Bogumił Pacak-Gamalski
Prośba
Nie przychodź tylko w odwiedziny
w dniu rocznic ślubów, spotkań.
Okrutne chłopcze księżycowy
by to było i zaiste banalne.
Nie chcę byś był gościem
najbardziej nawet oczekiwanym.
Mówiłeś: jesteś moim domem.
Więc bądź codziennie,
bądź rano, za dnia, nocą.
Nie chcę być bezdomnym,
nie chcę byś był moim
lamentem, bólem, krzykiem.
Chcę byś był radością i hymnem.
Nie chce zamknąć cię w sonecie,
elegii płaczu i westchnień.
Chcę byś był, jak śpiew ptaków
na spacerze, jak pocałunek
zakochanych na łące traw i kwiatów.
B. Pacak-Gamalski, Moodswing Cafe, 15.10.26, New Westminster
Dziwny jest mój świat. Ne, nie ten świat ze słynnej i pięknej piosenki Czesława Niemena, piosenki o nadziei, że … no, że będzie lepiej ze względu na ludzi z dobrą wolą. Może i będzie, może i są. Przyznaję jednak, że chwilami to czekanie już mi się wydłuża. Tu jednak o tym moim dziwnym świecie. Świecie zwichrzonym, zawieszonym pomiędzy bytem i niebytem.
Świat Niebytu niekoniecznie jest gdzieś w komnatach Tartaru, Hadesu. Tam, po tej Drugiej Stronie. Czyżbym szykował się do tej ostatniej podróży? Mój Niebyt ostatecznie nie jest śmiercią. Jest wyłączaniem się, byciem poza lub obok. Ja jeszcze jestem, tylko nie zawsze jestem widoczny, słyszalny.
To jest jak szkoła: moja klasa jest na parterze, jest lato i okna otwarte szeroko. Nauczycielka odwrócona plecami do klasy pisze coś białą kredą na czarnej tablicy. Więc ja – siup! I przez okna wyskakuję. Ona może nawet nie spostrzeże mego nagłego braku. Listę Obecności już sprawdzała i inwentarz się zgadza, jestem zaksięgowany. To nie są też wagary, bo do szkoły przyszedłem. Po prostu, bez hałasu wyskoczyłem z budynku, na przerwie może nawet wrócę. A może nie.
Więc tu, w tym życiu czasem wyskakuję ‘przez okno’. Robię sobie pauzę.

Czytam „Anna In w grobowcach świata” Tokarczuk[i] – na szczęście nie jest objętością „Ksiąg Jakubowych”, którego to arcydzieła nigdy w całości nie przeczytałem. Napisała to w latach, kiedy już przestałem czytać wielgachne powieści w całości. Przeczytałem więc sporo początku, dużo środka i zakończenie. Wystarczyło. To dobra powieść, polecam. Gdyby nie to, że wydać się może zarozumiałe, to bym był napisał: mądrej głowie dość po słowie. Ale zarozumiały nie jestem, więc nie napiszę. Po prostu czasem mnie nie ma. I nie chcę trwonić tego czasu, jak pan Proust. Wszak jeśli pierwej z roztargnienia lub ordynarnej dezynwoltury nie zgubisz i nie stracisz, to nie ma czego szukać. Lub można wyskoczyć przez okno na chwilę…
Okno się zawsze znajdzie, nawet w parku miejskim lub na plaży. Wszechświat składa się z okien. Trzeba je tylko umieć otwierać i broń boże nie wybijać szyb, bo to świętokradztwo! Raz wybite okno przestaje być oknem. Staje się po prostu dziurą. Dziurą w jaką wpadła na przykład Anna In. Z dziury można nie umieć wyjść, a wtedy staje się grobowcem.
Malraux w swoim traktacie o sztuce pisze o świecie nierzeczywistym i nadprzyrodzonym[ii]. O obeliskach bogów, którzy zmarli. Czy zmarli?
Bogowie ożywają w każdej sekundzie, gdy wymawiamy ich imiona. Ozyrys, Horus, Izyda, Jahwe, Pele, Śiwa, Apollo … Nie, Apollo chyba jednak nie, bo bogowie helleńscy są nieco śmieszni. Byli raczej zwykłymi mocarzami, herosami żagli, żądz. A że żyli na długo przed homerami i skrybami, to uczyniono ich bogami. Ale to zwykłe oszustwo dla podniesienia własnego dobrego samopoczucia. To tacy ‘bogowie’ z rodzaju chciałaby a się boi. Nie mam pewności co do ich dziadów, rodziców Zeusa (kwestie nazewnictwa: syn, ojciec, dziad, matka, kochanka w mitologii greckiej to rzecz nader skomplikowana – wszyscy oni mieli ze sobą wzajem jakieś dzieci. Bardzo byli kochliwi i brat bywał jednocześnie ojcem i synem), więc gwoli ostrożności przyznaję, że Uran i Gaja bogami być mogli. Głowy bym nie dał, ale załóżmy dla świętego spokoju.
Moi bogowie żyją na ogół nie dłużej niż kilka chwil. Ci wyjątkowo potężni i mocarni może kilka godzin. Więcej czasu nie mogę im dać, bo mój też się bardzo skurczył. Została z niego taka mała kruszynka, kuleczka, która toczy się po trotuarach warszawskich w kierunku Wisły. Gdy wpadnie w nią, zatoczy na moment tylko kilka kręgów i zniknie.
Może wtedy starzy bogowie będą znowu mogli żyć wiecznie. Może. Ja już tego nie zobaczę. I tak chyba lepiej, bo pewnie strasznie by się na mnie gniewali i mieli pretensje, że ich uśmierciłem. A w takim towarzystwie człowiek nawet nie pogada sobie spokojnie przy jakiejś małej czarnej w ulubionej kawiarence.
dedykuję Oldze Tokarczuk
Czytam w kawiarni książkę i myślę
między linijkami tekstu o tobie.
Nie, nie przeszkadza mi to
w czytaniu – przeciwnie: układa się
jak osnowa i wątek w barwną
tkaninę czasu i życia.
Pisarka jest znana, dobra.
Opisuje drogę do miasta, które
było i królestwa którego nie ma.
A było tylko dla niewidzących,
a nie było dla niepotrzebujących.
Inna mapa, zna ją w innym wymiarze.
Kawa w kawiarni mi stygła.
Ale pamiętałem jej pierwszy łyk:
była wtedy gorąca. Przez tą pamięć,
w dalszym ciagu jest gorąca.
Tylko czasy krzyżujące się, nakładające
się na siebie, przenikające się istnieją
w prawdzie, w nocy i dniu trwającymi.
Na dwóch wargah jednocześnie.
Obserwowane tylko w jednym wymiarze
momentu kruchego jednej rzeczywistości
są niewidome, potłuczone jak ostry sztylet
rozbitego na drobne kawałki zwierciadła.
Przestaję czytać książkę – wchodzę pomiędzy
jej strony i idę jej korytarzami w otwarte
komnaty, gdzie okna są drzwiami, jest
jedna tylko ściana, a podłoga zwija się
jak dywan i siada u boku sufitu.
Wtedy wiem, że jestem w domu
B. Pacak-Gamalski, 21.10.26, kawiarnia Melriches, Vancouver
[i] Powieść polskiej noblistki Olgi Tokarczuk osnuta na micie bogini Isztar cywilizacji mezopotamskiej
[ii] 3-tomowe dzieło Andre Malraux (‘Nadprzyrodzone’, ‘Nierzeczywiste’ i ‘Ponadczasowe’); wyd. KAW, Warszawa. ISBN83-03-00750-5
