Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving in solitude – an intimate letter

Thanksgiving came with crisp, yet sunny day.

What do I have to be thankful for? The anger that still exist wants to scream: the hell with you and your thankfulness: Go away, you – rober of my Love, my life.

But anger is not truly my companion, my alter ego. Even, when at times, we exchange expletives. These moments are rare and short-lived, for what I have left of my life is not worth to be wasted on anger and easy expiative words. I still hold people and places dear to my heart. Mews, parks, rivers, mountains. I know I won’t see some of them anymore, some are non-existent anymore outside of my memory. But … what is truly more real: material world or world contained within ourselves? They used to co-exist within me in equal parts. It seems now, there is less of the outer and more of the inner.

I am almost afraid to go back to my old country, to my cherished and loved family, for I know that I will cheat them a bit – instead of becoming part of them, I will exist in a different space paralleled to their reality. Not outside their world, just paralleled. Like shadows that exist only in certain light, certain angle of your eyesight.

There is more now of what wasn’t as visible before THAT happened: my attachment to poetic verse, to good literature, to musical note. Something that consumes you, troubles you, moves you. Otherwise it is just noise of sounds or noise of words. Yes, there is a lot of just noise in so called art – let’s be honest – even great writers and composers produce a lot of noisy garbage.

Why then, there might be invisible wall between me and my loved ones? Because now it is much more pronounced, much more important to me, and I’m much less willing to hide it from visibility. It became me stronger than before. It filled that empty space left by THAT.

There is always a chance – let me be a clairvoyant about my future – that things will change, that someone will claim that space. Yet, I doubt it very much (and the accent is pronounced strongly on the ‘very much’); first, it is true without any doubt , that is is simply much harder at certain age to offer oneself to someone; second – if I am willing to get involved in a flirt, I am almost shut off from willingness to romantic attachment.

Odysseus

Love was always a mythical and mystical idea living in my soul since very early youth. Not just romance – a love overwhelming, all-powerfull. Many people did dream of it, many are and many will. Few will be successful. Such love is not easy, to a point that, at times, it could be overwhelming, too encompassing and like powerful boa-constrictor. You constantly travel between Elysium and Hades. You are on a boat on Aegean Sea, the starry skies at nighttime are pure joy and awe, but that sea could and will become stormy beyond your endurance and you are pleading with gods to let you return to land and never sail again. Odysseus will be my witness to the truth of this story. (image to the left from Wikimedia Commons under a licence: By Aison – Marie-Lan Nguyen (User:Jastrow), 2008-05-02, CC BY 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=4019222

Where were we? Ach, Thanksgiving on sunny and crisp day in Vancouver in 2025. Couldn’t just sit at home and didn’t want to impose on someone’s genuine thanksgiving atmosphere.

Took my camera, my notebook and went to OUR city, city of OUR love. A long walk through streets and places we used to walk together. Reminiscing how it was before THAT. Getting ready to say again ‘goodbye to that city, this time my own, singular goodbye? Perhaps. And perhaps it will be the final goodbye. One more love locked forever in my memory, my soul. Another album in a chest full of other pictures albums… .

Here is the story of that day as seen through the camera lens. My, our streets, parks, cafes, beaches.

Of course, I did have my little dinner at my Melriches Cafe on Davie Street. It was a Thanksgiving Day, after all. And I took out my notebook from the backpack and I scribbled these words. Looked at the other chair at my table. It was empty.

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Stanley Park – trasa rowerem. Trasa powrotów i powitań.

Myślałem długo, po kilkakrotnych już spacerach w tym parku, czym dla mnie on jest. Czy jest faktycznie jednym z wielu na świecie, które uwielbiam i podziwiam? Jak Hyde Park londyński, berliński Tiergarten, warszawskie Łazienki. I jednak nie. Nie jest jednym z wielu. Nie mogę go postawić nawet na emocjonalnej wadze obok innych, wspaniałych parków vankuwerskich: Central Park, Park Królowej Elżbiety, czy rozkwiecony VanDusen.

Stanley Park ma dla mnie zupełnie inny wymiar emocjonalny, personalny. Jest jedyny, niepowtarzalny. I możliwe, że dlatego, że łączy się z najbliższymi, którzy ze mną tam chodzili. Głównie z moją Mamą, która go szczerze kochała też, rozumiała, słyszała, jak mówi, śpiewa. John naturalnie też ze mną tam bywał, ale aż tak blisko nie był z nim zżyty. Byłem tu z moimi siostrami kilkakrotnie, byłem z Damiankiem moim. Ale tylko Mama rozumiała moje uczucia do tego parku i obdarowała go swoimi

Przed wyjazdem na stałe i już po śmierci Mamy, właśnie tam pojechałem na spacer pożegnalny. Długi bardzo spacer. Odwiedzałem najbardziej bliskie miejsca, personalne zakamarki tego wielkiego królestwa flory. Rozmawiałem z nimi, dotykałem rękoma, obejmowałem wzrokiem.

Pamiętam przed wielu laty wielką wichurę, kiedy Park zamknięto ze względów bezpieczeństwa, a prasa i telewizja mówiły o powalonych olbrzymach i okrutnych zniszczeniach. Natychmiast tam pojechałem , zaparkowałem dalej i pobiegłem w knieje. Nie, nie był powalony na kolana, nie był śmiertelnie ranny. Ale zniszczenia były poważne. Przedzierałem się przez ściany leżących olbrzymów … i płakałem dotykając ich gałęzi, głaszcząc ich korę. I odżył.

Teraz, kiedy po latach wróciłem, jak syn marnotrawny na swoja ‘ojcowiznę’ , pierwsze kroki też tam skierowałem. Dziś wróciłem objechać go, jak dawnymi laty robiłem też, rowerem. Nie żadnym elektrycznym, a normalnym, mechanicznym. Takim, jaki wtedy miałem i który mi służył potem wyśmienicie w Nowej Szkocji.

Rower odebrałem w centrum Vancouveru, przejechałem wzdłuż bogatego, nowoczesnego wybrzeża, mijając przystanie jachtów. A potem, potem znajoma trasa brzegowa mojego parku. Pomachałem ręką siedzącej na kamieniu syrence w tym samym miejscy (tłumaczono mi kiedyś, że to nie syrenka, że nie ma ogona, tylko nogi – bzdura, jak siedzi nad wodą to ma nogi, jak nocą spływa do fjordu to zakłada ogon, ot i wszystko), przywitałem się ze wzruszeniem z zamienionym w głaz pięknym Indianinem o imieniu Siwash, wypłukałem nogi w falach zatoki. To była zaiste piękna wycieczka. I tak, Park i drzewa gadały do mnie znów. Pozdrawiały, jakbym nigdy nie wyjechał …

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Chopin, słowa, płatki i liście tańczące

Walce i liście

Wszystko śpiewa. Jak muzyka Chopina.

A czym śpiewa muzyka Fryderyka?

Jego muzyka śpiewa miłością,

śpiewa płatkami kwiatów,

wirujących piruetów w powietrzu.

Śpiewa o Tobie, o naszej Miłości,

śpiewa o nich i ich miłości.

Kim są? Parą zakochanych.

Parą chłopców, parą dziewczyn,

parą pani i pana o zmierzchu, z rana.

Skąd? To doprawdy zupełnie nieistotne!

Może z Lasku Bulońskiego w Paryżu?

Może z chatki koło Szafar na Kujawach?

Z Central Parku w Nowym Jorku,

lub z Hyde Parku londyńskiego?

Ach, z warszawskich Łazienek przecież!

Może stamtąd, może stąd.

Lecz na pewno są z drzew

 i kwiatów, z chmur i ptaków.

Tańczą pasażami na klawiszach

forte mocne i ciche piano.

Klawisze czarno-białe, niczym

surdut i koszula z mankietami

z brabanckiej, misternej koronki.

Czarno-białe schody pnące się

do komnat pełnych lędźwi i westchnień.

A ja siedzę tu, w Parku Królowej

 w Nowym Westminsterze.

Po drugiej stronie Wielkiej Wody,

 gdzie wielkie cedry pną się.

Wrony chodzą obok zamyślone,

dostojne i wiewióry biegają,

jak dzieci goniące się po trawie.

Jakaś para rozłożyła chustę i koszyk

pod tują, jejmością przysadzistą.

Jedzą kanapki i owoce. Kto wie,

może to ci, którzy spóźnili się

na śniadanie na trawie Maneta?

Wieczór się zbliża lipcowy, ciepły.

Myśli odjeżdżają na bujanych konikach drewnianych,

na grzbietach książek jeszcze nie napisanych.

Wiersz oparł się o drzewo plecami, patrzy w dal.

Zamyślony głęboko? A skądże!

Gwiżdże sobie wesoło, jak Sowizdrzał.

I tylko dźwięki twego walca Fryderyku,

niesionego opuszkami palców letniego Zefirka:

jak słodkie płatki róż, jak szabelki żółtych

fryzur słoneczników i drewnianych żołnierzyków.

W kościółku wiejskim na Podniesienie

grają dzwonkami leśnych konwalii,

ministranci z różowymi policzkami tańczą,

jak łabędzie: jeden czarny, drugi biały.

Zamknę notes, pisać więcej nie trzeba.

Pójdę echem tych dźwięków do walca,

by wirować ze światem płatków kwiatów.

/B. Pacak-Gamalski, 17.07.25, Canada/

Alone – state of being

Alone – state of being

You did talk to me last night, first time in a while. Yes, it was a strange night, followed by strange day. Or was it the other way around?  When you are alone, without a set schedule or watch, things do get mixed up easily. Dates especially: Mondays become Fridays, Fridays Tuesdays. So what happened to Wednesday, you ask? Who cares what happened to Wedneday, perhaps I left it on a beach, or on a bench in some park? Maybe it is still in the shower when I saw it last time I was taking a shower? What? Do I not take a shower every day? Maybe not, maybe sometime I take a bath, who cares? You really are asking way too many questions and it is my story anyway. Be quite, just listen.

No, not you, Babycake – I’m talking to my alter ego. You wouldn’t ask such stupid, mundane questions.

But the day or the night when I was still in bed, when I was sleeping, I dreamt of you, I talked to you. Have not done it in a while. I thought that you just let it go, these talks of ours across the boundaries of life and death. Thought maybe there is some allotted time that you can do that and maybe you have used it up. I don’t know. Remember? I am the one still left alive, never been consciously to the other side.

None of it is important really, anyway. I have dreamt of you in my sleep. It woke me up and there you were, next to me. No, I couldn’t see you, but you were there talking to me, you were saying something important.  You said that I have to understand that I am alone. That adjective ‘alone’ stood up as a mountain, a wall impregnable, forest too dense to walk out of it. I was getting used to be ‘alone’ in an adverb form.

Since I came back to our home, our former life here, in this city, this province, I have become very busy in many aspects: walks, friends, beaches, concerts, plans. It was just hard to go back to our home, our street. So I did it very seldom, hoping that it will allow me to function as normal as possible. And it did. Had evenings in bars, laughter, maybe a flirt or two. It seemed normal, I was spared any regrets. It was almost as I would finally get across that invisible line of Doctor Time, who heals old wounds; whose grief becomes first bearable, then transforms itself into a memory. Memory that is sad, but also happy that we did have our time, we found each other among the millions of people. As I was told many times, that it will get easier.

You think that was an expectation too easy, perhaps? I am not, after all, just a single guy ready for the picking and ready for harvesting. Is there anything wrong with it, isn’t it logical, practical?

I have reached to my writings of the early days after you were gone, to the first winter after you were gone and my constant visits to the gravesite in Pictou. Yes, that old ancestral town, where we were going to build our home, and spent the rest of our lives in that home.  We did not.

(notes from my writings after John’s passing by the end of November 2022)

               One year. It is hard as hell. Came to Pictou to spent time on the cemetery where we put your ashes. It’s windy, very cold. Desolate place. There was no one else there, on the cemetery. I know – it is only a stone with your name on it. Yours, your parents, and your baby brother you never had a chance to know. And now, there is also your oldest brother Fraser, who was laid there just few months ago.

Cleaned around a bit, threw away old winter flowers, and fixed things. Fixed things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed, when everything is broken.

Yes, I know that you are not there, not under the ground. You are with me. Forever. I have engraved on that stone myself that you are forever in my memory. I looked at the letters and smiled. In my memory, really? That’s what it all came to? Our Love, our life: to be remembered? How silly words could be, when they try to describe emotions, feelings. But still hoped that many years from now, when all of us, who knew you and me, would be gone – a stranger would wonder to that gravesite and he would think, that the guy who is buried there was indeed ‘non omnis moriar’, that part of him lived in that other guy’s heart. Nice thought.

You and that Love of ours are engraved not on the stone, but in my soul.

Me? I don’t remember who I was before I met you. I was just waiting. Waiting and searching for you – and I have found you.

               Now, now it is almost three years later. I am here, back to our good life on the shores of the other ocean.  Were we had home, a nest, were we had dozens of friends, people we cherished and who cherished us. Some were common, ours; others were exclusively yours or mine.  The two halves of Us were surprisingly very independent and strong, if only by the constant knowledge that the other half is there to make it whole.

I don’t have that knowledge anymore. The other half is gone, it is just me left. The many people I have known, and who sought my presence are still here. Not all of them, granted. Some have left either this life (as you), or this city. But some are still here. None seem to really need me. I am not sure I need them. Of course there is some curiosity, some friendly waving of a hand: how nice to see you again, you are looking good … and so on. I thought that I would need to search for them myself, that I would want it very much. But if I’m always finding excuses and ‘important things’ that prevent me from doing it – am I really?

I have one important friend and strangely enough one with the shortest amount of time we spent in this city before we left for Nova Scotia.  Less than a year, I think. After my dearest nephew had to go back to Poland, but still this young and very mature nephew was my angel in the first month after John was gone. Then my niece with her husband and son came to stay with me. But he, that younger friend of mine from Vancouver somehow helped me in the dark months after I was left alone in Halifax. The rest seemed like eternity. An eternity of being in hell, or waiting for the hell’s gates to be open to swallow my world. At these dark times that younger friend kept me connected to the world and people by phone. Our long conversations were instrumental of me getting the skeleton of myself back into me.

So I did return. To the place of Our home, our happiness. The places somehow were the strongest magnet for me. I submerged myself in going alone, for days on end, on long walks through parks, streets,  squares, building  were we lived, were my mom lived, were I was with my sisters, my nephew and niece. Places were calling me. Yes, places, much more than people.

I think that we all have these special places, sometime in many countries, on different continents. Special places that act as an anchor of ship of life. Where we can drop that anchor and stay safely in some magical Bay of Memories.

It is also a time to untie that line across the sides of our two separate boats: mine and the one belonging to my younger dear friend. He has journeys to make across the sea himself. His journey, not ours. That is also a part of me being alone. My boat is rusted a bit, engines are old. It will still make it though, the last long sailing, perhaps passing the Cape of Hope (not the Cape of Horn), back to original shipyard of its maiden voyage. Then I will rest.

After that rest, I will go alone on many walks to many places (some might not exist materially anymore, but will in my world) that will call me. Solitary walks. It will be like existing in two different dimensions.

One day, No, not in my sleep, perhaps suddenly, out of the blue I will see you taking the same trail or road and walking toward me, and I will stop being alone. I do hope so. Even in a faint split second before the big Nothingness.   

My Canada – A Tribute

My Canada – A Tribute

VANCOUVER

My Canada from ocean to an ocean, from the shores of Atlantic to the shores of Pacific, from Halifax to Vancouver. My Canada intrinsically tied to my John, our Love; his gift to me. Through our meeting and romantic story straight form the pages of Petrarka ‘Beatrice”, from the ancient lovers of Greeks and Macedonians, of Mesopotamians, of Sumerians.

Would I have loved thee if I never met John? Likely, for what there is not to love about thee, Canada? But it would have never consumed me as much, would have never made me such a fervent and ardent lover of this country. My personal private love of John’s Canada for ever etched in my soul and mind.

Halifax Atlantic Fleet

Let’s start with were it all begin in earnest, from our first own home belonging only to us. We met and fell in love almost on the slopes of towering peaks of Rocky Mountain. But it wasn’t till 1994 when we came here, to Greater Vancouver to start a new life in our first own apartment – our Home. On Capitol Hill in North Burnaby. But truly – for us here it is just one big Vancouver. A galery past and recent pictures of that amazing city on the shores of Pacific.

I just noticed that most of the pictures are of people much more than places … . But it is true – it is the people dear or important to you that makes a place – Home. A true home. Where you ar not a tourist, you belo g there, you are IT. My family, dear friends from work and my art promotor activities with poets, actors, musicians from Canada and Poland.

and Atlantic with Halifax – where it all begun for Canada, for entire North America de facto.

Thus end my own journey across the continent, from West to East, and back to West. My Journey of Love, love gifted to me by my own personal love, John. He was, still is in some way, my love to Canada, love of Canada. It begun some odd forty years ago. It didn’t change, it grew stronger perhaps. In a world of growing tensions, being ripped apart, sold to the highest bidder by two megalomaniacs, one from New York and Florida, other from murderous shadows of Kremlin – this country remained true to it’s Canadian core: polite, smiling, carrying. My Canada – a gift that I received from John. Gift of love to good, country, good people. Caring – as he was.

Ballada włóczykija

Ballada włóczykija

Siadamy na parapecie okna – ja i Zosia Nałkowska. Patrzymy, obserwujemy ulicę i przechodniów. Ona wie, że na mnie to nie robi wrażenia, ale siada zalotnie i poprawia uważnie szwy na nylonowych pończochach. To jest jej bardziej potrzebne niż mnie. I doceniam to, nie uważam za próżność.

Obserwujemy, jakie zmiany zaszły w polu jej widzenia[i]. Postrzega, że zauważyłem tą niewinną czynność poprawiania pończoszek na jej zgrabnych, długich nogach. Grozi mi palcem filuternie i śmieje się:

Ja wiem, że na was to nie robi znaczenia, wy nawet nas nie zauważacie, a nam zapach flirtu jest bardzo potrzebny. Chcemy być zauważone.

Pani Zofio kochana – takiej kobiety, jak pani jest niemożliwością nie zauważyć – odpowiadam w proteście.

Nałkowska poważnieje trochę, odwraca wzrok do szyby i patrzy, gdzieś w dal:

Naturalnie, że macie nienaganne maniery. Jak Andrzejewski, jak Iwaszkiewicz, ale to tylko maniery a nie potrzeba życia, mój drogi panie.

Po krótkiej chwili milczenia mówi tak, jakby mówiła do siebie, nie do mnie:

Wie pan, to ciekawe, bo wy jesteście bardzo podobni do nas czasem, w szyku, geście, w uwielbianiu niewinnego flirtu. A Marysia Dąbrowska, która winna być do was podobna – kompletnie na te falbanki uwagi na zwraca. Mmmm, ciekawe zaiste.

Właśnie miałem jej starać się to wytłumaczyć, odrzucić na bok banalność starych spostrzeżeń. Odwróciłem twarz do niej … i nic. Nie było śladu po niej. Rozpłynęła się we mgle czasu.

Ciekawe jakby potoczyłaby się moja rozmowa z Gombrowiczem w Warszawie czy w Buenos Aires? Niby tak, niby napisał ten „Kronos”[ii], tak chroniony przez Ritę, skrywany, że gdy wiele lat po jego śmierci w końcu go wydano prawie cały literacki półświatek padł na kolana: co za szczerość, co za odwaga (po śmieci, co prawda, ale chyba odwaga, bo spiż mógłby się nieco ukruszyć). A ja mam tyle do niego pytań, na które ani w Kronosie ani w Dziennikach nie odpowiedział. Nie wiem, co jest w sumie ważniejsze: fakty czy przemyślenia? Gdzie jest granica etyki, a gdzie tylko szablon środowiskowego savoir faire?

Gombrowicz był wielkim pisarzem, full stop. Więc musi być pytany, rozpatrywany inaczej. Skandalik tu i tam, portowy chłopak na randce ze starzejącym się pisarzem, lęk o tantiemy i opinie – to ważne.  I jednocześnie tylko drugorzędne. Istotne jest wejrzenie, podglądnięcie jego intelektualnej, filozoficznej barwy.  Intelektualiści akademiccy często nijak nie potrafią zrozumieć intelektualizmu artysty. To się odbywa na innych zupełnie piętrach. Pisarz (niekoniecznie literaci, których jest dużo więcej) prowadzi nade wszystko nieustanną dyskusję z samym sobą. I stały głód życia, nigdy niezaspokojony.

A przecież rozmów z Nałkowską ani z Gombrowiczem nie odbyłem. Zmuszony jestem, nolens volens, na własną wiwisekcję, własne poszukiwanie siebie, kim jestem często podświadomie, w czasie samotnych spacerów i poza ścianami mojego mieszkania, a niezauważalne dla mnie publicznego.

               Naturalnie, że żyję. Przejechałem znów cały kontynent, by to życie ożywić, odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości, twoje ślady. Twojego uśmiechu, twojej dobroci. Spić z twoich ust czarę mojego szczęścia, które miałem, znałem. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że je mam. W dni niepogody było też pogodnie, w dni zimowe było ciepło.

Wszystko, co robię pozostaje niedokończone, a constant jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, a mimo, że znam ich – mówią gwarą dziwną, trudno rozpoznawalną, zagmatwanymi metaforami. Monette[iii] mi to przypomniał.

Więc siadam i ballada jakaś spływa na kartkę spod długopisu w formie sobie tylko znanej. Pisałem tak, jak bardzo dawno temu na kawiarnianych serwetkach w kafejkach mojej, nieistniejącej już też, Warszawy.  Słowa po słowie, bez zwracania uwagi na formę, konstrukcję. Ballada, jako forma śpiewana przy ognisku, butelce wina. Obok ten chłopak lub ta dziewczyna. No właśnie tak.

Apetyt na czereśnie

Jest głód jeszcze

– a brak apetytu.

Jeszcze nęcą czereśnie,

że nie za późno, nie za wcześnie,

choć nie wiem, czy to nie we śnie.

Z zapomnianych nocy letnich,

Szekspirowskich westchnień, żądz.

Niedosycenie świata,

znudzenie śmiercią,

która się ociąga –

– tragizm ubrany w suknię farsy.

Śmiech, jak zgrzyt zardzewiałego

gwoździa na szybie okna.

Ależ tak, wiem:

te czereśnie jeszcze,

jeszcze płatki dzikiej róży,

jak wargi drżące,

spocone lekkim syropem

woni i obietnicy. Czego?

Dzwoni telefon. Odbieram: słucham.

Dzień dobry, tu Stamtąd. Miał pan wrócić, czekam, a po panu nawet śladu. My tu wiemy: i czereśnie i róże są na dole i są w górze. I wargi drżące, lepkie – ale miał pan być, trzeci sezon mija. Co z tego, że czereśnie?  Pestki nawet nie zostały. Róże, jak wargi rozchylone? Proszę przyjeżdżać, lub zwrócić cenę biletu. A róże proszę pana nie mają warg, tylko płatki.

I trzask, słuchawka upadła na widełki i rozmowa się skończyła. Kto dzwonił, skąd dzwonił? Bies czy anioł? Pojęcia nie mam. Takie telefony, co się kładzie słuchawkę na widełki nie mają wyświetlacza numerów, które dzwonią. Nawet nie wiedziałem, że mam jeszcze taki pod ręką. Widać miałem, bo rozmawiałem?

(pisane innym razem i odnalezione w notesach – na ten sam temat)

Niecierpliwość rosnąca każdego dnia, przysypiająca krótkimi nocami z nadzieją, że jutro będzie lżej. Oczywiście nie jest.

Wyszedłem na spacer, rzecz zwykła. Nie wziąłem parasola. a siąpi. Naturalnie, że nie jestem z cukru, nie roztopię się. Ale jestem okularnikiem i te protezy wzroku zaraz spryskane kropelkami wody – i zły humor popsuł cały spacer.

Zachodzę do znajomej kafejki obok, zamawiam expresso. Dobre. Mocne, jak siekiera. Czy pomaga? Raczej nie, ale trzeźwieje i przywraca do rzeczywistości, tej powypadkowej. Może nawet nie tej pół-inwalidzkiej rzeczywistości po wypadku, a po prostu zwyczajnej rzeczywistości starzejącego się samotnego pana. Starzenie, jako-takie też mi po prawdzie nie przeszkadza. Tylko ten tytuł ‘samotnego’ jest przykry, niespodziewany, nieoczekiwany.  Czy Gombrowiczowi dokuczała samotność? Z Ritą musiał być samotny, nie była jego miłością, pasją. Była – i to wszystko. Tak, jak byli chłopcy z portowych dzielnic. Im więcej ich było – tym bardziej samotność dokuczała. Nie miał tego luksusu pasji i spełnienia, jaka była udziałem jego dobroczyńcy literackiego – Kota Jeleńskiego.

A ty, jaki jesteś? – pytam siebie. Odpowiadam Johnowi, mojemu Chłopcu, odpowiadam zapisem z pierwszych tygodni od jego odejścia. Może miesiąca, dwóch. Nie mam dokładnej daty tego zapisu, ale łatwo z tekstu mogę to kalendarzowo określić. Mówię mu, że był architektem ‘mnie’, jakim jestem, nie odrzucając niczego z mojej konstrukcji wcześniejszej – dobudował piętra, pokoje, wykusze.

               Wiosna. Jest ciepło. w alejach parku rozmawiam z Tobą. Miła rozmowa. Dodałeś mi znowu otuchy. Nikt, tak jak Ty, tego robić nie potrafi. Twoje naturalne ciepło i dobroć są zaraźliwe. Jesteś jakimś dziwnym mnichem, który bez hałasu, heroizmu po prostu daje siebie. Tak zwyczajnie, trudno to nawet zauważyć, bo jest tak naturalne, jak oddech powietrza.

Ale brak mi strasznie Twojej fizycznej obecności. Przynosiła spokój mojej skołatanej głowie, kłębowisku myśli. Wprowadzała ład.

Zabierałeś tak mało miejsca w świecie. Niezauważalny pyłek na drodze, maleńki trybik w wielkiej maszynie. Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami historii, ty po prostu dbałeś, aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. Dzięki tym drobiazgom ta wielka deus ex machina mogła funkcjonować.  Teraz, bez tego maleńkiego trybiku maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat – ten wielki i ważny świat. Bez tego jednego trybu wielkie koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Czasem, w momentach najzimniejszych otulam się szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej, mogę funkcjonować.

Czy to coś zmienia, czy odpowiedziałem na poszukiwania Gombrowicza? Znalazłem piętro, gdzie funkcjonuje umysł i duch artysty?

A może wystarczy kubek

dobrej czarnej kawy

z Buenos czy z Warszawy

może wszystko jest jak czubek

wiedzy niedostępnej , trwałej

która wiemy że jest.

Poeta zrobił gest

czułości pełnej i całej.

Jakaś konkluzja, kwintesencja życia i jego sensu? A skądże! Życie polega na pytaniu, na drodze, na ruchu. Szukaniu siebie. W tym Gombrowiczowi pisanie ‘Kronosu’ bardzo pomogło. Trzeba te wszystkie detale zapisać, by między linijkami tekstu znaleźć część siebie. Ten opis zdarzeń i czynności do pewnego stopnia jest bezużyteczny dla zrozumienia, kim się jest. Zwykłe pamiętniki lub dzienniki są dobre dla badaczy, którzy muszą wszystkie filiżanki, kubki i krawaty ułożyć równo na długich półkach w chronologicznej ciągłości.

Dla zrozumienia, kim twórca był – są kompletnie bezużyteczne. Wiadomo, że życie musi być wypełnione czynnościami: trzeba wstać z łóżka, wypić kawę, podrapać się po głowie i po  … tak, tam też, po dupie.  Pójść do pracy lub na spacer. Ale najistotniejszym zajęciem jest poszukiwanie siebie, uczenie się siebie, poznawanie siebie.

Kilka miesięcy temu napisałem wiersz krótki, który wtedy wydał mi się pozytywnym zrozumiem, gdzie jestem w tym momencie. A to nie przykuwa kajdanami do celi, przeciwnie – daje solidne zrozumienie się w tym etapie życia. Samookreślenie.

Coś się przebudziło we mnie,

jakaś uśpiona joie de vivre,

jakiś prezent życia, może zryw

co było, przetrwało niezmiennie.

Przez dzieciństwa łąki nad rzekami,

przez młodości loty nad szczytami,

po dojrzałość rozerwaną oceanami,

aż do czasów, gdy zostajemy sami.

Poszukiwanie siebie, uczenie się siebie jest bodaj najcenniejszym zajęciem twórcy. Poemat, fuga, balet, obraz nie musi być źródłem wiedzy dla publiczności o prywatnym ego twórcy. Zawierają w swej formie przekaz czysto artystyczny, czytelny na różne sposoby przez odbiorcę.  Ale dla badacza twórczości X lub Y są możliwością spojrzenia przez dziurkę od klucza we wnętrze twórcy, wnętrze duszy tego artysty, ujrzenia go In statu nascendi. Dla twórcy – a byłbym ryzykował twierdzenie, że jest to proces uczenia dostępny dla każdego człowieka i bardzo pomocny w mierzeniu się z wyzwaniami życia – to niezbędny proces poznawania się, odkrywania tego centrum, jądra, kim jesteśmy. Gdy odkryjemy tą drogę, to o ileż bezpieczniej przetrwać wielkie burze i kataklizmy życiowe. To nasz azymut i busola.


[i] Zofia Nałkowska przez wiele lat prowadziła Dzienniki i szereg jej nowych zapisów zaczynała od zwrotu: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia.

[ii] „Kronos”. Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2013, s.460.

[iii] Paul Monett – poeta i pisarz czasów epidemii AIDSa w Ameryce Północnej.

ne me quitte pas …

ne me quitte pas …

 Ne me quitte pas,  ne me quitte pas śpiewa Simon[i]. Stara piosenka Brela otwiera świeże rany, otwiera wielkie, okrągłe oczy smutku. Nie odchodź … . Te dni okrutne, gdy odszedłeś. Jakże samolubnie ty sam, beze mnie. Dlaczego? Przecież mogłem być czulszy, słodszy, wierniejszy. Powinieneś, mimo tych wszystkich moich braków i ułomności, docenić naszą wspólną miłość, naszą a nie tylko Twoją lub moją i zabrać mnie w tą inną, nową drogę.

Tutaj, teraz bez Ciebie? Myślałem, że tu, w naszym najdłuższym pobycie i najsłodszym domu w Vancouverze znajdę smutno-sentymentalny uśmiech, odpoczynek, czas na refleksję. Początkowo nawet wydawało mi się, że tak jest. Nawet ciepło było i serdecznie na wycieczkach wspólnych z serdecznym przyjacielem. Rozmowy o życiu, o muzyce, troska o jego młodość by znalazł to, co w życiu najważniejsze, co mu nadaje sens najgłębszy. Miłość romantyczną.

Ale jestem już tylko skorupą i echem słów dawno wypowiedzianych, historii dawno przeżytych i ścieżek, gdzie trawa zarosła moje ślady. Tak, jak ślady nagich stóp moje i tego przyjaciela na piasku plaży, gdzie chodziliśmy. Zabrała je fala przypływu.

A rady? Rady dawane tym, co żyją mogą męczyć i nudzić po jakimś czasie. Nudzić adresatów. Wszak oni żyją teraz i tu, a ja mówię głosem z przeszłości.

Laisse-moi devenir

L’ombre de ton ombre

L’ombre de ta main

L’ombre de ton chie [ii]


ne me quitte pas

nie opuszczaj mnie

nie teraz jeszcze

miłość ciągle trwa

nie zostawiaj mnie

w tych lasach zieleni

szmaragdowym morzu

gdy kwitnie nasze życie

nie będę szlochać więcej

ni przeklinać dni i nocy

świeże kwiaty przyniosę

kochać będę miękcej

co jesień nam da

przyjmiemy jak dar

minut kilka jeszcze

ne me quitte pas

(B. Pacak-Gamalski, 03.05.25, New Westminster)


Mówiłeś do mnie, że ja jestem Twoim domem. Kłamałeś? To, dlaczego wyszedłeś i dom opuściłeś? Cóż dom zresztą? Deski tylko i meble. Nawet książki moje cóż? Są we mnie i tak, nowych stron już nikt nie dopisze. Obrazy? Tych kształt, odcienie i barwy też na pamięć znam. Więc, gdzie poszedłeś lekko by się razem szło, bez ciężarów, bez bagaży.

Podaj mi rękę, niech będzie jak most przez zatokę, ja po nim przejdę na Twój brzeg. Ta rzeka pod oknem moim teraz, rzeka, za którą jest nasz stary dom, jest tak szeroka, jak ta zatoka dzieląca Halifax od Dartmouth. Chcę na ten drugi brzeg do Ciebie przejść. Mówisz, tłumaczysz smutno, że tam jest pusto i nie ma nic. Nie prawda. Tam jest nasza miłość. Podaj mi dłoń i pomóż przejść na tamten brzeg i pusto nigdy już nie będzie nam. Zbudujemy tam wiszące Ogrody Semiramidy, gdzie ptaki będą śpiewać o miłości. I już nigdy nie będę sam.

Kamienne forty budowałem na dzikiej plaży nad Atlantykiem – nieme pomniki naszej miłości w Lower East Chezzetcook. Miesiącami toczyłem głazy, kamienie i kłody przez fale naniesione. Czy sztormy przetrwały? Nie wiem. Ale miłość nie może być samotna. Miłość musi mieć partnera. Więc wróć, podaj mi ramię i pozwól na Twój brzeg tutaj przejść. Ne me quitte pas.


[i] Ne Me Quitte Pas (Audio) – YouTube Music

[ii] frag. ostatniej zwrotki piosenki we francuskim oryginale

Róża Wiatrów – The Compass Rose

Róża Wiatrów – The Compass Rose

Since I moved back home to Vancouver a flurry of meetings, talks and just walks trough that amazingly beautiful city took me away from my grief and my feelings of end of times. My times, of course.

But very recent accident made me hardly movable and confined to home and limited short walks in the vicinity. In the wee hour between sleep and being awake talks with those, who are gone: John, my parents, friends … And than, just a few seconds later, when you are fully returned to reality – the painful knowledge that they are just ghosts, workings of different parts of your brain. That ‘return to reality’ hurts. It is just like for brief moment you have to re-live it all again.

But it is a good reminder. You are always alone with your grief. New connections do not replace broken ones.

In the ancient times there was a concept of Compass Rose – a drawing representing major winds. In the Old Testament the winds refer to land of Elam habituated by people of the brother of Jacob. In ancient Greece that concept was known and used as an aid to safe sailings and returns in navigation and was described from Homer and later historians.

My Rose of Winds, my Compass takes me back to my shores of pain and Loss.

Róża Wiatrów, antyczna od czasów Homera i biblijnego proroka kraina Elamu, do którego wypędzeni z niej zawsze znajdą drogę powrotną.

Tak i ja znajduję po wczesnym zagubieniu, zauroczeniu, zachwycie moim ukochanym Vancouverem. Naszym ukochanym gniazdem miłości i szczęścia. Moim i Johna. Ale Johna nie ma już. Jestem ja i moja Strata, mój Ból. Niedawny wypadek bardzo ograniczył moją mobilność do powierzchni mojego mieszkania i najbliższego sąsiedztwa. Obudziło mnie to też z naiwnego snu nowych przyjaźni, odnowionych koleżeństw i związków. Spotykałem w ostatnich ‘szarych godzinkach’, kiedy już nie spisz a jeszcze nie jesteś przebudzony, twarze wszystkich tych, którzy z mego życia odeszli na stałe. I w tych momentach, sekundach tej realizacji – przeżywałem ten ból na nowo. To było bardzo trudne. I może potrzebne. By zrozumieć, że mój czas się kończy, a nie zaczyna. Że nowe znajomości, może nawet przyjaźnie nie są zastępstwem tych, które odeszły na zawsze. Czas wracać do Elamu.

Gérard Dicks Pellerin

Old tree

I’m watching the dark grey waters

of mighty Fraser River on the approaches

 in its muddy delta to North Pacific.

Noon hour, sunny and warm, circles

silvery, light filled stories on its moving

surface like on a back of huge, arched

spines of ancient fish, that remembers

ancient times before the end of times.

Light green leaves of trees lining the shores

dance in the breeze of the spring air.

They hum: we are back, we are back

from a long sleep of the winter.

We are re-born again, and not stopping

the humming, they ask me: are you?

But my green in no longer of light hue;

my roots got stuck in the autumn,

my branches are heavy of thought

and of past springs, summers and winters.

I mourn the birds that used to build nest

on my arms, sing songs of love.

One season they did not came back

and I have not seen them ever again.

I missed them, sighs the old tree.

I sigh, too.

Where are they gone, the birds of my spring?

The time comes when old trees are like old people,

alone in their solitude.

One day, they know, the mighty river will float

the fallen trunks to the edge of time,

to the ocean of primordial waters.

(B. Pacak-Gamalski, 13.04.25, New Westminster)

Róża Wiatrów

Oto jestem sam,

jak wyspa otoczona

Wszechświatem

obcych gwiazd

i konstelacji,

Galaktyk

uczuć, miłości

i tęsknoty

Róży Czterech Wiatrów.

Moje Elam,

mój dom obiecany

tęsknotą Róży,

rozebrano na cegły,

skruszone czasem

wygnań i powrotów

drewniane bele

libańskich cedrów.

Oto jestem sam.

Z twarzami umarłych

w przegrodach głębokich

podróżnych torb,

stukam laską

w kamienne posadzki

peronów historii.

Słucham pieśni płaczek

nad trumnami kochanków.

(B. Pacak-Gamalski, 13.o4.25, New Westminster)

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Muzyka i Miłość – nasiona boskości

Więc straciłem przez ten nieszczęsny wypadek kilka dni temu możliwość bycia na tak oczekiwanym koncercie w Bell Art Centre w Surrey. Bilet dawno już kupiony i kolejne (ileż to już razy?) spotkanie z Chopinem i jego Drugim Koncertem Fortepianowym z Orkiestrą. De facto pierwszym, tyle że numery opusów pomieszane przez różnice dat publikacji. To zresztą nie istotne. Kocham ten Koncert tak strasznie związany z ukochanym Chopina, miłością jego całego prawie życia. Tytus Woyciechowski – monumentalna postać w biografii, ale i twórczości Fryderyka.

Sztuka bez miłości, zwłaszcza miłości tragicznej, istnieć nie może. O, wariacje różne, ronda i fugi można pisać intelektem. Koncerty, ballady – domagają się duszy i serca. Naturalnie talentu i znajomości tej sztuki bezwzględnie. Fryderyk wszystkie te elementy miał, więc – voila!

Potem w domu, liżąc rany (nie dosłownie, brrr) słuchałem z mojej kolekcji kilku lubianych kompozytorów i wykonawców.

Dużą przyjemność sprawiły mi nagrania Praskiej Orkiestry Symfonicznej dzieł Szostakowicza[i]. Co prawda nie ma tam jego najsłynniejszej kompozycji, monumentalnej Symfonii z czasów obrony Leningradu w wojnie sowiecko-niemieckiej[ii] , ale jest to dość dobry przegląd całości kompozycji Szostakowicza. Zaskoczyło mnie bardzo, nie pamiętane z wcześniejszych czasów, allegro z Symfonii nr 9 – zupełnie jakbym słuchał fragmentów muzyki Gershwina z ‘Amerykanina w Paryżu’!  Zdumiewające powinowactwo. Nie będę tematu rozwijać, bo musiałbym jakiś badania tematu porobić, a … nie bardzo mi się teraz chce.  Marnie sobie za te teksty płacę, to mam prawo być czasem leniwy, LOL.

               Jak już słuchać muzyki z nagrań zacząłem, to i kontynuowałem te zajęcie nieco dłużej. Jest urocza, piękna płytka CD z nagrań wspaniałego koncertu na żywo zorganizowanego przez Luciano Pavarottiego w amfiteatrze w Modenie na rzecz pomocy dla dzieci w Bośni[iii] Pamiętam to niesamowite przedstawienie, z Dianą Księżną Walii, która bardzo poparła koncert. Wspaniali wykonawcy ze wszystkich rodzajów muzyki: od opery i pieśni religijnych, po rock, jazz, Negro spirituals. To było niesamowite z tą atmosferą czegoś niepowtarzalnego, ważnego.

I ciarki mnie przechodziły słuchając fragmentów tej muzyki. Zetknięcie z boskością.  Odczułem to wyraźnie w Ave Maria Schuberta w wykonaniu Pavarottiego i Dolores O’Riordan.  Przyznaję, że tą sama boskość znajduję w skomponowanych wiele lat później utworach poświęconych Marii matce Chrystusa przez[iv]Andrzeja Panufnika i jego córki, brytyjskiej kompozytorce Roxanie Panufnik.

Więc ta boskość dotykalna omal w Ave Maria Schuberta i boskość w słynnej arii z ‘Turandota’ Pucciniego – Nessum Dorma. Oba utwory w wykonaniu Pavarattioego (przyznać trzeba, że był genialny) ale ze znacznym współudziałem Meat Loafa, Michaela Boltona, Dolores O’Riordan, Bono i innych. I ta całość właśnie, te różne (jakże bardzo) głosy, skale tych głosów – stworzyły nie kakofonię, a jakąś jedność wielkiego chorału ludzkości do niebios. Zetknięcie z boskością.

Nie wiem czy jest Bóg, w mojej opinii Go nie ma. Ale bez najmniejszej wątpliwości istnieje boska sztuka. Sztuka, która przekracza nasze obszary transcendencji, percepcji, myślenia i widzenia świata racjonalnie..

Muszę koniecznie iść do opery w najbliższym czasie, bo inaczej oszaleję z głodu za piękną arią i historią, która jest tak beznadziejnie przerysowana, że aż groteskowa, a mimo to jest wielka i wspaniała. Tragizm. Tragedia grecka. Te wszystkie losy bohaterów, herosów i heroin Iliady i Odysei są przecież absurdalnie nienormalne. A są jednocześnie prawdziwe. Nie przez realizm, a przez niezbędne rozdmuchanie, wyolbrzymienie uczuć – naszego indywidualnego nasionka boskości i nieśmiertelności.

No bo inaczej, to wszystko naprawdę nie ma sensu.

               Przypomniałem sobie nagle podobne uczucia sprzed wielu laty: wracam samochodem (nie pamiętam już skąd) 108 ulicą do domu w Guildford, w Surrey. Z radia słychać początek arii Vissi ‘darte, Vissi d’Amore w wykonaniu równie boskiej Marii Callas. Widzę oszalałą z bólu Francescę Tosca, jej ukochanego Mario Cavaradossiego, obrzydliwego szefa policji, Scarpio usiłującego uwieść Toscę za cenę zaprzestania tortur Mario. Zwykła, codzienna i normalna historia … jeśli żyjesz w operze, LOL. Ale gdy słuchasz tych najpiękniejszych boskich arii w wykonaniu wielkich artystów sceny operowej – to tak, żyjesz w operze w tym momencie. To dla ciebie autentyczne, prawdziwe, szczere.

Pamiętam jak dziś, że gdy dojechałem samochodem do domu natychmiast zadzwoniłem do serdecznej przyjaciółki, filolożki Marysi Tylman. Wspaniała dziewczyna! (no, dorosła już bardzo wtedy kobieta, ale określenie ‘dziewczyna’ zawsze do niej pasowało najlepiej). Zachwycona moim zachwytem tych arii krzyczy do słuchawki: Boguś! pamiętam te arie doskonale i też je kocham. Gadamy potem z pół godziny, a ona nagle: przecież o takich pięknych sprawach Ne możemy mówić przez telefon. Przyjeżdżaj koniecznie. Nastawiam kawę.

No i pojechałem. Późnym już bardzo wieczorem, z Guildford w Surrey do Vancouveru w okolicach Granville Island, gdzie mieszkała. Coś jak z Żoliborza na Pragę Południe. Porozmawiać o dwóch ariach. Marysia była kobietą w średnim wieku, ja mężczyzną już w średnim wieku też. Nie pracowaliśmy nad żadnym tekstem ani o Tosce, ani operze czy nad czymkolwiek z tym tematem związanym. Po prostu – z pasji do sztuki i piękna. Jak byśmy mieli po szesnaście lat.

Co się stało z tymi ludźmi dziś? Gdzie są? Z którymi warto było noce nieprzespane spędzać i dyskutować, wertować jakieś strony w poszukiwaniu jakiegoś fragmentu tekstu, słuchaniu fragmentów symfonii o drugiej w nocy, przypominać zapomnianego poetę – zwykłe, normalne rzeczy, które budzą w tobie pasje i obiecują ziarno boskości. I nigdy, nigdy więcej nie brukać mysli i ust jakąś wulgarną dyskusją o jakimś malwersancie finansowym, jakimś handlarzem wielkich nieruchomości, ordynarnym mizoginistą i wulgarnym dziwkarzem, który po raz drugi został prezydentem wielkiego mocarstwa.  O tempora, o mores.

Więc co się stało z tą nasza klasą? Kaśka z Piotrkiem są w Kanadzie, bo tam mają perspektywy; Wojtek w Szwecji w porno-clubie …[v]


[i] Nagranie CD wyd. NAXOS”, nr. 8.556684, 1997

[ii] Symfonia Nr 7 C-dur, Op. 60; zwana też po prostu Symfonią Leningradzką

[iii] The Decca Record Co., London; Luciano Pavarotti &Friends, 1995

[iv] A. Panufnik, ‘Pieśń do Marii Panny’ (oratorio) i Roxanny Panufnik ‘Ave Maria’

[v] fragmenty popularnej ballady Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa:”