Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Frankfurt nad Menem we mgle smutku

Straszny smutek mnie dziś ogarnął. Nadszedł gdzieś z chmurami i mgłami jesieni i z odlotem przyjaciela na krótka wizytę do Polski. I nie ten jego odlot, nie ta wizyta w Warszawie, ale kilkugodzinny jego pobyt we Frankfurcie. Frankfurt kocham wyjątkowo. 

Sturm Und Drang[i] tam się zaczął od Goethego i Schillera, synów tego cudownego miasta. Okresu, który do dziś ma , po Renesansie, największy wpływ na charakter Polski i Polaków.  Nolens volens, i mój. Ze wszystkimi tego pozytywnymi negatywnymi konsekwencjami. Mickiewicz widział się zresztą z Goethem, choć nie była to zbyt budująca rozmowa i Goethe przyjął go początkowo chłodno, nie mniej później spotykał się z nim  w Weimarze kilkakroć. Sam Goethe był już uznanym pół-bogiem nowego kierunku i nic mu prawie mało znany poeta z Polski, której na mapie nie było, nie oferował ciekawego wedle jego początkowej opinii.

Nie o Goethem jednak ani o Mickiewiczu chcę tu pisać i nic to z moim uczuciem do Frankfurtu wspólnego nie ma – poza oczywistym faktem, że tam się wychował i urodził i miłe chwile z jego domu-muzeum opodal Klasztoru Karmelitanek wspominam. Miłe było też przesiadywanie zawsze na ławce blisko jego pomnika i blisko pomnika Schillera.

Frankfurt – poza wszelkimi i licznymi atrakcjami dla ducha i ciała (oj, tak – LOL) – to dla mnie kolebka dzisiejszej Europy Centralnej. Mojej Europy. To tu z państwa Franków (stąd nazwa) przybył Karol Wielki i rozpoczął marsz na Pomorze Przednie.  Na Połabach (dzisiejsze tereny Hamburga i Schwerinu), w dolinach Łaby (Elbe) trochę sobie wielokrotnie zęby pokruszył. W tamtym już czasie Połabianie ulegli sporej germanizacji. Z ciekawostek warto dodać, że już w czasach współczesnych ostatni Książę panujący na ziemiach niemieckich, władca Meklemburgii, był w prostej linii potomkiem właśnie Księcia i władcy Słowian połabskich. Karol Wielki tak jego zdolnościami wojskowymi był zafascynowany, że za oddanie hołdu i poddania się woli Karolinga -uznał wasalską władzę tegoż księcia słowiańskiego na ziemi połabskiej.  

Później zwiedzałem oszałamiający wręcz w przepychu pałac tych Książąt w Schwerinie . Oglądałem, to mało – w ogrodach tego parku robiliśmy sesję zdjęciową ślubu mojej córki chrzestnej.  Jakież to losy ludzkie są dziwne, zaiste.

Wracajmy do Frankfurtu jednak kochanego. Pisząc przyjacielowi, co powinien w tymże Frankfurcie zobaczyć – uderzyła mnie realizacja, że ja chyba tam już nigdy nie zawitam. Że pewnie albo tu szczeznę, albo w Polsce gdzieś, krótko po planowanym tam powrocie.  Że już w tym grodzie nad Menem szerokim nie będę chadzał śladami początków nowożytnej Europy, mojej Europy. Nie pójdę tymi szerokimi bulwarami nad tą rzeką z mamą pod rękę, tak jak chadzaliśmy tam –onegdaj zda się .

Czasem zatrzymywałem się tylko, w przelotach, na kilka godzin, czasem na noc lud dwie. Wtedy to ho, ho, poszaleć można było. Stara Hesja nie wiedziała, co to szaleństwa pókim ja tam nie zawitał, LOL.

Mama bardzo Frankfurt lubiła, byliśmy tam razem dwa lub trzy razy. Lubiła lody jeść przy Hauptwache i spacerować powoli bulwarami nad Menem. Nocowaliśmy na ogół w jednym z dwóch hotelików tuż przy Dworcu Głównym, bo były tanie i rano dawali niezłe śniadanie. Raz jeden wracając z Polski do Kanady pojechaliśmy do Frankfurtu pociągiem z Berlina tą przepiękną trasą wzdłuż wijącego się Renu, z wysokimi wzgórzami po obu stronach doliny, wieżami starych niemieckich zamków, koło Ratyzbony skąd przybyła do nas Królowa Rycheza. Potem pociąg skręcał ostro na północ i jechał do Frankfurtu.

Ale – jak zawsze ze mną – prócz szaleństw czas musiał się znaleźć na refleksje, na zachwyt jakimś brylancikiem historii, opowieścią muzyczną lub literacką.  A tych tam dużo. Choćby ta śmieszna rzecz, że Miasto Karola Wielkiego ma barwy biało-czerwone i godło … białego Orła w złotej koronie.

Więc gdym pisał przyjacielowi, jaką ulicą warto przejść … nagle sam chodziłem tymi samymi ulicami pamięci. Dziwne i smutne nieco uczucie. Uczucie-przeczucie?  Gdy bogowie rozdają karty, śmiertelnik musi się z ich wyrokiem pogodzić.

Pożegnanie

Johann Wolfgang Goethe

Niechaj oczy ci wyszepcą
Pożegnanie: wargi drżą
Cięzko, o jak ciężko rzec to…
A dojrzały przeciem mąż!

Jakiż nikły w tym momencie
Każdy uczuć jawny pąk:
Zimne – twoich warg dotknięcie
Słaby – uścisk twoich rąk

Dawniej całus… gdzieś… w pośpiechu – 
O, jak cudny był to szał!
Tak fijołki nam uciechą,
Kto jest w marcu pierwsze rwał.

Nic już nie mam do zerwania – 

Brakło kwiatów, brakło róż:
Wiosna wkoło, miła Franiu,
Dla mnie jesień… jesień już…[ii]


[i] epoka Szturmu i Naporu w kulturze europejskiej, początek romantyzmu

[ii] Pożegnanie – Johann Wolfgang Goethe

Słowa, litery, przecinki i kropki

Słowa, litery, przecinki i kropki

Zacznijmy od ogłoszenia na tablicy plakatów i obwieszczeń: ze wszelkich znaczków i znaków gramatyki interpunkcyjnej, moim najukochańszym jest wielokropek. Gdybym mógł nigdy bym zdania żadnego nie kończył, jak właśnie tak …

Miałem pisać o języku i o literach. Czyli sposobie zapisywania słów. Pozostawianie śladu po sobie, po epoce. I jakoś się to rozmyło, rozpłynęło.  Straciłem chęć kontynuowania tematu na papierze.

Nagle wiadomość o śmierci Urszuli Kozioł[i] poruszyła mnie bardziej niż się spodziewałem. Ostatecznie, gdy się tych dekad sporo nazbierało, to i do obcowania ze śmiercią i odchodzeniem poetów też można przywyknąć.  A jednak jej odejście właśnie spowodowało, że chciałem do tematu powrócić, że wydało mi się to ważne. Uświadomiło mi to, podkreśliło chwilowość wszystkiego, a na końcu nieodwracalnej samotności.

               Kozioł, Szymborska, Hartwig i muszę dodać tu koniecznie Lipską – cztery kobiety polskiej poezji jawią się w jej otwartej księdze, jak Cztery Wróżki, Pytie. Ale łagodne, ciepłe, otulone słowem Przemijania, ale i Trwania mimo. Dlatego właśnie słowa są tak ważne. Dlatego muszą być wypowiedziane, spisane. A zaczyna się zawsze od cichej rozmowy z samym sobą, gdy poeta jest twórcą i jest pierwszym słuchaczem jednocześnie. Wiersz jest przypominaniem o nietrwałości i o potrzebie pamiętania na przekór tejże. Te kobiety polskiej poezji stoją w jej otwartej księdze, jak wróżki, Pytie, ale łagodne, cieple. Otulone słowem Przemijania i Trwania mimo. A słowa są tak ważne, bo nie są skończone, nie są definicją, nie są pełnym dopowiedzeniem wszystkiego. Wszystkiego nikt nie wie.

Symptomatyczny – w tym temacie – jest tu wiersz Urszuli Kozioł ‘Bez zasięgu’ zaczynający się ni mniej ni więcej tak:

Przestałam podobać się sobie

i słowom

uciekają ode mnie

chciałabym już

nie być

prawdę mówiąc

tutaj już nie ma mnie

Słowa w przytoczonych wierszach są ich podstawą. W nich zawiera się treść pełniejsza niż w zdaniach. Aby bardziej to podkreślić można iść dalej i spostrzec, że w słowach jest sens – w literach nie ma nic. Dźwięki trudne do wypowiedzenia i zupełnie niemówiące. Tak, jakby stolarz nową nogę do krzesła porąbał na drzazgi i upierał się, że te bezużyteczne drzazgi są dalej nogą krzesła.

Szymborska w znanym i popularnym bardzo wierszu „Nic dwa razy” mówi:

Choćbyśmy uczniami byli

najtępszymi w szkole świata,

nie będziemy repetować

żadnej zimy ani lata[ii].

Wszystko to jest poniekąd zawierzeniu słowom bez uciekania się do opisowości, zawierzeniu ich mocy bezpośredniej. Mocy i – co jest tu niesłychanie ważne – nieodwracalnej prostej prawdy przekazu poetyckiego. Inne epoki innym podlegały prawom i potrzebom. Wykwintność, kwiecistość, alegoryczność opleciona wawrzynami antyku i zawieszona u szczytów Parnasu. Gdy dziś rozmawiasz z Apollem mów z nim, jak z przyjacielem o miłościach i ich zasadzkach, ale mów językiem dzisiejszym, nie antycznym. On zrozumie, ostatecznie jest bogiem.

Niemożliwość wejścia w światy nam obce, odległe, ta sama Szymborska cudownie opisała w wierszu o dwóch diametralnie innych i obcych sobie światach człowieka i kamienia:

Pukam do drzwi kamienia.

– To ja, wpuść mnie.

Nie szukam w tobie przytułku na wieczność.

Nie jestem nieszczęśliwa.

Nie jestem bezdomna.

Mój świat jest wart powrotu.

Wejdę i wyjdę z pustymi rękami.

A na dowód, że byłam prawdziwie obecna,

Nie przedstawię niczego prócz słów,

Którym nikt nie da wiary.

– nie wejdziesz – mówi kamień –

brak ci zmysłu udziału.

Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału.

Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia

Nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału.

Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu,

Ledwie jego zawiązek, wyobraźnię[iii].

               W sytuacjach wyjątkowych, chwilach wielkiej nadziei, ale i wielkiego lęku słowa nabierają innego wymiaru, potrafią być kotarą, zasłoną swoich znaczeń, zaprzeczeniem, świadomym udawaniem. Przez to ‘udawanie’ ukazują absurd świata zewnętrznego. Są, jak kartka papieru czytana w odbiciu lustrzanym. Dlaczego (oczywiście, wiemy z praw fizyki dlaczego, ale przyznaję szczerze, że nie bardzo pamiętam sam i nie przejmuje się tym faktem, wystarczy mi świadomość, że nie jest to wada mojego wzroku) widzimy siebie jakimi jesteśmy: ten sam kolor oczu, te same brwi, kolor i fryzura włosów, lub ich brak, uszy gdzie trzeba, a kartka papieru z napisanym wierszem nie da się jednak odczytać w zwierciadle życia. Chyba, chyba, że pisana prostymi słowami, nieskomplikowanymi zdaniami. Bo słowa nawet pochylone, zgarbione, wywrócone – rozpoznamy.  Zrozumiemy, co chcą nam powiedzieć. Słowa pozwalają nam zrozumieć czym jest świat i Kosmos, są naszą Magna Carta edukacji i historii.

Julia Hartwig miała jeszcze silnie zakorzenione echa skamandryckie. Bezwzględnie fakt, że urodziła się z początkiem lat 20. ubiegłego wieku nie mógł nie pozostawić w niej silnej spuścizny Skamandrytów. Zostawił na wszystkich, łącznie z tymi, którzy uwielbiali Przybosia.  Jednocześnie przez fakt, że pisała jednak już w czasach o generacje później i bardzo, bardzo długie życie biologiczne i twórcze uratowała się od powtarzania tej samej, już archaicznej poetyki. Wpływy – tak; przypisanie ‘do roli’ – nie.  Jej poetyka wywarła na mnie silny wpływ wiele lat temu, wpływ pozytywny warsztatowo i emocjonalnie.

Pisząc wiersz o wododziale rzek na nizinie amerykańskiej między Pacyfikiem a Atlantykiem ta moc indywidualnych słów, wyłuskanych z otoczek bogatych zdań jest bardzo widoczna:

/……/

Jak uczcić to jedyne miejsce

okrzykiem ciszą

Stoję na dziale wodnym

jak na grzbiecie rozkraczonego bizona

oślepionego słońcem Deszcz wód

spływa na oba jego boki

A ja

gdzie przynależę[v]

               Ewa Lipska, poetka Nowej Fali jest mi najbliższa emocjonalnie i chyba językowo z wielu oczywistych względów.  Przede wszystkim dzieli nas ledwie jedna generacja, jedna dekada. Mamy wspólną pamięć epokową, wspólne przeżycia grupowe (społeczeństwa, narodu). Operujemy językiem tej samej epoki, którym opisujemy indywidualne widzenie świata i ludzi, kosmosu.

W skromnym zeszyciku poezji wydanym w Toronto[vi], który mi wówczas podarowała jest zaskakująco adekwatny do mojego tematu wiersz o języku właśnie i jego perypetiach w krajach dyktatorskich. Jeden fragment mógłby być mottem tego eseju.

Ufryzowana mowa

ginęła w rwących potokach.

Mówiono o wymianie głosek.

Gwałtownie ustawiono zapory mównic.

Na drzewach rozwieszano megafony.

Zjeżdżały wozy pancerne

z żonglerami słów.

Ale język słabł. Opadł z sił.

Szerzyła się epidemia afazji

Co więc mają Kozioł, Lipska, Szymborska i Hartwig z tym wszystkim wspólnego, jaki klucz do ratowania słów przed zalewem nadmiaru opisowej detaliczności narzucającej jednoznaczność zbyt wąską dla ogromnej przestrzeni pojęciowej czytelnika?  Przede wszystkim odrzucają spiż tematyki i warsztatu poetyckiego. Tej rycerskiej błyszczącej zbroi i szczelnej kolczugi.  Nawet Hartwig, bardzo z filozofią judeo-chrześcijańską związana, jest de facto autorką poetyckiej dekonstrukcji tego eposu. Jej epos uczłowiecza boga-Boga. Robił to podobnie nikt inny, jak sam ksiądz Jan Twardowski.

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą

i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości

czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą.

To właśnie przez nacisk na słowa indywidualne, które nigdy nie są do końca zdefiniowane. Słowa nie są po prostu zbiorem jakichś dziwnie i obco brzmiących liter, które same w sobie nic nie znaczą. Te inne jeszcze znaczenie zawiera właśnie poezja słów. Nie zdań, nie opisów-definicji, ale słów, które nigdy nie są do końca zdefiniowane w ramce 4x5x4x5.

Naturalnie, że wiersz ma swoją konstrukcję, swoje ramy właśnie. Wszak nie może być chaotycznym wodospadem wylewanej z miski poety wody. Tyle, by nie były one kajdanami, swą przeszłą, dawno wymarłą arte pro arte. Par maximum musi z każdą epoką nabierać znaczeń adekwatnych do rozumienia człowieka i świata.

Są wartości nieprzemijalne i są wartości, które czas pozbawił tego przymiotu. Słowo musi zachować swoją czasową, współczesną adekwatność. A poetyce nic tak nie pomaga, jak utrwalenie ziemi niczyjej, przestrzeni, którą mogą wespół używać na biwakach literackiej przygody poeci i czytelnicy: woda i ląd, które bez siebie istnieć nie mogą. Obrzeże jest pojęciem idealnym, bo zakreśla wspólną przestrzeń obcych sobie światów, żywiołów. Podobnie polany pod lasem, które nie są jeszcze ani lasem, ani już łąką dziką. Coś, co nie jest do końca, niecałkowicie.  Obrzeże, pogranicze? Tak, bo jesteśmy tu chwilę tylko, moment. Jest Kosmos niczym nieograniczony, niepojęty i jest nasz osobisty, który starcza ledwie na te obrzeże, polanę. Nie ma ni czasu ni potrzeby by nazwać wszystko ‘od a do zet’. Wieże z kości słoniowej opustoszały.

Miałem pisać o swoistej ‘językologii’, ucieczce od znaczeń kropek, przecinków, od sylab, zgłosek. Ucieczce od narzędzi, które same w sobie znaczenia nie mają. Są puste, bezdźwięczne, przerywniki wypełnione ciszą. I o ile są w tym podobne do znaczenia ciszy (pauzy) w muzyce, o tyle w poezji zwłaszcza tworzą często przestrzeń eliminującą delikatna siatkę wieloznaczności, dopuszczalności interpretacyjnej.  Bo wiersz ożywa wszak naprawdę dopiero czytany przez indywidualnego odbiorcę-czytelnika, gdy zderza się z całym mikrokosmosem emocjonalnym tegoż czytelnika. Kosmosem nieprzewidywalnym przez autora. I z tego zderzenia, jak przy jakimś zderzeniu się dwu planet lub gwiazd – powstaje nowy świat, nieznany przedtem ani przez poetę, ani przez czytelnika.

Skąd znalibyśmy cudowną historię Gilgamesza i Enkidu spisaną w tych właśnie archaicznych językach Sumeru i Akadu, gdyby nie odnaleziono w ruinach Uru tychże tabliczek spisanych na długo przed Zaratustrą? Praojczyzny pierwszego systemu języka pisanego. To już nie pismo obrazkowe, to alfabet.

Piękne są formy zapisywania języków prastarych, archaicznych. Od Egiptu, przez całą Mezopotamię, Persję, po doliny Gangesu, Brahmaputry i Indusu i wreszcie do starych Chin i Dalekiego Wschodu.  Słowa nie są w nich porąbane niczym kawałek drzazgi podpałkowej jakimiś gramatycznymi kreskówkami pilnującymi by były jednoznaczne, bez wątpliwości, bez możliwości interpretacji. Przecinki, dwukropki, wielokropki, pauzy i średniki to bezwzględni strażnicy wiezienia wyobraźni. W tym świecie otoczonym fosą i murem nie ma mowy na dopuszczalność innych znaczeń, innych emocjonalnych łączy. A przecież emocje to kosmos nieogarniony i zmienny. Wartki, jak woda, a nie statyczny, jak skała. A jeśli skała to właśnie w formie ognistej lawy, płynna. Emocje to rzeczywistość niestateczna, nietrwała, ale niezbędna dla poezji, dla twórczości. Dla pełnego życia.

Pary siedzą cicho na ławkach w mroku

nadchodzącej szybkim krokiem nocy środkolata.

Przekwitły już pierwsze i drugie kwiaty wiosny,

świeżości pierwszych letnich dni. Coraz więcej

kolorowych owoców, coraz mniej płatków kwiecia.

Jest jeszcze ciepło. Pary siedzą na ławkach, spacerują

w półmroku trzymając się za ręce. Mówią coś głośno,

chcą zagłuszyć tym mówieniem lęk nadchodzącej rozłąki,

lub nie mówią nic prawie ściskają swoje ręce silniej,

wtulając się szczelniej w ramiona słodkiej chwili.

Lęk przed samotnością, przed nocą, przed jesienną słotą.

Nieusprawiedliwiony może, może nie do końca rozumiany –

ale zawsze obecny, natrętny, obok, za każdym mijanym pniem.

/B. Pacak-Gamalski, 2025/


[i] 20 lipca 2025, w wieku 94 lat

[ii] https://poezja.org/wz/Wislawa_Szymborska/106/Nic_dwa_razy

[iii] wiersz „Rozmowa z kamieniem”

[iv] https://timenote.info/en/Julia-Hartwig

[v] frag. wiersza „jak uczcić miejsce” (wyd. Sic, Warszawa, 2002)

[vi] oryginalnie w samizdacie w Warszawie przez Niezależną Oficynę Poetów i Malarzy w 1985 – ja korzystam z bibliofilskiego przedruku w ilości tylko 200 numerowanych egzemplarzy przez Master Printing. Poetka ofiarowała mi wówczas w Toronto ten egzemplarz z numerem 27. Fragment wiersza z cyklu ‘Wielkie awarie’