Bogumił Pacak-Gamalski-Graham
The fought of going. The fought of leaving. Home? Love? Friends?
Not really – I gave it to all the subjects mentioned above all I had: my heart, my love, my cherishing of all of the things and all the people, the places that makes up this country – Canada.
Now the country has nothing more to offer to me, to give. It already did. Besides, it is just a half of me that’s leaving; the other half stays here forever. With him.
My dear Canada, I’m leaving with you the ashes of that other half of me: my Love Eternal, my John.
On a little hill in Pictou is a sadly-sweet old cemetery, with his parents, his brother. The cemetery, where I know the names of half of those buried there. Some are very old, ancient almost, with names of his cousins, grandparents, aunts and great aunts. Some of them I met decades ago, like great-aunt Theresa on the French, Cormier side, who was born on French speaking Les Îles-de-la-Madeleine[i]. The one, who visited your parents back in Priddis[ii] in the 1990’s and gave me the beautiful old book of the story of Evangeline[iii], her expulsion with thousands of other Acadians from Nova Scotia to the swamps of Louisiana, who gave Louisiana their ‘cajun’ character and French Quarters of New Orleans with its Cajuns/Creole[iv] language. Many years later, when I lived in Dartmouth in Nova Scotia, I have followed the trails of that expulsion, their towns, Catholic churches. I followed the entire Trail of Evangeline and her tragic return to Nova Scotia from Louisiana to her dying lover. Henry Longfellow wrote this famous long poem apparently under the spell of famous epic poem by Mickiewicz “Pan Tadeusz” (Sir Thaddeus)[v]. Sadly, Longfellow did not possess literary genius of Mickiewicz – but if he didn’t write it, I would have never known the story of Evangeline. Tragic and beautiful, and it is a testament of very important history of Nova Scotia and later entire Canada and the beginning of the long love-hate affair between the British and the French. Still very much alive, and treacherous as ever.
So, back on that little cemetery in Pictou, I have left your ashes in the familial embrace of generations of your family buried there. Part of my heart is buried there, too. That part will never leave my Canada, and will stay there till end of times. As the description I left on that gravestone (forever in my heart) will be the non omnis moriar of our Love in times, when no one will remember you or me. Just as I have build that Monument to Love from heavy rocks and dead tree brought to that deserted and secluded beach in Lower East Chezetcook. I have spent on this wild beach many days on end – just me and our Love. No names, just Love. Therefore it could be anyone’s love, as it should have been. Love belonging to those who had her, who lost her, and those who seek her. The only reason to simply ‘be’ that I had. The only thought, that I dreamt of, the only desire – and I had it here, in Canada: my Home, my country.
Now she has nothing to give, to grant me.

I’m going back to an older, original home. Across an ocean that I grew so fond of in Nova Scotia, to the old place, a place where my dreams and desires stronger than just my sheer will to live, begun. Place, where I still might catch the fleeting glimpse of that boy. Will I? I don’t know.
But I do know I owe it to the old country. Maybe there I will still recognize things that I can give to the old meadows, rivers, towns and cities, the tiny Baltic Sea? Maybe.
Idę Marszałkowską do Placu Konstytucji. Znajoma kawiarenka po lewej stronie. Stoliki na zewnątrz, ale ja idę na ulubione pięterko i siadam na szerokim parapecie okiennym. Nikt mnie tu nie zna i nawet gdyby ktoś, kogo znałem by się tu pojawił pewnie ani on/ona ani ja nie rozpoznalibyśmy się. Tak mi się wydaje, choć kto wie? Ludzie aż tak się nie zmieniają, zwłaszcza dorośli. Jest możliwe, że bym nie poznał jednak dalszego znajomego z lat jeszcze 70. i 80. poprzedniego stulecia. Tak po prawdzie nie pamiętam, nawet czy to było na Konstytucji czy kawiarnia ‘Charlotte’ na placu Zbawiciela? Ale jak wejdę, to rozpoznam bez wątpienia. Było też fajne miejsce na Brackiej, kafejka ‘Między nami’. To szczególnie lubiłem już w ostatnim 10-leciu. Miałem tam miłe spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata literatury i sztuki. Czasem zaskakujące i nieprzewidziane, jak choćby te ze wspaniałym Omarem Sangare[vi] – aktorem, poetą, akademikiem i organizatorem słynnej Sceny i Festiwalu Jednego Aktora United Solo na Theatre Row (obok Broadwayu) w centrum Nowego Jorku. Poznaliśmy się bodaj sto lat temu na jego prezentacji własnej sztuki „Krytyk teatralny” podczas wizyty w Vancouverze. O ile pamięć mnie nie myli było to chyba na scenach Centrum Kultury Żydowskiej koło Oak Street (może jednak w teatrze na Granville Island? nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać). Bardzo mi przypadł do serca. Po latach odnowiliśmy znajomość właśnie w Nowym Jorku. W międzyczasie opublikowałem w moim roczniku artystycznym[vii] odpowiednio przykrojoną do potrzeb publikacji, jego pracę magisterską na temat … Otella szekspirowskiego. A, przypomnę tylko, że Omar Sangare to z krwi i kości polski 100% czarnoskóry aktor, urodzony w Stalowej Woli. Tata jego pochodził zaś z Afryki, a w Polsce studiował. Otóż podczas mojej wizyty w Warszawie i on tam wrócił, zdaje się miał występować gościnnie w Teatrze Syrena. Chyba tam się właśnie przypadkowo spotkaliśmy. Ja zdaje się wychodziłem ze spotkania w polskim MSZecie (te ministerstwo jest zadziwiająco blisko … Trybunału Konstytucyjnego, LOL), a on wychodził z “Syreny” i prawie na siebie wpadliśmy. Umówiliśmy się naturalnie w tej uroczej kawiarence na Brackiej. Dużo opowiadań, wspomnień. Innym razem spotkałem się tam z dziennikarzem i pisarzem Krzysztofem Tomasikiem[viii] – ciekawą postacią, zajmującym się historią znanych osób z kręgów LGBTQ. Naturalnie miał masę pytań bardzo konkretnych, ale nie na wszystkie chciałem odpowiedzieć. Zwłaszcza o osobach z bardzo wysokiej i publicznej ‘półki’ kultury polskiej. Niektóre z tych osób pełniły bardzo wysokie oficjalne funkcje w znanych przybytkach sztuki, a publicznie same comnig-outu nie dokonały. On uważał, że powinienem, bo oni sami ‘nam to winni’. Ja mówiłem, że ‘ja’ to nie ‘’my’ i sytuacja każdego człowieka jest inna. Zawsze jestem i byłem przeciwny outowania kogoś bez zgody tej osoby. Ale Tomasika szczerze szanuję, bo to wyjątkowo zasłużony historyk, badacz i publicysta spraw związanych z historią osób i środowiska LGBTQ+ w Polsce. Moje ukłony dla niego.
Oczywiście zaraz obok była bardzo długo, (zdaje się już nie istniejąca), słynna kawiarnia ‘Alhambra’, gdzie podawano cudowną kawę ‘po turecku’ i było to jedyne znane i popularne miejsce schadzek gejów warszawskich, kiedy słowa ‘gej’ jeszcze nie było w polskim słowniku ani slangu. To były czasy mojej wczesnej młodości i pierwszy lokal, gdzie wchodziłem i siadałem za stolikiem z jedną ‘małą czarną’, którą niemiłosiernie długo piłem (na zamówienie drugiej nie było mnie stać przecież!). Tutaj kilka razy widziałem i z wielką czułością obserwowałem kultową postać polskiego baletu i już ciszej warszawskiego światka gejowskiego – kochaną, uwielbianą ‘Stasię’: pana Stanisława Szymańskiego, pierwszego solistę Baletu Opery Warszawskiej. To był tancerz par excellence – on żył baletem i oddał mu wszystko. Przez sam fakt, że w tamtych czasach był często pokazywany w TV polskiej – uwielbiany był przez masy Polaków w całym kraju. Jakkolwiek widziałem potem wielu technicznie po prostu fenomenalnych tancerzy ze światowych scen – nikt nie wydawał się żyć tak tańcem, jak wtedy Szymański. Dla nas był bogiem sceny, Apollem, który dla widza zszedł z Olimpu i tańczył dla nas, oczarowanych. I ja, młodziutki chłopak, szczeniak mogłem kilka razy obserwować tego Apolliona właśnie w tej ‘Alhambrze’. Wydaje mi się, że kilka razy się do mnie smutno, ale miło jednak, uśmiechnął. Do ‘Alhambry’ wszak raczej nie wrócę, bo nie mam umiejętności cofania czasu, ale na Bracką na pewno. Może jakąś inną cafe-dziupelkę też poznam nową, tej na Brackiej jednak nie zostawię.
Oczywiście mam pamięć Warszawy innej, wcześniej o wiele, wiele lat. Warszawy chłopca, potem młodzieńca: ‘Solidarności’, podkładania ulotek w Empiku przy Nowym Świecie w latach 70. ubiegłego wieku, ulotek wystukiwanych na rozklepotanej starej maszynie do pisania. Ale to było już tak dawno. Tamten chłopak to już historia. Ja bym go poznał, on chyba mnie nie. Może szybciej poznalibyśmy się i zrozumieli z dużo wcześniejszym chłopcem, który przyjechał z mamą parowym pociągiem do Warszawy Głównej. Miałem krótkie spodenki i pamiętam świetnie nieliczne ocalałe kamienice na Ochocie i w Centrum, gdzie ciągle były wyraźnie widoczne dziury po pociskach niemieckich, czasem połowa kamienicy była zamieszkana, a z drugiej połowy zostały tylko resztki ruin. Potem poszliśmy pod ten olbrzymi Pałac Kultury z tymi brzydkimi i straszącymi młodego chłopczyka figurami muskularnych robotników. Natomiast fontanny wokół tego Pałacu były cudowne. Z siostrą i innymi dzieciakami kąpaliśmy się w nich niczym w jakimś miejskim basenie. To była moja jedyna wizyta w Warszawie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Toruniu. W bardzo krótkim czasie przenieśliśmy się w okolice Warszawy.
Potem to już nie dojeżdżałem WKD do przystanku Warszawa Ochota, ani Warszawa Centralna. Potem dolatywałem przez pół wieku samolotami z zupełnie innego kontynentu. Czterdzieści cztery lata, mickiewiczowsko to brzmi, prawda? LOL. Wszystko zresztą przez tego Mickiewicza po prawdzie. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, a już ‘Świteziankę’ czytałem. Przez mamę, bo go kochała, jak wariatka. A takiego małego brzdąca, jakim wtedy byłem, szaleństwami łatwo było omamić. No i tym tułaczem zostałem. Ale – w przeciwieństwie do Adama – Zajazdu ostatniego ani pierwszego na Litwie nie opisałem.
Więc z tych późniejszych przyjazdów zza oceanu, tych wielokrotnych krótkich powrotów, Warszawę na dorosło, dojrzale już pokochałem. To moje miasto. Bo tam właśnie były te pierwsze szalone i najważniejsze lata wczesnej młodości. Marzenia, tęsknoty, pragnienia. Co zrobię więc i gdzie pójdę na mój pierwszy spacer po tym ostatecznym powrocie?
Na pewno pójdę na swoją ławeczkę na pagórku w Parku Ujazdowskim. Stamtąd dobrze widać i jeziorko obok i z daleka mogę pomachać ręką Perseuszowi wykutemu w czarnym marmurze. Ileż tam godzin spędziłem na drugiej ławeczce, na tyłach Ambasady Francuskiej, właśnie obok tego zgrabnego Perseusza[ix]. Uśmiechał się do mnie ladaco i zaglądał przez ramię w mój notes czytając com w nim nabazgrał. Więc dla przekory nic o nim nie pisałem. Niech się dąsa na swoją Andromedę, a nie na mnie. Ci dawni Grecy, to zawsze byli tacy kombinatorzy – żony ładne mieli, a za chłopakami latali, jak psy. Nawet w czasach najdawniejszych, długo przed wszystkimi Platonami i Sokratami. Przecież Perseusz sam był prapradziadem Herkulesa, a proszę mi wierzyć, że to już bardzo dawno temu, gdy Herkules w stajniach Augiasza się za sprzątającego podnajął.
Tamtemu człowiekowi, który opuścił Polskę czterdzieści ponad lat temu zawdzięczam bardzo dużo, ale ja dzisiejszy, to już nie ten sam człowiek. Ktoś inny i gdzie indziej zmienił mnie i ukształtował silniej niż nawet tamte marzenia, tęsknoty, romanse. Ktoś w Kanadzie – mój mąż, kochanek i przyjaciel miał na mnie wpływ najsilniejszy, najtrwalszy. Przez ten związek zaznałem ból największy i szczęście niewyobrażalne. Spełnienie kompletne.
.

Jesteś królem
Jesteś Pieśnią nad Pieśniami,
jesteś w szczytach Kaukazu,
gdzie Stary Anioł z długą brodą
podał ci rękę, byś mógł
bezpiecznie zejść żlebami
do dolin zielonych,dolin
z mruczącymi ruczajami,
które wiodły do domu
Persefony, domu światła
i dobroci. Mądrości i
ciepła, które płynęło z
twych oczu, jak te kaukaskie
strumyki. Jestem tylko twoim
cieniem, twoim towarzyszem
zbierającym gałęzie do
domowego ogniska, które
będzie nas chronić przed chłodem
nocy, gdy zapuka do drzwi.
Jesteś moją tęczą. Tęczą
z wodospadów Iguazu
chłodzącą twarz i plecy od
skwaru tropikalnych nieb.
Jesteś, gdy cię nie widzę. ale
czule czuję ciągle. Ostatnią
myślą przed snem, rano pierwszym
uśmiechem Zefira brzasku.
Ja jestem administratorem,
jestem dowódcą naszych wojsk,
jestem szambelanem dworu.
Ty tylko królem. Niczym więcej.
/dzień później/
To, co napisałem nie podoba mi się. Nie oddaje nawet połowy ani korzeni tej tęsknoty do powrotu, ani jej siły. Zasadniczy powód, to pewnie fakt, że … nigdy z tej ‘Polski’ nie wyjechałem. To ‘komunistyczna’ Polska wyjechała z ,mojej Polski’. Dlatego ta ‘moja’ Polska była ze mną bez przerwy: przez Włochy, Calgary, Vancouver i Nową Szkocję w Kanadzie; przez wszystkie wyspy zaczarowane Polinezji, jej atole, muszle, pochylone nad ciepłym Pacyfikiem tak samo, jak skromne wierzby pochylały się nad rzeczkami wałęsającymi się gdzieś w piaszczystych łąkach Mazowsza. Dnia chyba nie było, bym choć przez chwilę o niej, tej szarej Polsce nie wspominał. Aż stały się duże, kolorowe, piękne, zasobne. Bo tak się przeobraziła ta moja Polska, gdy ja odwiedzałem po 1990 roku.
Ale wtedy miałem już w tym olbrzymim kraju-kontynencie, który opierał się brzegami aż o trzy oceany[i] swój nowy Dom, mój Dom. Życie, pracę, działalność społeczną, pisanie, edytowanie, redagowanie, wydawanie. I coś jeszcze, najważniejsze. Miałem przede wszystkim Jego.
On był wszystkim. Był ‘moją Polską’, ‘moją Kanadą’, ‘moim wierszem’. Był o niebo lepszym moim alter ego. Tego, o którym marzyłem w mojej wczesnej młodości w Polsce. Więc może gdy wracam do Polski, wracam też do niego? Bo wracam do źródeł tych marzeń, które później on tu, w Kanadzie zrealizował, urzeczywistnił.
Przecież nie jest w pojemniczku szarych prochów na małym cmentarzyku Stella Maris nad cieśniną św. Wawrzyńca.
Jesteś we mnie. Na zawsze. A ja z tobą. Bo przecież gdzieś się jeszcze muszę odnaleźć. Jak tylko się pozbieram, spakuję i rozpakuję, zabiorę cię na spacer do Parku Ujazdowskiego, a potem do łabędzi w Łazienkach.
(pisane dnia następnego)

Następnego dnia pojechałem z wieczora do naszego ostatniego domu w Surrey, gdzie mieszkaliśmy do czasu wyjazdu do Nowej Szkocji. Szedłem powoli wzdłuż znajomego murku, dotykałem dłonią chropowatej powierzchni białego piaskowca. Siadłem cicho na narożniku murku, tuż przy metalowej furtce do naszego ogródka. Tam często rano piliśmy pierwszą kawę, której nikt lepiej niż ty nie zaparzał. Mnie do obrządku rannej zwłaszcza kawy nie wolno się było zbliżać. LOL. Siadaliśmy potem z tą kawą w naszym ogródku, nasz ‘synek-kotek’ Babu przychodził też, robił ranny obchód ogródka, ocierał z podniesionym ogonem o nasze nogi. Potem wracał z godnością, wchodził położyć się na kanapę w saloniku visa ‘vis kominka. Czekał cierpliwie, gdy skończymy kawę i w końcu podamy wielmożnemu księciu jego śniadanie. Potem wracał powoli po schodach do naszej sypialni, która była przecież i jego sypialnią, kładł się na swoim łóżku (nam po prostu było wolno spać też w tym jego łóżku) i zasypiał. No bo kto by pomyślał, by zrywać się tak wcześnie, jak ci jego służący-tatusiowie?
Więc w tym mroku tego wieczora posiedziałem tam trochę. Posłuchałem szeptu naszej brzózki sięgającej teraz dachu. Znalazłem ją kiedyś maleńką, wyrwaną z korzeniami na jakimś śmietniku wokół domków obok. Zasadziłem, czule dbałem, gadałem z nią też. I odżyła. przetrwała i jest w swoim domu, w którym nie ma już nas. Ale ona trwa.
Babu też już nie ma. Był naszym dziecka od drobniutkiego szkraba, który mógł się na dłoni zmieścić, gdy podarowała go nam jeszcze w Burnaby w 1994 roku moja kuzynka. Był z nami dwadzieścia lat. To kawał życia. Odszedł na naszych rękach po krótkiej, ciężkiej chorobie.
Potem byłem tą noc przy mamie, przytulałem ją, gdy zasnęła zmęczona w ten ostatni sen. Dziś rozumiem, że są momenty i czas, gdy tego snu wyczekujemy, gdy jesteśmy już zmęczeni i nie mamy już niczego do obdarowania, oferowania, najbliższym.
Ty jeszcze miałeś czas długi przed sobą i masę podarunków dla wielu, gdy kładłem moją głowę przy twojej, opowiedziałem szeptem do twojego ucha naszą długą i piękną przygodę życia. Potem musiałem w końcu pozwolić na wyłączenie tych okrutnych maszyn. Moje nienasycenie, mój głód ciebie i tak stawał się tylko spełnianiem żądań zachłannego kochanka, zbyt przecież dumnego by cierpieć, a jedynie godnego darowywania życzeń. A ty po prostu chciałeś już też zasnąć. Twoje ciało było już też zmęczone. Dopiero ciche słowa neurologa i psychologa, którzy spokojnie i taktownie wyjaśnili mi, żeś umarł jeszcze przed szpitalem, w moich ramionach, zanim dojechała karetka pod dom. Więc jednak w moich ramionach, tych które znałeś, kochałeś i które kochały ciebie.
Teraz nie ma ramion dla mnie.
A może to nie jest pełna prawda, może ciągle czuje przy sobie twoje ciepłe ramiona, twoje mądre spojrzenie, twą czułość? Mój Solomonie, mój Aleksandrze, mój Gilgameszu, moja Beatrycze…
(dwa dni później)
I czy to już wszystko, co mogę powiedzieć? Czy czara się wypełniła? Chyba jednak nie, wszak w każdej pełnej czarze, gdy ją dotkniesz kilka kropel ubywa. Robi się znowu miejsce na kilka nowych. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że czara jest pełna. Tak było, jest i będzie. Tako było powiedziane przez przypadkowego boga Uta-Napiszita, który wykrzyknął w Ur mezopotamskim: znalazłem życie!
Przypadkowi bogowie, przypadkowi kochankowie, przypadkowi żałobnicy. Tylko poeci są prawdziwi, bo to wszystko zapisują, opowiadają. Tyle, że im nikt nie wierzy. A potem? Potem to i tak jest zawsze za późno.
Dziś jest ciepły wieczór jednego z późnych dni sierpniowych, koniec lata. Chciałbym by było to już moje ostatnie lato tu, w Kanadzie.
Nie mam już jej co dać, ona nie ma już nic mnie do ofiarowania. Wsiadłem w kolejkę i pojechałem do centrum Vancouveru, na moją Davie Street. Naszą cudowną, zaczarowaną Davie Street. Tu należeliśmy tylko do siebie. Nawet jeśli gdzieś, kiedyś jakaś zabawa, gra się zdarzyła, była to nasza zabawa, nasza gra.. Inni przypadkowi gracze byli tylko tym trzecim i czwartym do brydża. Ale to był tylko nasz brydż, przez całe życie. I ten dzisiejszy wieczór jest tylko nasz i tylko o nas. Ten ciepły, sierpniowy wieczór na naszej Davie z naszego Vancouveru. Uśmiecham się do tej myśli i jednocześnie łzy zbierały się pod powiekami. Bo to te same uczucie, nie ma radości i szczęścia bez bólu. Tak też ułożone. Chodzi o to, by ta radość zawsze wynagradzała każdy ból w dwójnasób. Moja wynagradzała.

[i] północną, zachodnią i wschodnią granicę Kanady wyznaczają oceany: Arktyczny, Pacyfik i Atlantyk
[i] island in the Gulf of St. Lawrence
[ii] ranchland between Calgary and foothills of Kananaskiss Country
[iii] Evangeline: A Tale of Acadie by Henry Wadsworth Longfellow – Poems | Academy of American Poets
[vi] Omar Sangare – Wikipedia, wolna encyklopedia
[vii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia




























































