Bogumił Pacak-Gamalski
Dzień był piękny, słoneczny. Myślę – pojadę do Różanego Ogrodu w Stnley Park pokłonić się tym różom. Kolejką, od Nadbrzeża Pasażerów rowerem pojechać ulubioną trasą wzdłuż Fiordu Burrard.
To i pojechałem, capką miastkapelusza się kwiatom bajecznym, jak zaczarowanym do trawy pokłoniłem. A ciepło bardzo było, tom pomyślał: pojadę wzdłuż Zagubionej Laguny na Drugą Plażę i popływam trochę. Niby nie powinienem może, bo dopiero kilka dni temu miałem atak rwy kulszowej i szlag mnie mało nie trafił, bo to nie na tą moją nogę nieco pokiereszowaną już na stałe chyba … a na tą zdrową niby, LOL. Dwa dni nim z domu mogłem się ruszyć. Ale jestem uparta cholera i na takie ‘drobiazgi’ uwagi nie zwracam zbytnio. A pływanie bardzo pomaga w rozruszaniu kulasów. No to pojechałem, popływałem kilka razy. Za plecami Stanley Park, obok basen dla dzieciarni pełen zachwyconej drobnicy ludzkiej. A na plaży obok można rower rzucić, położyć się na piasku i co jakiś czas iść do wody morskiej i z lubością pływać, nurkować. Ah, żyć najpierw a umierać potem, bez pośpiechu z tym umieraniem.
Kiedyś z przyjacielem zrobiliśmy długą trasę od Stanley Parku na rowerze aż do Science Centre. Tom sobie tą drogę przypomniał i tak rowerem w kierunku domu pojechałem. Znaczy się do Science Centre, a od tego miejsca już do New Westminster kolejką. Zadowolony. Ciało też zadowolone.




















