Dzieci poezji i parków

                                                                                                                                             Melriches, March 12.26

Ulica Egzystencji

Uśmiechy ludzi mijanych na chodniku.

Obojętne spojrzenia innych na tymże.

Życie, ludzie mają swoje dzienne sprawy.

Mogą być też zwyczajnie zmęczeni tym dniem.

Późne popołudnie to wszak czas powrotów

z pracy, nie lubianej przez większość – współczesnej

formy pańszczyzny ich przodków. Wymianie

uległy jedynie nazwy, nie zasady.

Wczoraj śnieg wrócił. Mokry. Brudna breja

biało-szara zaległa uliczki między

starymi kamieniczkami i nowymi

wieżowcami, gdzie skryli się mieszczanie

ze wzrokiem utkwionym w szklanych ekranach

telewizorów, zawsze obecnych ręcznych

telefonach, tabletach, komputerach.

Te kamienice i wieżowce nie mają

znaczenia dla bezdomnych. Szukają tylko

jakiegoś nawisu nad parterami tych

kamienic, szklano-stalowych wieżowców.

Miejsca, gdzie mogą usiąść na swoich workach,

które wypełnia ich dobytek, ich wózkach.

Nie zwracają uwagi na mieszczan, którzy

mijają ich obojętnie, przyzwyczajonych

do ich egzystencji: tak widać być musi.

Biedacy i mieszczanie. Dwie Egzystencje.

Idę więc tą ulicą Egzystencji,

i jednak się uśmiecham. Mimo kropelek

deszczu, znajduję w moim mieście kwitnące

magnolie, zawilce i żonkile żółte.

Opodal alejki Kreciego Wzgórza

skromny krzaczek różany z jednym kwiatem,

płonącym żółtym płomykiem-latarenką.

Odwiedziłem wcześniej mój Kościół – Bibliotekę.

Zwrócić jedną książkę i pożyczyć drugą.

Taka wymiana opłatka komunijnego.

Komunia Święta to my. Jesteśmy Komunią,

jesteśmy komunardami paryskimi.

I uśmiecham się znowu popijając

kawę w ulubionej kawiarni na Davie.

Dobrze jest być komunardem. Nie, nie chce być

ani Robespierrem, ani Maratem. Nie.

Wolę być zwykłym komunardem biegnącym

od kawiarenki do kawiarenki paryskiej

z bagietką w jednej ręce, drugą z butelką

taniego wina, krzyczącym: Liberté!

Fraternité! Eh, Egalité zgubiłem!

Nigdy nie będziemy równi, czymś się jednak

odróżniać musimy, aby nie było nudno.

Mój smutek i żal? Moja tęsknota gdzie?

Zawsze są ze mną, dzieci się nie porzuca.

Bogumił Pacak-Gamalski, Vancouver, 2026

Leave a comment