Wzgórze Kapitolińskie (Capitol Hill) w Burnaby

Wzgórze Kapitolińskie (Capitol Hill) w Burnaby

W lutym tego roku zacząłem zapiski z powrotów do miejsc jednych z najbliższych mojemu sercu. Na miesiąc zanim wróciłem tu na stałe (naturalnie z caveatem, że nic w moim życiu nie jest stałe).

Dopiero teraz jednak, blisko trzy miesiące później, odważyłem się pojechać na moją starą, oryginalną i pierwszą ulicę w Północnym Burnaby, na ulicę Howard na Wzgórzu Kapitolińskim[i]. Do naszego faktycznie pierwszego samodzielnego i własnego mieszkania. Naszego: mojego i Johna. Rok był 1994. Przedtem mieszkaliśmy na ranczu z rodzicami Johna w okolicach Bragg Creek w Albercie, potem krótko wynajmowaliśmy mieszkanko w domu mojego serdecznego przyjaciela w Calgary.

Te w Burnaby, było pierwszym naszym kompletnie własnym. Był to też chyba najcudowniejszy i najszczęśliwszy okres naszego związku. Byliśmy ciągle bardzo młodzi, on prawie chłopiec jeszcze przed trzydziestką.  Tutaj, w tym budynku na Howard dostaliśmy już w pierwszych dniach od mojej kuzynki nasze kochane dzieciątko – maleńkiego czarnego kotka, którego nazwaliśmy Babu. Był z nami przez wszystkie nasze zmiany adresów: od Guildford, po ostatnie w Surrey Central. Przeżył bardzo długie życie – blisko 20 lat. Pożegnaliśmy go cztery lata przed wyjazdem do Nowej Szkocji.

Muszę tam wrócić w tych dniach na spacer dłuższy. Pójść spod tego ,naszego domu’, tak jak chodziłem setki chyba razy, w górę do Scenic Park skąd rozciąga się ładny widok na Burrard Inlet, zejść znajomą ścieżką do maleńkiej dzikiej plaży, potem szlakiem już bitym do Parku Konfederacji. Dawniej, w tym parku, prawie zawsze była grupa Włochów grających z uporem w bocci[ii]. Dużą przyjemność i zaskoczenie sprawiła mi stara piekarenka chińska, do której regularnie ‘wyskakiwałem’ po chleb i bułki. Jest dalej – ma ciągle wspaniałe chlebki, Stones z rodzynkami, z żurawinami i z jagodami. Co najważniejsze – to są scones[iii] a nie ciastka, więc nie są wysmarowanie jakimś lukrem cukrowym, co zdarza się dziś w wielu sklepach i piekarniach, niestety. Kompletnym zaskoczeniem były ceny … zaskoczeniem miałem, bo miałem wrażenie, że te ceny też były z lat 90tych ubiegłego wieku. Poważnie. Naturalnie wypełniłem wypiekami cały swój plecak, LOL.  Pod koniec naszego tam mieszkania dojechała do nas moja mama i mieszkała z nami. Było to już tylko mniej niż rok zanim przeprowadziliśmy się do Guildford. Mama zapisała się do dużej starej szkoły podstawowej obok i tam chodziła wieczorami na lekcje angielskiego dla dorosłych.

Sama ulica Hasting prowadzi w dół aż do samego centrum Vancouveru. Lubiłem jeździć spod domu trolejbusem #10 do Vancouveru.

Nie miałem już czasu pójść nieco w dół i połazić właśnie po tej Hastings, może aż do Drogi Boundary oddzielającej Burnaby od ścisłego Vancouveru. Więc do zobaczenia, Wzgórzu Kapitolińskie.

Zanim dojechałem do początku ulicy Hasting i Wzgórza Kapitolińskiego to była długa trasa przez całą Burnaby Mountain i wizyta na jej szczycie – Uniwersytetu Simon Fraser. Dojechać bez samochodu z New Westminster to niezła wyprawa. Ale z kijkiem w ręce wszystko można zrobić. Będę musiał tam zorganizować spotkanie z dwoma pisarzami – Tomaszem Michalakiem, którego pierwszy wiersz publikowałem bodaj w drugim numerze redagowanego przeze mnie wtedy rocznika Rocznik Twórczości Artystycznej “Strumień” oraz z kanadyjskim pisarzem Aminem Ghaziani, autorem bardzo ciekawej książki „Long Live Queer Nightlife”[iv]. Obaj panowie wykładają właśnie na Simon Fraser University.

Więc z tej wizyty na szczytach Burnaby Mountain, zwłaszcza z architektonicznie bardzo ciekawego zaprojektowania budynków i przestrzeni uwzględniającej położenie uniwersytetu – galerię zdjęć też pokaże. Kto jeszcze nie był – zachęcam do pojechania i spaceru. Dostać się można i od strony Downtown Vancouver przez North Burnaby (autobusem R-5) i od strony New Westminster – co ja zrobiłem. To drugie nieco skomplikowane, bo najpierw kolejką przez Lougheed Town Centre do końca, czyli do stacji Production Line i dalej do SFU przez piękną trasę zalesionych stoków góry autobusem #145 do centrum kampusu uniwersyteckiego.

Więc z tego ciekawego architektonicznie i krajobrazowo kampusu galeria zdjęć poniżej.


[i] Capitol Hill w North Burnaby

[ii] rodzaj gry z metalowymi kulami, rzuca się je tak, by wybić z centrum przeciwnika i ustawić w tym centrum własną kulę; emigranci włoscy stanowili się w w Okolicach Wzgórza Kapilońskiego kiedyś większość i stąd okoliczne nazwy są z nimi związane.

[iii] rodzaj prostej bułeczki na śniadanie, lekko słodkiej i robionej na ogół z użyciem sody do pieczenia, nigdy drożdży. Popularne bardzo sę te nie owocowe, a z ostrym żółtym serem.

[iv] A. Ghaziani; „Long Live Queer Nightlife”, wyd. Princeton University Press; 2024; s.270


Bear Creek Park w Surrey

Bear Creek Park w Surrey

Wśród licznych i słynnych parków miejskich w Wielkim Vancouverze niezbyt często słychać tą nazwę: Park Niedźwiedziego Potoku. W broszurach turystycznych znajdziecie informacje oczywiście o Stanley Park, o Parku Królowej Elżbiety, o Ogrodach Van Dusen. A Bear Creek Park w Centrum Surrey jest warty każdej minuty tam spędzonej – dla spacerowiczów, dla sportowców, dla amatorów sztuki.

Dla mnie ma też bardzo silny wymiar emocjonalny związany z masą wspomnień i wizyt tam od wielu, wielu lat.

Among many world-famous parks in Greater Vancouver you might not find mentions of Bear Creek Park. More than likely you will hear of Stanley Park, Van Dusen Gardens, Queen Elizabeth Park, perhaps Central Park in Burnaby. The truth is that located near Downtown Surrey, Bear Creek Park has a lot to offer. It is an amazing conglomerate of long trails, has a big Art Centre, large outdoor stadium, even swimming pool. Don’t forget lovely and magical little train for young passengers! For myself? A huge bag of sweet memories of many visits by myself and with people very close to my heart.

I fioletowa jacaranda. Strojna, jak Pani Pompadour, jak księżniczka hinduska na dworze maharadży. Jacaranda, która zapachniała po raz pierwszy dla mnie ponad pół wieku temu w pięknym eseju Pablo Nerudy. Iwaszkiewicz bardzo pięknie ten esej przetłumaczył w jednym z wydań miesięcznika “Poezji”. Były to lata 70te ubiegłego stulecia, miałem chyba 16 lat? Zapachniała mi wtedy słodko, odurzająco. Tak, jak teraz ta jaccaranda w Surrey, w Parku Niedźwiedziowego Strumienia. Jest ta sama, w tym samym miejscu, gdzie odwiedzałem ją 15-20 lat temu. Przychodziłem sam, z mamą, z Damiankiem, z Johnem. Łaziliśmy tu w dni letnie, wiosenne, czasem przyjeżdżałem rowerem. I zawsze ja witałem, jako dobrą znajomą. Kochankę Nerudy? Może moją?

W lokalnym Centrum Sztuki i teatrze organizowałem z Krystyną Połubińska i naszym ‘Pegazem’ wystawy lokalnej sztuki polskich artystów, koncerty muzyki.

Słyszę śmiech mamy i Damianka, gdy żartowali ze mnie. I ja śmiałem się z nimi serdecznie, bo gniewać się na nich nie potrafiłem. Miło jest wrócić do miejsc, w których kiedyś byłem. Ale to smutny uśmiech. Po prawdzie nie jestem pewny, że tu jestem teraz. Może i ja tamten już nie istnieję? Może jestem tylko jego cieniem, niewyraźnym odbiciem w wodzie. Mój świat jakby został zamknięty przez Czarodzieja Czasu w szklanej kuli. Ludzie podchodzą i oglądają. Napis objaśniający przed kulą zaczyna się od słów: ‘Był tu kiedyś …’. Był. Kiedyś.

A jacaranda kiwa gałązkami, jak głową. Mówi: Nie prawda. Ja cię poznałam i od razu zawołałam: jesteś tu, dawno cię nie widziałam. Dobrze, że wróciłeś. Idź w swoje ścieżki, w knieje. Jeżyny w tym roku obrodziły.

To poszedłem i pełne garście czerwonych i żółtych połykałem i tym śmiesznym zajęciem poczułem się u siebie.

Part II of things lost, but found later

Part II of things lost, but found later

My previous post In Polish dealt with my panic, after I realized that I have lost two days. Can you imagine the truly cosmic consequences for the future if two days were really lost?! Entire galaxies might have never been formed, civilizations not born.

But that was not as tragic (or comic) the other day, when I realized I have lost a poem. My own, and one I was certain I have written. I have checked all my notebooks – there is unfortunately a big array of them lying on the tables, on bookshelves, in drawers. Hardly ever my poems are being written originally on a computer or typewriter (yes, I am old and used to have and used typewriters, the first one was not even electric, LOL). But the poem was nowhere to be found.

I was certain that I wrote it yesterday while being on a rocky beach in South Surrey. It was low tide in the massive Mud Bay. That water retreated quite a bit and exposed very shallow patches full of little life creatures in it, as in any healthy sea.

I was sitting there sun tanning and observing absolutely crazy dance-ritual of eagles helping themselves to this amazing sea buffet. That observation led me to writing right there a poem about the eagles, therefore it means that I had with me one of my notebooks. Another peculiarity of mine is always adding a date of my writing. The date connects it to indexing it, but – for myself anyway – opens an emotional connection within me with particular time of my life, particular place. Hence, when I rummaged through my notebooks I didn’t bother reading the text; instead I simply quickly glanced for the date ‘June 08, 2025’. And there wasn’t anything with that date in recent entries. Zilch, zero. The last entry in a notebook I suspect the most, had a date ‘June 08, 2024’.  Yes, it even mentioned the place ‘Crescent Beach’. You would think I would realize that obvious mistake, since in 2024 I couldn’t have possibly be on Crescent Beach in Britsh Columbia. In June 2024 I was still in Halifax in Nova Scotia! Right? No, wrong! You see, there is one of the most beautiful beaches in Canada only an hour drive from Halifax toward Sambro. It is without a doubt a gem of unparallel beauty, a marvel.  It is called … Crystal Crescent Beach, LOL. I have simply not registered one world ‘Crystal’ and it created the entire confusion.  In exasperation I was left with no choice but to read the actual text under the date. Yes, it was my poem about the eagles from Crescent Beach in South Surrey.  For some reasons, when I was writing down the date, I wrote 2024 instead 2025.

A partial return to sanity was possible. And a poem was found, as you can see below.

Eagle’s joy

The eagles are dancing,

they are dancing with joy,

with abundance of life.

Shallow waters before the tide,

brings Pandora’s box of snacks:

morsels worth the king tables;

the powerful emperors of skies.

Dance! I won’t disturb your joy,

I’m just a scribe to chronicle

your royal entourage, vivante royal,

above us, mere earthlings and scribes.

What do you see, when you look down

per chance at us, o Mighty Skywalker?

Eagles thought for a moment and answered:

We see you all like silvery fish thrown by wave

on the rocky beach. Your pink skin blinking

as a stardust, your eyes wide open and gills

quivering rapidly like leaves in the wind.

Trying to live a day longer, perhaps a season.

Having received their answer, I gathered

my belongings from the beach: folding chair,

towel, sunscreen, my notebook and sunglasses.

With my backpack full, I began heading home.

Two young naked boys under blue umbrella

were just finishing their picnic. Like a scene

from summery watercolour in a tiny gallery

somewhere in Dover on an English Channel.

Maybe it was Hastings, or Brighton, who knows?

The boys waved to me (from the watercolour?)

and yelled: finished already? Stay! It’s still early.

I laughed at them: No, darlings, I’m done.

But you are not. Enjoy and savor every second of it

A pair of eagles circled above my head approvingly.

The glory of dawns

The glory of dawns

Going out at night, with the camera in hand, is easy and very alluring. Who can resist looking at the clear night sky and hunting the Moon, the glorious stars and and their constellations? It is a natural urge to gaze and dream, to take pictures of it.

But try to reverse the the order and you will be rewarded equally. You might not be able to see with naked eye into the depths of far away reaches – but our own cosmic neighborhood offers amazing images. Id the sky is clear – it is dominated with our own star, the Sun.

And so it was at dawn today, close to 5 AM. It lasts only minutes, but the minutes are priceless. Full glory and power of a day waking up.

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George

Stanley Park w Vancouverze – gloria wiosny

Stanley Park w Vancouverze – gloria wiosny

Very few words about it, because words fail to describe the amazing display of nature of the Park, and especially it’s edges around the Rose Garden and Lost Lagoon. Let the camera tell the story. May brings to Stanley Park the volcanic eruption of colours and life. The crown jewel of the entire beautiful city.

Kilka tylko słów, bo słów brakuje na opis tego zjawiska, gdy natura budzi się z zimowego letargu. Początkowo jeszcze senna, jeszcze rozleniwiona delikatną zielenią świeżych pędów na gałązkach, na łąkach. Ale maj, maj to już co innego. Wybucha jak wulkan symfonią kolorów życia płatków kwiatów, świeżą zielenią gałązek i fauną u brzegów Zagubionej Laguny w Parku Stanleya. Wówczas, w tych dniach to korona piękna Vancouveru.

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

I have few passions in my life. No, I will not write fifty pages blog post, don’t panic, LOL. But generally speaking I wear my emotions on my sleeve and if I like something and enjoy it – I usually use terms ‘I loved it’ instead of ‘I liked it’. Be it a dance, or a kiss, a poem or an operatic aria. Yet, also a … long walk on a beach, in the forest, through bustling streets of big cities.

I do the walks much more often the operas – it is much more affordable. The trails and streets do not need to be re-done completely with new sidewalks, shops, and cafes.  In opera – they do. A piano concert very often does not need even an orchestra – just one instrument and one player. In an opera, whoa! A lot: en entire orchestra, most of the time a choir, many actors-singers, and sometime even ballet parts; new set for the stage. None of it comes cheap. So, you pay for the tickets.

But I go to operas much less than to other musical events. There is also a much larger chance that it might be disappointing. Not because a composer was bad, but it could (and often is) that the singers are very un-even in their talent and ability. It could drive you crazy listening to beautiful aria being murdered- I prefer when the dying are the operatic characters, not the delivery of a song LOL.

In the past two days I did both – long walks and an opera. It started with a long and tiring walk in Downtown Vancouver. I enjoyed it – but still suffering (when will it end, brrrr?) from an bad accident a month ago, it was a challenge. By the time I got the Queen Elizabeth Theater[i] I was already a bit exhausted, especially if you add to it a visit to the Holy Rosary Cathedral for a beautiful Latin Mass for late Pope Francis. It wasn’t the Old Rite Latin Mass, just the language of the Liturgy and songs by the choir were in Latin. I thought very appropriately. The pews were full.

From there, a walk to the theater. And my seat was in the second last row of the balcony. I almost compared it to the religious experience from the church and thought of (how inappropriately, LOL!) – Calvary. I sat on the, edge (for that I’m grateful), right by the stairs. Never noticed that the seats are so small and leg space is almost non-existent! I’m sure my neighbor didn’t appreciated my constant attempts to shift my body and relive my screaming left leg.

Madama Butterfly offers one of the most enduring and sad arias for soprano sung by the greatest: Montserat Caballe[ii], Maria Callas and many other great divas. I must say truly that the soprano at this performance was superb. Yasko Sato was extraordinary in her rendition of both the joy (first part) and incomprehensible sadness in the second part of the opera. Actually, the entire ensemble was very good … except the tenor singing the part of Butterfly husband – Pinkerton. Sad. Why doesn’t he seek engagement in the choir perhaps, or some local pubs offering pop songs for jolly clientele? Just about every other male voice in that ensemble was better than his. Ej wej… I will not mention his name. No need. Orchestra performed very well, thank you Maestro Lacombe.

Very poignant and interesting change was the historical setting of the opera – the director moved it to Nagasaki in … 1945. I thought that it has added some deeper sense of tragedy to the story.

               Alas, the next day came. The other passion, emotions: the walks. And what could be better on a nice walk if not the company of dear friend? Nothing, indeed. Wawa and I went to very dear for me paths of Crescent Beach in South Surrey[iii].  So many dear memories: with John, with my Mom, who loved it here, with my Damian. The days I was truly happy.  Not much has changed there, thanks heavens. As they say: if it ain’t broken – don’t fix it. Although the local business owners (same business, as in my times) were telling us with horror of some plans by local city politicians of idiotic plans for new parking restrictions. That might kill these businesses right out.

I even took my socks off and it was such a wonderful sensation to feel the rocks under my soles, the broken shells, and water! You have no idea how beautiful sensation it gives you, unless like me you were denied that for long weeks now because of the accident. I felt as free as being on Wreck Beach almost, LOL[iv]. Simply by … removing socks, ha ha ha.

Wawa, that old soul wonderful guy, was a company par excellence. There was not a single word uttered, that was forced, or unnecessary; likewise there was not a single moment of silence that felt uncomfortable. Yet, a lot of words were said and there were moments of silence.

We looked at Point Roberts, at Tsawwassen and its Centennial Beach. I was telling him what it was then; he told me what has changed.

What has changed? I don’t know. The colour of your dress, of his pants, oh her hair, of their car? Maybe. But if they were your friends – nothing really changed. They didn’t, you didn’t, and we stayed true to ourselves. Remember – that’s what made us friends at the beginning.

Yeah – it was a nice walk. Earlier, before Crescent Beach, I went for breakfast to Wawa’s magic house – all the overgrown greenery, the abundance of spring lowers, petals on the trail, on the porch, the friendly parrot. Later to peaceful Ocean View Cemetery in Sapperton and there rows upon rows of flowering cherry trees. His friend was just waking her lovely and friendly blind dog there. We had nice chat.

Yeah – it was a nice walk with a friend.


[i] Queen Elizabeth Theatre – Vancouver Civic Theatres – Vancouver Civic Theatres

[ii] Madama Butterfly (1995 Remastered Version): Un bel dì vedremo (Act II) – YouTube Music

[iii] Crescent Beach | City of Surrey

[iv] Wreck Beach is a famous Vancouver’s nudist beach

Krople słów

Krople słów

Perhaps two words in English first: I just noticed myself that my post recently are all (or predominantly) in Polish. Have no idea why. Usually I use Polish when the subject matter is specifically about Poland or Polish people. The truth is I really don’t make a conscious choice about the language I’m using – when I think about it in Polish – I write in Polish; when I think about the subject in English, I write in English. So I have I become more Polish than Canadian suddenly, LOL? I don’t think it is possible. Maybe because of my recent accident I have become by necessity bound to the space of my apartment and most things in it are ‘Polish’: books on shelfs, paintings and photographs on the wall? For some reasons I was also listening to old Polish pop music from the (sic!). Does it mean that when I will go to Poland most of my sentimental stuff of walls and shelfs will be Canadian-English? Perhaps. After all- Canadian English was my language for a big majority of my life, entire adulthood.

But, be it what it is – next post is in Polish, too. For no other reasons but the fact that I thought of it in … Polish, LOL.

Gdy wstajesz tuż przed świtem, świat ledwie budzący się z tobą jest inny. Mów językiem poezji, zapomina o potocznym języku świata praktycznego. Wychodzisz na balkon i gapisz się w ten półsenny budzący się świat. Moment krótki to trwa tylko, ale w tym momencie gadasz, jak ten półsenny wróżbita jakieś wiersze pozbawione formy lub tą formę odrzuciwszy kompletnie. No, bo w takim świecie akcenty, sylaby, podział wersyfikacyjny – jest kompletnie bezużyteczny, nie pasuje w tym świecie półsennym. Świecie przed pierwszą ranną kawą.

Przedświt

Słowa, słowa, słowa;

zdania, jak pytania

kryją się za oknem

w mokrej deszczu mgle.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

szukam odpowiedzi na nie.

Znależć chcę te zdanie,

co odpowie na pytanie,

którego nie znam ciągle.

Tylko deszcze, tylko mgły.

słowa, jak ptaki wirujące

w tunelach strumieni kropli

wody, kropli słów niepewnych

świata, siebie wystraszonych.

A ja jeszcze, jeszcze, jeszcze

stoję w oknie mokrym

za firanką mgły, zapłakaną

szybą słów szukających domu.

Słowa bezdomne,

domy milczące,

deszcze zapłakane.

A ja jestem jeszcze

w drodze na łąki,

brzegiem biegu rzek

i ścieżkami strumieni.

Jeszcze tańczę wokół dębu,

jak kapłan Peruna,

jak wróżbita z Wolina

w świątyni Światowida.

Jestem jeszcze.

Jeszcze, jeszcze.

/B. Pacak-Gamalski, 26.04.25/

Central Park w Burnaby

Central Park w Burnaby

Urokliwe miejsce. Rozległa, z szerokimi alejkami, wąskimi ścieżkami w ramionach dwóch ruchliwych arterii ( Boundary i Kingsway), przestrzeń szerokiego oddechu, ucieczki. Odpowiednik słynnego Stanley Parku w Vancouverze u brzegów Pacyfiku. Sosny i tuje równie potężne, jak w Stanley. I masa kwitnących krzewów czarnych i czerwonych jeżyn (salmon berries), które czepiają się nogawek i rękawów, gdy wejdziesz w zarośla. Zdarza się ponoć i niedźwiedź, ale nigdy takiego tu nie spotkałem choć ostrzegające tablice były i wtedy i teraz widziałem.

Więc pojechałem wystukiwać laską echa starych spacerów…

Central Park

P-A Renoire

Pozostałeś ten sam, niezmieniony.

To ja się postrzałem, zwolniłem bieg,

nie ty Parku cudowny, stary, młody,

z legendą, wysokimi drzewami otoczony.

Nocą parną od spotkań pasji,

za dnia, jak w Lasku Bulońskim

na polankach zielonych z Renoira,

karminowe wino pragnienia gasi.

Młody mężczyzna przechodzi obok,

uśmiecha się oczami, wargami,

tańczącymi, jak gałęzie wierzb biodrami.

Bezgłośne szepty, spojrzenia, mowa bez słów –

Zmrok za chwilę cicho nadejdzie,

pochylą się, jak szyja Ledy, zielone gałęzie …