West Lawrencetown Forest

Yesterday I biked the trail leading from Rainbow Haven’s Beach to Cow Bay near Dartmouth. The area opposite that trail ends with enormous salt marches-lake. All across that long lake there is a well constructed trail connecting it with the beginning (or end) of another section of this part of Canadian Trail. Last fall I have taken that trail (that part of the Canada Trail is named aptly “Atlantic View Trail”) from West Lawrence Road all the way to Lawrencetown Beach Provincial Park which is about 30 kilometers forth and back. Today I started at the same point, but went the other direction – toward the Rainbow Haven huge lake. It is shorter, about 12-13 kilometers back and forth. At times it was very windy but the trail did not disappointed. In my life time I was lucky enough to hike/bike both extreme ends of the Canada Trail: on Vancouver Island in BC (it is just insanely beautiful there) and on the Atlantic coast in Nova Scotia.

June Lady Slipper is very familiar (but does not grow in abundance and is a very delicate and solitary creature) flower in this part of Nova Scotia in the spring. The formal name has a more distinct and elegant tone: cirypedium acaule. It likes very much the acidy soil. I guess, as any elegant lady it likes a glass of acidy wine now and then, LOL. I adore them – both species, LOL.

Cow Bay Forest in Nova Scotia

Cow Bay Forest in Nova Scotia

A little green gem nestled near Dartmouth, perfect for walking and cycling. It is a typical example of forests in the Eastern shore: with lots of marches, little lakes and streams. The trees are very seldom big and tall due to the impenetrable rocky bed covered with only shallow layer of red soil. Alas the root system is shallow, too, therefore prone to falling during frequent high winds or root rot. The southern end of the forest is located be the entrance to the Halifax peninsula in Cow Bay, the northern by the big marches near Havens Beach, to the west lays Dartmouth – to the east the vast waters of open Atlantic.

An early evening bike ride was a perfect timing as the trail was empty for practical reasons, air was cool, the rain very light and very sporadic.

The ways of Love. Ścieżki Miłości.

The ways of Love are difficult to comprehend, not easy to follow. It has many meandering roads, many tracks through forest and meadows. It knows the busy streets of cities and forgotten paths through hills.

Love – it seems – lives separate from us, from our bodily abodes. When one of the lovers is gone, when the other has to say the incomprehensible words of goodbye – loves stays, remains. As long, as the other is still alive so is their love.  We are but the chalice, where love finds shelter. We benefit form her grandiose presence, but we do not own her. She just lets us to bask in her radiance. When we suffer, she cries with us and suffers even deeper than we can conceive, when we rejoice in extasy – she dances in the clouds.

It was fitting than that I had to find two separate places, when my Lover died, for their resting spot. One for his temporal remains in a traditional cemetery with the remains of his parents and siblings, where I go and do the typical shedding of tears, the cleaning around from debris, replacing dead flowers with fresh ones, lighting the candle, taking to his memory about the mundane things at home. To grieve. To be overcome with sadness and loss.  It is a sad place; it is sad naturally. How could it be different? But our love did not die. And love have to be celebrated, rejoice.  For our love I have a different place. I have built it over the past two years on a secluded, long arm of white sand and carpets of rocks and shells. Far away from busy beaches and popular spots. There is hardly – except few locals – ever anyone on the narrow beach that leads to my special place. To get there you have to cross a narrow channel of fast moving water. Few people ever wanders there, never in groups or noisy beachgoers. There is a spot, nestled in the rams of trunk of white tree brought there by ocean’s waves where I built our Fort of Love. I brought small rocks and huge boulders gathered on the shores for her name: Love and built a small but solid wall protecting it from the storms. It survived already two seasons of these storms. No one ever did any damage to it or treated it with disrespect (it is there in the open, not concealed or hidden). But why would anyone? Deep down everyone – even the sceptics – respects love, desires love, yearns for her.  

Trakty miłości, jej ścieżki, drogi. W ruchliwych ulicach wielkich miast, w laskach nad rzeczkami, szlakach przez góry. Nigdy ich wszystkich nie poznamy, nie zrozumiemy. Ma własna tajną mapę.

Bo miłość istnieje samodzielnie, poza nami. Istnieje zawsze. Gdy czas straszny nadchodzi i jeden z kochanków musi powiedzieć to straszne słowo ‘żegnam cię’ – miłość pozostaje, nie odchodzi. Tak długo, jak jeden z kochanków będzie żyć, będzie żyć ich miłość. Jesteśmy tylko kielichem, pucharem, gdzie ona wybiera dom. Korzystamy z jej wspaniałomyślności, ale nie jesteśmy jej właścicielami, zarządcami. To ona pozwala nam grzać się w blasku jej chwały. Gdy cierpimy, cierpi głębiej niż my; gdy tańczymy w ekstazie szczęścia chwili – ona tańczy piruety w chmurach.

Wydawało się mi więc naturalnym, że powinienem znaleźć dwa miejsca, dwa domy na ich schronienia, gdy go fizycznie już nie stało. Jeden tradycyjny dla resztek jego materialnej powłoki na tradycyjnym małym cmentarzyku, przy starym zapomnianym miasteczku, obok szczątków jego rodziców, braci. Jeżdżę tam często naturalnie, sprzątam przy mogile, płaczę, czasem się śmieje, gdy mu o czymś śmiesznym opowiadam. Ale to strasznie puste i smutne miejsce. Miejsce żałoby, miejsce Straty i żalu. Potrzebowałem więc znaleźć inne, żywe miejsce dla naszej miłości.

Jest taki zakątek z dala od popularnych szlaków. W zasadzie miejsce tylko dla lokalnych mieszkańców, farmerów i rybaków. Turystów raczej tu nie ujrzysz. Na końcu długiej, krętej drogi maleńki parking dla może dziesięciu samochodów. Plaża bardzo wąska, niezbyt długa i głównie kamienista, kończąca się kilkoma sterczącymi skalnymi olbrzymami. Ale dalej, odgrodzona wartkim kanałem łączącym ocean ze słonym, wielkim i głębokim jeziorem – jest długa piaszczysta łacha za szerokim rzędem różnej wielkości kamieni przynoszonych tu przez fale. Za tą łachą wielokilometrowa wąska mierzeja oddzielająca właśnie te wielkie jezioro i otwarty ocean. By tam dojść trzeba przez ten wartki kanał przejść lub przepłynąć (w zależności od czasu przypływu). Mało kto tam zachodzi, czasem jeden samotny wędrownik, kiedyś parę jakąś widziałem. Na tej łasze zbudowałem dom naszej miłości, by się nie błąkała po ostępach. Tam jeżdżę z nią rozmawiać, prowadzić radosne rozmowy z tobą też. Bo jakże moglibyśmy być smutni czy rozżaleni na nią, że nam dała szczęście?  Miłość musi być celebrowania i tam ją celebruję. Zbudowałem z taszczonych kamlotów dużych i mniejszych Fort dla niej, dla naszej Miłości. Nich jej śpiewa ocean, wiatr i gwiazdy nocą. Już dwa lata, dwa sezony sztormów nocnych i zimowych – a fort przetrwał. Fale go nie zabrały, nikt nie zniszczył. Komóż zresztą taki Fort Miłości mógłby przeszkadzać? Przecież to też może być Fort ich miłości.

Byłem tam wczoraj, wzmocniłem kamienną palisadę, wyśpiewałem ci moją miłość do Ciebie. Może ostatnia to już moja tam w życiu wizyta, kto wie, gdzie mnie losy rzucą lub porzucą. Ale jak długo będę jeszcze tu czy gdziekolwiek się błąkał – nasza Miłość będzie mieć swój dom. Nie może być przecież bezdomna.

Martinique Beach in Nova Scotia (part 2)

My second visit in just about as many days. Sometimes an escape to the ocean is the only logical choice when the mundane in the city and at home slowly tightens the noose around your neck. Travels never disappointed me. And that particular beach has many good memories for me: with my husband John, with my family, who visited me from Europe.

It was sunny day, warmer than the last time. But waters still very frigid. No one risked swimming. I did. Took me two tries, though, LOL. The second time the body wasn’t screaming as loudly, ha ha ha. Later I stopped at town center of Musquodoboit Harbour in a little bakery-coffee for a good cup of dark coffee and a sweet snack, relaxed, and drove back home re-charged.

Alice Munro i F. Scott Fitzgerald nad Atlantykiem

No więc literatura. Bardziej szczegółowo – porównywanie jej, komparatystyka (prawda, że brzmi poważnie, akademicko, LOL?).

A jak praca akademicka to trudno ją robić w domu, bo w domu tysiące zajęć, które co chwila cię od niej odrywają: a to kawę zrobić, a to obraz zdjąć ze ściany, małe pranie, większe gotowanie, odkurzaczem jakiś dywan przelecieć lub wymyć podłogi, albo dłubać w nosie oglądając telewizję. No nie sposób i koniec. 

Więc trzeba znaleźć inne miejsce.Więc w samochód i naturalnie pojechać na plażę nad ocean. Tam szum fal kojący, wyciszający, pusto prawie bo plaża odległa, a o tej porze roku w Nowej Szkocji jeszcze woda lodowata i nikt (zdrowy na zmysłach) się nie kąpie.

Więc biorę plecak z napojem, ręcznikiem, kurteczką, bo zimny wiatr od morza może być (może i morze to takie dziwne dwa kompletnie co innego znaczące, a identycznie brzmiące słowa w języku polskim – to moja pierwsza komparatystyczna uwaga! dodatkowo jedno jest mianownikiem, a drugie biernikiem-niepewnikiem: może nie znaczy, że musi!) i aparat fotograficzny. Na opasłe tomiska z esejami Alice Munro i F. Scotta Fitzgeralda (bo ich opowiadania mam porównywać) i jeszcze mojego kajeciku do pisania mądrych uwag – już w plecaku miejsca nie ma, więc pakuje je do innej torby. No i wio koniku (mechaniczny).

Po przejściu wydmy rozkładam swój ‘bazarek’. Muzyka oceanu bajeczna istotnie, wyciszająca domowe i osobiste niepokoje i neurastenie. I pusto prawie kompletnie na całej kilkukilometrowej długości. Rozkładam składane krzesło, zakładam kurtkę, bo wiatr jednak ciągnie. I spostrzegam, że nie przyniosłem torby z tomikami. Wracam przez piaski wydmy do samochodu i … torby nie zabrałem z domu! Cała przyczyna przyjazdu tu, w tą ciszę do jasnej Anielci!

Więc decyduję, że by nie zmarnować dnia idę jednak popływać. Pierwszy raz w tym roku, bo Atlantyk ciągle lodowaty tu, niczym jak w lutym lub marcu. Ale idę. Pierwsze spotkanie z wodą jak szpilki po nogach. Ale i radość. Powoli, dalej, krok po kroku. Wiem doskonale, że w pewnym momencie i tak nie zdążę uciec, bo następna fala mnie zaleje. Naturalnie tak się właśnie dzieje i nie ma znaczenia czy zimna czy nie – zalewa i tak, a o ucieczce nie ma mowy. Więc pływam. Jedyny na tej plaży. I ciesze się tym, jak dziecko.

Więc czytajcie literaturę dziatki drogie! Pojęcia nie macie, jakie niespodzianki i przyjemności wam sprawić może – choćby kąpiel w Atlantyku! Jeszcze jedna a niespodziewana przyjemność, jaką mi Alice Munro zgotowała! Jestem pewny, że by się tym uradowała. A ktoś inny i tak mądre słowa na temat morfologii i fleksji jej języka napisze.    

Eliot w Halifaksie

Rano poszedłem na Moje Kamienie by znowu czytać Eliota. Książek wiekszość spakowana w pudłach już, one i ja nie wiemy gdzie i kiedy wylądujemy. Kto wie – może czas na śmietnik histori? Ale ciagle potrzebuję wiersz jakiś przeczytać, by być pewnym, że jeszcze nie, że jeszcze jestem. Wiersze dają mi życie i nigdy chyba poezja aż tak ważna dla mnie nie była, jak jest teraz. Więc kilka różnych tomików znanych i mniej znanych poetów na ogołoconych półkach leży. Cholerny Eliot też. Najbardziej chyba widoczny, bo w takiej silnej niebiekiej oprawie. Chce od innych się odróżniać. Zarozumialec. Ale ma powody, przyznaję niechętnie. A potem zechciało się z nim porozmawiać, powierszować jakby. Czy to wszystko ma jeszcze sens? Pojechałem na spacer do Halifaksu w ciszę rozległych uliczek studenckiego miasteczka Dalhousie. Ciszę, bo niedziela, w dodatku słoneczna i cała dziatwa studencka uciekła gdzieś w ulice centrum miasta. Przed wielkim gmachem Wydziału Prawa mam takie ulubione duże drewniane fotele, gdzie czasem przychodzę patrzeć, myśleć, czytać, pisać. Wyciagnąłem kajet i podjałem z nim tą rozmowę. Trochę polemiczną. Bo czy to wszystko ma rzeczywiście sens? I te pisanie, i te czytanie, cały ten rozgardiasz zwany życiem.

Pustynny Eliot

Sięgnąłem ręką znowu po

                                wiersze Eliota.

I nie zadrżała moja ręka,

nie zatrzymała się w półsłowie.

Tu pustka, cisza nędzna szlocha

                                i zamyślona gdzieś tęsknota.

Gdzie indziej bóg się chowa

zlękniony swoich gestów,

                                swego Słowa.

Jutrznia po nocy wstaje,

jak łąka kwietna, strojna i gotowa.

                                Łzy kamienieją

jak piasek morski, który

wypełnił nasze krtanie

i Pieśń umiera niedokończona,

                zostaje cienia pamiętanie

                niedoskonałe, potargane.

                Czy Twoim jest Królestwo Słowa?

Czy pył szary rozwiał wiatr

pustyni beduińskiej?

I gnał litery, znaki

skamieniałe jak płatki

                                Róży Pustyni

w Królestwie Słowa Milczącego,

gdzie płaczą tylko martwe ptaki.

/B. Pacak-Gamalski, 2024/

Shubie Park in Dartmouth, Nova Scotia

Shubie Park in Dartmouth, Nova Scotia

Dartmouth in Nova Scotia is the second largest city – after Halifax – in the province with a population of well over 70,000 people. As a city, it is hardly a spectacular city and definitely not a metropolitan centre or vibe, although it does have a few very picturesque neighborhoods and interesting old Downtown around Portland and Queen Streets. But what it lacks in city attractiveness, is certainly not true to its green spaces, the city’s parks.  

The abundance of water both ocean and fresh creates many opportunities. It has numerous smaller and larger lakes active in beautiful parks and trails.  Sullivan Pond, Banook Lake, Albro Lake, and Spectacle Lake to name more important ones, allow for water sports, walks, and some offer also swimming.

But none of them can match the natural beauty of Shubie Park. A large area of heavily forested trails and remnants of Shubie Canal with old water locks (a XIX century waterway that was built to connect Sothern and Northern Nova Scotia – no longer operational) offers spectacular scenery. And all of it is surrounded from both ends by gorgeous Lake Micmac and Lake Charles. You can satisfy your thirst for long walks or kayaking. And if the day is hot – you will end up on the shore of Lake Charles and go for a lovely swim (my personal favorite).

A few days ago I went there for such walk. Enjoy the view.

Świadectwa i oceny polskich polityków. cz.2

Więc przyszedł ten rok 2015. Rok, który rozpoczął chyba najgorszą w Polsce epokę od czasów powstania republiki w 1918. Włączając w to czasy bozów partyjnych lat PRL-u i polityków sanacyjnych po 1935[i] w II RP.

Rok 2015 to autentyczny czas powrotu do ‘świetnej’ przeszłości Najjaśniejszej Rzplitej – czasów rozdawnictwa, przekupstwa przywilejów, tytułów dworskich i publicznych, szastania stale kurczącymi się dobrami tzw. królewszczyzny (tj. dóbr, ziem i lasów należących do Korony, czyli do państwa). Tego wszystkiego, co do upadku tej wielkiej Rzeczypospolitej się przyczyniło najbardziej:  okradanie Skarbu państwa, kupowania i sprzedawania Urzędów koronnych, wojewódzkich, powiatowych. W czasach obecnych te tzw. dobra koronne zamieniły się w zakłady przemysłowe, spółki handlowe, spółki holdingowe i akcyjne w których Skarb państwa miał swoje udziały.

Nie można będzie pominąć w tym wszystkim Kościoła polskiego, jego latyfundiów i silnych związków polityczno-materialnych z władzą rządową.  Hierarchia kościelna stała się siłą polityczną na skale nieporównywalną. Nawet w stosunku do bardzo silnej pozycji hierarchów w okresie sanacyjnym (kardynałowie Aleksander Kakowski, który zachował tytuł Prymasa … Królestwa (sic!) Polskiego, mimo, że ani Królestwa carskiego już nie było ani takiej funkcji; I August Hlond, właściwy Prymas Polski; oraz arcybiskup Krakowa kardynał Adam Sapieha ) – wpływy Hierarchii katolickiej a nawet zwykłych proboszczów parafialnych po 2015 były nieporównywalnie większe. Każda sikawka strażacka  w każdym Zadupiu z pięcioma stodołami i dwoma pijanymi strażakami-ochotnikami miała własnego kapelana. Którego naturalnie utrzymywał na pensji lokalny Urząd Gminny lub bezpośrednio (pijany oczywiście) sołtys. Im wyżej i w im większych miastach – tym apanaże wyższe. Szczytem chyba tej góry lodowej było dwóch profesjonalnych dojarzy Skarbu państwa: biskup polowy, ks. generał Głódź i kaznodzieja (do dupy, jako kaznodzieja, bo był zwykłym ordynarnym partyjnym naganiaczem z ambony) toruński ojciec Tadeusz Rydzyk.  Tych dwóch wydoiło chyba więcej niż cały Episkopat polski. To nie był barok – to było rozszalałe rokoko. Ale nie będę tu Kościoła rozliczał. Kościół i księża nocą nie wkradali się do Banku Narodowego i nie włamywali się do sejfów.  Nie – te pieniądze im dawało Państwo rękoma pisowskich magnatów. Nie rozumieli idioci z PiS i z Kościoła, że wyrządzali sobie niedźwiedzia przysługę. Nigdy Kościół Polski (chyba od czasów trwających blisko 200 lat wojen chrześcijańsko-pogańskich w latach pierwszych Piastów) tak nie opustoszał w ławach kościelnych i faktycznym uczestnictwie w kościelnych obrządkach, jak w tym czasie po 2015. Gdyby nie fakt, że tzw. formalne odejście z Kościoła jest tak strasznie skomplikowane – to Kościół katolicki być może zmalałby do rozmiarów niewiele większych od kościołów protestanckich w Polsce (które nota bene w tym samym okresie nie utraciły takich rzesz wyznawców, bo w tej  procedurze grabienia mienia państwowego udziału nie brały).  

Jak więc kwalifikować te rządy wóca Jarosława Kaczyńskiego i jego premierów, ministrów, bankierów?  Tych Szydeł, Morawieckich, Ziobrów, Radziwiłłów, Gowinów (nie, nie wybaczam mu, bo brał w tym udział bardzo świadomy i bez najmniejszej wątpliwości godnym mecenasem kultury i sztuki polskiej i jej twórców absolutnie nie był, a przy okazji udało mu się dla dalekich kuzynów załatwić głośny przekręt z wawelską ‘Damą z Łasiczką’, za którą państwowa Kasa wydała 108 milionów euro[ii]); Macierewiczów od fruwających brzóz i reszty tych oszołomów, którzy, jak się okazało, byli kuci na cztery kopyta szatańskie.

Więc ta moja kategoryzacja od ‘a’ aż do ‘e’ – aż pięć stopni do wyboru na świadectwo.

Wszystkim – bez wyjątku, bo nikt na taki nie zasłużył – dwa te same stopnie:

  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników;
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.

Nie może być mowy o taryfie ulgowej. Nie ma usprawiedliwienia, że idiota nieświadom, co czyni. Wiem, że dla poprawienia własnego samopoczucia moglibyśmy upierać się przy popularnych opisach: Kaczyński to ‘stary, schorowany dziad, który nie potrafi własnych spodni zapiąć, w poplamionej marynarce, niechluj zaczadzony niewiedzą i nieznajomością świata’; że Macierewicz to po prostu ‘wariat i koniec, powinien nosić kaftan bezpieczeństwa, dostał zupełnego pomieszania zmysłów i z praktycznego punktu widzenia nadawał się jedynie do podrzucania Wodzowi od czasu do czasu jakiś młodych Misiewiczów… .

Ale to opisy fałszywe i mijające się z prawdą. Taka uproszczona propaganda strony demokratycznej (bo demokracja też korzysta z propagandy). Byliśmy – jako społeczeństwo – trochę wówczas podobni do starego, głuchego spowiednika w konfesjonale, który nie słyszał co mówi spowiadający się i dawał wszystkim te same rozgrzeszenia: zmów synu/córko trzy Zdrowaśki i dwa Pater Noster a będzie ci darowane. I dla chłopaka, który ukradł dwa cukierki w sklepie i dla bandziora, który pobił własną babcię, bo mu nie chciała dać całej swojej renty. Tak było nam łatwiej – bo wstyd się było cholera przyznać, że jako naród tych ludzi my wybraliśmy. Bo wybraliśmy. Wygrali wybory – bez sowieckiego nagana i hitlerowskiego lugera.

Ale

Ale. Zawsze jakieś ‘ale’ się gdzieś, kiedyś znajdzie. Ot, taki drobny człowieczek. Niepozorny i niegłośny. Sędzia. I to nawet nie sędzia ‘dobrej zmiany’ PiSu w ich walce z Krajową Radą Sądowniczą. Jeszcze z czasów przedpisowskich, normalnych. Nie jakiś wybitny. Raczej dość przeciętny, może nawet mniej niż przeciętny, bo kariery jako sędzia wieloletni zrobić nie mógł. I nagle, bez hałasu i bez jakiejś nagonki czy kampanii publicznej, sędzia postanowił wyjechać … do Mińska. Nie, nie Mińska Mazowieckiego – do Mińska białoruskiego.  I nie w jakiejś delegacji sędziowskiej, by sprawdzić warunki prześladowanych tam Polaków. Nie. No, może nie wyjechał. Uciekł, przez ‘zieloną granicę’. Jako uchodźca polityczny. Mimo, że nikt jeszcze go nie ścigał. Niejaki pan Tomasz. Tomasz Szmydt. Nie Smith, nie Schmitt. Po prostu Szmydt[iii].


I ten pan właśnie uciekając do Białorusi wszystko zmienił w ciągu kilku ledwie dni. Nagle ze zwykłych złodziejaszków (owszem, na okazałe bardzo sumy, często więcej od sześciu zer na końcu), oszustów i malwersantów – zostaliście wszyscy – zdrajcami. Tak, najgorszym z najgorszych.  Gorszymi od padalców. Zostaliście współczesnymi folksdojczami. Najbardziej i najzwyczajniej donosiliście Rosji za judaszowe pieniądze. Wszyscy, cała ta zgraja pisowska. Ci z tymi rodowodami solidarnościowymi, ci z przeszłością PZPR,  z KORem i ROPCiO za plecami. Boście w tych ruchach nie pracowali dla wolniejszej Polski. Pracowaliście w nich by je od wewnątrz rozpracować. Zwykli, ordynarni zdrajcy wobec najpotężniejszego wroga własnego kraju. Całe to wasze PiS to jedna wielka wylęgarnia szpiegów rosyjskich i wrogów polskiego państwa. Dzięki sprawnie jednak dalej pracującymi służbami wywiadowczymi, agencjami bezpieczeństwa wewnętrznego, ujawniono wasze zbrodnie. I bardzo wdzięczny jestem, że premier Donald Tusk podjął decyzję przekazaniu tej wiedzy dla społeczeństwa. Że nie zamknięto tych ściśle tajnych raportów w sejfie. Że je uwolniono od klauzuli milczenia. Przy takim rozmiarze zbrodni i przy wojnie u granic Polski ta wiedza musiała zostać społeczeństwu przekazana.

Tak to w łeb wzięła moja skala ocen. Tych pięć stopni od ‘A’ do ‘E’. Tych zwłaszcza dwóch najgorszych: dla złodziei i malwersantów i dla ideologów groźnych.  Sądziłem, że najgorszych. A byłem w błędzie.  Zabrakło w tej skali jednej jeszcze oceny, poniżej oceny niedostatecznej.  Oceny ‘Z’. ‘Z’ dla zdrajcy kraju. Oceny na jaką ciężko (ale i suto) zapracowaliście. Wy – główni politycy i twórcy całego PiSu. Nie, nie szeregowi członkowie, których też oszukaliście, bo do głowy im nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Okazało się, że jest. Że jesteście zdrajcami.  Mam nadzieję, że teraz służby nie tajne a jawne wymiaru sprawiedliwości podejmą niezbędne działania, których efektem będzie wokanda sądowa, procesy i wyroki. Wycięcie tego raka jest jedyną możliwą terapią.

Informacje z ostatniej chwili: wbrew wcześniejszym oświadczeniom i rządu i prasy były sędzia Szmydt (były, gdyż Najwyższy Sąd Administracyjny cofnął mu uprawnienia sędziowskie) nie uciekł przez ‘zieloną granicę’ jako uchodźca, a oficjalnie przeszedł konrolę graniczną w Terespolu – jedyne otwarte i czynne przejście graniczne dla ruchu turystycznego (sic!). Był sprawdzony przez Służbę Graniczną i bez problemu przez tą służbę przepuszczony. Nie była to zresztą jego pierwsza wizyta w Białorusi.

W ubiegłym roku tą granicę w ten sam sposób przeszło 3 miliony ludzi, głównie Białorusinów. W tym roku (dopiero maj) już ponad 700 tysięcy ‘turystów’[IV]. Jakby żadnej wojny na Ukrainie nie było. Jakby Białoruś nie była częścią tej wojny, choćby w formie hybrydowej. Dla przypomnienia – Białoruś jest po stronie rosyjskiej w tej wojnie, co dodaję na wszelki wypadek, bo normalny człowiek po tych informacjach mógłby pomyśleć, że jest po stronie ukraińskiej. Coś nie tak albo z wiedzą albo ze zdrowym rozsądkiem władz polskich i kompletny jednak błamaż jesli chodzi o polskie służby wywiadowcze. Rozumiem, że było tak za czasów PiS, ale teraz?!

Nie zmienia to w niczym kwalifikacji moralnej i obywatelskiej pana Szmydta – pozostaje zdrajcą i szpiegiem na rzecz Rosji. Ale bardzo zmienia opinię o sprawczości i prężności państwa polskiego i jego władz. Donald Tusk zmalał w moich oczach o kilka dobrych centymetrów. Bo jednak on jest szefem rządu – nie Dud.-ek, nie jakikolwiek minister ale ten, który ich dobiera i udziela ministerialnych plenipotencji.


[i]  w 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski i rozpoczął się okres tzw. ‘rządów pułkowników’, nazywany też okresem sanacji. Mało chwalebny okres w bardzo trudnym dla państwa czasie.

[ii] https://www.newsweek.pl/polska/polityka/dama-z-gronostajem-ile-polski-rzad-zaplacil-fundacji-czartoryskich/rbgdcd6

[iii] https://www.rmf24.pl/regiony/warszawa/news-tomasz-szmydt-ktory-uciekl-na-bialorus-nie-jest-juz-sedzia,nId,7500597#crp_state=1

[IV] https://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polskihttps://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polski