Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Fog in the Old City of the New World – Mgła w Starym Mieście Nowego Świata

Continuation of my walks about with a camera in hand. Picture hunting, if you will. Of course, the term ‘Old City’ is heavy with irony, but the addition of ‘New World’ adds to it some justification. I do understand that in the Old World a hundred sixty odd years is an age of a baby, young teenager at best.

In New Westminster, December brings a lot with very foggy days and some time it combines the fog coming down from the slopes of mountains with the heavy fog flowing with the Fraser River from the valley.

An evening stroll through the main street , with the X-massy decorations combined with the New Year could be very charming. Romantic or magical. That’s how I was saying goodbye to the old year.

Powyżej zdjęcia z ostatniego w Starym Roku spaceru po starym mieście, otulonym opończą mgły i świątecznych neonów. Naturalnie, w Europie ta nazwa ‘stare miasto’ by była kompletnie niestosowna, LOL. Ale w Nowym Świecie sto sześćdziesiąt lat z okładem, to rawie antyk, LOL.

Poniżej zaś już przywitanie Nowego Roku w młodszym mieście – w Vancouverze.

The next day a stroll welcoming 2026 in younger city – Vancouver. And it does look splendidly at night time with all the lights and noise of modern metropolis.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Dec. 18.25 Moodswing Cafe

Strangeness of time

I am, I’m what’s left of us.

Me broken, stooped, and slower.

Me lesser of what were us.

Still here, still trying to be.

Submerged in constant little

battles bloodless, but mortar

nonetheless – the floor as any

battlefield strew with small

partial , dismembered corpses

of me: an arm raised here,

eyes lurking impatiently,

heaving chest, dark nipples

                waiting for your lips

                or fingertips

Monday after Friday,

daylight after dusk:

all out of their order,

timeframes, expectations.

Books opened, never read

beyond few pages, with corners

bended at their upper edges.

An old clock showing time gone.

Not winded, as it would somehow

mark the transit of space.

No shadow of you in new

apartment you never lived in.

                But come and kiss my belly,

                or touch it.

***

Rain, wind, coldness.

Christmas is coming

to wet and windy city.

Why is it coming uninvited?

What should I not buy you

as a gift? What will you

not cook for me again?

Bluish cold lights of huge

electric metal irises

stare at me sitting

at Moodswing Café.

A couple sitting behind me

laugh and touch themselves.

I smile and pretend not to be

offended by their tenderness.

But I am, of course! What

right do they have to enjoyment?

I can be not understanding,

to be angry, egoistic, to be void.

After all – it is Christmas time.

The joy, the hope … o, spare me!

Yet … I am void and alone,

empty and hopeless, silenced.

But the couple, their laughter,

their touching and sparkling eyesight

                makes me remember, feel and taste

                your kiss, touch.

****

It is so much more than silence,

emptiness and want unanswered:

the eons of nibbling your earlobes,

tasting the saltiness of your skin,

erupting hunger that was fed and fulfilled.

The Tree of Love is greenish with

it’s leaves even in the deepest

of winter; in the dryness of dessert;

the bareness of Himalayan peaks.

In the Hannukhahs of Judea,

the Euprhates of Babylons,

in the Brahmaputras seeking Induses,

and Blue Niles washing Sphinxes.

It is the tiny Elbow River

at the footsteps of Kananaskis,

where I undressed you

to marble nakedness, and

made symphony in the grass.

Our Judea, our Palestine,

our Vilno and Polesie,

our Manhattan and Piraeus,

and our tiny Bragg Creek, where

I tore your coverings off you.

                Your Frederickton and my Torun;

                Chopin and Patsy Cline.


(Melriches Cafe, Dec. 26.25)

Jesteś ciągle blisko,

choć co raz dalej.

Rozmawiamy codziennie,

ale co raz krócej.

Trudno mówić o światach,

które są obce:

                mój dla ciebie,

                twój dla mnie.

A przeszłość? Przeszłość jest tam:

za tobą i za mną.

I nigdy się nie zmieni.

Nie uleci z niej jeden dzień

i nie przybędzie jej jednej minuty.

Będziesz w niej na zawsze

i ja tamten będę w niej.

Tylko ja dzisiejszy

nigdy tam nie wrócę.

Są drzwi, do których

nie ma klucza,

które nie mają klamek.

Na zawsze zamknięte.

Z tym jest mi najtrudniej

się pogodzić, oswoić, uznać.

****

Zostają słowa biegające

nerwowo, wystraszone

od ściany do ściany,

od dnia do nocy.

Krzyczą, ale nikt

im nie odpowiada.

W ciszy toną we łzie

przemienionej w ocean.

Zimny, głęboki, bezbrzeżny.

Jak tamten, tam właśnie,

gdzie zbudowałem nasz

Fort Miłości, w którego

korytarzach i komnatach

nikt nie mieszka.

Może kraby o zmroku

tam spacerują, dyskutują.

Może za dnia przysiadają

mewy zdumione lub znudzone.

                Miłość cicha, smutna

                o zmierzchu i o świcie

                w białej sukni snuje się tam.

Za dnia skrywa się zlękniona

w gęstwie rachitycznego

lasku obok, który zmaga się

z odwiecznym oceanem,

by przetrwać jeszcze jeden rok.

    Żal mi tej miłości, że nie

   nie miała czasu doczekać ciepłej

  starości w fotelu wiklinowym,

z termosem ciepłej kawy obok.

                Prowadzilibyśmy długie

                wieczorne rozmowy, grzane

                tym ciepłem, tym spokojem.

                Może byśmy układali razem

                przednocnego pasjansa?

(by B. Pack-Gamalski, Vancouver, 2025)

Pamiętajcie o beztroskim śmiechu – jest ważniejszy od poważnych twarzy

Pamiętajcie o beztroskim śmiechu – jest ważniejszy od poważnych twarzy

W centrum starego New Westminster jest, od wielu już lat, bardzo modernistyczny i nowoczesny budynek Convention Centre, zwany Anvil[i]. Miejsce spotkań: z lokalną sztuką, lokalnym rękodziełem, lokalnymi aktywistami socjalnymi.  Reasumując – miejsce spotkań sąsiadów, taki a’la ratusz minus cywilna i polityczna siatka biurokracji. Tam (City Hall) spotykają się politycy i biurokraci na niekończących się zebraniach, nasiadówkach i dyskutują, jak wydać nasze pieniądze; tu, w Anvil, spotykamy się my: mieszkańcy i robimy wystawy, potańcówki, prelekcje, przedstawienia teatralne, muzyczne. A jak Święta, to wiadomo – musi być coś wesołego, radosnego w kontraście do tej bieganiny zabójczej za jakimś beznadziejnymi i na ogół mało pożytecznymi prezentami, blichtrem, który nikomu żadnej autentycznej radości nie daje.

Kto, do takiej bezpretensjonalnej, lub może odwrotnie: pretensjonalnie tak nadętej do granic możliwości, że przez ten absurd staje się bezpretensjonalną zabawą, nadaje się najlepiej?

Tak, naturalnie – drag queens! Rzeczywistość jest dla nich absurdem pozbawionym sensu istnienia; normalność, to takie nudy, że na mdłości zbiera. Drag Queen, to de facto wolne ptaki w społeczeństwie, któremu odcięto skrzydła fantazji i wolności.

Więc wczoraj w tymże Anvil Centre Draqq Queens z New Westminster pofruwały nad nami swymi surrealistycznymi skrzydełkami, poskakały, pośpiewały i zagrały nam palcami na nosach-fujarkach.

Widziałem w swym życiu dużo lepsze drag show – ostatecznie to jest forma wysokiej sztuki scenicznej, wymaga talentu i ciężkiej pracy – ale te było, jakby ad hoc zorganizowane, nie po to by olśnić skomplikowaną choreografią i treściami a po to, by wywołać uśmiech na twarzach znużonych świąteczną bieganiną. Trochę beztroski, po prostu, zwyczajnie. Trochę dziecka w nas obudzić.

No i z radością patrzyłem właśnie na twarze stosunkowo licznej grupy dzieci, które też przyszły to widowisko oglądać – te były najszczęśliwsze i oklaski dawały najgorętsze! Być może z całego showu – to właśnie rozbawiło i rozczuliło mnie najbardziej. Ta reakcja radosna tych dzieci.

Christmas, for some, could be difficult. It is now for me. But for most it is also very tiring end of weeks of shopping and running after the best deals for presents and trying to remember about others. Sadly, most of the gifts is not really what our dear ones need. They just need us – not our wallets and boxes of more ‘stuff’. But, be as it is – we are a bit cranky and tire of it all. Time for some simple laughter, joy unpretentious, simple. Child-like perhaps?

That is exactly what the small sow of drag queens in Anvil Centre in New West offered yesterday. Not feeling particularly joyful these days – I listened to suggestion of my friend and almost forced myself to go. What a simple and very modest yet natural drag queen performance it was! Laughter, joy. Screaming to the onlookers and the world – allow yourself for some magic, for being free for few hours. By what you perhaps wanted to but were too timid, be perhaps a child again with abundance of imagination a none of the barriers we erected later as adults.

That’s what they are – the drag queens. A possibility of ‘what if?’ or ‘why not?’. And it is wonderful, liberating emotionally. But the most joy I have received from the show, was not watching the talented performers – it was the laughter and the smiles of the children, who came with their families to watch the show! So seldom they can see their adult families and friends, to be brave enough to become someone else for a moment. To imagine.


[i] Anvil Centre

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

29 listopada w Warszawie. Gdzie? No jakże gdzie? Senatorską dojdziecie od Ujazdowskich lub z drugiej strony od placu Bankowego. Taki wielki gmach z kolumnadą podwójną i rozszalałą kwadrygą na szczycie. Pędzą te konie, aż piana spada im płatami po bokach! Jak to czemu pędzą? No przecież nie mogą się spóźnić na własne podwójne urodziny! Dwieście lat i sześćdziesiąt. Te pierwsze to od narodzenia, a drugie od odrodzenia.

Melomani i muzycy pewnie już wiedzą, o czym piszę, a ściślej, o jakim budynku, o jakiej instytucji.  Innym podpowiem – o Wielkiej Instytucji, tak w wymiarze materialnym, jak i emocjonalnym, duchowym.

Teatr Wielki i Opera Narodowa.

Może nie jest w powszechnej świadomości z tego znany – a jest raczej zdecydowanie wśród muzyków i melomanów – ale warto wiedzieć, że to największy na świecie budynek/kompleks operowy. Ilość podziemnych pracowni, maszynowni i dziesiątki (pewnie setki!) pracowników przekracza normalne wyobrażenie instytucji teatralnej.

Ani wspaniała stara La Scala, ani przecudny budynek Opery Paryskiej, ikoniczna bryła Opery w Sydney, ani marzenie solistów- Metropolitan Opera w Nowym Jorku nie mogą się z warszawską Operą kubaturą mierzyć.

To tu śpiewała Ada Sara, legendarna primadonna przedwojennej Warszawki. Tu spędził swoją całą karierę, a to ewenement wśród solistów operowych i baletowych, którzy zawsze szukają nowego engagemount po całym świecie, by zwiększyć międzynarodową sławę, wielbicieli i … apanaże. A ten, choć znany i uznawany za jednego z najlepszych basów świata – uparł się, że tylko tam. Naturalnie mówię o Bernardzie Ładyszu. Jedyny polski śpiewak, który nagrał płytę z primadonną wszechczasów, Marią Callas[i]. Tutaj dyrygowali bodaj najlepsi dyrygenci naszego globu, kompozytorzy. Z tą sceną związani byli wybitni polscy kompozytorzy – gwiazdy pierwszej wielkości na muzycznym firmamencie świata: Szymanowski i Penderecki. Tu śpiewała wspaniała sopranistka Wanda Wermińska, która we wczesnej młodości scenicznej występowała w Budapeszcie u boku legendarnego Szalapina. Maria Fołtyn, w 1953 odegrała na tej scenie wielką interpretację Haliny w produkcji „Halki” Moniuszki pod dyrekcja samego Leona Schillera (1953) – lata później obwiozła tą „Halkę” po całym świecie, by ten klejnot polskiej muzyki operowej rozsławić.

Tych kilka słów, to wszak jedynie muśnięcie warstwy operowej – Opery Narodowej. Wszak ten kompleks, ta Instytucja Kultury to też Balet Narodowy, to Teatr Narodowy (teatr w tradycyjnym, nie muzycznym wymiarze literackim).

I znowu najsłynniejsze nazwiska sceny teatralnej się sypią, a wśród nich bardzo kontrowersyjna, ale i niepospolitego talentu – Adam Hanuszkiewicz. Uczył nas przez kilka dekad, że dramat narodowy (ale i dramat światowy) można interpretować zupełnie inaczej. Pokazywał ostentacyjnie ‘figę z makiem’ krytykom i publiczności stołecznej. Czasem wydaje mi się, że tak się do tej roli kontestatora przyzwyczaił, iż robił to nie zawsze z potrzeby artystycznej, a ze zwykłej przekory: mam was w …, nie chcecie to nie musicie oglądać, zostańcie zastygłymi w czasie durniami-szlabonami. Przykładem bodaj najgłośniejszym była inscenizacja narodowej ikony Romantyzmu „Balladyny” Słowackiego. Balladyna na motorze na scenie Teatru Narodowego – obrazoburcze (jak na tamte czasy)![ii]

A Balet Narodowy? No a gdzie zacząć? Od kogo? Jerzy Gruca, Stanisław Szymański, Gerard Wilk, Waldemar Wołk-Karaczewski … nazwiska się sypią z szuflad pamięci tancerzy i tancerek wspaniałych. Wielką szkodą było nie pozyskanie dla pierwszej narodowej sceny baletowej wielkiego reformatora baletu Conrada Drzewieckiego, światowej sławy choreografa. Ale lata PRL to były czasy, gdy ludzie ze sztuką nie wiele mający wspólnego często podejmowali decyzje personalne z powodów tylko dla nich zrozumiałych[iii].

Na tej zaczarowanej scenie tańczyła moja ciotka, Bożena Gadzińska-Pacak. Wiele lat później jednym z czołowych koordynatorów Baletu Teatru Wielkiego został mój znajomy z lat mojej młodości Paweł Chynowski. Kiedy się poznaliśmy był najbardziej szanowanym krytykiem muzycznym z regularną szpaltą w popularny dzienniku „Życie Warszawy” i wielu pism specjalistycznych w tym temacie w kraju i licznych publikacjach zagranicznych. Wespół z Satanowskim doprowadzili do nadania baletowi Teatru Wielkiego samodzielnej pozycji Baletu Narodowego, niezależnej od Opery i Teatru. Nie przypuszczałem wówczas, że karierę zawodową zakończy na samym szczycie choinki narodowej kultury. Z tych wspomnień wyłuskuję też poznanie w Ciechocinku legendarnej Wandy Wermińskiej (wówczas już po zakończeniu kariery śpiewaczki). Spacerowałem z babcią po ciechocińskim Parku Zdrojowym, a tu nagle jakaś korpulentna pani krzyczy: Pani Wandziu, jak miło panią zobaczyć! Okazało się, że sopranistka znała babcię od lat bardzo dawnych. A mnie udało się wówczas poprowadzić z nią bardzo długą rozmowę. Z innych znajomych związanych z tym Teatrem był znany polski kompozytor i dyrygent Henryk Czyż, który na oczątku lat 60. ubiegłego wieku dyrygował w Operze Narodowej[iv].

            Ostatni raz byłem w naszej cudownej Operze Narodowej w 2018. Wybrałem się tam z mim siostrzeńcem Damianem na fascynującą operę Verdiego „Nabucco”[v]. Grana jest tam non-stop w każdym sezonie od 1992 roku. Nie wiem jakie sceny światowe tak „Nabucco” jeszcze wstawiają – z rozmachem, przepychem godnym splendoru Babilonii Nabuchodonozora. Na scenie pojawiają się żywe konie … ze własnej stajni Teatru Wielkiego, który jest ich domem! I w specjalnej windzie tam zbudowanej, która wwozi je prosto na scenę. Cóż więcej powiedzieć można? Która opera na świecie ma własne stajnie?


[i] Bernard Ładysz – wybitny śpiewak bez formalnego wykształcenia

[ii] “Balladyna” Słowackiego, reż. Adam Hanuszkiewicz – Renard Dudley — Google Arts & Culture

[iii] Conrad Drzewiecki – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] Henryk Czyż (muzyk) – Wikipedia, wolna encyklopedia

[v] Nabucco : Teatr Wielki Opera Narodowa

Granvilles

Granvilles

In Old French ‘granville’ means simply an old village. Were to be more than just one Granville – it must be than – obviously, LOL – ‘granvilles.  Simple. Therefore I walked through and through three of them. Started from the bottom of an old, yet sadly no so much venerable anymore, Granville Street in Downtown Vancouver. It truly used to be a pleasure to walk that street in my younger years. There was everything in there: places to eat, drink, dance, and pick up fellow or girl for an evening of fun, an old opera, and symphony building. It offered entertainment for high prices, and for very moderate pockets alike. It truly was the main thoroughfare of Downtown, for girls and boys, for gay and straight.

It still is interesting, still offers a little bit of everything to everyone. But it lost its grandeur, certain elegance (mind you – not haute couture, but elegance nonetheless). If Davie is paradise for LGBTQ people, Robson for shoppers and Burrard for expensive shopping – Granville was everyone and everyone liked strolling through it. I did.  Still do, but with a bit of sadness and … anger at the City Hall for allowing it to reach such a state. We already lost the section of old Hasting Street with the vicinity of Carnegie Library and Granville is not far behind.

Next ‘granville’ on my walking escapade was the Granville Bridge. Everyone should do it once a year! It is such beautiful old bridge and very well maintained for walkers. The views of Waterfront Vancouver, the skyscrapers off the horizon of Metrotown and Brentwood are truly something to behold, similarly as the vistas of the sister Burrard Bridge, and of the English Bay and Bowen Island.  From that perspective you are reminded that Vancouver is still dear and beautiful city, regardless of all the shortcomings in the last decade.

Warszawa ma Aleje Jerozolimskie biegnące od Centrum ku Wiśłe i na most Poniatowskiego do Ronda Waszyngtona – Vancouver ma Ulicę Granville biegnąca od Centrum Vancouveru (Waterfornt przy fiordzie Burrard) na most Granville, a po drugiej stronie mostu – wysepkę Granville. Czyli są trzy Granville. Każdy ze swoim specyficznym charakterem i kolorytem. Od mostu poczynając otwierają się przepiękne widoki na zatokę Angielską (English Bay), uroczą architekturę Zachodniego Przedmieścia (West End), Stanley Park, a wszystko zamyka dość wysoka wyspa Bowen.

Po drugiej stronie mostu otwiera się widok na mała wysepkę Granville w dole. Dawniej czysto przemysłowy i mało ciekawy teren dla różnych warsztatów i fabryczek – dziś zaczarowany świat sklepików, galerii sztuk, teatrów, strumieni, hoteliku, kafejek, restauracji i świetnego targu, gdzie znajdziesz każdy towar. Cóż dziwnego, że tą właśnie nazwę wybrano – granville, czyli w starofrancuskim: gościniec.  Bo gościniec musi podróżnego kolaską dowieźć i do gospody z noclegiem i pożywieniem, i do straganów przekupek lokalnych. A zawsze gdzieś na targu znajdzie się skrzypek, śpiewak, jaką trupa cyrkowo-teatralna.

Przechodząc koło Front Theater przypomniałem występy tam samej wspaniałej warszawskiej gwiazdy teatru – Magdy Zawadzkiej. Grała tam z naszym, z Vancouveru rodem, amatorskim Teatrem Popularnym. W 2011 występował tu Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach z niesamowitą inscenizacją „Samotności pól bawełnianych” Bernarda Coltesa, o czym pisałem na łamach Instytutu Teatralnego im. Raszewskiego[i]. Szerzej o teatrze polskim w Kanadzie pisałem w szkicu historycznym w nr 5 w 2009  Rocznika Twórczości „Strumień”[ii].

A te galeryjki sztuk wizualnych, ach! Co za urocze miejsca i chwile w nich spędzone nie do zapomnienia. Tego dnia spotkałem się tam w Galerii Federacji Artystów Kanadyjskich z Aldoną Dyk, która miała tam jedną ze swoich prac w aktualnej serii wystawienniczej. Długa i świetna rozmowa z nia i jej przyjaciółka, kanadyjska malarką o malarstwie, która szybko popłynęła od warsztatu malarskiego ku teorii sztuki, i dalej na szerokie wody filozoficzno-estetyczne o jej roli w poznawaniu świata i człowieka. Wcześniej nieco wprost fantastyczna wizyta w następnej, bardzo specjalnej, galerii i warsztatach artystycznych „Arts Umbrella”[iii]. Ta galeria i programy, które oferuje, jest całkowicie poświęcona dzieciom i młodzieży artystycznej, zwłaszcza tej, która być może nie miałaby dostępu do tego rodzaju twórczego rozwoju swej osobowości i talentów. Ja byłem zaszokowany dojrzałością, głębią i szalenie silna emocjonalnością oglądanych na ich wystawie prac.


[i] Wstrząsające przeżycie teatralne | e-teatr.pl

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iii] Arts Umbrella | Arts Education in Metro Vancouver

A day the life changed

A day the life changed

You did talk to me last night, first time in a while. Yes, it was a strange night, followed by strange day. Or was it the other way around?  When you are alone, without a set schedule or watch, things do get mixed up easily. Dates especially: Mondays become Fridays, Fridays Tuesdays. So what happened to Wednesday, you ask? Who cares what happened to Wedneday, perhaps I left it on a beach, or on a bench in some park? Maybe it is still in the shower when I saw it last time I was taking a shower? What? Do I not take a shower every day? Maybe not, maybe sometime I take a bath, who cares? You really are asking way too many questions and it is my story anyway. Be quite, just listen.

No, not you, Babycake – I’m talking to my alter ego. You wouldn’t ask such stupid, mundane questions.

But the day or the night when I was still in bed, when I was sleeping, I dreamt of you, I talked to you. Have not done it in a while. I thought that you just let it go, these talks of ours across the boundaries of life and death. Thought maybe there is some allotted time that you can do that and maybe you have used it up? I don’t know. Remember? I am the one still left alive, never been consciously to the other side.

None of it is important really, anyway. I have dreamt of you in my sleep. It woke me up and there you were, next to me. No, I couldn’t see you, but you were there talking to me, you were saying something important.  You said that I have to understand that I am alone. That adjective ‘alone’ stood up as a mountain, a wall impregnable, forest too dense to walk out of it. I was getting used to be ‘alone’ in an adverb form.

Since I came back to our home, our former life here, in this city, this province, I have become very busy in many aspects: walks, friends, beaches, concerts, plans. It was just hard to go back to our home, our street. So I did it very seldom, hoping that it will allow me to function as normal as possible. And it did. Had evenings in bars, laughter, maybe a flirt or two. It seemed normal, I was spared any regrets. It was almost as I would finally get across that invisible line of Doctor Time, who heals old wounds; whose grief becomes first bearable, then transforms itself into a memory. Memory that is sad, but also happy that we did have our time, we found each other among the millions of people. As I was told many times, that it will get easier.

You think that was an expectation too easy, perhaps? I am not, after all, just a single guy ready for the picking and ready for harvesting. Is there anything wrong with it, isn’t it logical, practical?

I have reached to my writings of the early days after you were gone, to the first winter after you were gone and my constant visits to the gravesite in Pictou. Yes, that old ancestral town, where we were going to build our home, and spent the rest of our lives in that home.  We did not.

(notes from my writings after John’s passing by the end of November 2022)

Pictou

                One year. It is hard as hell. Came to Pictou to spent time on the cemetery where we put your ashes. It’s windy, very cold. Desolate place. There was no one else there, on the cemetery. I know – it is only a stone with your name on it. Yours, your parents, and your baby brother you never had a chance to know. And now, there is also your oldest brother Fraser, who was laid there just few months ago.

Cleaned around a bit, threw away old winter flowers, and fixed things. Fixed things? How to ‘fix things’? Nothing can be fixed, when everything is broken.

Yes, I know that you are not there, not under the ground. You are with me. Forever. I have engraved on that stone myself that you are forever in my memory. I looked at the letters and smiled. In my memory, really? That’s what it all came to? Our Love, our life: to be remembered? How silly words could be, when they try to describe emotions, feelings. But still hoped that many years from now, when all of us, who knew you and me, would be gone – a stranger would wander to that gravesite and he would think, that the guy who is buried there was indeed ‘non omnis moriar’, that part of him lived in that other guy’s heart. Nice thought.

You and that Love of ours are engraved not on the stone, but in my soul.

Me? I don’t remember who I was before I met you. I was just waiting. Waiting and searching for you – and I have found you.

                Now, now it is almost three years later. I am here, back to our good life on the shores of the other ocean.  Were we had home, a nest, were we had dozens of friends, people we cherished and who cherished us. Some were ours; others were exclusively yours or mine.  The two halves of Us were surprisingly very independent and strong, if only by the constant knowledge that the other half is there to make it whole.

I don’t have that knowledge anymore. The other half is gone, it is just me left. Those many people I have known, and who sought my presence are still here. Not all of them, granted. Some have left either this life (as you), or this city. But some are still here. None seem to really need me. I am not sure I need them. Of course there is some curiosity, some friendly waving of a hand: how nice to see you again, you are looking good … and so on. I thought that I would need to search for them myself, that I would want it very much. But if I’m always finding excuses and ‘important things’ that prevent me from doing it – am I really?

I have one important friend and, strangely enough, one with the shortest amount of time we spent in this city before we left for Nova Scotia.  Less than a year, I think. After my dearest nephew had to go back to Poland, but still this young and very mature nephew was my angel in the first month after John was gone. Then my niece with her husband and son came to stay with me. But he, that younger friend of mine from Vancouver, somehow helped me in the dark months after I was left alone in Halifax. The rest seemed like eternity. Eternity of being in hell, or waiting for the hell’s gates to be opened, to swallow my world. At these dark times that younger friend kept me connected to the world and people by phone. Our long conversations were instrumental of me getting the skeleton of myself back into me.

That is how I did return. To the place of Our home, our happiness. These places somehow were the strongest magnet for me. I submerged myself in going alone, for days on end, on long walks through parks, streets,  squares, building  were we lived, were my mom lived, were I was with my sisters, my nephew and niece. Places that were calling me. Yes, places, much more than people.

I think that we all have these special places, sometime in many countries, on different continents. Special places that act as an anchor on a ship of life. Where we can drop that anchor and stay safely in some magical Bay of Memories.

It is also a time to untie that line across the sides of our two separate boats: mine and the one belonging to my younger dear friend. He has journeys to make across the sea himself, his journey, not ours. That is also a part of me being alone. My boat is rusted a bit, engines are old. It will still make it though, the last long sailing, perhaps passing the Cape of Hope (not the Cape of Horn), back to original shipyard of its maiden voyage. Then I will rest.

After that rest, I will go alone on many walks to many places (some might not exist materially anymore, but will in my world) that will call me. Solitary walks. It will be like existing in two different dimensions.

One day (no, not in my sleep) perhaps suddenly, out of the blue, I will see you taking the same trail or road and walking toward me, and I will stop being alone. I do hope so. Even in a faint split second before the big Nothingness.

It is what it is. Could be silent, but even than it is not nameless.

Yet, we will not call that name today. We know what it is. Sad but proud; weeping but not hysterical. Sad but understanding; resigned but not broken.

Thinking – strangely enough – about two old movies, that made an enormous effect on me as a very young boy. One with Lamberto Maggiorani in “Bicycle Thief” [i] and incomparable Gulietta Masina in “La Strada”[ii]. Dreams and loves. Devotion and standing by your loves no matter what. Beyond the beyond.

Words. Many words.

The soft and the tense.

Words that can pierce,

be sharp but still true.

They are an umbrella

on a rainy day:

it does not bring sunshine,

does not clear the sky,

but it saves you from being wet.

Perhaps there is even a chance

that such an umbrella

will take a flight with you

to the clouds, to the skies.

It is better to be silent

than to use the thread of words

for making a garment

of lies and half-truths.

Walk silently through

the park filled with good words

where leafs whisper

the promise of a kiss and

touch of fingertips and eyelashes.

Words should never be

like grains of sand in a desert

or they will lose their meaning.

It is good to thread them

on strands of necklaces,

make earrings of them –

it makes them easily accessible,

without the need to always

use a coin for new ones.

Words, you see, are like

years and days: they are

 on very limited number.

The story lives

in your heart and soul,

not in thesauruses.

Words are the keys

to books unwritten, yet.  


(Polish vrsion – both were written simultaneously, not a translation)

Słowa. Dużo słów.

Te łagodne i te nastroszone.

Słowa, które mogą kłuć,

być ostre, ale prawdziwe.

Które leczą a nie jątrzą.

Są jak parasol w słotny dzień:

nie przynosi słońca,

nie przepędza chmur,

ale chroni przed zmoknięciem.

Jest nawet szansa, że jak

w starym filmie porwą cię

w podróż w chmury,

na spacer po niebie.

Lepiej milczeć niż szyć

z nici słów opowieść

kłamstw i fałszu.

Milczący – przechadzaj się w ciszy

parku pełnego dobrych słów.

Jak liście pod nogami szeleszczące

obietnicą pocałunku,

dotyku palców i rzęs.

Słowa nie powinny być rozrzutne,

by nie tracić swej wartości.

Warto je nizać na nitkę

naszyjników i zausznic –

masz je wtedy zawsze pod ręką,

nie musisz trwonić monety

czasu na stale inne, nowe.

Bo słów, jak lat i dni

jest ograniczona ilość.

Opowieść mieszka w sercu i duszy –

nie w tezaurusie.

Słowa to klucze do ksiąg,

jeszcze nie napisanych.


[i]Bicycle Thieves (1948) – Film Review. Italian neo-realist classic.

[ii]La Strada (1954) – IMDb

Okrutny dzień. Dzień prawdziwy

Okrutny dzień. Dzień prawdziwy

(pisane w kafejce Melriches na Davie, w Vancouverze, 18 listopada 2025)

Dziś byłem zły na Ciebie. Jeszcze jestem.

Wróciłem tu, na rzut kamieniem do naszego domu. I mogę iść tam, mogę walić w okna, krzyczeć, a nikt mi nie otworzy, nikt nie spyta, czy potrzebuję pomocy.

Z okien mojej pustej sypialni patrzę na mosty łączące brzegi wielkiej rzeki. Równie szerokiej i prawie równie ruchliwej, jak ten kanał atlantycki łączący dwa miasta w Nowej Szkocji. Tam też, po tym listopadzie okrutnym, nieludzkim, z okien naszej ostatniej wspólnej sypialni widziałem most łączący dwa brzegi: ten z naszą sypialnią, na drugim szpital, gdzie Cię żegnałem zaklęciami i łzami.

Dzień wcześniej, na kamiennej podłodze korytarza łączącego naszą sypialnię z moją pracownią-biblioteką klęczałem nad Tobą leżącym na tej podłodze. Krzyczałem też, zaklinałem usiłując ustami wepchnąć życie w Twoje ulatujące życie. Nie miałem czasu na płacz, bo każda sekunda była droga, trzeba było być uważnym, czujnym, chciałem być demiurgiem, który tchnął w Ciebie te życie odlatujące, powstrzymać je w Tobie. A tyle jeno zyskałem, żem bicie serca utrzymał nim przyjechały te karetki. I przez to mogli Cię potem do tych maszyn okrutnych podłączyć.

A Ciebie już w tym ciele zmęczonym nie było. Już byłeś wolny. Już Cię życie nie szarpało, nie gryzło, nie zadawało bólu.

Nigdy nie byłeś samolubny, myślący głównie o sobie. Nigdy – prócz tego dnia, na tej kamiennej podłodze przy naszej sypialni. A tego właśnie dnia powinieneś myśleć o mnie, nie o sobie. Tego dnia, tam, w ostatnim momencie powinieneś zdobyć się na ten wysiłek i zabrać mnie ze sobą. Musiałeś, a nie zrobiłeś tego!

          Tak – byłem silny. Ale byłem silny, bo miałem być silnym dla kogoś. A na cóż mi dziś moja siła? Zbędna, jak te powietrze, którym oddycham. I dlatego jestem zły. Nie dlatego, że Cię nie ma, skoro być przecież nie możesz. Jestem zły, że ja jestem.

∞∞∞

Po miesiącach wielu, gdy wróciłem tu, do naszego domu, naszej prowincji, zjawiłeś się kilkakroć nocą w moich snach, szeptałeś zatroskany, że nadszedł czas, że mam żyć, że dajesz mi prawo do życia znowu, że chcesz mnie widzieć korzystającym z niego, żyjącym. Sądziłem, że masz wiedzę szerszą niż moja, bo ‘stamtąd’ pochodzącą, tą wszechwiedzącą. I poszedłem za tą radą. By obudzić się którejś nocy i zreflektować, że nie, nie masz racji. Że tej wiedzy tam, gdzieś w kosmosie, nie ma. W każdym razie nie więcej niż jest tu. Bo na cóż mi twarze i dotyk kochanków młodszych o generację? Nie jestem wszak wampirem, któremu do życia potrzebna ich krew. Mnie życie po prostu nie potrzebne.  Nie potrzebni mi kochankowie, którym nic prócz fizycznego momentu nie mam do zaoferowania. Nie chcę być tym dzbanem z fatamorgany, z którego nikt nie może się napić. Nie chce być ni tym dzbanem, ni tą wodą dla spragnionych. Nie chce po prostu. To takie proste.

Nigdy, w żadnych dokumentach, w żadnych szeptach, przysięgach i pocałunkach nie wyrażałem zgody, że sobie gdzieś po prostu ulecisz, przestaniesz być sam, beze mnie. I o to jestem zły. Bogów i szatanów się nie lękam. Śmieszą mnie swym wabieniem i przestrogami.  

Tylko … widzisz i ten dzień dzisiejszy, ten zły dzień, dobiega właśnie końca. I z nim odchodzi moja złość egoistyczna, żeś mnie wówczas nie zabrał ku tej drugiej krawędzi świata. Tamten dzień okrutny i ten dzisiejszy pełen złości na Ciebie pewnie wrócą jeszcze nie raz. Ale nic, żaden kataklizm, żadne zaćmienie słońca i gwiazd nie zaćmi szczęścia z dnia, w którym znalazłem Ciebie. A szukałem przez wiele długich lat, w wielu krajach na kilku kontynentach. Za bardzo drogie klejnoty płaci się bardzo wysoką cenę.  

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

Hollow Day, Zaduszki, Dziady. Wczoraj i dziś.

W strugach deszczu nadchodzi

co roku dzień pamięci –

chwile uniesień, powodzi,

rzeki pragnień i niechęci.

Szlachetne twarze i gęby

wykrzywione, szczerbate:

szczodre kłosy i otręby,

przyjaciel razem z katem.

Trochę tu i trochę tam.

Śmiejesz się i płaczesz sam.

I takoż to jest w ten dzień powracający, jak zły szeląg i jak dobra piosenka. Nawet rymy, których doprawdy nie lubię, same siadają na bieli kartki bez zapytania. Ot tak, okrakiem i bezczelnie, niczym lokalny osiłek na zabawie wiejskiej w jakiejś remizie w zabitej dechami wsi. O! Naturalnie, że Focault język oczyszcza z naleciałości burżuazyjnej naftaliny, że Tatarkiewicz uszlachetnia mowę i pismo klasycznym pięknem prostych kolumn doryckich. Popatrz – nic to nie pomogło wszak. Posłuchaj – słyszysz Bacha, czy słyszysz wielką, hałaśliwą śmieciarę, która zabiera z podwórek opasłe pojemniki na śmieci i odpadki? Nowoczesność i postmodernizm też przegrały, też przegadały wszystko przy szklance wina, jak ich poprzednicy. Tą samą stawkę – jutro. 

Od pokoleń robimy to samo, siadamy do stolika, rozdajemy pięć kart i liczymy, że dostaniemy cztery asy. Pierwszą kartą dostaną jest As, więc podbijamy stawkę kilkakrotnie w górę. Po otrzymaniu kolejnych kart okazuje się jednak, że mamy tylko tego jednego, pierwszego asa i tylko dwie pary: ‘trójki’ i ‘szóstki’. Szanse zwycięstwa diametralnie się zmniejszyły. Ach, jesteś intelektualistą, filozofem, cóż to za gra – poker?! Ty tylko w brydża. Dobrze, graj. Skończyłeś licytację? O, gracie ‘cztery bez atu’ z partnerem! Brawo! Szkoda tylko, że partner ma tylko jednego asa i ani jednego króla … .  Szansę ciągle masz, ale doprawdy tylko minimalną, ciut, ciut ledwie.

To samo zaiste z tą poezją. Czasem rym pcha się przemożenie. Prosisz, tłumaczysz. Koniec końców chwytasz za kołnierz i wyrzucasz za drzwi, basta. A tu guzik, rym wraca przez okno!

Pewne rzeczy, uczucia same wybierają z rymem czy bez. Nie ma co kombinować nowoczesnego jazzu, gdy tylko stara fuga rzecz najprościej wyłoży. Glen Gould może ten temat lepiej wyjaśnić. Tak, tak, wiem. Gould nie żyje od wielu lat. No ale to o ten właśnie dzień chodzi. Tych, których już tylko pamiętamy. Więc tego dnia możesz z nim (żywym, czy martwym) porozmawiać.  Hollow Day, Zaduszny, Dziady – dzień pamiętania. Nie można pamiętać do przodu, tylko do tyłu. A w tyle jest zawsze masa dobrego i masa złego. Nie oszukujmy się, jeśli pamiętamy to naturalnie i te złe też pamiętamy. Rzeki pragnień i niechęci, przyjaciela razem z katem. Bo wszak czasem śmiejesz się i płaczesz sam.

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

How do you begin to write your notes about a concert that three days later you still can’t shake off the emotions you were subjected to? Almost physical blows and assaults of the music onto your soul. A music you know so well and heard numerous times! At least you thought you did … Blows delivered not by some enormous pianist, internationally acclaimed, for many years on best stages of the universe … but by a … boy pianist (of course he is an adult, but only just by a thickness of the paper a musical score is printed on)?! I still struggle to find the right ones to describe to you the experience.

Sufficient to say, it proves that there is no musical score or concert that you can just take your seat among the audience and wait for familiar, soothing experience. For bourgeoisie vanity and eloquence. And thank gods for that.

Sunday, 26 of October in Vancouver Playhouse (Queen Elizabeth Theater) concert of Tony Siqi Yun with music of Johannes Brahms (Theme and Variations in D minor, Op.18b); Robert Schumann (Theme and Variations in E-flat major, Wo0 24 or Ghost Variations); by same composer Symphonic Etudes Op.13; Ludwig van Beethoven (Sonata “Appassionata” No.23 in F minor Op. 57); and Ferruccio Busoni (Berceuse from Elegies BV 249) – of the last composer and music I will not write beyond that point. Because … in was beyond the point to have this music played in that concert, sufficient to say in my arrogant opinion. Obviously not shared by the enormously talented pianist, Tony Siqi Yun.

Thanks to YouTube portal I was able to find Tony playing exactly the same Schumann’s Etudes Op.13. That was recorded from earlier concert elsewhere. You can see the physicality and the energy – trust me, but in in Vancouver it erupted like a volcano.

Did he made any mistakes, omissions? How would I know?! There was not a single second one could pay attention to the score – the pianist consumed you wholly, not letting go for a second.

I remember only once such a wonderful confusion while listening to a pianist. That was very, very long time ago. The year 1980, X International Chopin Festival, biggest piano competition in the world. The pianist was Ivo Pogorelić from Yugoslavia (today Serbia). He was so different than other pianista that the (at that time to the extreme) very conservative Jury did not awarded him any prize (the public did). I remember being taken by Pogorelić very much. Of course a bit jealous, too, LOL – he was exactly my age! But was very glad that great pianist (former finalist of that Competition) Martha Argerich felt the same. To the chagrin of the ultra-orthodox Jan Ekiert, who like many of his generation, saw Chopin more as a monument and Polish patriotic antiquity than the true romantic boy and young man, who had nothing to do with the official portrait/gorset assigned to him.

https://ivopogorelich.com/portfolio/home/: Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver