wycieczki z Mamą, byliśmy tam też razem z Damiankiem. Teraz z przyjacielem. Pogoda nagle zrobiła się, jak na zamówienie: a niech tam wam będzie słonecznie i raźnie, aniołki z góry śpiewały. Tośmy też wycieczkę od kościółka cudownego, maleńkiego zaczęli. Niby był na cztery spusty zamknięty, ale co tam dla chcącego! Urocze dwie starsze (no, powiedzmy w okolicach mojego wieku, LOL) panie kościelne wrota nam otworzyły i dzieliły się chętnie szczegółami, zwłaszcza nowymi, mi nieznanymi od czasów ostatniej wizyty jakieś 10-13 lat temu. A miałem tu kiedyś przemiłą i ważną rozmowę z ówczesnym biskupem diecezji anglikańskiej na New Westminster, Michałem Inghamem. Opowiadały z niesmakiem o jedynym nowym witrażu przedstawiającym św. Piotra, który pasował tak do starych, znanych mi witraży, jak pięść do oka. Kompletnie ich uczucia podzielałem. Uwielbiałem z Wawą, jak panie bezceremonialnie, ale z uczuciem, używały prostego drewnianego pastorału biskupiego do wskazywania różnych mało widocznych a ważnych detali, LOL. Dodano też jeden więcej rząd siedzeń, bo mieli wielki problem niedzielami jak pomieścić wiernych. Nie zmieniło to jednak uroczego charakteru tego pięknego kościółka.

A potem, potem naturalnie w uliczki urocze prowadzące przez sklepiki pamiątkarskie, galeryjki, kafejki i targ farmerski pod drugim kościołem – aż do torów ze stacyjką i mostu prowadzącego na wyspę na Fraser River.

Fort Langley był faktycznie pierwszą osadą brytyjską na dobre parę lat przed powstaniem prowincji Kolumbii Brytyjskiej i pierwszym portem rzecznym Hudson Bay Company po tej stronie Gór Skalistych. Jeszcze przed Vancouverem i przed New Westminster, Założono go w 1827, początkowo ok. trzy kilometry powyżej obecnej lokalizacji. Pierwszą osadą brytyjską na zachodnim brzegu kontynentu. Sama prowincja i jej pierwsza stolica (New Westminster) zostały proklamowane i powstały w latach 1846-68, czyli dwadzieścia lat później.

Całe okolice Fort Langley, drogi doń prowadzące z Vancouveru, są też przeurocze i bardzo malownicze, zwłaszcza o tej porze roku i w dzień słoneczny. Rozległe łąki, laski, pastwiska i pola uprawne wyglądają, jak urocza, bukoliczna akwarelka gdzieś z Prowansji.

A nasze wspólne zamiłowania do podróżowania łodzią, statkami, samolotami – i zdecydowanie najbardziej ludzką i najprzyjemniejszą podróżą – pociagami dało nam upust do chłopięcej zabawy w konduktora i maszynisty na lokalnej (nieczynnej już też, niestety – lokalnej stacyjce kolejowej.

Bardzo polecam na kilkugodzinną wycieczkę z dala od hałasu i zapełnionych ulic metropolii vankuverskiej.