Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

KOD – po latach należy podziękować

KOD – po latach należy podziękować

Convention Centre w Vancouver

Co różni działalność obywatelską od działalności politycznej?  Czy to wymienne pojęcia?

Różni wszystko. To dwa kompletnie odrębne od siebie światy, inne konstelacje i galaktyki.  Problemem jest dla wielu niezaprzeczalny fakt, że oba istnieją, funkcjonują w tej samej politycznej przestrzeni. Ale w tej samej przestrzeni tego samego układu planetarnego funkcjonuje Ziemia z księżycem i tych kilka innych zlepków kamienno-gazowych. Decydującym o ich zasadniczym ruchu, kształcie, masie i atmosferze jest jednak zdecydowanie tylko nasza jedna gwiazda – Słońce. A Ziemia ani wielki Jowisz gwiazdami nie są. Identycznie jest z różnicą między ruchem, grupą, organizacją obywatelską a partią polityczna:  te pierwsze są działalnością obywatelską nie stricte sensu polityczną. Owszem, funkcjonują w tej wielkiej przestrzeni politycznej (tak, jak planety są częścią Układu Słonecznego) ale ich działalność to nacisk społeczny, społeczna kontrola czynników politycznych, protesty lub poparcie dla takich czy innych idei polityczno-gospodarczo-społecznie ważnych. Nie stanowią jednak siły sprawczej – od tego są władze polityczne i państwowe (parlament, rząd, Głowa Państwa, Sądy Powszechne). Mają jedynie wpływ przez wywieranie presji na te czynniki polityczne – nie mają narzędzi ani możliwości (poza rewolucją, zamachem stanu, przewrotem politycznym – ostatnim w Polsce zamachem było przejęcie władzy przez PPR i PKWN w 1944/45),  by same funkcję sprawczą posiąść i użyć.

To jest zwykłe vademecum funkcjonowania władzy państwowej w zasadzie na całym świecie. Nawet tam, gdzie demokracja jako taka nie istnieje. Jeśli istnieje państwo to istnieje władza polityczna tego państwa, która nim zawłada. Społeczeństwo, grupy społeczne i organizacje obywatelskie podlegają władzy politycznej decyzjom i zarządzeniom.

Koniec, kropka. Inaczej nie było, nie jest, wątpliwe by kiedykolwiek być mogło. Nawet w Watykanie.

               Czemu o tym piszę? Piszę, bo spotkałem się ostatnio – na szczeblu konsularnym – z niepełnym lub bardzo niejasnym stanowiskiem konsula. Niejasność wynikała z niezrozumienia kardynalnej różnicy między działalnością obywatelską a działalnością polityczną. Jeszcze bardziej konkretnie: chodziło o Komitet Obrony Demokracji i jego Oddziały, jakie istniały w 2015 roku w Vancouverze i innych wielkich ośrodkach polonijnych w Kanadzie  (podobnie, jak w większości demokratycznych państw kultury europejskiej).

Jako, że byłem (nie przez cały okres czasu, ale przez zdecydowaną większość istnienia KOD w Kanadzie) przewodniczącym KOD i lokalnie w Vancouverze i jednym z Koordynatorów na całą Kanadę (obok Anny Bocheńskiej i Marka Tucholskiego i niezależnego KODu w Ottawie) – znam tą sytuację być może lepiej niż ktokolwiek inny. Zdecydowanie lepiej niż Konsul RP w Vancouverze czy gdziekolwiek indziej.  Bodaj nikogo z obecnych reprezentantów konsularnych i dyplomatycznych Polski w Kanadzie w tamtym czasie tu nie było. Choć ze wszystkimi Konsulami w Vancouverze kontakty nawet po przeprowadzce do Halifaksu utrzymywałem.

Ze względu na fakt, że po blisko dziesięciu latach wróciłem na stałe do Vancouveru – kontakty z naszą placówką chciałem jak najszybciej nawiązać. Konsul na szczeblu lokalnym (czyli tam, gdzie lokalnie jest placówka) to coś więcej niż tylko załatwianie dokumentów: paszporty, spadki, emerytury – cokolwiek. Konsul i Konsulat to taki nasz kawałek Polski, gdzie możemy zajść wysiadając z autobusu lub tramwaju. Bez konieczności przelecenia połowy kuli ziemskiej samolotem. Wartość niewymierna – a bardzo ważna. Być może nie uczą tego w przygotowaniach do pracy konsularnej w MSZecie. Ale tak jest. I to bardzo dobrze. Ileż wspaniałych wystaw, odczytów, koncertów odbyło się w Konsulacie, ile razy zapraszany był na lokalne polonijne uroczystości, wydarzenia kulturalne i historyczne, spotkania grupowe, gdzie mógł/a wziąć bezpośredni udział w życiu polonijnym. Raz jeszcze – niewymierna wartość, a nadzwyczajnie wartościowa i dla nas lokalnie i dla Polski bardzo.

Wracajmy do KOD-u kanadyjskiego – podkreślam ‘kanadyjskiego’, bo KOD jako taki w Polsce dalej funkcjonuje i jest ważną instytucją kontroli społecznej. I jest  instytucją obywatelską, nie polityczną. Nie ma orientacji ideologicznej: to nie jest ruch chadecki (PO dla przykładu), to nie jest ruch ludowców (PSL), socjalistów (Partia ‘Razem i socjaldemokraci), zdecydowanie to nie faszyści polscy (Konfederacja). Bardzo możliwe, że indywidualni członkowie KOD polskiego mają różne ukształtowane poglądy polityczne, może nawet indywidualnie ktoś z nich formalnie do jakiejś partii należy (na pewno nie do Konfederacji lub PiSu).

My nigdy nie pytaliśmy kogokolwiek w KODzie kanadyjskim, kto ma i jakie poglądy polityczne i czy do jakiejkolwiek partii politycznej polskiej czy kanadyjskiej należy. Jako grupa takiego (poglądu politycznego) nie mieliśmy. Nie piszę, że tak przypuszczam – stwierdzam, bo wiem. Ostatecznie zakładałem tą grupę i ją prowadziłem. Więc to jest oświadczenie, a nie przypuszczenie. Bezwzględnie wiarygodniejsze niż konsula RP, ambasadora czy nawet Prezydenta lub Prymasa Polski, LOL. A nawet samego Wielkiego i Nieomylnego Wóca Donalda Trumpa.

Więc to jest sprawa zamknięta. O niej dyskutować dalej jest bez sensu. Ani stwarzać otoczki jakiejś możliwości, braku pełnej wiarygodności czy innych gdybań.

KOD w Kanadzie nie był nigdy organizacją polityczną. Był organizacją obywatelską. Amen. Tu żadnych dywagacji nie ma.

Powstał tylko w jednym celu – poparcia ruchu obywatelskiego w Polsce, który stanął w obronie porządku konstytucyjnego Polski. Stanął w obronie demokracji wobec obrzydliwego, bandyckiego zamachu na polską Konstytucję wczesną wiosną 2015 roku. Od zamachu na polski Trybunał Konstytucyjny. Autorzy tego zamachu, (PiS, czyli partia polityczna Prawo i Sprawiedliwość) w następnej kolejności dopuścili się olbrzymich kradzieży i korupcji majątku państwowego i narodowego. Niektórzy za to już dziś siedzą w więzieniach, inni siedzieć będą. Niektórzy uciekli za granicę z milionami. A nie zrobiono jednego, zasadniczego i podstawowego kroku prawnego: zabrakło zjednoczenia i woli by tą zbrodniczą organizację zdelegalizować. PiS był szajką złodziei i politycznych malwersantów, zdrajców Polski. To chyba zbyt ielka arogancja by dać stanowisko jakiemuś Misiewiczowi w Armii (sic!), bo się jakiemuś choremu człowieczkowi roiło w głowie od erotycznych snów. Nie wiem, być może te same rojenia chodzą teraz po głowie temu staremu oszustowi i kłamcy, gdy patrzy na wykidajłę z Nowogrodzkiej. No bo takich od otwierania drzwi drzewiej nazywano wykidajłami w lokalach nierządu.

Tych podglądów pani poseł podzielać nie musi, a w dodatku z racji urzędu nie powinna, bo niestety Polska tej zbrodniczej organizacji politycznej nie rozwiązała i jest ona oficjalną partia polityczną. Więc pani Konsul nie może publicznie (prywatnie mogłoby to być niebezpieczne dla niej też) takiej opinii podzielić. Rozumiem to i doceniam. Ja konsulem nie jestem i mogę mówić prawdę.

Ale Państwo Polskie (a placówka konsularna jest, jak już wyjaśniałem, eksterytorialnym obszarem polskim w ramach Konwencji Sztokholmskiej) ma nie tylko obowiązek, ma wręcz potrzebę uszanowania ludzi i grupy, które w obronie polskiej Konstytucji i państwowości dużo w Kanadzie i na świecie robiły. Nie przeceniam. KOD nie był olbrzymia organizacją mającą otwarte drzwi do wielkich salonów politycznych Kanady i świata. Ale zrobiliśmy bardo dużo, zwłaszcza wśród nas samych właśnie – wśród Polaków i polskiej diaspory. Wychowanie obywatelskie w duchu demokratycznym to bardzo żmudna i trudna praca. Doskonale wiemy i pamiętamy, jak zachowywały się tradycyjne ośrodki i grupy polonijne – były za Pisem, za tą mitomanią Wielkiej Polski, tymi durnymi upiorami tej mitomanii. Wsłuchiwali się w tą papkę propagandową ultra-katolickiej Wielkiej Polski i przyklaskiwali tej papce głośno mlaskając i się śliniąc obficie.

W tym ciepłym błotku organizacji kongresowych rozsądny głos nie był mile widziany. Uwagi na to nie zwracaliśmy.  Robiliśmy swoje … bo trzeba było. Bo był taki czas znowu wymagający powiedzenia na głos : non pasaran. Pewnych granic przekraczać nie wolno.

I tym ludziom, tej grupie myślących i zatroskanych Polaków chciałbym wszystkim złożyć wielki ukłon. Na symbolicznym terytorium Polski. Pani Konsul nie musi tego robić słowami, oświadczeniem. Ja to zrobię. Ale powinno to być spotkanie w Konsulacie. Nie, nie spotkanie wyborcze w związku ze zbliżającymi się wyborami w Polsce.  O wyborach mówić nie zamierzam. W czasach dzisiejszych każdy ma 24 godziny na dobę dostęp do wszelkich informacji z Polski na te tematy. Ja wiem dokładnie jaką mam na ten temat własną opinię.  Ale to moja opinia. Inni mogą mieć inne. Demokracja na tym też polega – na wolności wyboru.  Będę na ten temat pisał – ale to już moja prywatna publicystyka. Z historią KODu nie mająca nic wspólnego. Przyszedł jednak już najwyższy czas, by tym ludziom z tamtych trudnych bardzo lat podziękować za ich obywatelską pracę. Nie ma cienia wątpliwości, że każdemu indywidualnie takie podziękowanie złożę zanim sam do Kraju na stałe nie wrócę. Ale Polska ma wobec nich też dług wdzięczności. Stąd chciałbym bardzo bym mógł to zrobić grupowo właśnie i specjalnie w Sali Konsulatu. Jestem pewny, że pan Krzysztof Kasprzyk, pierwszy Konsul Generalny Polski w Vancouverze byłby bardzo z tego zadowolony. Rozmawiałem z nim bardzo często, już kiedy dawno w Kanadzie nie był. Poznałem go na tyle dobrze – że mam głębokie przekonanie, że by się ze mną zgodził. Wierze, że pani Konsul też to zrobi.

Mała galeria osób i miejsc z historii KOD-Vancouver

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.

Futuristic City – Miasto Jutra

Futuristic City – Miasto Jutra

(in English and in Polish)

Specifically and accurately speaking it is not ‘a city’, entire town – rather a specific fragment of Burnaby, major part of Greater Vancouver. Even more specific – a small but prominent section concentrated around intersection of Kingsway, Willingdon and Beresford streets. What is popularly called a Metrotown. A city of glass towers with massive commercial mall in the middle of it.

Któż nie pamięta “Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego (jeśli ktoś nie pamięta, to nie powód do chwały – pewne kanony literatury polskiej winny być podstawą tego, co określa się mianem świadomości inteligentnego [czyt. mądrego Polaka]) i jego wizji szklanych domów Baryki? Symbolu nowoczesnej, sprawiedliwej i pięknej odrodzonej Polski. Nawet jeśli “Przedwiośnia” nie bardzo pamiętacie – to bez wątpienia, co te hasło Polska szklanych domów oznaczało, jako metafora.

Odwiedzając wczoraj spacerem środkowy fragment Burnaby, nazywany od molocha-centrum handlowego Metrotown, wspomniałem tą metaforę z “Przedwiośnia”. Całą tą przestrzeń wciśniętą między ulicami Royal Oak, Kingsway, Willingdon i Imperial. Ale podobnie, jak wizją Żeromskiego nie miała z rzeczywistością wiele wspólnego, tak i ta wizja z Metrotown nic o sprawiedliwości społecznej nie mówiła. Jeśli literackie skojarzenia to zdecydowanie Lem a nie Żeromski przychodził na myśl. A właściwie jeszcze dalej i konkretniej: merkantylizm, blichtr, popyt-podaż. Ludzie tam chodzący to nie mieszkańcy – to klienci. Trudno uwierzyć, że tuż obok są urocze, rozległe miejsca spacerowe pięknego Central Park; nieco w dół Deer Lake uroczy, czy choćby spacerowe alejki wzdłuż Sanderson Way. Jeśli nie wiesz – pojęcia mieć nie możesz , bo te szklanno-betonowe ściany ulic przesłaniają wszelką perspektywę widokową. Naprawdę szkoda. Trzydzieści lat temu mieszkałem tu niedaleko, na Capitol Hill. Metrotown już istniał, cały ten wielki mall. Istniało wiele ze starszych wieżowców, ale wszystko miało to ciągle jakiś ludzki wymiar. Nie było martwą (mimo ciągłego ruchu, bieganiny) pustynią megalitów.

Przyznaję, że te szklane ściany przy odpowiednim naświetleniu, niebie i chmurach są gratką wielkich luster. I jest to ciekawe zjawisko i wyzwanie fotograficzne. Kilka z tego dnia zdjęć poniżej. Co naturalnie nie zmienia moich refleksji powyżej.

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki  płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.

Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy.  Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał.  Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.

Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.

Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.

Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:

– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.

Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok.  Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:

– Czy naprawdę tańczpan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?

Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:

– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.

– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!

Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.

Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …

– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!

Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.

 Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.

Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:

– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.

Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!

Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.

Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię

De rien. Voilà, Mademoiselle

Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :

Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît

I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.

Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie?  Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?  

Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.

Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:

Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!

Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho

 Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.

No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną  – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.

– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?

Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.

Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.

Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?

Świat Donalda Trumpa

Elon Musk czy Donald Trump?  Kto z nich jest głównym architektem największego zagrożenia pokoju światowego od czasów Kryzysu Kubańskiego?

Bez względu na wyjątkowo ohydną osobowość najbogatszego (jakby w tej grupie multimiliarderów miało to jakiekolwiek znaczenie) człowieka na świecie, ja uważam, że Trump, jako prezydent światowego mocarstwa, ponosi odpowiedzialność największą.  To on jest tym, który decyzje podpisuje, on dowodzi armią, on jest kapitanem tego statku nazywanego „Ameryka”. Niestety, jego megalomania nie zna granic. Porównać ją można jedynie do jego arogancji i ignorancji niespotykanej w skali do każdego obecnego dyktatora – z tych ważnych i istotnych dyktatorów (Chiny, India, Brazylia, i tak nawet Rosja). O mniejszych kacykach wspominać nie ma sensu, bo w skali ich znaczenia dla pokoju światowego, jest to bliskie lub poniżej zera. Być może z pominięciem tego potwora Północnej Korei, ale on może wywołać jedynie katastrofę w swoim rejonie Azji – o jego możliwościach pokonania (i w jakim celu?) Ameryki Północnej, Europy czy Ameryki Południowej szkoda nawet rozmawiać. Są żadne.  

Najlepszym przykładem kompletnej ignorancji Trumpa jest właśnie Kanada i jego kuriozalne, wręcz nienormalne, ‘propozycje’ wobec Palestyńczyków i budowa ‘riviery’ w Gazie.  I oczywiście skandaliczne ‘rozmowy pokojowe’ z Rosją o zakończeniu wojny w Ukrainie – bez udziału Ukrainy.

Zacznijmy od Kanady. Trump przegrał ‘wojne amerykańsko-kanadyjską’ w trakcie jego pierwszej kadencji. Można ten absurd amerykańsko-meksykańsko-kanadyjski nazywać i oceniać, jak się chce. Fakt pozostaje faktem, że Trudeau tamtą batalię wygrał i wygrał w spektakularnym stylu. A zadufany w sobie i arogancki pajac, jakim bez wątpienia Trump jest nigdy mu tego nie mógł darować.

Kanada jest idealnym i najlepszym z możliwych partnerem USA. Była od XIX wieku bez przerwy. Nie tylko, jako przyjazny sojusznik – jako olbrzymie zaplecze bogactwa naturalnego Kanady, które bez problemów było zawsze łatwo dostępne głodnemu wiecznie olbrzymowi amerykańskiemu. Mało jest przykładów na świecie tak bliskiej współpracy gospodarczej, ekonomicznej i politycznej (w tym militarnej), jak współpraca amerykańsko-kanadyjska. Poza może wieloletnim problemem handlu drewnem, który od długich lat jest przedmiotem zatarć. Ze względów naturalnych zasoby drzewostanu, a już zwłaszcza tzw. ‘starego lasu’ (dużych, dorosłych i dorodnych drzew) sa o wiele większe i tańsze w Kanadzie niż w wysoko zurbanizowanych i uprzemysłowionych Stanach. Ostatecznie Kanada jest obszarowo większa od USA, a ludnościowo dużo mniejsza. Ale to tylko jeden niezbyt aż tak ważny przykład. Pod każdym względem jest partnerem niezwykle gospodarczo wartościowym dla USA. Bez specyficznego ciężkiego oleju bitumicznego – Ameryka byłaby w poważnych problemach energetycznych.  Mimo, ze sama ma tegoż duże zasoby też. Ale ani wystarczające dla energochłonnej gospodarki amerykańskiej, a z tych, które eksploatuje duża część nie nadaje się do rafinerii amerykańskich nastawionych właśnie na ten olej bitumiczny. To jedynie jeden z licznych (ale najbardziej newralgiczny dla gospodarki amerykańskiej) bogactw naturalnych niezbędnych dla przemysłu amerykańskiego. Naturalnie te więzy gospodarcze idą w obie strony. Kanada jest bardzo (zbyt zdaniem moim) chętnym i ustabilizowanym klientem produktów gospodarki amerykańskiej, czy to naturalnych (owoce, warzywa, wszelkie produkty żywnościowe – na ogół dużo gorszego gatunku niż kanadyjskie) czy przemysłowych (większość uzbrojenia armii kanadyjskiej, samoloty (tutaj wymiana jest w obie strony), samochody. Wymieniać można w nieskończoność. Trudno chyba znaleźć dwa państwa złączone specjalnym układem wymiany handlowej (umowa trio-państwowa USA- Kanada-Meksyk), tak intensywnie i organicznie złączonym, jak te gospodarki właśnie. Naturalnie elementem nierozłączne z tym związanym jest obopólna turystyka miedzy tymi narodami przynosząca setki milionów towarów dla tych partnerów.  Dla Trumpa jest to rozumienie zbyt skomplikowane. Kompletnie go takie stosunki nie interesują. On widzi to jedynie w pryzmacie uproszczonego układu Pryncypialnego Księcia (USA) i wasali (Kanada i Meksyk). Autentyczna historia i wnikające z niej szczególne uzależnienia, umowy, powiązania są czymś, co wykracza poza możliwości jego percepcji. Nie chce mieć partnerów, szuka poddanych. Nowy Habsburg, lub Kaiser. Naturalnie nieistniejąca dziś Korona Imperium Brytyjskiego też by go satysfakcjonowała. Gotów podzielić świat na strefy wpływów i bezustannej ingerencji między Chiny, USA i Rosję. Cała reszta (w tym Europa, której chyba kompletnie nie rozumie i jej nie znosi).

Trump-Gołąbek Pokoju. Temat na satyrę nie kończącą się. Wojny na Ukrainie w ogole by nie było, gdyby to on, a nie Biden był prezydentem. Ale to drobiazg. On ją i tak zakończy.  

Zacznijmy od Konferencji Pokojowej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Na szczeblu ministrów spraw zagranicznych. Nie, nie – Ukrainy zapraszać nie będziemy do udziału i rozmów. I zwołamy ją w … Arabii Saudyjskiej. Czemu nie? Do Jałty nie wypada trochę teraz …  (jednocześnie może się jednak uda się z boku namówić Saudyjczyków na osiedlenie na ich rozległych piaskach kilku milionów tych durnych Palestyńczyków. Co, jak co, ale zimno im tam nie będzie), więc Rijad jak ulał. 

Była już kiedyś taka konferencja ministrów spraw zagranicznych. I pewne umowy podpisano. Rosja (wówczas ZSRR) brała w niej udział. Trump (sorry – Adolf Hitler oczywiście!) wyznaczył Joahima Ribbentropa, Putin (sorry – Stalin oczywiście!) Wiaczesława Mołotowa. Dla zabezpieczenia pokoju światowego (naturalnie z tymi wzniosłymi myślami)… i napadli wspólnie na Polskę. Nie, pokoju światowego nie uratowali, a na końcu sami się za łby też wzięli. I Stalin był cwańszy i Adolfa wykończył na końcu. Podobnie, jak Putin jest cwańszy i wyroluje Trumpa, bez cienia wątpliwości.

Jeszcze wcześniej nieco spotkali się w Monachium naiwny brytyjski premier Chamberlain, jeszcze bardziej naiwny francuski Daladier i oczywiści kompletnie neutralny Benittko, Mussolini zresztą. Zjechali się uratować Czechów przed wojną. Nie, Czechów nie zaproszono. Ten może fragment historii, Musk podsunął Trumpowi do przeczytania i stąd zrozumiałe, że Trump Ukraińców na rozmowy w Rijadzie nie zaprosił.

Można tak bez końca. Historia długa ludzkości pełna jest – niestety – takich oszalałych dyktatorów zapatrzonych w siebie i umiejętnych, a zdecydowanie cwańszych i inteligentniejszych doradców tronów, których najczęstszym testamentem są rzeki krwi i cierpienia ludzkiego. Narody wypędzone, przesiedlane, mordowane.

Ale średni poziom wiedzy o świecie, stosunkowy (porównywalnie) wysoki poziom życia i edukacji olbrzymiej masy wielu narodów od ostatniej dekady XX i dwóch pierwszych XXI wieków daje szansę na to, że przetrwamy, pokonamy i przeżyjemy Trumpów, Putinów i Musków (proszę wymawiać dokładnie: m-u-s-k-ó-w nie m-u-z-g-ó-w!).  Inaczej czeka nas zapaść nieopisywalna. Czarna chmura, która może pochłonąć każde światło, jak zapadająca się gwiazda. Nasza wysoko rozwinięta cywilizacja dała nam możliwości niemal globalnego samozniszczenia.

Wydaje mi się, że Europa specjalnie, a szerzej cały tzw. świat zachodniej kultury (tj. tych wyznających główne zasady – tenet – demokracji parlamentarnej) jest w stanie odrzucić te niebezpieczeństwo. Nie dąć się zastraszyć i odmówić udziału w tej niebezpiecznej grze.

Jedno w swej pysze, w swym zarozumialstwie i obrzydliwym samo zachwycie Donald Trump osiągnął. Świat o nim mówi i mówi z lękiem. Lękiem usprawiedliwionym. Ale świat musi i może go odrzucić.  Zadać mu klęskę najgorszą: uśmiechać się, jeśli nie ma możliwości uniknąć tego, to podać mu rękę, gdy sytuacja i protokół tego wymaga – i kompletnie ignorować w swoich własnych decyzjach i decyzjach własnych krajów i grup zrzeszających te kraje. Nec Hercules contra plures, mości Panowie i Panie Obywatele Demokracji.   

Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings during my walks in Vancouver during my second very short visit

Musings in Vancouver, on February 14, 205. On Valentine  Day, hmmm. Me and Valentine’s Day?  Indeed, peculiar.

I’m seating On Davie Street in my favorite “Melriches” coffeehouse. Yes, having my Valentine cake (excellent carrot cake, moist, with whipping cream and a proper strawberry topping it). No, I bought it myself for myself. It is time to become good to myself.

To that little boy; that hungry for love and the world young man from many years ago, and it is time to say goodbye to the sad older gentleman I have become since John’s passing. No, I don’t dislike that gentleman. That older sad me. How could have he not being sad? It truly was a Greek tragedy that happened to him.

A speaker mounted on the wall above my seat plays some nostalgic melody. A young fellow (in the 30ties or early 40ties) sitting by the next table asks if I recognize the song from the 90ties. I’m startled but answer honestly, that not really, I wasn’t paying much attention to it, but yes, I do remember that style of popular music very well. He tells me the title and the name of the singer and proceeds making pleasant small talk about nice weather (that trick is older than myself and my grandparents, LOL), typical tête-à-tête. I point to my writing pad and the pen in my hand and smile apologetically saying: I’m sorry but I’m sort of busy with my notes.

Too bad – he responds a bit dry, slowly gets up and walks toward the door.

I feel bad yet still nice at the same time and say: but I do sincerely wish you a Happy Valentine and a pleasant day. He slows down and still turns his head and gives a smile and walks out. I do hope he did and my refusal was not taken personally. But it felt good – just that I already had a date with someone else – myself.

A table below me three very pleasant guys (definitely early 40ties, best age if you ask me) talk excitedly with each other (not too loud, though) in German. It surprises me how and when I started liking the sound of German. Of course with the exeption of loud shouting – I’m a Pole after all. But I do remember founding it harsh and hard many years ago. But it truly is not. After many visits to Germany I learnt to like it. Say what you want – but if Kant and Goethe talked in it – it couldn’t possibly be that bad. Does ‘liebe’ sounds harsh? Of course, not!  It sounds as alluring as in French, Polish, English.  Just with a bit of pepper taste to it. But I do love pepper …

I chatted shortly with them. We wished each other happy Valentine and they left.

I will be going soon, too. The cake is gone (despite the big size – it didn’t shocked me that I ate it, LOL).

Yet, I remembered to wish myself Happy Valentine. It wasn’t sardonic or ironic. It was honest. I have earned it. Or I will.

Happy Valentine to you, too – yes, you whoever you are, who reads these words now.

Next day …

Today the weather is opposite of yesterday. My feelings act as the weather, too. Cool, very wet, non-stop light rain, more accurately a drizzle. In a word: ugly. One of these, when using an umbrella seems like an excess, but taking long walks feel like an excess also. Of course, it does affect your soul. 

Suddenly  a strong feeling of longing. A longing to be in Warsaw, to see my loved ones, whom I’m missing terribly. Missing the youngest ones the most – grandchildren of my sisters. Missing the coffeehouses in Warsaw, my walks in the parks alongside the Royal Route (Trakt Królewski)  – all the way, from Lower Mokotów to Rydz-Śmigły Park. It feels like I’m trying to steal my time with them and my city for my own sentimentality and love for Vancouver. That I’m being an egotist. That I’m wasting my meager resources on phantom dreams, and that the egoistic ‘I’ wants to feel good and happy again.

Being happy … do I really even know anymore what ‘being happy means, how it feels?

A little midget seating in some dark corner of my soul screeches to me: where did you get that insane idea, that you are needed by anyone anywhere? What makes you so special to be arrogant like that? People have lives here and people have lives there. You are just a phantom visitor every now and then. But you are not part of their lives. Wishing a Happy Valentine to oneself! What a crazy and self absorbing idea!

He whispers witch metallic tone: the Gods have cast their ballot already!

            But I have stopped paying too much attention to Zarathustra or any other gods (perhaps with the exception of Apollo, LOL), and I will ignore that little gnome from the dark corner of my soul. I will press on to catch the end of my rainbow. It doesn’t have to be the entire rainbow, just one corner – I’m not greedy and don’t need that much. A smile now and then?  I think that maybe, maybe I have earned a tiny bit of it. Very likely, all of you too. If the world forgets sometime – ask for it.