Doprawdy nie chce się brudu dotykać i pisać o polityce. Ale jest wokół nas, dotyka brudnymi łapami, wrzeszczy, pijana bełkoce wieczorami, wszczyna burdy po wódce w barach i bramach kamienic. Zatacza się z panienkami lekkich obyczajów pod Grand Hotelem w Sopocie, pod Bristolem i Europejskim w Warszawie.
Chcąc czy nie chcąc – dotyka nas i naszego życia. Spokoju po dniu pracy lub lęku: co będzie jutro? Lęku niestety. Lęku i złości. Ile trzeba łajdactwa w sobie nazbierać, by wykorzystując niezasłużenie otrzymane funkcje i wysokie pozycje we władzach kraju, by stać się tak bezczelnym i zadufanym w sobie, by ten spokój nasz, te prawo do odpoczęcia nam niszczyć?
Kraj ma wielką wojnę na granicy od Białorusi aż po Bieszczady, zresztą Białoruś w łapach okrutnego satrapy odgrodzona od nas zasiekami z drutu kolczastego. To nie są żarty – to codzienna rzeczywistość naszych granic wschodnich.
Wielkie, okrutne wojny zapaliły się od pocisków i bombardowań szalonego Pomarańczowego Starca i zbrodniarza wojennego z Izraela: od starożytnej Persji po cały Bliski Wschód. Netanjahu ostrzelał pociskami z białym fosforem ludność cywilną wbrew prawom wojny, które zabraniają używać tej okrutnej amunicji, jeśli istnieje ryzyko, że spadnie na terenach, gdzie może być ludność cywilna. A to dokładnie zrobił ten zbrodniarz wojenny, grabarz Gazy i Palestyńczyków.
Zbrodniarze naszego świata: Putin, Netanjahu i Pomrańczowy Starzec stoją nad olbrzymią beczką prochu z zapalonymi lontami. Beczki każdego z nich kryją ładunki atomowe i jądrowe. Czy podpalą? Uważam, że nie zawahają się, jeśli dojdą w swych schorowanych mózgach do wniosku, że ich plany się chwieją i mogą paść na śmietniku historii. Czym się różnią tysiące ofiar od milionów? Niczym prócz zer. Bo taką wartość w ich umysłach ma ludzkie życie: zera.
W takim świecie, w takim zagrożeniu znajduje się Polska. Naturalnie nie tylko Polska. Ale ona też. Bezpośrednio w każdej chwili zagrożona od Putina, najmłodszego z tych trzech starców, bo tylko 73-letniego jeźdźca Apokalipsy.
I w tejże Polsce toczy się od tygodni już szalona, nienormalna wojna polityczna o rozbudowanie i wzmocnienie polskich wojsk. Za czyje pieniądze, z kogo zasługi? Za jaką cenę? Od tygodni całych, od awantur sejmowych, nienormalnych spotkań z nienormalnym prezydentem i absurdalnej argumentacji skrajnej prawicy stetryczałego Kaczyńskiego. Do tego dołączył ostatnio ten tłusty wieprz ze stanowiskiem Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wlazł po prostu nachalnie w samo centrum dyskusji politycznej o podstawowych dla państwa sprawach. Prezes Banku, nie poseł, nie minister, nie senator, nie premier. Urzędnik państwowy. Banku, który od wielu już lat każdego roku ogłasza deficyt rzędu miliardów złotych. Nagle mówi, że znajduje miliardy, które mogą być użyte na rozbudowę armii i uzbrojenie. Więc jeśli gdzieś pod tapczanem te miliardy znalazł, to zgodnie z prawem musi tą nadwyżkę przelać na budżet państwa do dyspozycji rządu. Takie jest prawo, idioto. I w dodatku możesz być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za składanie niezgodnych z prawdą raportów dla ministra finansów. Więc zaczyna się wić, jak żmija tłusta i pocić. Nagle wpada na pomysł: sprzedajmy rezerwy polskiego złota i będą pieniądze! Cudownie! Zastawimy drugą hipotekę na ten sam dom, który już ma hipotekę (owe deficyty Narodowego Banku Polskiego to właśnie ta pierwsza hipoteka). Genialny idiota, czy idiota zwyczajny? Jak to jest, że politycy bardzo prawicowi tracą mózgi i wszelką racjonalność, gdy prowadzą wojnę polityczną o władzę w państwie? Jest wszak coś, co nazywa się najzwyczajniej racją stanu. Gdzie spory polityczne nie maja prawa głosu, gdzie interes podstawowy państwa, to absolutny priorytet. Nieprzekraczalny, niedotykalny.
Otóż rząd wypracował w dyskusjach z Unią Europejska olbrzymią pożyczkę na wyjątkowo dogodnych, wieloletnich procentach ( 3%!). Bagatela, tylko 150 miliardów euro[i], lub 185 miliardów złotych. Tak, to jest pożyczka, daj wam boże jednak a takich warunkach taka pożyczkę dostać od jakiegokolwiek banku. Nawet nie na prawie 200 miliardów, ale na głupi milion – sam stanę w kolejce.
Szanowny (tak, to figura retoryczna, bo potwierdzam, że nie szanuje pana) Panie (P)rezydencie, stoimy być może w sytuacji, w jakiej Polska była między 1937 a 1939 okiem. Nie ma czasu ni miejsca na kłótnie i spory polityczne. To by się równało zdradzie narodowej. Gdyby pan prezes Narodowego Banku Polskiego znalazł legalne i konstytucyjne miliony polskich złotówek – ma pan już zapewnienie rządu, że też je zużyje na obronność Polski. Wiem, że pan nie znajdzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje, ale gdyby … Tu pieniądze mamy już teraz. Czekające, gotowe. Trzeba tylko pańskiej kontrasygnaty a odpowiednim akcie sejmowym. Proszę stanąć na wysokości zadania Zwierzchnika Polskich Sił Zbrojnych. Albo wrócić na Wybrzeże do Grand Hotelu.
Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i]. w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.
Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.
Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.
Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.
Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.
Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.
Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.
Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … . Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.
To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.
Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.
Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc – który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.
Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.
Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .
Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.
Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.
Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …
Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.
Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.
Czasem literatura, zwłaszcza ta mi już znana sprzed wielu laty, potrafi mnie nagle zaskoczyć, zatrzymać w pół kroku. Każe wrócić kilka kartek, raz jeszcze je przeczytać. I odczytać tą samą treść raz jeszcze, powoli, z zastanowieniem rosnącym we wzruszenie niepomierne.
To stało się już w końcowej fazie powieści syna wielkiego literackiego noblisty Tomasza Manna –Klausa. Zwłaszcza, ze jest to w dużej mierze powieść autobiograficzna. W autobiografii trudniej ulec wzruszeniu szczeremu. Wzruszeniu nie bibliofila, nie intelektualisty, a zwykłym człowieczym, czytelnika, który po prawdzie za powieściami od lat nie przepada. Nie oszukujmy się – mimo nielicznych prób oryginalnych – napisano już gdzieś i kiedyś, wszystko, co jest do napisania. Ktoś gdzieś, kiedyś się urodził, chodził do jakichś szkół, zakochał się, może wałczył na jakiejś wojence i na niej poległ ze zdumionym westchnieniem-pytaniem: to już? Może nie walczył, a pracował w biurze, może miał romans w tym biurze, może był odkrywcą, mordercą, filozofem, świętym nawet? Wszystko już było zapisane i opisane piórem bardziej lub mniej płodnym i wyrosłe spod talentu większego lub mniejszego. Gdyby te książki wszystkie w szeregu ustawić to, kto wie? Może nawet w Kanadzie od brzegu Atlantyku do brzegu Pacyfiku by miejsca nie starczyło? Coś na ten temat wiem, bom ją dwukrotnie od brzegu do brzegu przejechał.
A tu nagle te kilka kartek. Zapis krótki rozmowy młodego kochanka-przyjaciela do śpiącego miłośnika równie młodego. Przez to, że adresat rozmowy-wyznania śpi, przeto wyznanie szczere, pozbawione sztuczności, garniturku poprawności.
To wyznanie-opowieść byłbym i ja tym razem przeoczył, lub przeczytał pobieżnie. Ot, taki zwykły kolejny fragment powieści. A nie przeoczyłem. Bo i ja jestem od kilku lat innym człowiekiem, który sam siebie – tego nowego – odszukuje, poznaje. Wracam myślami do początków piękna wzruszonego, do delikatności i czułości niezwykłej, która w zdumieniu dotyka miłości napotkanej. Pragnie jej i boi się jej jednocześnie. Bo pamiętam teraz, że się wtedy jej bałem, mimo, że tak jej pożądałem. Bałem się by jej nie zrobić krzywdy, nie zadać bólu. I słusznie, że się tego bałem, bo teraz wspominając każdy dzień z tej wieloletniej drogi wspólnej – poznaję, że ból taki czasem zadawałem nie myśląc, że bólem być mógł. Ani ja ani on nie byliśmy doskonali, choć ja przez fakt prosty, że starszy byłem dobrych kilka lat – pewnie tego bólu zadałem więcej.
Ale ten fragment powieści-wspomnień Klausa Manna, ta rozmowa-wyznanie wróciło mnie tak silnie do pragnień wyznania tej miłości raz jeszcze. Mój Chłopiec też śpi. I choć mój się nie obudzi – mogę mu tą powieść, moimi słowami opowiedzieć. We snach stale wszak rozmowy z nim prowadzę. Więc mu tą, jako naszą opowieść, swoimi słowami opowiem.
‘Swoimi’ w cudzysłowie, bo to jednak zapis Klausa Manna, tyle, że przeze mnie na polski przetłumaczony. Przetłumaczony bardziej z myślą o uchwyceniu tej pięknej czułości słów niż sensu srickto tłumaczenia formalnego.
tłumaczenie z angielskiego frag. powieści Klausa Manna „The Pious Dance – the adventure story of a Young Man”[i]
O – powiedział Andreas – opowiem ci wiele rzeczy, wszystko, co wiem. Wydaje mi się, drogi Nielsie, że wiem o nas wszystko. Jesteśmy parą dzieci, które wbiegły w las i nie mogą się odnaleźć w drugiej stronie tego lasu. Jedno z nas ma głowę wypełniona myślami i mgłą niepewności – ale drugi ma tak piękne włosy! Zaczarowana noc wypełniona gwarem, ciągotą i brakiem pewności umiejscowienia, zakotwiczenia. Niewidoczny księżyc skryty gdzieś za czarnymi chmurami. Nawet gwiazdy zgubiły swą pewność i sens, swój nieosiągalny cel, gdy podmuchy zefiru rzucają nimi w tę i we w tę. Pewnie to światełka z pobliskiej gospody, z oddali słychać warczenie psów obwieszczających swe proste sekrety. Słychać kumkanie żab. Wołałam twe imię, które jest Ugolino[ii]. ‘Ugolino!’ – wołam w przestrzeń. Gdzieś w tej pustce może i ty wołasz moje. Słyszę twój mruczący słodko głos z oddali. Ja jestem Kaspar. Ale nasze imiona nie odnajdują się, wiatr bawi się w kotka i myszkę ich sylabami, przerzuca nimi, jak piłeczkami: spotykają się i omijają w kirze powietrza. Kaspar nie widzi cię. Ugolino, jesteś osobny, zagubiony, zanikasz w cieniach krzewów – czasem jesteś w jednym miejscu, znienacka niczym drzewo nieruchome, ale on ponownie nie może cię rozpoznać; twój drzewny spokój jest tak inny od twojej ruchliwości i on przebiega ponownie obok. Ale ty jesteś stale jego azymutem, celem – gdyby nie ty, byłby zgubiony, Ugolino. Powiem ci wszystko. Nie powinieneś tego wiedzieć, ale twoje powieki zamknął sen, więc nie zrozumiesz tego. Noce były burzliwe i niespokojne. Opowiem ci o wszystkim, co przeszedłem tamtych nocy.
§
Było cicho, jakby ten młodzieniec w łóżku spał. Miał spokojna twarz i oddychał równomiernie. Głos opowiadającego spływał po śpiącym tak delikatnie, by go nie zbudzić.
-Jesteś lepszy ode mnie, gdyż jesteś bardziej ode mnie niewinny- szeptał w jego twarz- i stąd bardziej niż ja jesteś wybrany. Teraz wiem, że spokojne usta znaczą więcej przed Bogiem niż usta mówiąc. Świątobliwy człowiek więcej niż człowiek uczony. A kochające ciało jest wartościowsze od wykształconej głowy. A tancerz wartościowszy w oczach Boga od pisarza lub malarza. I, że ty jesteś bez skazy.
§§
To, drogi Ugolino, jest mój sekret, moja słodka pieśń – to bajka mojej młodości i moich burzliwych czasów – musimy być niewinni, a nie rozważni. Być wierzącymi, ale nie dumnymi. Kochający, nie pytający. Świat jest do bycia w nim, nie do jego zrozumienia. Tylko ciało i mieszkająca w nim dusza zbliża nas do Boga, a nie rozumujący umysł. To moja pieśń, słuchałem jej za dnia, żyłem nią nocami. Nie znam innej. Nie wiem, czy potrafię wymalować tym obraz, ale gdy nadejdzie ostatnia godzina, będę mógł powiedzieć: dziękuję za to, że teraz tu jesteś, zobaczyłem wiele. Mogę jej szepnąć: dziękuję moja droga czarna godzino, żeś o mnie nie zapomniała. Ja nigdy nie zapomniałem o tobie. Ta czułość, jaką miałem dla ciebie oczyściła moje występki. Ale ciało, którym mnie obdarowałeś, ta fizyczna skorupa, którą dałeś i którą oczarowałeś przytroczyła mnie do ziemi w radości i smutku. Bo z tym, z moim ciałem, kochałem wszystkie ukochane ciała wszystkich mężczyzn. Oto, dlaczego chodzę bezlicznymi ulicami z ciekawości i pożądania, ulicami, które się dla mnie otwierają – ponieważ pożądanie i ciekawość pozostały wierne. Droga godzino: kochałem życie, jak mi nakazałaś – było piękne.
§§§
Głos mówiący do śpiącej twarzy zamilkł. Andreas skończył opowieść i wsłuchiwał się tylko w głęboki ton oddechu leżącego obok przyjaciela. W międzyczasie zapadła głęboka ciemność.
Ale w tej ciemności głos odżył ponownie, słowa niczym krople spłynęły po ciele śpiącego.
Jakie to było dziwne, – rzekł głos do ciała – jak dziwne. Zanim cię spotkałem. Jakie poplątane drogi musiałem przejść. To była tortura. Ale głos przyrzekł mi kiedyś, że znajdę światło i zrozumienie. Czy teraz je znalazłem? Czy w końcu zrozumiałem? Ale serce boi się mi odpowiedzieć.
[i] z angielskiego tłumaczenia powieści dokonanego przez Laurence’a Senelick’a
[ii] trudno być pewnym, czy Mann użył tego imienia wspominając Dantego i Virgila, którzy nawiedzają w Piekle owego średniowiecznego tragicznego brygadiera Pisy o imieniu Ugolino. (przyp.mój)
“Tristana” Tomasza Manna było mi trudno czytać. Więlokroć po jednej-dwóch kartkach odkładałem zmęczony tym, znużony. W zasadzie zły, że pisze tym mieszczańskim językiem Weimaru. Gorzej – rzekłbym językiem drobnomieszczańskim z pretensjami do mieszczańskiego. Prowincjusze udający berlińczyków. Pytałem sam siebie, po co on to pisał, co gorsze: po co opublikował? On, Mann – pisarz extraordinaire.
Nudne, jak flaki w oleju, jedno z setek pisanych wówczas, a dziś niepamiętanych przez nikogo opowiadań drobnomieszczańskich. Taki pseudo-literacki bidermajerek: kanapa niby wygodna, ale pachnąca kurzem i upudrowanym potem i herbata koloru żółtej słomki (brrrr…) w filiżankach ustawionych na wylakierowanym stoliku a’la Ludwik XIV (kiepska kopia). Wiecie, taka wizyta, gdy bierze się udział w rozmowie tylko po to, by nie zasnąć ze znudzenia. Dlatego chyba czytałem tak po dwie kartki, z cichą jednak nadzieją, że gdzieś Manna-pisarza odnajdę.
I nie pomyliłem się, nie zawiodłem, choć w niczym nie zmienia to mojej opinii o wstępie i sporej części opowiadania. Otóż nadchodzi (w końcu!) moment, gdy wysuszona z pragnień, marzeń i zdrowia (choć nie jest kobietą starą) pani Kloterjahnowa, za namową osoby bardziej jeszcze przegranej życiowo (nieudany pisarz i dość odpychający fizycznie), pana Spinella, zasiada za fortepianem. Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa i wczesnej młodości.
Fortepian, Chopin, wizja Schillera – zmienia wszystko w okamgnieniu. Wraca za sprawą muzyki do tejże młodości i szczęśliwego dzieciństwa przy boku troskliwego ojca. Ich domu rodzinnego, który był oazą dobroci i bezpieczeństwa. Czasu, gdy była szczęśliwa, radosna; do Wagnera i jego pieśni o Tristanie i Izoldzie – arturiańskiego eposu z czasów Rycerzy Okrągłego Stołu.
Wie, że nie może, nie ma prawa ni podstaw narzekać na swoje małżeństwo, na statecznego i zamożnego męża mającego mir w otoczeniu. Ale tu, teraz w tym sanatorium za namową biednego pana Spinella zasiada do swojej muzyku, którą pamiętała ze świata tamtej młodości, gdy nie nazywała się Panią Klotherjahnową. Nie, wtedy była sobą, miała swoje własne nazwisko, miała swoje własne marzenia. /…/
Więc jednak Tristan i Izolda, jednak powrót do tęsknoty, do marzeń o szczęściu, do schillerowskiego sehnsucht[i].
W dobrej literaturze na ogół zawsze gdzieś snuje się cień pytania, bez względu na zasadniczy nurt powieści lub poematu, o poszukiwanie siebie. O powrocie do dzieciństwa, do młodości i pytanie: co we mnie zostało dziś z tamtego mnie? Czy ‘zdradziłem’ siebie, czy pozostałem sobie wierny? Pamiętam tamtego, ale czy tamten by mnie dziś poznał? I nie chodzi wszak o osobę, raczej o osobowość.
Historia Frau Klotherjahn z „Tristana”[ii] Manna te pytania postawiła i przede mną. Nie tylko ta historia i nie po raz pierwszy. Nigdy nie jestem w stu procentach pewny, czy znalezione odpowiedzi były prawdziwe, lub czy były autentycznie szczere. Zakładałem, że były. Wydaje się, że kłamać sobie samemu jest bezsensowne. Ale może odpowiedzi były sentymentalnym chciejstwem, a nie logiczną i racjonalną analizą? I czy bycie jest istotne, potrzebne?
Czasem zmęczony jestem próbowaniem bycia. Znudziło mnie bycie sobą. Tyle lat już to robię. A bycie sobą wcale nie jest ani proste ani łatwe, ani niewymagające czasu. Wydaje mi się, że dla wielu to brzmi dziwnie: cóż jest prostszego od bycia sobą?! Przecież wystarczy rano wstać i już nic więcej. Nikogo nie musisz udawać, grać jakiejkolwiek roli, po prostu bądź sobą!
I zaraz wątpliwość się wślizguje w ten tok myślenia: a skąd wiesz kim jesteś? Czy jeszcze pamiętasz? Od dziecka pakują ci w głowę formułki, konwenanse, zasady, normy. Człowiekowi bardzo młodemu łatwo wpaść w tą rolę, ten algorytm. Ale czy to ty? Czy jesteś?
Immanuel Kant w swoim uczonym eseju o wiedzy, jako motto użył słów Horacego: sapere aude[i]. I jakże słusznie. Chciałby się krzyczeć na całe gardło: nie lękaj się wiedzy, bo ona cię wyzwoli!
Te zadanie i cel nauczyciela z Królewca, zadanie sposobu myślenia i poznawania świata, krzyczały i w mojej głowie, gdym wędrował po piętrach monumentalnej i pięknej Biblioteki Publicznej w Vancouverze[ii].
Biblioteki całego świata to najprawdziwsze kościoły, bazyliki, katedry ludzkości. Jedyne głoszące prawdziwe ‘słowo boże’ – wiedzę o nas i o świecie zbieraną i kolekcjonowaną od tysięcy lat. Czy jesteś osobą wierzącą, ateistą lub gnostykiem (mój ‘krzyż’, który dźwigam) – idź do nich, do tych świątyń wiedzy, a zgłębisz w tej wierze swoje przekonanie, rozumienie tej wiary. Poznasz też, przynajmniej pobieżnie, podstawy tych, którzy wątpia lub wręcz przeczą twojej dogmie. Poznasz, choćby pobieżnie znowu, innych bogów lub demiurgów, w których miliony lub setki tysięcy wierzą. A przede wszystkim poznasz lepiej siebie, nauczysz się myślenia krytycznego (czyli argumentacji pro i contra niezbędnej dla każdego swobodnego myślenia) a nie ‘myślenia chcianego’[iii]. I nagle twój krąg domniemanych wrogów i przeciwników ulegnie skurczeniu do minimum nieistotnego, bo pojmiesz, że inny punkt widzenia nie jest ‘grzechem pierworodnym’ i nie jest zaprzeczeniem totalnym twojego własnego.
Ostateczne tak naprawdę jest tylko to, że któregoś dnia się rodzimy i któregoś umieramy. Reszta jest po prostu dopuszczalna i możliwa, ale nie jest gwarantowana lub przypisana ‘odgórnie’. I wiedza jest przekazywana następnym generacjom, czyli jest kumulująca się. Aby ten proces nie był przerwany, byś mógł korzystać z tego testamentu mądrości niezbędny jest zapis tej wiedzy. Inaczej w każdym pokoleniu musielibyśmy czekać, na jakiegoś Archimedesa, który zechce się kąpać w wannie i obserwować różnice poziomu wody przed i po wejściu do tej wanny.
Literatura jest poniekąd pierwszym nauczycielem, pierwszym zbiorem tej elementarnej wiedzy o nas i o otaczającym nas świecie. Niczym więcej. To skarbnica wiedzy elementarnej, intuicyjno-emocjonalnej. Od Gilgamesza poczynając, przez historię Beatrycze, Romea i Julii i innych prototypów pragnień (lub lęków) emocjonalno-romantycznych. Nawet ta fantastyczna. Bo wyobraźnia i marzenia nie są ograniczone namacalną rzeczywistością. Są w pewnym sensie rzeczywistością augmentowaną.
Więc błagam chodźcie do bibliotek, korzystajcie z nich (OK, niech to będą nawet audiobuki – ostatecznie teatr, będący dzieckiem literatury – to wszak taki audiobuk rozpisany na wiele głosów). Ze staroświeckim upiorem podszepnę tylko: nic czytania w ciszy materialnej książki w ręku nie zastąpi, a już po pierwszym rozdziale bohaterowie opowieści mówią do ciebie swoimi własnymi głosami i niekoniecznie (?) są to przykłady choroby psychiatrycznej, LOL .
Mnie zachciało się przypomnieć cudną opowiastkę Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”. Te wakacje z młodym Tadziem, gdzieś na południu Europy. Miłość platoniczna, czysta jak anielsko zarysowany polski chłopczyk. Kiedyś (nie pamiętam gdzie publikowałem ni roku) napisałem esej o Tomaszu Mannie, o tym opowiadaniu’ i o jego synie, bardzo zdolnym i znanym też pisarzu Klausie Mannie. Jako, że nie mogłem znaleźć (w Polsce została?, którejś z przeprowadzek nie przeżyła?) pod ręką tego zbioru Manna-ojca – wybrałem się do tej wspaniałej, monumentalnej Biblioteki w Vancouverze. Książki jego syna, Tomasza, były a jakże, na parterze sumiennie miedzy literkami K i M. Ale dorobek Tomasza aż na szóstym piętrze! A tego dnia noga mi dość złośliwie dokuczała i w bibliotekach nie lubię używać wind. Wolę schody, bo wtedy mijając kolejne piętra, zaglądam z radością na półki ustawione tam z szeregami tysięcy książek. I się uspakajam – tak, ta mądrość pokoleń nie uległa zniszczeniu, znalazły dom dla siebie, schronienie. Więc cóż tam noga obalała! Są sprawy ważniejsze – książnice.
I dlatego cieszę się, że biblioteki są na ogół w gmachach solidnych, statecznych, imponujących. Tam wszak mieści się największe bogactwo całego społeczeństwa – książki.
A następnego dnia pojechałem mimo deszczu na spacer po mojej też bardzo lubianej Bibliotece w Surrey Central. Trochę, jak wielki statek, z łagodnymi falującymi poręczami, schodami. Statek, skojarzenie dziwne? Nie! To nasza Arka Noego – gdy inne, materialne bardziej wartości ulegną zniszczeniu, niech ta Arka z potopu uratuje naszą globalną mądrość i wiedzę: książki. Sapere aude.
I tyle ich noszę w serdecznej pamięci, małych i wielkich, a znaczących kiedyś w mym szukaniu prawdy o człowieku i świecie: ta warszawska na Koszykowej 26[iv], stara Biblioteka Polska w Paryżu[v], Biblioteka w POSKu londyńskim[vi], urocza mała Książnica w Pruszkowie z zakochanym w niej i w literaturze dyrektorem z fajką Grzegorzem Zegadło[vii].
No więc mieli swoje trzy kopiejki i trzy fenigi panowie Nawrocki i Tusk, LOL. To ja dodam swoje trzy grosze, nie gorsze i w dodatku polskie, nie austriackie.
Posłuchałem z uwagą waszych mów noworocznych. Jedna trochę tomtadracka, zanurzona w historycznych odniesieniach, prezydencka można by powiedzieć. Druga, rządowa, to już szarża husarska, powiedzmy pod Kilchormem. Szwed pobity, Inflanty uratowane. Sułtan turecki i Szach perski z papieżem słali gratulacje.
Tylko, że … ano, tak. Nie raz pierwszy i nie ostatni wielkie zwycięstwa nie zamieniają się w długi, zwycięski marsz ku przyszłości. Najlepszym dowodem polskiej determinacji był fakt, że nim zwycięski hetman wrócił do stolicy, blisko połowa jego armii … rozlazła się do swoich dworków, mająteczków i miasteczek.
Tak, historia ma piękne przykłady polskiego bohaterstwa na polach bitew, panie prezydencie-historyku. Niestety, poza Brygadą legionową Józefa Piłsudskiego – nikłe przykłady równie wytrwałej i skutecznej pracy politycznej i gospodarczej po zakończeniu wojny lub bitwy. Pomyśl pan o tym. Warto się na to wysilić.
Panie premierze-polityku. Rządzi pan niby dobrze i skutecznie ekonomicznie – co nader wyraźnie pan uwypuklił w mowie noworocznej – by ‘Polsce i Polakom żyło się lepiej’[i]. Wielkim jest bezmiernie pańskie zbliżenie do Unii Europejskiej i zaciśnięcie współzależności z tą europejską rodziną państw i narodów. Dużo jeszcze plusów panu można (i zasłużenie) przypisać.
Ale ja mam takie jedno, maleńkie pytanie do obu panów, prezydenta i premiera. Szczere, może nie dyplomatyczne w pełni, trochę tak jakby zależne od spraw medyczno-trawiennych.
Panie prezydencie i panie premierze: czyści się do diaska szaleju obiedli?!
Wojna za miedzą się dzieje, od lat cholera. Polacy ‘w poważaniu głębokim’ mają wasze sprzeczki, wasze weta i spory, kto ważniejszy. Na nic ta rosnąca siła ekonomiczna, gdy za rok-dwa może się okazać, że zza wyłomu szykują się pułki, regimenty tatarsko-mongolskiej hordy carstwa rosyjskiego.
Panie Nawrocki – dość tej dziecinady liberum veto i płaszcza rejtanowskiego w obronie konstytucji. Weź pań się w łeb walnij, ale skutecznie – buzdyganem hetmańskim, a nie paluszkiem. Mimo, że wyraźnie pan chce się odciąć od wszelkiej wspólności kulturowej z czerwoną ideologią – przypomnę panu wielkiego (tak, wielkiego) poetę polskiego, komunistę: Władysława Broniewskiego. Napisał kiedyś taki wierszyk, dość znany, słynny nawet. Broniewski bardzo Sanacji nie lubił. Sanacja nie lubiła Broniewskiego i dała mu nawet ‘mieszkanko’ w Berezie Kartuskiej[ii]. Gdy w 39 Niemcy napadli na Polskę 1 września, a zaraz potem hordy sowieckie najechały Polskę od wschodu, to tenże komunista-Broniewski napisał znamienny wiersz „Bagnet na broń”. Radzę przeczytać. O tym, że owszem, ‘są w ojczyźnie rachunki krzywd’, ale i o tym, że ‘obca dłoń ich też nie przekreśli’. I dalej w tym samym stylu. Stanął na wysokości zadania.
Spory polityczne, ideologiczne wobec śmiertelnego zagrożenia nie mają znaczenia. Polska i Litwa to autentyczne stare ‘przedmurze’ Europy Zachodniej. Naszej Europy kulturowo-cywilizacyjnej. Wszystkie armie każdego Suworowa i Putina będą musiały maszerować do Europy przez Nizinę Polską. Innej drogi nie ma. Nie przez Bałtyk i przez Królewiec – przez Niemen i Bug. Tamte drogi to tylko ścieżki pobrzeżne. Buciory rosyjskie potrzebują szerokiej drogi a nie ścieżyn.
Polska rośnie gospodarczo, przemysł, dochody mieszkańców. Nigdy chyba w nowoczesnej historii tak dobrze Polsce i Polakom nie było. A może być jeszcze lepiej. Może. Nie musi. Nie czas teraz na głupie spory o schedę polityczna. Teraz wy – panowie Tusk i pan Nawrocki i cała elita polityczna Polski musicie stanąć na wysokości zadania. Nie chodzi o PO, o Konfederację z koroną czy bez (ale bez rosyjskiego śmiecia od gaśnicy!), nie chodzi o starego kapcana PiS. Teraz wy musicie stanąć na wysokości zadania. Być przykładem mądrych patriotów, a nie tylko sprytnych polityków. Czy Polska musi wydawać aż tyle pieniędzy na potężną armię? Ponoć w zamyśle jedną z najpotężniejszych w Europie (poza arsenałem nuklearnym). Pytanie otwarte. Czy aż tak potężną, że złamie na lata budżet państwa? Nie wiem. Jestem pewny, że lepsi ode mnie specjaliści łatwiej na to znajdą odpowiedź i radę.
Ale wiem bez najmniejszej wątpliwości, że musimy wszelkimi i wszystkimi metodami wspierać Ukrainę. Gospodarczo, ekonomicznie i bezwzględnie militarnie. Również z butami na ziemi. Bo lepiej zgodzić się wysłać batalion do ewentualnych sił rozjemczych (tzw, eufemistycznie nazwaną “coalition of the willing”) niż walczyć armiami i dywizjami na pograniczu polsko-ukraińskim.
Ale finansowo nic nie kosztującym jest imperatyw zrozumienia, gdzie i w jakim czasie historycznym panowie prezydencie i premierze jesteście. A jesteście w stanie przedwojnia. Proste. Jest trochę bez znaczenia, który obóz ideologiczny za dwa lata wygra wybory parlamentarne. Oby się nie zdarzyło, że będzie to kompletnie bez znaczenia, gdyż w czasie działań wojennych trudno wybory organizować ….
Jako dwóch najważniejszych polityków Polski nie macie prawa popełniać błędu Rydza-Śmigłego i Becka. Musicie twardo stanąć w jednym szeregu, nie na przeciw siebie, a ze soba obok.
Nikt nie wybiera czasów historycznych, ale przyszło wam w takich żyć. Należy to brać pod uwagę.
A tak zupełnie już na uboczu, na końcu, poza bieżącymi wyzwaniami – czy tak łatwo zapomnieć długie setki lat, gdy Ukraińcy (wówczas nazywani Rusinami – nazwa i określenie ‘Ukraina, Ukraińcy” to wymysł bardzo współczesny) mieszkali pod panowaniem Korony Polskiej i byli razem z nami poddanymi jednego władcy i obywatelami jednego państwa.
Dobrego roku życzę.
[i] trochę mi to (bez złośliwości jakiejkolwiek z mojej strony, naturalnie, LOL) przypomina obietnice niejakiego pana Gierka z epoki kamienia łupanego PRL …)
[ii] ciężkie więzienie polityczne w II Rzeczypospolitej
29 listopada w Warszawie. Gdzie? No jakże gdzie? Senatorską dojdziecie od Ujazdowskich lub z drugiej strony od placu Bankowego. Taki wielki gmach z kolumnadą podwójną i rozszalałą kwadrygą na szczycie. Pędzą te konie, aż piana spada im płatami po bokach! Jak to czemu pędzą? No przecież nie mogą się spóźnić na własne podwójne urodziny! Dwieście lat i sześćdziesiąt. Te pierwsze to od narodzenia, a drugie od odrodzenia.
Melomani i muzycy pewnie już wiedzą, o czym piszę, a ściślej, o jakim budynku, o jakiej instytucji. Innym podpowiem – o Wielkiej Instytucji, tak w wymiarze materialnym, jak i emocjonalnym, duchowym.
Teatr Wielki i Opera Narodowa.
Może nie jest w powszechnej świadomości z tego znany – a jest raczej zdecydowanie wśród muzyków i melomanów – ale warto wiedzieć, że to największy na świecie budynek/kompleks operowy. Ilość podziemnych pracowni, maszynowni i dziesiątki (pewnie setki!) pracowników przekracza normalne wyobrażenie instytucji teatralnej.
Ani wspaniała stara La Scala, ani przecudny budynek Opery Paryskiej, ikoniczna bryła Opery w Sydney, ani marzenie solistów- Metropolitan Opera w Nowym Jorku nie mogą się z warszawską Operą kubaturą mierzyć.
To tu śpiewała Ada Sara, legendarna primadonna przedwojennej Warszawki. Tu spędził swoją całą karierę, a to ewenement wśród solistów operowych i baletowych, którzy zawsze szukają nowego engagemount po całym świecie, by zwiększyć międzynarodową sławę, wielbicieli i … apanaże. A ten, choć znany i uznawany za jednego z najlepszych basów świata – uparł się, że tylko tam. Naturalnie mówię o Bernardzie Ładyszu. Jedyny polski śpiewak, który nagrał płytę z primadonną wszechczasów, Marią Callas[i]. Tutaj dyrygowali bodaj najlepsi dyrygenci naszego globu, kompozytorzy. Z tą sceną związani byli wybitni polscy kompozytorzy – gwiazdy pierwszej wielkości na muzycznym firmamencie świata: Szymanowski i Penderecki. Tu śpiewała wspaniała sopranistka Wanda Wermińska, która we wczesnej młodości scenicznej występowała w Budapeszcie u boku legendarnego Szalapina. Maria Fołtyn, w 1953 odegrała na tej scenie wielką interpretację Haliny w produkcji „Halki” Moniuszki pod dyrekcja samego Leona Schillera (1953) – lata później obwiozła tą „Halkę” po całym świecie, by ten klejnot polskiej muzyki operowej rozsławić.
Tych kilka słów, to wszak jedynie muśnięcie warstwy operowej – Opery Narodowej. Wszak ten kompleks, ta Instytucja Kultury to też Balet Narodowy, to Teatr Narodowy (teatr w tradycyjnym, nie muzycznym wymiarze literackim).
I znowu najsłynniejsze nazwiska sceny teatralnej się sypią, a wśród nich bardzo kontrowersyjna, ale i niepospolitego talentu – Adam Hanuszkiewicz. Uczył nas przez kilka dekad, że dramat narodowy (ale i dramat światowy) można interpretować zupełnie inaczej. Pokazywał ostentacyjnie ‘figę z makiem’ krytykom i publiczności stołecznej. Czasem wydaje mi się, że tak się do tej roli kontestatora przyzwyczaił, iż robił to nie zawsze z potrzeby artystycznej, a ze zwykłej przekory: mam was w …, nie chcecie to nie musicie oglądać, zostańcie zastygłymi w czasie durniami-szlabonami. Przykładem bodaj najgłośniejszym była inscenizacja narodowej ikony Romantyzmu „Balladyny” Słowackiego. Balladyna na motorze na scenie Teatru Narodowego – obrazoburcze (jak na tamte czasy)![ii]
A Balet Narodowy? No a gdzie zacząć? Od kogo? Jerzy Gruca, Stanisław Szymański, Gerard Wilk, Waldemar Wołk-Karaczewski … nazwiska się sypią z szuflad pamięci tancerzy i tancerek wspaniałych. Wielką szkodą było nie pozyskanie dla pierwszej narodowej sceny baletowej wielkiego reformatora baletu Conrada Drzewieckiego, światowej sławy choreografa. Ale lata PRL to były czasy, gdy ludzie ze sztuką nie wiele mający wspólnego często podejmowali decyzje personalne z powodów tylko dla nich zrozumiałych[iii].
Na tej zaczarowanej scenie tańczyła moja ciotka, Bożena Gadzińska-Pacak. Wiele lat później jednym z czołowych koordynatorów Baletu Teatru Wielkiego został mój znajomy z lat mojej młodości Paweł Chynowski. Kiedy się poznaliśmy był najbardziej szanowanym krytykiem muzycznym z regularną szpaltą w popularny dzienniku „Życie Warszawy” i wielu pism specjalistycznych w tym temacie w kraju i licznych publikacjach zagranicznych. Wespół z Satanowskim doprowadzili do nadania baletowi Teatru Wielkiego samodzielnej pozycji Baletu Narodowego, niezależnej od Opery i Teatru. Nie przypuszczałem wówczas, że karierę zawodową zakończy na samym szczycie choinki narodowej kultury. Z tych wspomnień wyłuskuję też poznanie w Ciechocinku legendarnej Wandy Wermińskiej (wówczas już po zakończeniu kariery śpiewaczki). Spacerowałem z babcią po ciechocińskim Parku Zdrojowym, a tu nagle jakaś korpulentna pani krzyczy: Pani Wandziu, jak miło panią zobaczyć! Okazało się, że sopranistka znała babcię od lat bardzo dawnych. A mnie udało się wówczas poprowadzić z nią bardzo długą rozmowę. Z innych znajomych związanych z tym Teatrem był znany polski kompozytor i dyrygent Henryk Czyż, który na oczątku lat 60. ubiegłego wieku dyrygował w Operze Narodowej[iv].
Ostatni raz byłem w naszej cudownej Operze Narodowej w 2018. Wybrałem się tam z mim siostrzeńcem Damianem na fascynującą operę Verdiego „Nabucco”[v]. Grana jest tam non-stop w każdym sezonie od 1992 roku. Nie wiem jakie sceny światowe tak „Nabucco” jeszcze wstawiają – z rozmachem, przepychem godnym splendoru Babilonii Nabuchodonozora. Na scenie pojawiają się żywe konie … ze własnej stajni Teatru Wielkiego, który jest ich domem! I w specjalnej windzie tam zbudowanej, która wwozi je prosto na scenę. Cóż więcej powiedzieć można? Która opera na świecie ma własne stajnie?
In Old French ‘granville’ means simply an old village. Were to be more than just one Granville – it must be than – obviously, LOL – ‘granvilles. Simple. Therefore I walked through and through three of them. Started from the bottom of an old, yet sadly no so much venerable anymore, Granville Street in Downtown Vancouver. It truly used to be a pleasure to walk that street in my younger years. There was everything in there: places to eat, drink, dance, and pick up fellow or girl for an evening of fun, an old opera, and symphony building. It offered entertainment for high prices, and for very moderate pockets alike. It truly was the main thoroughfare of Downtown, for girls and boys, for gay and straight.
It still is interesting, still offers a little bit of everything to everyone. But it lost its grandeur, certain elegance (mind you – not haute couture, but elegance nonetheless). If Davie is paradise for LGBTQ people, Robson for shoppers and Burrard for expensive shopping – Granville was everyone and everyone liked strolling through it. I did. Still do, but with a bit of sadness and … anger at the City Hall for allowing it to reach such a state. We already lost the section of old Hasting Street with the vicinity of Carnegie Library and Granville is not far behind.
Next ‘granville’ on my walking escapade was the Granville Bridge. Everyone should do it once a year! It is such beautiful old bridge and very well maintained for walkers. The views of Waterfront Vancouver, the skyscrapers off the horizon of Metrotown and Brentwood are truly something to behold, similarly as the vistas of the sister Burrard Bridge, and of the English Bay and Bowen Island. From that perspective you are reminded that Vancouver is still dear and beautiful city, regardless of all the shortcomings in the last decade.
Warszawa ma Aleje Jerozolimskie biegnące od Centrum ku Wiśłe i na most Poniatowskiego do Ronda Waszyngtona – Vancouver ma Ulicę Granville biegnąca od Centrum Vancouveru (Waterfornt przy fiordzie Burrard) na most Granville, a po drugiej stronie mostu – wysepkę Granville. Czyli są trzy Granville. Każdy ze swoim specyficznym charakterem i kolorytem. Od mostu poczynając otwierają się przepiękne widoki na zatokę Angielską (English Bay), uroczą architekturę Zachodniego Przedmieścia (West End), Stanley Park, a wszystko zamyka dość wysoka wyspa Bowen.
Po drugiej stronie mostu otwiera się widok na mała wysepkę Granville w dole. Dawniej czysto przemysłowy i mało ciekawy teren dla różnych warsztatów i fabryczek – dziś zaczarowany świat sklepików, galerii sztuk, teatrów, strumieni, hoteliku, kafejek, restauracji i świetnego targu, gdzie znajdziesz każdy towar. Cóż dziwnego, że tą właśnie nazwę wybrano – granville, czyli w starofrancuskim: gościniec. Bo gościniec musi podróżnego kolaską dowieźć i do gospody z noclegiem i pożywieniem, i do straganów przekupek lokalnych. A zawsze gdzieś na targu znajdzie się skrzypek, śpiewak, jaką trupa cyrkowo-teatralna.
Przechodząc koło Front Theater przypomniałem występy tam samej wspaniałej warszawskiej gwiazdy teatru – Magdy Zawadzkiej. Grała tam z naszym, z Vancouveru rodem, amatorskim Teatrem Popularnym. W 2011 występował tu Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach z niesamowitą inscenizacją „Samotności pól bawełnianych” Bernarda Coltesa, o czym pisałem na łamach Instytutu Teatralnego im. Raszewskiego[i]. Szerzej o teatrze polskim w Kanadzie pisałem w szkicu historycznym w nr 5 w 2009 Rocznika Twórczości „Strumień”[ii].
A te galeryjki sztuk wizualnych, ach! Co za urocze miejsca i chwile w nich spędzone nie do zapomnienia. Tego dnia spotkałem się tam w Galerii Federacji Artystów Kanadyjskich z Aldoną Dyk, która miała tam jedną ze swoich prac w aktualnej serii wystawienniczej. Długa i świetna rozmowa z nia i jej przyjaciółka, kanadyjska malarką o malarstwie, która szybko popłynęła od warsztatu malarskiego ku teorii sztuki, i dalej na szerokie wody filozoficzno-estetyczne o jej roli w poznawaniu świata i człowieka. Wcześniej nieco wprost fantastyczna wizyta w następnej, bardzo specjalnej, galerii i warsztatach artystycznych „Arts Umbrella”[iii]. Ta galeria i programy, które oferuje, jest całkowicie poświęcona dzieciom i młodzieży artystycznej, zwłaszcza tej, która być może nie miałaby dostępu do tego rodzaju twórczego rozwoju swej osobowości i talentów. Ja byłem zaszokowany dojrzałością, głębią i szalenie silna emocjonalnością oglądanych na ich wystawie prac.