LEAVING – ODJAZD

The fought of going. The fought of leaving. Home? Love? Friends?

Not really – I gave it to all the subjects mentioned above all I had: my heart, my love, my cherishing of all of the things and all the people, the places that makes up this country – Canada.

Now the country has nothing more to offer to me, to give. It already did. Besides, it is just a half of me that’s leaving; the other half stays here forever. With him.

My dear Canada, I’m leaving with you the ashes of that other half of me: my Love Eternal, my John.

                On a little hill in Pictou is a sadly-sweet old cemetery, with his parents, his brother.  The cemetery, where I know the names of half of those buried there. Some are very old, ancient almost, with names of his cousins, grandparents, aunts and great aunts. Some of them I met decades ago, like great-aunt Theresa on the French, Cormier side, who was born on French speaking Les Îles-de-la-Madeleine[i]. The one, who visited your parents back in Priddis[ii] in the 1990’s and gave me the beautiful old book of the story of Evangeline[iii], her expulsion with thousands of other Acadians from Nova Scotia to the swamps of Louisiana, who gave Louisiana their ‘cajun’ character and French Quarters of New Orleans with its Cajuns/Creole[iv] language. Many years later, when I lived in Dartmouth in Nova Scotia, I have followed the trails of that expulsion, their towns, Catholic churches. I followed the entire Trail of Evangeline and her tragic return to Nova Scotia from Louisiana to her dying lover. Henry Longfellow wrote this famous long poem apparently under the spell of famous epic poem by Mickiewicz “Pan Tadeusz” (Sir Thaddeus)[v]. Sadly, Longfellow did not possess literary genius of Mickiewicz – but if he didn’t write it, I would have never known the story of Evangeline. Tragic and beautiful, and it is a testament of very important history of Nova Scotia and later entire Canada and the beginning of the long love-hate affair between the British and the French. Still very much alive, and treacherous as ever.

So, back on that little cemetery in Pictou, I have left your ashes in the familial embrace of generations of your family buried there. Part of my heart is buried there, too. That part will never leave my Canada, and will stay there till end of times. As the description I left on that gravestone (forever in my heart) will be the non omnis moriar of our Love in times, when no one will remember you or me. Just as I have build that Monument to Love from heavy rocks and dead tree brought to that deserted and secluded beach in Lower East Chezetcook. I have spent on this wild beach many days on end – just me and our Love. No names, just Love. Therefore it could be anyone’s love, as it should have been. Love belonging to those who had her, who lost her, and those who seek her. The only reason to simply ‘be’ that I had. The only thought, that I dreamt of, the only desire – and I had it here, in Canada: my Home, my country.

Now she has nothing to give, to grant me.

I’m going back to an older, original home. Across an ocean that I grew so fond of in Nova Scotia, to the old place, a place where my dreams and desires stronger than just my sheer will to live, begun. Place, where I still might catch the fleeting glimpse of that boy.  Will I? I don’t know.

But I do know I owe it to the old country. Maybe there I will still recognize things that I can give to the old meadows, rivers, towns and cities, the tiny Baltic Sea? Maybe.


Idę Marszałkowską do Placu Konstytucji. Znajoma kawiarenka po lewej stronie. Stoliki na zewnątrz, ale ja idę na ulubione pięterko i siadam na szerokim parapecie okiennym. Nikt mnie tu nie zna i nawet gdyby ktoś, kogo znałem by się tu pojawił pewnie ani on/ona ani ja nie rozpoznalibyśmy się. Tak mi się wydaje, choć  kto wie? Ludzie aż tak się nie zmieniają, zwłaszcza dorośli. Jest możliwe, że bym nie poznał jednak dalszego znajomego z lat jeszcze 70. i 80. poprzedniego stulecia. Tak po prawdzie nie pamiętam, nawet czy to było na Konstytucji czy kawiarnia ‘Charlotte’ na placu Zbawiciela? Ale jak wejdę, to rozpoznam bez wątpienia. Było też fajne miejsce na Brackiej, kafejka ‘Między nami’. To szczególnie lubiłem już w ostatnim 10-leciu. Miałem tam miłe spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata literatury i sztuki. Czasem zaskakujące i nieprzewidziane, jak choćby te ze wspaniałym Omarem Sangare[vi] – aktorem, poetą, akademikiem i organizatorem słynnej Sceny i Festiwalu Jednego Aktora United Solo na Theatre Row (obok Broadwayu) w centrum Nowego Jorku. Poznaliśmy się bodaj sto lat temu na jego prezentacji własnej sztuki „Krytyk teatralny” podczas wizyty w Vancouverze. O ile pamięć mnie nie myli było to chyba na scenach Centrum Kultury Żydowskiej koło Oak Street (może jednak w teatrze na Granville Island? nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać). Bardzo mi przypadł do serca. Po latach odnowiliśmy znajomość właśnie w Nowym Jorku. W międzyczasie opublikowałem w moim roczniku artystycznym[vii] odpowiednio przykrojoną do potrzeb publikacji, jego pracę magisterską na temat … Otella szekspirowskiego. A, przypomnę tylko, że Omar Sangare to z krwi i kości polski 100% czarnoskóry aktor, urodzony w Stalowej Woli. Tata jego pochodził zaś z Afryki, a w Polsce studiował. Otóż podczas mojej wizyty w Warszawie i on tam wrócił, zdaje się miał występować gościnnie w Teatrze Syrena. Chyba tam się właśnie przypadkowo spotkaliśmy. Ja zdaje się wychodziłem ze spotkania w polskim MSZecie (te ministerstwo jest zadziwiająco blisko … Trybunału Konstytucyjnego, LOL), a on wychodził z “Syreny” i prawie na siebie wpadliśmy. Umówiliśmy się naturalnie w tej uroczej kawiarence na Brackiej. Dużo opowiadań, wspomnień. Innym razem spotkałem się tam z dziennikarzem i pisarzem Krzysztofem Tomasikiem[viii] – ciekawą postacią, zajmującym się historią znanych osób z kręgów LGBTQ. Naturalnie miał masę pytań bardzo konkretnych, ale nie na wszystkie chciałem odpowiedzieć. Zwłaszcza o osobach z bardzo wysokiej i publicznej ‘półki’ kultury polskiej. Niektóre z tych osób pełniły bardzo wysokie oficjalne funkcje w znanych przybytkach sztuki, a publicznie same comnig-outu nie dokonały. On uważał, że powinienem, bo oni sami ‘nam to winni’. Ja mówiłem, że ‘ja’ to nie ‘’my’ i sytuacja każdego człowieka jest inna. Zawsze jestem i byłem przeciwny outowania kogoś bez zgody tej osoby. Ale Tomasika szczerze szanuję, bo to wyjątkowo zasłużony historyk, badacz i publicysta spraw związanych z historią osób i środowiska LGBTQ+ w Polsce. Moje ukłony dla niego.

Oczywiście zaraz obok była bardzo długo, (zdaje się już nie istniejąca), słynna kawiarnia ‘Alhambra’, gdzie podawano cudowną kawę ‘po turecku’ i było to jedyne znane i popularne miejsce schadzek gejów warszawskich, kiedy słowa ‘gej’ jeszcze nie było w polskim słowniku ani slangu. To były czasy mojej wczesnej młodości i pierwszy lokal, gdzie wchodziłem i siadałem za stolikiem z jedną ‘małą czarną’, którą niemiłosiernie długo piłem (na zamówienie drugiej nie było mnie stać przecież!). Tutaj kilka razy widziałem i z wielką czułością obserwowałem kultową postać polskiego baletu i już ciszej warszawskiego światka gejowskiego – kochaną, uwielbianą ‘Stasię’: pana Stanisława Szymańskiego, pierwszego solistę Baletu Opery Warszawskiej. To był tancerz par excellence – on żył baletem i oddał mu wszystko. Przez sam fakt, że w tamtych czasach był często pokazywany w TV polskiej – uwielbiany był przez masy Polaków w całym kraju. Jakkolwiek widziałem potem wielu technicznie po prostu fenomenalnych tancerzy  ze światowych scen  – nikt nie wydawał się żyć tak tańcem, jak wtedy Szymański. Dla nas był bogiem sceny, Apollem, który dla widza zszedł z Olimpu i tańczył dla nas, oczarowanych.  I ja, młodziutki chłopak, szczeniak mogłem kilka razy obserwować tego Apolliona właśnie w tej ‘Alhambrze’. Wydaje mi się, że kilka razy się do mnie smutno, ale miło jednak, uśmiechnął.  Do ‘Alhambry’ wszak raczej nie wrócę, bo nie mam umiejętności cofania czasu, ale na Bracką na pewno. Może jakąś inną cafe-dziupelkę też poznam nową, tej na Brackiej jednak nie zostawię.

Oczywiście mam pamięć Warszawy innej, wcześniej o wiele, wiele lat. Warszawy chłopca, potem młodzieńca: ‘Solidarności’, podkładania ulotek w Empiku przy Nowym Świecie w latach 70. ubiegłego wieku, ulotek wystukiwanych na rozklepotanej starej maszynie do pisania. Ale to było już tak dawno. Tamten chłopak to już historia. Ja bym go poznał, on chyba mnie nie. Może szybciej poznalibyśmy się i zrozumieli z dużo wcześniejszym chłopcem, który przyjechał z mamą parowym pociągiem do Warszawy Głównej. Miałem krótkie spodenki i pamiętam świetnie nieliczne ocalałe kamienice na Ochocie i w Centrum, gdzie ciągle były wyraźnie widoczne dziury po pociskach niemieckich, czasem połowa kamienicy była zamieszkana, a z drugiej połowy zostały tylko resztki ruin. Potem poszliśmy pod ten olbrzymi Pałac Kultury z tymi brzydkimi i straszącymi młodego chłopczyka figurami muskularnych robotników. Natomiast fontanny wokół tego Pałacu były cudowne. Z siostrą i innymi dzieciakami kąpaliśmy się w nich niczym w jakimś miejskim basenie. To była moja jedyna wizyta w Warszawie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Toruniu. W bardzo krótkim czasie przenieśliśmy się w okolice Warszawy.

Potem to już nie dojeżdżałem WKD do przystanku Warszawa Ochota, ani  Warszawa Centralna. Potem dolatywałem przez pół wieku samolotami z zupełnie innego kontynentu. Czterdzieści cztery lata, mickiewiczowsko to brzmi, prawda? LOL. Wszystko zresztą przez tego Mickiewicza po prawdzie. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, a już ‘Świteziankę’ czytałem. Przez mamę, bo go kochała, jak wariatka. A takiego małego brzdąca, jakim wtedy byłem, szaleństwami łatwo było omamić. No i tym tułaczem zostałem. Ale – w przeciwieństwie do Adama – Zajazdu ostatniego ani pierwszego na Litwie nie opisałem.

Więc z tych późniejszych przyjazdów zza oceanu, tych wielokrotnych krótkich powrotów, Warszawę na dorosło, dojrzale już pokochałem. To moje miasto. Bo tam właśnie były te pierwsze szalone i najważniejsze lata wczesnej młodości. Marzenia, tęsknoty, pragnienia. Co zrobię więc i gdzie pójdę na mój pierwszy spacer po tym ostatecznym powrocie?  

Na pewno pójdę na swoją ławeczkę na pagórku w Parku Ujazdowskim. Stamtąd dobrze widać i jeziorko obok i z daleka mogę pomachać ręką Perseuszowi wykutemu w czarnym marmurze. Ileż tam godzin spędziłem na drugiej ławeczce, na tyłach Ambasady Francuskiej, właśnie obok tego zgrabnego Perseusza[ix]. Uśmiechał się do mnie ladaco i zaglądał przez ramię w mój notes czytając com w nim nabazgrał. Więc dla przekory nic o nim nie pisałem. Niech się dąsa na swoją Andromedę, a nie na mnie. Ci dawni Grecy, to zawsze byli tacy kombinatorzy – żony ładne mieli, a za chłopakami latali, jak psy. Nawet w czasach najdawniejszych, długo przed wszystkimi Platonami i Sokratami. Przecież Perseusz sam był prapradziadem Herkulesa, a proszę mi wierzyć, że to już bardzo dawno temu, gdy Herkules w stajniach Augiasza się za sprzątającego podnajął.

Tamtemu człowiekowi, który opuścił Polskę czterdzieści ponad lat temu zawdzięczam bardzo dużo, ale ja dzisiejszy, to już nie ten sam człowiek. Ktoś inny i gdzie indziej zmienił mnie i ukształtował silniej niż nawet tamte marzenia, tęsknoty, romanse. Ktoś w Kanadzie – mój mąż, kochanek i przyjaciel miał na mnie wpływ najsilniejszy, najtrwalszy. Przez ten związek zaznałem ból największy i szczęście niewyobrażalne. Spełnienie kompletne.

.  

Jesteś królem

Jesteś Pieśnią nad Pieśniami,

jesteś w szczytach Kaukazu,

gdzie Stary Anioł z długą brodą

podał ci rękę, byś mógł

bezpiecznie zejść żlebami

do dolin zielonych,dolin

z mruczącymi ruczajami,

które wiodły do domu

Persefony, domu światła

 i dobroci. Mądrości i

 ciepła, które płynęło z

twych oczu, jak te kaukaskie

strumyki. Jestem tylko twoim

cieniem, twoim towarzyszem

zbierającym gałęzie do

domowego ogniska, które

będzie nas chronić przed chłodem

nocy, gdy zapuka do drzwi.

Jesteś moją tęczą. Tęczą

 z wodospadów Iguazu

chłodzącą twarz i plecy od

skwaru tropikalnych nieb.

Jesteś, gdy cię nie widzę. ale

czule czuję ciągle. Ostatnią

myślą przed snem, rano pierwszym

uśmiechem Zefira brzasku.

Ja jestem administratorem,

jestem dowódcą naszych wojsk,

jestem szambelanem dworu.

Ty tylko królem. Niczym więcej.

/dzień później/

To, co napisałem nie podoba mi się. Nie oddaje nawet połowy ani korzeni tej tęsknoty do powrotu, ani jej siły. Zasadniczy powód, to pewnie fakt, że … nigdy z tej ‘Polski’ nie wyjechałem. To ‘komunistyczna’ Polska wyjechała z ,mojej Polski’. Dlatego ta ‘moja’ Polska była ze mną bez przerwy: przez Włochy, Calgary, Vancouver i Nową Szkocję w Kanadzie; przez wszystkie wyspy zaczarowane Polinezji, jej atole, muszle, pochylone nad ciepłym Pacyfikiem tak samo, jak skromne wierzby pochylały się nad rzeczkami wałęsającymi się gdzieś w piaszczystych łąkach Mazowsza. Dnia chyba nie było, bym choć przez chwilę o niej, tej szarej Polsce nie wspominał. Aż stały się duże, kolorowe, piękne, zasobne. Bo tak się przeobraziła ta moja Polska, gdy ja odwiedzałem po 1990 roku.

Ale wtedy miałem już w tym olbrzymim kraju-kontynencie, który opierał się brzegami aż o trzy oceany[i] swój nowy Dom, mój Dom. Życie, pracę, działalność społeczną, pisanie, edytowanie, redagowanie, wydawanie. I coś jeszcze, najważniejsze. Miałem przede wszystkim Jego.

On był wszystkim. Był ‘moją Polską’, ‘moją Kanadą’, ‘moim wierszem’. Był o niebo lepszym moim alter ego. Tego, o którym marzyłem w mojej wczesnej młodości w Polsce. Więc może gdy wracam do Polski, wracam też do niego? Bo wracam do źródeł tych marzeń, które później on tu, w Kanadzie zrealizował, urzeczywistnił.

Przecież nie jest w pojemniczku szarych prochów na małym cmentarzyku Stella Maris nad cieśniną św. Wawrzyńca.

Jesteś we mnie. Na zawsze. A ja z tobą. Bo przecież gdzieś się jeszcze muszę odnaleźć. Jak tylko się pozbieram, spakuję i rozpakuję, zabiorę cię na spacer do Parku Ujazdowskiego, a potem do łabędzi w Łazienkach.

(pisane dnia następnego)

Następnego dnia pojechałem z wieczora do naszego ostatniego domu w Surrey, gdzie mieszkaliśmy do czasu wyjazdu do Nowej Szkocji. Szedłem powoli wzdłuż znajomego murku, dotykałem dłonią chropowatej powierzchni białego piaskowca. Siadłem cicho na narożniku murku, tuż przy metalowej furtce do naszego ogródka. Tam często rano piliśmy pierwszą kawę, której nikt lepiej niż ty nie zaparzał. Mnie do obrządku rannej zwłaszcza kawy nie wolno się było zbliżać. LOL. Siadaliśmy potem z tą kawą w naszym ogródku, nasz ‘synek-kotek’ Babu przychodził też, robił ranny obchód ogródka, ocierał z podniesionym ogonem o nasze nogi. Potem wracał z godnością, wchodził położyć się na kanapę w saloniku visa ‘vis kominka. Czekał cierpliwie, gdy skończymy kawę i w końcu podamy wielmożnemu księciu jego śniadanie. Potem wracał powoli po schodach do naszej sypialni, która była przecież i jego sypialnią, kładł się na swoim łóżku (nam po prostu było wolno spać też w tym jego łóżku) i zasypiał. No bo kto by pomyślał, by zrywać się tak wcześnie, jak ci jego służący-tatusiowie?

Więc w tym mroku tego wieczora posiedziałem tam trochę. Posłuchałem szeptu naszej brzózki sięgającej teraz dachu. Znalazłem ją kiedyś maleńką, wyrwaną z korzeniami na jakimś śmietniku wokół domków obok. Zasadziłem, czule dbałem, gadałem z nią też. I odżyła. przetrwała i jest w swoim domu, w którym nie ma już nas. Ale ona trwa.

Babu też już nie ma. Był naszym dziecka od drobniutkiego szkraba, który mógł się na dłoni zmieścić, gdy podarowała go nam jeszcze w Burnaby w 1994 roku moja kuzynka. Był z nami dwadzieścia lat. To kawał życia. Odszedł na naszych rękach po krótkiej, ciężkiej chorobie.

Potem byłem tą noc przy mamie, przytulałem ją, gdy zasnęła zmęczona w ten ostatni sen. Dziś rozumiem, że są momenty i czas, gdy tego snu wyczekujemy, gdy jesteśmy już zmęczeni i nie mamy już niczego do obdarowania, oferowania, najbliższym.

Ty jeszcze miałeś czas długi przed sobą i masę podarunków dla wielu, gdy kładłem moją głowę przy twojej, opowiedziałem szeptem do twojego ucha naszą długą i piękną przygodę życia. Potem musiałem w końcu pozwolić na wyłączenie tych okrutnych maszyn. Moje nienasycenie, mój głód ciebie i tak stawał się tylko spełnianiem żądań zachłannego kochanka, zbyt przecież dumnego by cierpieć, a jedynie godnego darowywania życzeń. A ty po prostu chciałeś już też zasnąć. Twoje ciało było już też zmęczone. Dopiero ciche słowa neurologa i psychologa, którzy spokojnie i taktownie wyjaśnili mi, żeś umarł jeszcze przed szpitalem, w moich ramionach, zanim dojechała karetka pod dom. Więc jednak w moich ramionach, tych które znałeś, kochałeś i które kochały ciebie.

Teraz nie ma ramion dla mnie.

A może to nie jest pełna prawda, może ciągle czuje przy sobie twoje ciepłe ramiona, twoje mądre spojrzenie, twą czułość? Mój Solomonie, mój Aleksandrze, mój Gilgameszu, moja Beatrycze…

(dwa dni później)

I czy to już wszystko, co mogę powiedzieć? Czy czara się wypełniła? Chyba jednak nie, wszak w każdej pełnej czarze, gdy ją dotkniesz kilka kropel ubywa. Robi się znowu miejsce na kilka nowych. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że czara jest pełna. Tak było, jest i będzie. Tako było powiedziane przez przypadkowego boga Uta-Napiszita, który wykrzyknął w Ur mezopotamskim: znalazłem życie!

Przypadkowi bogowie, przypadkowi kochankowie, przypadkowi żałobnicy. Tylko poeci są prawdziwi, bo to wszystko zapisują, opowiadają. Tyle, że im nikt nie wierzy. A potem? Potem to i tak jest zawsze za późno.

Dziś jest ciepły wieczór jednego z późnych dni sierpniowych, koniec lata. Chciałbym by było to już moje ostatnie lato tu, w Kanadzie.

Nie mam już jej co dać, ona nie ma już nic mnie do ofiarowania. Wsiadłem w kolejkę i pojechałem do centrum Vancouveru, na moją Davie Street. Naszą cudowną, zaczarowaną Davie Street. Tu należeliśmy tylko do siebie. Nawet jeśli gdzieś, kiedyś jakaś zabawa, gra się zdarzyła, była to nasza zabawa, nasza gra.. Inni przypadkowi gracze byli tylko tym trzecim i czwartym do brydża. Ale to był tylko nasz brydż, przez całe życie. I ten dzisiejszy wieczór jest tylko nasz i tylko o nas. Ten ciepły, sierpniowy wieczór na naszej Davie z naszego Vancouveru. Uśmiecham się do tej myśli i jednocześnie łzy zbierały się pod powiekami. Bo to te same uczucie, nie ma radości i szczęścia bez bólu. Tak też ułożone. Chodzi o to, by ta radość zawsze wynagradzała każdy ból w dwójnasób. Moja wynagradzała.


[i] północną, zachodnią i wschodnią granicę Kanady wyznaczają oceany: Arktyczny, Pacyfik i Atlantyk

[i] island in the Gulf of St. Lawrence

[ii] ranchland between Calgary and foothills of Kananaskiss Country

[iii] Evangeline: A Tale of Acadie by Henry Wadsworth Longfellow – Poems | Academy of American Poets

[iv] Cajuns – Wikipedia

[v] Pan Tadeusz

[vi] Omar Sangare – Wikipedia, wolna encyklopedia

[vii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

[viii] Krzysztof Tomasik – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ix] Perseus – Wikipedia

Pride Day in New Westminster, B.C.

Pride Day in New Westminster, B.C.

My second Pride Day in New Westminster. I like it because it is not really just an LGBTQ+ community. The entire main street (Columbia, where I live) is turn for entire afternoon-evening for a multitude of attractions, removed from car traffic, with stages for live music performances and dances, an open market with numerous kiosks selling everything (always with some cheap gay/lesbian trinket-touch, LOL) and offering some good social advise, information how to do this or that. That is sensible. Of course the commercial aspect of vendors is predominant, but I suppose that it is how things are these days with everything. What is most important is the fact that everyone and everybody is invited: gay, straight and everything in between. The street really turns into extra busy and extra friendly throngs of people. A lot dressed up for that occasion in funny and colorful attires, costumes, but also in traditional albeit a bit more for the occasion attire.

Three main music stages/dance spots did not disappoint me: music from old swing to modern pop and mechanical types was playing well and to my pleasure there was none of that ‘lubu-dubu-do’ of base that the other day made me tired. A good musician knows how to use the instruments. Loud is not an answer to musicality, au contraire my amigos.

Even the dogs were dressed (I mean really dressed up, LOL) for that occasion and to my delight appeared to be happy and enjoying themselves among the throngs. Local police wore proudly their badges in rainbow colours. I have always thought that New West police force was the handsomest in the entire Lower Mainland. About twenty years ago I remember I was crossed with them, when during some routine police check-stop they refuse to perform a proper body search on me. I even complained to them sternly that they don’t do their job properly and more thoroughly. They just laughed. Hmmm…

Of course I miss a bit the Pride Parades, Pride Marches and old fashion gay/lesbian only crowds. There is hardly anything anywhere like that anymore. The names and locales remained – but the clientele is just a regular mix of gay/straight. Mostly all over the world (civilized world). And the blame rests mainly on gay/lesbian/plus folks, who allowed it to happen. Moreover – they have welcomed it saying: now we are truly all the same. We are not. We are gay, they are straight. The difference is rather obvious, I think. It was nice in the old days to have a place you could call not only ‘my place’ but it was always a safe place. Now I feel always that have around a chaperon with me, who makes sure I act ‘appropriately’.  Generation or two of young gay-lesbian-plus people don’t even know what they are missing. But that is a subject away from today musings and reporting.

The afternoon was loud a bit, but very nice, friendly. One of the reasons I maintain my affinity for Canada – it always was in the foreground of human rights, respect and diversity. And in some countries have seen a sad movement of pushing us back to the closet, so to speak. You have to be vigilant. Rights that are not cherished and protected could be taken away by an ideological and political change of attitude.We has seen things like that.

      

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Pride Day and Parade/Dzień Równości i Parada

Bogumił Pacak-Gamalski-Graham

(in English and Polish)

One more of my last ‘good bye’ in Vancouver. But such a happy and beautiful goodbye.

August 2 – famous and fabulous Vancouver Pride Parade and Pride Day. Still miss the old route through Robson and Denman to English Bay beach, for a night of live music and dancing. But maybe it did make sense, changes are good sometimes. As long as the spirit lives on. And it was very obvious that it does.

Nelson Park, Davie Street and indeed the entire Davie Village was bursting with celebrations, dances, little concerts and bars were full to the tilt. From ladies, who decided not to wear but to paint their bras – bravo! Same goes to some guys, who instead of underwear – just wrapped their members in a little piece of golden foil, LOL.

Most of all – smiles, laughter, happiness. The dresses, make-up, costumes were plentiful on board the Skytrain do Burrard Street, and than through the streets up to the Village.

Even I did partake in some impromptu dances (got some applause for my version of ol’ 50-ties swing, with my cane acting as my partner, LOL).

I did recognized, of course, some faces I have known – but forgotten their names since last time we met, so just exchanged hugs and smiles and avoided long talks.

Cała Davie Street i jej okolice były wczoraj jednym wielkim bankietem zabaw, tańców, drinków i stroi (lub ich kompletnym brakiem, ha ha ha). Naturalnie, wszak dopiero przeszła ulicami Vancouveru jego najwieksza parada, pochód, zgromadzenie. Większego wydarzenia od dziesiątków lat w Vancouverze nie ma. Parada Równości, tu nazywana zwyczajnie i bardziej adekwatnie – Paradą Dumy. Dumy z tego kim jesteśmy. Wszyscy i każdy z osobna. Przez lata dawniej (przed przeprowadzką do Nowej Szkocji) na każdej chyba byłem. Naturalnie z moim kochanym Johnem, ale i z przyjaciółmi, z bliskimi. Mama przez lata uwielbiała na nią chodzić. To taki specjalny dzień, gdzie nikt się niczemu i nikomu nie dziwi, nikt nie kręci głową lub nie wznosi oczu ku górze. To prawda, że wszyscy i każdy z osobna jesteśmy trochę inni, trochę dziwnie – więc czemu tego, tej inności nie celebrować?   

A wracając zmęczony ale zadowolony, idąc w dół Thurlow Street skręciłem w Haro i tuż przed Burrard zatrzymałem się przy Le Crocodille Restaurant. Dość droga, ale bardzo elegancka restauracja ze wspaniałym francuskim menu. To tutaj, po naszym formalnym ślubie, przyjaciele ze statku zamówili nam stolik i opłaconą kolację przy świecach, ze specjalnym weselnym torcikiem. Tylko my sami we dwoje. To było urocze. Po patrzyłem się przez szybę z daleka na siedzące wewnątrz pary, wydało mi się że ktoś położył mi lekko dłoń na ramieniu, że ktoś szepnął ‘I always do’ …  Odpowiedziałem też cicho: I know you do, and I always will.  

Parada Dumy zakończona dumą z ciebie, z nas, z tych wszystkich długich lat.

Andre Gide and the long trails he led me through

On Claude Mauriac Coversations with André Gide

Introduction:

Andre Gide as a guide – but to what light, what knowledge?

Andre Gide not himself with his books, his amazing literature, but Gide as seen in his twilight years through conversations and observations of a young Parisian, Claude Mauriac. No, no that more famous father, François Mauriac[i] (a writer, critic and member of French Academy and Nobel laureate in literature). Claude followed his father’s footsteps, who also interviewed Gide and wrote about him extensively.

All of it and all of them reminded me how amazingly important for continental Europe was the French literature since Moliere, and especially in revolutionary XIX and first half of XX century.  Italian, Spanish, or German literatures had its episodes, individual, singular writers, the same as English from across the Channel. But none of them had such an impact on literary styles, thought, as did French literature as a whole at the same time frame.

I remember vividly that right after I stopped reading Mickiewicz, Kraszewsk and Krasicki[ii]  – I went straight to Stendhal[iii].  I’m talking about a 10-12 year old boy in a peculiar cocoon called ‘Polish People Republic’[iv].  Yes, it meant communist.  France for us was modern Athens. Of course, I had to re-read a lot of it again in a two-three short years to better comprehend it – but by the time I was fifteen, I knew by memory all the streets of Paris, from Montmartre to Montparnasse. It was very helpful when I eventually ended up in Paris for a visit with Kot Jelenski[v] – a true bridge-navigator between French high culture and Polish literary/art achievements.

                The story with reading about Gide goes a few weeks back. I was trying (still unsuccessful) to get from our Library a book by Klaus Mann and his talks with Andre Gide. He was the last one to have this type of talk with the great writer. That book simply vanished from Vancouver Library – last time I was actually told that: disappeared. I went finally to get that book by older Mauriac –  François. Remembered seeing it on shelf of the Library, but this time that book was gone, too. LOL.  Machiavellian conspiracy?!

 But they had this book by the younger Mauriac and I took it. It might have been a good idea. He was very young and very much taken by Gide, and his own criticism was not blinded by arrogance or pre-conceived notions, as could have been the case with his father writings. Even more intriguing is the fact that older Mauriac was about the same age as Gide. Claude Mauriac, being more than generation younger, would not dare to contradict, or argue with Gide. I knew he would have listen and absorb – therefore his recollections would be more crystal, so-to-speak, taken with reverence.

While reading these ‘Conversations’[vi] in Moodswing Cafe[vii] a strange thought came to me or, more aptly – an observation. Strangely perhaps, because on the surface it is totally disconnected from that book and it’s subject. Somehow though, it feels that I need to include it in that short essay.

Here we go:

some people, mostly the artistic type, or at the very least working on some sort of public stage while doing it, dress very differently on that stage than off that stage. I am definitely not talking about actors, as these professionals play a role, not themselves. No, my observation is about any type of performer, who presents their own skill/art in a public space. They often dress very differently than they are off that stage. Why? Are they victims of ‘Dr. Jekyll and Mr. Hyde”[viii] syndrome? I doubt it.  Yet, it seems to me that they think as their artistic persona would be too peculiar, too extravagant for normal, ordinary life. Extravagant?! Obviously that ‘artistic’ part is very important and it shows that they are fuller, happier and more confident in that ‘stage attire’ than in ordinary, boring clothing.

They should allow themselves that freedom of dressing a bit differently simply because ‘it’ is them and ‘it’ would show confidence and joy. Being an artist does not make you better than others, but it does give you the privilege, the right to be a little bit of a peacock. Perhaps not with fully displayed tail – but a colorful peacock nonetheless.

I think that Gide helped me to have that thought, observation. Certainly monsieur Cocteau[ix], who comes up in Mauriac’s story very often would think that. I do not shy from this ‘perversion’ definitely.

(Next day in Melriches Cofee bar on Davie Street)

Well, back to the subject, the book of Claude Mauriac.

 As I said I wouldn’t have borrow that book if not for the simple fact, that the other, written by his famous father was not at the library.  Yet, being as it was, I have found out that it worked very well. That Claude, young aspiring critic and journalist did not come to Gide to discuss, analyze a famous writer style, body of work. He came timidly with open mind and heart to observe, to learn about Gide from Gide, without pre-conceived notions about Gide as a man. Obviously, the age difference added to his deference.

                Did he understand the peculiarity of aging Gide homosexuality? Yes, he knew of it very well, Gide never hid it, but did he knew the emotional price paid by an aging homosexual artist – even in liberal Paris of the 30ties – who was single, did not have a partner? Of course he did.

 Gide still analyzed, re-lived his tragically ended marriage ( her sudden death), a marriage never fully ‘consummated’. If you are not sure of the torture, perhaps you should read the gem of literature, the „Immoralist”[xi].  It had tremendous effect on me decades ago, when I read it first time.

Claude Mauriac was not only young (o, so very young!), he was (as his father) staunchly, almost fervently Catholic. But he did try very hard not to let himself be judgmentally opinionated in his dogmas, especially noticing that his own famous father (also fervently Catholic) did not allow himself to judge Gide writings through his sexuality or otherwise private conduct. Au contraire – he held him in high esteem.

Yet, I must say without a hint of trepidation, that I sensed very strongly, that Claude was drawn mysteriously not only to Gide’s admired writings but also to his suggestive handsome looks and his, at times, flirtatious behavior. And I also do remember the ancient times when I was at Claude’s age, and how intellectually attractive were my much older friends. One must assume that admiring these much older friends intellectual prowess easily translates into physical allure. It goes without saying that intellectually accomplished men (and women), who are artists or people formally associated with art ventures do age gracefully, and barring serious illness, they do retain physical attractiveness rather well. That ‘attractiveness’ should not be confused with just mere and banal ‘good looks’.

On p. 160 of that book Claude re-examines his feelings toward Gide and vice versa. He now recognizes Gide acting as a clever gamer, he sees his ‘perfidy’ to be friendly toward him – a boy, a budding young journalist. But is it a fair examination of Gide’s acting by Claude himself?  I don’t think so. I think and I assume it, because I believe that Claude wrote that book honestly. I also believe (although he doesn’t state it as an explice) that at times, through the extended vacation in southern France, he often was jealous of his father closeness and long friendship to Gide. Closeness that took away Gide attention to Claude only. That he might have been at times in the shadow of these two towering figures of contemporary French high culture. Granted – it offered him an extra security that the father might have offered just by being close, but it did steal the singular attention of Gide that might have been his otherwise. If he did not have these feelings, he would have been indeed very abnormal young man, and I don’t think that he was ‘abnormal’, LOL.  François Mauriac and Andre Gide were undeniably first class stars of French literary culture; they knew and admired each other accomplishments for decades. Hence, vis avis that Claude persona and personality fades into shades of words, of importance of their lively discussions.

(following day, back in Moodswing Café)

I have become more and more attune to Andre Gide again. Yes, it started with Claude Mauriac Journal , but it took me much farther. It is now me at times, who talks with Gide. Sometime I argue with him, sometime I adore him … and yes, sometime I just want to shout at him: shut up already, Andre. You are not god or, at the very least, you are not the only god of European Olympus! Another false claimant to Homer’s lyre.

Alas, truth to be told, I do love Andre. When Claude Mauriac takes him to visit deathly ill dear friend Paul Valery[xii] and he is not sure what his friend was whispering to him, I feel sorry for Andre. When he returns for a second visit … he is half an hour late. Valery is dead. Claude is overtaken by the look of broken, crying Gide. Was he crying for Valery? Undoubtedly, but mostly he was crying for their youth, for ‘that’ Paris. He was crying for himself. Selfishness? Perhaps … but truly, who is not selfish at the very core, the very center of our ego, our soul?  When you cry after dear lover’s death – you cry over your loss much more than the loss of another person (of course the ‘other person’ would be your lover, but the asserted ‘yours’ is the key to that loss: something, someone was yours, belonged to you and now was taken away).

Egotist? I remember years ago reading F. Scott Fitzgerald  “Short Stories”[xiii] and loved it so much. It was his greatest literary achievement and it prompted me to read his first full novel “This Side of Paradise”[xiv] from 1920. Many have called it an absolute portrait of the generation and its first section is titled The Romantic Egotist. How appropriate! These short stories and the novel portray a generation that just went through the unthinkable loss of millions in that devastating war of 1914-1918. Generation that was hungry for life, love, excess – ALL of it.

Dear Andre, did you know during your talks with this improbable youth called Claude Mauriac, that his world (as well as yours – once again) is just about to collapse under the pitiful actions of his admired earlier presidency of Maréchal Pétain, the Lion of Verdun, who become the Mouse of Vichy? No, of course you did not. After all you went to Tunis and Algiers. Did you enjoy the young bodies of the Arabian boys? Of course you did. After all it wasn’t the first time, was it? But you still should have told some of it to young Claude. He was naïve …

                Gide dies soon after Valery. I’m personally taken by these moments and his sad, somber realizations. Am I now waiting for my death? Is my return to Warsaw a Gide’s return to Paris after the war years in Africa? Return to die…

(following day, back in Melriches Café on Davie in Vancouver)

Ah, yes – it is very hard to leave this place again, these streets, buildings, even shops, stores. Perhaps it is most difficult leaving the parks and their trails. Everything is so dear for me there. Everything? If life is everything – than yes, it is.

Our love, that I will never find again, my writings. Despite many shorter and longer returns to Poland, my dearest Poland, the undeniable fact remains that I was twenty two years old boy, when I left her. Now I am close to Andre Gide’s age, when Claude Mauriac wrote his Journal and become emotionally attached to that famous French writer. Andre died in Paris few years later, in 1951.

Regrets? No, have I not left my dearest Poland, I would have never found him – My Boy, My Life, My Soul. Things like that do not happen twice. Yet – Poland is my first love of books, of literature, of poetry, music. When I finally landed in Canada (after a year in London and two years in Italy) I was a truly fully developed man spiritually and intellectually. Back in the old communist Poland young people had to develop fast and mature fast. Of course, there was time for first kisses and romances – but a romance is not That Love you dream of, when you are that young. That one was waiting for me here, in Canada. Do I believe that things are preordained somewhere for us?  That I don’t know and I am not going to be wasting time trying to answer such a theoretical question – cosmology was never my strength.

I do have one regret, though. Back in the 80ties I went to Paris to visit Kot Jeleleński[xv], an amazing intellectual and art lover. Art lover is one description – but of course he must have been a great lover romantically, too. After all, he was a lover of improbable Leonor Fini[xvi] and improbably beautiful Stanislao Lepri – an Italian aristocrat. He did, in pre-war Poland, had a friendship with Polish great poet Kamil Baczyński (a hero of Warsaw Uprising, where he died fighting German occupiers)  – I forgot to ask him if he ever made love to beautiful Baczyński? But I would like to think that they kissed at the very least, both of them were very handsome boys.  That is a side thought only, pleasurable but of no consequence. Yet, my regret is that I should have asked Kot to take me to the streets and cafes in Paris which Gide frequented. Kot was Parisian bare none. It is my great regret. You don’t ask just a tourist guide for places and stories like that. Stories like that could be told only by art lovers. Or artists themselves.

Who, if not Konstanty Jelenski  could have told me the true shades of Gide? Jelenski, the ever arbiter elegentiae, the guardian of Polish and European literature? How did he survived the death of his love – Stanislao, the gorgeous Italian?  I didn’t know that Kot at that time was dying himself of incurable cancer. Being as elegant in every meaning of the word, he never shown anyone his physical ailments. Let’s talk about art, not of something as ghastly as death – he would have probably answered.

Our lovers die too soon.

I have talked for a long time with Giedroyc[xvii] in Maisons-Laffitte near Paris, editor-in-chief of highly influential literary and political monthly “Kultura” – but our talk was all wasted on politics instead about literature. Those were the times, but we should have known that even during war, talking about art and love is more important than politics! One that could have put us back on these important tracks was another editor of ‘Kultura” – Józef Czapski. Tall as a skyline physically and intellectually, himself a lover of young Russian poet Nabokov and later of Ludwik Hering – but Czapski was not in Paris, when I visited Giedroyc. Maybe Czapski met Gide, he could have due to his aristocratic connections he mingled o lot in the ‘society’ circles of Paris. Eh, the occasions and talks we missed…

                When Oscar Wilde took Gide to a hotel in Algiers, Wilde rented two rooms and in both rooms was a local Algerian boy. Naturally, the boy was rented, too. They both delighted in their boys. Yes, I know my dear Reader that you are aghast – but trust me, I am certain that both of these writers delighted in these Algerian boys. They definitely were not terrified of these boys. Not only that – to your surprise  (no doubt) I must tell you that it was not illegal – the age of consent was not 18, not even 15. It was at that time …thirteen.  O tempora, o mores! Did you, dear Reader give a sigh?! Did you just say, with wiping sentimental tear off you check: the good, old times? No? You didn’t? I thought you did – because that is what you usually say, when you comment on current times, don’t you?

O, please spare me the debacle. I am not going to Algiers tonight, or any other time. And the age of consent in Algiers now is the same as in Poland or in Canada. Even in Paris, LOL. Not sure about Texas or the Temple in Utah – religions and individual states laws and customs are very different in the ‘land of the free’ south of the border. They are Christians, too (I think?) but they are the Later Saints … or is it Latter-day saints? Maybe it is just very special Latte or Cappuccino; it is all too complicated for a simple guy as me.

Thinking of Gide for few more days and thinking of him I wrote two pieces of poetry: one in Moodswing Café in New Westminster and one … sunbathing on nude beach and swimming in Mud Bay of South Surrey’s Crescent Beach.  I think it necessary to finish this essay, which no longer is an essay only about Andre Gide, with these poems. Maybe I should even dedicate it to his memory and talent.

 To you Andre, to the memory of great man of letters from France.

Winter time in a small village in Pyrenees.

Night comes quickly and darkness covers

the valleys and peaks. Suddenly, the windows

off a small stony church lights up in delicate

orange glow. From the top of the church steeple

comes the song of its bells: big bam! Big bam!

big!, big! big! Bam! Bam! Bam! Baaaam-mmm!

The air vibrates with each tone of the big bell

and sends  bronze-coloured sounds to the valleys.

Archangel Michael blows into long, golden trumpet.

The music envelopes the meadows, climbs up the hills.

The call of God, the call of the Shepherd: 

come and be enlighten in the mystery of life

 and promise of death merciful that claims us all.

They run – the tired travelers, the herds of goats.

They cry and hope, as the trumpet sounds again

and dies suddenly like the last drop of now empty goblet.

The church becomes a masjid and archangel becomes muezzin,

that intones to all: Allāhu ʾAkbar. In Pyrenees Hannibal’s army

stop their march and rise their tusks and trunks: they sense the pitch

of the hymn and the psalm as the far flung peaks of Alps slowly

cover the church, the mosque and streams in the valleys.

The curtain call of History. Birth and death of Love.

Moodswing Café, 29. 05.26

B. Pacak-Gamalski


It’s almost seven in the evening.

The sun just starts to burn its glory.

I talk to young Adonis I just met in the water,

when we were swimming close by.

Back on the hot rocks  of the beach

he asks me about a book I’m reading.

That book is about Andre Gide and young

 Claude Mauriac, who wrote that book.

No, I don’t suppose that my Adonis knows

who was Gide and I explain that he was seventy

at that time and fabulously-scandalously gay,

but Claude was barely twenty one and staunchly catholic.

Definitely believing being straight as an arrow,

straight as the priest, who presided piously over Holy Mass

in the church they attended with Gide and Claude’s father

in the southwestern France,  in Malagar, close to Garonne’s

fast moving waters and not far from Spain’s Pyrenees.

Not sure if all that did not scared him: Malagar, big river Garonne,

 close to Spain. A thought might have crossed his mind:

is he crazy per chance? And he moved few steps to the left.

Yet, he stroke a pose of Greek efeb to accentuate

his graceful, but  muscular body. I pretend

not to read his mind and just admire his statuesque’s

shapes. Like a monument in Louvre or in Athens.

Michelangelo must have painted or sculptured him.

Gide and Claude in France? Who are they?

And who cares on a nudist beach

in the company of Greek efeb?!

Crescent Beach in South Surrey, 30.05.26

B. Pacak-Gamalski


[i] François Mauriac | Nobel Prize-Winning French Author | Britannica

[ii] A. Mickiewicz – great Polish poet, author of national epopee “Pan Tadeusz; Jozef Kraszewski, a popular author of many historical novels in the late XIX century; Ignacy Krasicki, bishop and writer called a Polish La Fontaine, satirist and critic of an old feudal system, XVIII century

[iii] Stendhal (orig. name: Marie-Henri Beyle) French novelist, precursor of realism and psychological portrait

[iv] Quasi sovereign satellite of Soviet Union block of states created after the 2 w.w. (1944) – the most liberal and free from the entire soviet Block. It ended in 1989 by peaceful free election led by ‘Solidarity” movement.

[v] Konstanty Jelelenski – eminent Polish émigré in Paris after the end of 2 world war; one of the three founding intellectuals, who organized and run the famous Paris “Culture’ periodic – an extremely influential magazine among intellectual and literary elite and not only for Polish people in the West, but mostly for people in communist Poland, where it widely distributed  as ‘bibula’ (illegally)

[vi] Conversations with A. Gide; by Claude Mauriac; tr. M. Leback; pub. George Braziller Inc. New York 1965; s. 235

[vii] Services 4 — Moodswing Coffee + Bar

[viii] The Strange Case Of Dr. Jekyll And Mr. Hyde | Project Gutenberg

[ix] Jean Cocteau – a prominent French poet, performer and avant-garde style movement instigator

[x] Melriches Coffee, 1244 Davie St, Vancouver, BC. | Make that happy connection!

[xi] The Immoralist | French Novel, Existentialism, André Gide | Britannica

[xii] Paul Valéry – Wikipedia

[xiii] The short Stories of F. Scott Fitzgerald; pub. By Charles Scriner’s Sons, New York, 1989, p. 776

[xiv] https://www.ebsco.com/research-starters/literature-and-writing/side-paradise-f-scott-fitzgerald#this-side-of-paradise-by-f-scott-fitzgerald

[xv] Konstanty Jeleński — Wikipédia

[xvi] Leonor Fini at Weinstein Gallery

[xvii] Jerzy Giedroyc – Wikipedia

Urodzinowy spacer z Johnem

Urodzinowy spacer z Johnem

Więc na Twoje urodziny zrobiłem z tobą długi spacer przez domy i trasy, gdzie mieszkaliśmy, gdzie spacerowaliśmy.

Naturalnie, zacząłem od naszego uroczego, trzypiętrowego domku szeregowego w Guildford Mews. Ile w nim mieliśmy radości, ile pracy włożyliśmy w kompletny remont całego miejsca. Wszystko sami: wymiana podłóg, które sam instalowałem, układanie kafelek w łazience, malowanie, robienie z dość kiepsko zostawionego przez ostatnich właścicieli dużego salonu  parterowego uroczego wielkiego pokoju, z którego było wejście do ogrodu. Ach, ogród. Ogród nie można było nazwać ogrodem – to była dzika, zachwaszczona, kompletnie zniszczona przestrzeń. Nawiozłem ziemi, wykarczowałem całe wory chwastów – efektem był bajeczny ogród i nawet kawałek grządek na wiosenne warzywa. Nasz ‘synek’, kochany kot Babu uwielbiał to – co prawda dopiero po kilku dniach, które spędzał sycząc i chowając się po kątach i nie wierząc nam, że sami nie wrócimy do starego mieszkania w Burnaby zostawiając go w tym nowym i nieznanym mu miejscu. Gdy skończyliśmy domek i ogródek, ja … przeniosłem się z sekatorami, piłami i siekierką na wzgórze i bardzo zaniedbaną przestrzeń ‘common property’ poza ogrodem. Kilkaset dolarów i tygodni później było to jedno z ładniejszych miejsc na całym uroczym, zalesionym osiedlu.

Wszystko było blisko, spacerkiem – olbrzymi Guildford Mall, urocza Biblioteka Miejska, gdzie organizowałem z Klubem „Pegaz” spotkania z czytelnikami z całego Vancouveru i  połączone zawsze z prezentacją wizualną i muzyczną najlepszych polskich malarzy i kompozytorów z Vancouveru. Świadomie nie wymieniam nazwisk innych osób, które w tej publicznej działalności wielkie mieli zasługi i wysiłek w to wkładany – bo zabrałoby to sporo miejsca. Pisałem już na ten temat sporo dużo wcześniej. Teraz to po prostu mój prywatny, pożegnalny spacer z cieniem mojego Johna – człowieka, który wypełnił moją tęsknotę miłości i wypełnił całe moje życie. Spacer na jego urodziny. Miałby dziś sześćdziesiąt lat. Ciągle smarkacz, psiakość. Nawet dobre kilka lat po śmierci, to ja stałem się starzejącym dziadygą, a on pozostał tym uroczym, kochanym smarkaczem. Wiecznym chłopcem.

Więc po łażeniu na tym naszym starym osiedlu jego uroczymi wąwozami i alejkami, poszliśmy dalej. Trzymaliśmy się za ręce. Nie lubił okazywania czułości publicznie (w przeciwieństwie do mnie, LOL), tym razem jednak szedł obok mnie trzymając moją rękę w swojej. Podejrzewam, że pomagał mu fakt, że prócz mnie nikt go nie mógł widzieć. Poszlismy koło tej biblioteki, potem koło restauracji „Milestones”, gdzie go zabrałem 30 maja 2018 roku, ostatnie jego urodziny w Surrey, zanim wyjechaliśmy samochodami przez całą Kanadę nad drugi ocean.

Potem do kina , gdzie byliśmy na ostatnim chyba filmie oglądanym w kinie, ha ha ha. Byliśmy jeszcze z generacji, gdy do kin się chodziło. Choć ponoć ten nawyk znowu wraca. I dobrze, że wraca. Spod kina zaciągnąłem go w … gęste chaszcze. Nie, nie w tych bezecnych celach, ha ha ha! Do pięknego, naturalnie dzikiego Green Timbers Urban Forest[i]. Mama też uwielbiała tam chodzić nad jeziorko karmić swoje ‘kaczuchy’.  Łączane tereny wokół jeziorka były tej niedzieli, jak zaczarowane. Kobierzec olbrzymi żółtych jaskrów i niebiesko-fioletowych łubinów. Jak z rysunków w bajkach dla dzieci. A wszyscy trochę dziećmi – na szczęście – pozostajemy (nie mylić z ‘dziecinnieniem’, bo to inna przypadłość).

Potem już tylko kawałek wzdłuż 100 Alei do naszego ostatniego kondominium na 138 Ulicy. Dwupoziomowe, ale też małym ogródkiem, który też był strasznie zapuszczony. Więc też go oczyściłem, nawiozłem ziemi i też obsadziłem, LOL. Gadałem z tymi kwiatami każdego wieczora, odnoszę wrażenie, że się uśmiechały i radośniej po rozmowie wyglądały…  Pewnego dnia, na posesji po drugiej stronie ulicy ktoś wykopał maleńką brzózkę i bezceremonialnie wyrzucił ją na krawężnik ulicy.  Więc naturalnie wyszedłem z ogródka i ją przyniosłem.  Zasadziłem, przez tydzień lub dwa specjalnymi odżywkami podlewałem – aż jej listki ożyły i widać było, że przetrwała. Jest do dziś, wyrosła bardzo, wysoka aż po dach budynku. Generalnie widać, że nowi mieszkańcy trochę o ogródek dbają, bo nie wygląda na zachwaszczony. To dobrze. A do brzózki zagadałem, pożegnałem się z nią też. Zamrugała listkami? Nie wiem, kłócić się nie będę o szczegóły. Ale niech będzie, że zamrugała – w końcu to moja opowieść ze spaceru, mogę napisać, co chcę. Jak wierzba i król Asoka z poeamtu Leśmiana, czarodzieja polskiego języka.[ii]

I spacer się skończył, a mimo, że pożegnalny nie był smutny, bo jeśli troszkę, to był to smutek rzewny, ciepły, miły …


[i] Green Timbers Urban Forest Park | City of Surrey

[ii] Asoka – Bolesław Leśmian – poezja.org

Miłośnicy Literatury

Ciekawa rzecz z literaturą i ludźmi, którzy ją tworzą lub tą zapisaną opisują. Kim są? Jak ich nazwać, jaki przydomek nadać? Pisarze? Twórcy? 

A może miłośnicy słów, historii? Może amatorzy? No właśnie amator, kto to jest? Jak podaje słownik  języka polskiego amator, to ktoś, co robi coś dla przyjemności, co lubi[i].  Czy tylko dyletant, czy jednak amator? Bo amator to miłośnik wszak.  Ogólnikowe stwierdzenie, że coś się lubi bardzo zakłada przecież a priori tezę pewnego umiłowania, zaangażowania pozytywnie emocjonalnego.

Skąd te dywagacje? Ano, winnym jest uroczy, młody (dla mnie coraz więcej osób jest ‘młodych’)  i bardzo zdolny doktor filologii i wykładowca literaturoznawstwa  w Instytucie Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, badacz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN-u, Piotr  Sadzik. Poznałem go ‘elektronicznie’ sporo już lat temu i zachwycony byłem jego pracą o  maranach literatury pogranicza kulturowego[ii]. Zainteresował się wówczas moim cyklem ‘lamentów po Stracie’ i dało to nam asumpt do kontynuowania rozmów o ‘bólu duszy’, który wypełnia całe twoje jestestwo.

 Mnie nie interesowała wówczas literatura per se, ani wartość poetycka lub krytyczna moich lamentów – one po prostu były wtedy mną całym. Były moimi rozmowami z tym, który tworzył moje życie przez dekady i nagle  … przestał być. Rozmowy te z Piotrem wydaje mi się, że mi pomagały.  Bez tłumaczenia, bez radzenia – a jednak wracały mnie mimochodem poniekąd do rozmów intelektualnych, nie tylko w skorupie emocjonalnej. A to było dużo. Potem, dość szybko przyznaję znaleźliśmy inną, bliska nam pasję literacką – Gombra[iii]. Więc i Jeleński się pojawił mimochodem i Giedroyć, z którymi miałem bliskie kontakty w Paryżu.

Przez kilka lat ostatnich te kontakty nie były już tak częste, ale obserwowałem i obserwuję jego fantastyczną pracę i energię niespożytą na wszystkich polach i ugorach literatury polskiej (nie tylko polskiej, to mnie jednak głównie interesowało) i masę innych poczynań krytycznych, filologicznych, aktywisty życia wydawniczego, kapituł nagród literackich. Gdzie on na to wszystko (a przecież ma jednocześnie pełną pracę wykładowcy uniwersyteckiego, swoich studentów, ich przewody naukowe magisterskie i doktorskie) czas znajduje – pojęcia nie mam. Pewnie więc nie dziwi, że ciągle wygląda jak chudziutki 20-latek-studenciak, a nie wykładowca, LOL.  Więc moja pywatna rada do czytających te słowa: warto mieć pasję szaloną, wtedy nie będziecie mieć czasu na starzenie się!

Wróćmy do tematu tego eseju. O co mi chodzi, czy tylko o portret lubianego krytyka i badacza literatury?  Absolutnie nie.  Ludzie lepiej i bliżej go znający zrobią to bez wątpienia lepszymi barwami i odcieniami.

Otóż bardzo niedawno na jakimś elektronicznym forum żalił się trochę (lub martwił), że jego prace krytyczne o nowych książkach, powieściach, tomikach poetyckich mogą w nim zabić zwykłą pasję i głód  czytelniczy, gdy bierze się do ręki nową książkę, nowy wydanie literatury beletrystycznej czy poetyckiej.

Powiedziałem mu dość obcesowo, że to absolutnie niemożliwe. Krytyk nie może, nie ma prawa tej miłości w sobie zabić. I jednocześnie zasugerowałem tezę, że ten krytyk jest też sam pisarzem. Pisarzem non fiction.

Tak – krytk literacki, który nie pisze powieści, opowiadań czy wierszy  może być w tej pracy nazwany pisarzem. Naturalnie mówię o pisaniu dużo szerszym niż kilka szpalt w gazecie, miesięczniku drukowanym, czy on-line.

Udowodnić to chcę używając przykładu i pasji krytycznej wielkiego poety argentyńskiego, Jorge Luisa Borgesa. Ale właśnie Borgesa non fiction, nie Borgesa-poety.

                W 2000 roku podczas jednego z moich częstych wyjazdów do Seattle w USA, poszedłem do czytelni wydawnictwa The Elliott Bay Company i kupiłem wspaniałą książkę przygotowaną przez Eliota Weibergera z bardzo obszernym wyborem tekstów non fiction Borgesa[iv].

I teraz, po wielu, wielu latach ponownie ją czytałem. Tak, nie mam wątpliwości: Borges-eseista i krytyk był miłośnikiem literatury. Takich krytyk o innych pisarzach się nie pisze o ile tych książek się nie kocha. O ile się nie kocha literatury. Koniec. Kropka. Non ulterius progredieris[v].

Wrzuciłem Borgesa do torby i uciekłem do centrum Vancouveru, do mojej ulubionej kawiarenki Melrriches na Westendzie. Zawsze, gdziekowiek nie mieszkam takie dziupelki sobie wynajduję, gdzie przy kawie czytam, robię notatki. Potem na swoim blogu je publikuję. Nie, nie z nudów. Z pasji do tych wierszy, nowel, opowiadań. Niezbyt wiele z powieści, bom w zasadzie nowe przestał już czytać. I tak nie nadążę zaległości nadrobić. Teraz czytam głównie pisarzy piszących o pisarzach, o ich twórczości i światach, jakie stwarzają, opisują. O człowieku.

Więc ten Borges –  jak Gombrowicz z kolejnej generacji – pisał w swoim ukochanym Buenos Aires. Przypomina czasem w tych swoich zapiskach o ulicach i dzielnicach, które i ja poznałem, którymi dawno temu chodziłem.  Nie szukałem po prawdzie specjalnie śladów ani Gombrowicza, ani Borgesa – ale byli tam, ich duchy wałęsały się tymi samymi uliczkami, potykałem się omalże o ich ślady.

Wyobrażam sobie Borgesa chadzającego wieczornymi ulicami starego Buenos, ulicami pełnymi domów schadzek, kobiet i chłopców w podcieniach bram. Jakże musiał być wtedy sfrustrowany, zagubiony emocjonalnie. On, człowiek wielkich wizji literackich wobec niemożliwości pełnego zrozumienia pasji ciała. Borges był klinicznym impotentem. Czy warto o tym pisać? Warto, należy wręcz, bo erotyka i seksualizm są nadspodziewanie olbrzymią białą plamą jego własnej twórczości. Ta tabula rasa[vi] Borgesa w zadziwiający sposób wpłynęła nie tylko na jego prywatne życie, ale wręcz na homofobiczne lęki i oceny innych pisarzy – nie oceny negatywne ich twórczości ale negowanie wpływu ich homoseksualizmu na ich twórczość. Ten wspaniały krytyk pisząc np. o Whitmanie … imputował, że ojciec poezji amerykańskiej pisząc o swojej pasji i konsumpcji tej pasji z czarnym  kochankiem tworzył wyłącznie figurę poetycką, a nie, że wpinał w osnowę swego słynnego poematu swoją autentyczną biografię. Takie rozumienie i taka interpretacja Whitmana może być jedynie możliwa właśnie przez zaślepienie homofobią Borgesa[vii].  Smutne, że ta fobia go tak okaleczyła – ale z pełnym przekonaniem poświadczam, że nie wpłynęła ona na ocenę twórczości ani Whitmana, ani Oscara Wilde’a (choć o tym zbyt wysokich opinii nie miał, ale nie sądzę by było to związane z biseksualizmem Wilde’a). Zastanawiam się, czy gdyby Borges żył w czasach współczesnych nie zmusiłyby go one do zarzucenia tej irracjonalnej fobii? Podejrzewam, że tak. Ciekawe co by był napisał o jednym z najlepszych pisarzy przełomu XX i XXI wieku, irlandzkim Colmie Tóibínie … nota bene autorze świetnego opracowania biograficznego wybitnych twórców sztuki (w tym pisarzy) ostatnich dwustu lat[viii]?  O, byłbym zapomniał – ci twórcy o których w tej książce pisał byli homo lub biseksualni.

Czas wrócić do tematu zasadniczego – Borgesa-krytyka kochającego książki.

Nie będę jednak tu pisał o Borgesie-poecie, a o Borgesie pisarzu non fiction, eseiście. Ktoś może się oburzyć: nie był więc pisarzem tylko eseistą. Takie stwierdzenie to bzdura, panie kochanku. Pisarzem się jest przez talent pisarski, a nie przez tabliczki informacyjne na rzędach półek w bibliotekach. Eseje literackie to poezja krytyki literackiej, w takiej samej mierze, jak autobiografie pisarzy, jak biografie pisarzy i poetów pisane przez innych pisarzy. Zagmatwane to nieco? Doprawdy nie jest. Zwłaszcza, gdy mówimy o pisarzach z górnej półki (naturalnie mam na myśli nie półkę popularności rynkowej, a wartości tekstu).

Wyobraźmy sobie, że gdzieś kiedyś żył sobie rzemieślnik, który szył ciżemki. Nie szył pantofli, butów ani kapci. Ciżemki. Czy był ‘ciżemkowcem’? Naturalnie, że nie – był szewcem. W ten sam sposób ci, którzy piszą książki o literaturze i jej autorach są też pisarzami. Nie muszą nawet być poetami  ani nowelistami sami. Nie zawsze ta zasada i nie wszędzie pasuje, gdyż same tylko suche akademickie przewody literatuznawczo-filologiczne badaczy do tej rangi pisarstwa zaliczyć nie mogą.

Wszak czytając Borgesa krytyki i eseje krytyczne o twórczości innych pisarzy czujemy jego niski ukłon i pocałunek skladany na dłoniach tych innych pisarzy. Rozpoznaje, wyczuwa każde wzniesienie, każdy skrawek zapisanej kartki. Dzieli włos na czworo?  Nie. W wybranej frazie, w składni odnajduje tony i półtony znaczeń, cienie, światło i wpływy przeszłości, echa mistrzów odległych epok.

Ciekawe i jakże prawdziwe są jego uwagi na temat powstawania czasowników z rzeczowników. W sposób szczególny jego elewacja i waga znaczenia rzeczowników rodem z teologii, ergo boskich. Tego sacrum, które trudno użyć w prozie, gdzie wydać się może zbyt pompatyczne, nie adekwatne. Ale nie w poezji, która sama w sobie jest sacrum spowiedzi emocjonalno-intelektualnej[ix].

Dalej zaś gdy przestrzega przed absurdem przemocy zadawanej treści przez przerost formy lub wręcz wyrastających z ograniczeń przyjętego porządku gramatycznego (w szerokim rozumieniu pojęcia ‘gramatyka’) , to chce mi się krzyknąć: nie przypominaj mi o tym, o tych marach i upiorach ‘techniki pisania’ wiersza, to budzi we mnie gniew wobec rzemieślników, którzy o akcie twórczym pojęcia nie mają, nie rozumieją go!

Jorge Luis Borges jest dzieckiem rewolucji XIX i ewolucji XX wieku. Wielkiej cezury filozoficznej, której pierwsze drożdże poczęly fermentować już w czasach Oświecenia. To wszystko, co przez wieki wrzało, gotowało się pod ciężka pokrywą moralności kołtuńskiej, niewolniczej, pańszczyźnianej.

Chyląc głowy przed Petrarką i Wergiliuszem nie wolno sobie pozwolić na zginanie kolan. Musimy jasno powiedzieć, bez okrzyków rewolucyjnych i sztucznego epatowania się gniewem nowej epoki: dziękujemy za piękne dary, bedziemy pamiętać i korzystać, ale możecie sobie odpocząć nieco, bo oto nadszedł czas człowieka wolnego. Poeta w XXI wieku musi być twórcą wolnym. Czasy przypisania ‘chłopa do roli’ minęły bezpowrotnie.  

Można wszak wrócić do brylantów pierwszej wielkości literatury polskiej, do ‘Bieniowskiego’ mistrza Juliusza. Wszak pada tam westchnienie-pragnienie ‘Chodzi mi o to, aby język giętki //Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…’. Dla nas wszak, już w ćwierci XXI wieku, najważniejsze jest wezwanie z końcowych wersów tej zwrotki poematu Księcia poetów polskich: ‘Strofa być winna taktem, nie wędzidłem’. Drogi Księciu Poetów, Juliuszu –  byłeś był wyprzedził epokę o dwieście lat! Nawet jednak twój wspaniały poemat w warstwie językowej jest prawie tak ornamentalny, że trudno dziś strawny. Tak, jak ostrygi świeże i żywe mogą być niestrawne, jeśli jedzone w nadmiarze, co mnie się przed wielu laty zdarzyło na uczcie Maorysów nowozelandzkich. I tak bywa.

Borges ustawia się w szeregu gwardii Pzybosiów i Peiperów polskiej szkoły wierszowania pierwszej połowy XX wieku. Naturalnie, podobnie, jak nieco tylko wcześniejsi futuryści, jest w nich wielka fascynacja dżunglą miejską i nowoczesnością, transformacją z sielankowości wiejskiej w tryby maszyn wielkich aglomeracji miejskich. Sposób użycia metafory jest może wyolbrzymiony – wszak w dużym stopniu poezja jest metaforą rzeczywistości.

Wiek XXI przyniósł, wydaje mi się, zmęczenie tym stylem. Aglomeryzacja cywilizacji człowieka skłania nas właśnie do odwrotu, do ucieczki we własną, jednostkową i osobną indywidualność. Do ‘pojedyńczyzacji’ , jako formy obrony indywidualności jednostki. Zwłaszcza indywidualności i osobności doświadczenia poetycko-twórczego. Tym, co ja od lat nazywam cichą rozmową intymną dwóch tylko osób: poety i czytelnika.

                Wszystko to wszak wyrasta z miłości do literatury. Bez literatury i bez jej miłośników, adoratorów i wariatuńków cały postęp cywilizacji technologicznej jest przedsięwzięciem bezsensownym. Przemyślenia Borgesa umocniły mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej i można to łatwo przenieść na każdy inny rodzaj sztuki.

W różnych epokach różni twórcy, i krytycy tych twórców tłumaczący, przeprowadzali czytelnika/słuchacza/oglądającego przez te mosty przemian. Borges robił to w literaturze, Bach, Mozart i Mahler w muzyce, da Vinci, Michał Anioł i Picasso w sztukach wizualnych.

Sztuka generalnie jest emocjonalną próbą zrozumienia świata i drugiego człowieka. Rozumiejąc lepiej przestajemy się świata i człowieka bać. A gdy nie mamy już tego lęku przed obcym i zewnętrznym, możemy ten świat i człowieka pokochać. 

A krytyk literatury, sztuki, ogólniej mówiąc?  Krytyk opisując sztukę (symfonię, książkę, obraz) ułatwia ją nam odebrać, zrozumieć. Robi to z miłości wobec sztuki i piękna. A kochanek nigdy nie znudzi się miły Piotrze widokiem oblubieńca lub oblubienicy. Takie cuda nie zdarzają się w żadnej religii.


[i] „Słownik języka polskiego z frazeologizmami i przysłowiami”,  E. Dereń, T. Nowak, E. Polański; Arti Centrum, Warszawa; 2008

[ii] SADZIK: Regiony pojedynczych herezji | Esej | Wizje | Aktualnik

[iii] Witold Gombrowicz

[iv] “Jorge Luis Borges, Selected Non-fiction”; Penguin Books Ltd.; r 2000, Seattle, USA; s. 559

[v] łac. dalej nie pójdziesz

[vi] filozoficzny koncept Arystotelesa, iż człowiek rodzi się  bez jakiejkolwiek wiedzy, z ’pustym’ mózgiem

[vii] Walt Whitman w poemacie „The body electric” (z tomiku ”Selected Poems”; Dover Publication Ltd. New York, 1991)

[viii] Colm Tóibín, „Love in dark times”; pub. McClelland & Stewart Ltd; Toronto, 2001; s. 261

[ix] W tymże zbiorze esejów krytycznych, s.22

Thomas Mann in another part of the forest

Thomas Mann and Klaus Mann – father and son – have brought me back to reading novels. I have mentioned long time ago, that I have given up that old habit quite a few years ago. 

After you consume rather large amount of certain dishes – you got tired of it. You recognize the same sauces, the same spices and little culinary tricks repeated by all writers.

Granted, I am not very verse in all the current new titles – but it takes more than one generation and at least and epoch to change it substantially. I do still browse through the new titles a bit at the beginning, a bit in the middle, and the epilog. It is very predictable, even if put nicely together. 

But Klaus Mann, whom I have not read that much in years gone long ago, sparked my interest again in novel. I have written about it on these pages very recently, therefore I will not expand on it again.

Suffice to say, due to my own tragedy of immense Loss, his treatment and writing on the subject of love brought back to me the beauty of love, the sorrow of its end – and absolutely undisputable power of that amazing feeling. No loss is ever going to be greater than the experience of love, and no price is too big to pay for it later.

His stories in three short novels, of Alexander the Great and of two friends and the absolute and delicate way he wrote and composed it were exquisite.  His tenderness of portraying these feelings gave me strength to write about them from my own perspective, my own experience. Somehow Klaus Mann became my friend, my confidante. My writing about Love and Loss was like meeting him in a café in Berlin or in Paris, perhaps even in New York and just talking about it. About his searches and mine. Books (good books) do that sometimes to you. Hence my posts were not per se reviews of young Mann’s books, but a case of mutual conversation, in a manner of speech, naturally. Below are links to this texts of mine:

Sprawa zakochania się w tekście literackim – > > Pogwarki < <

Vancouver sunsetting, Vancouver’s English Bay – > > Pogwarki < <

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem – > > Pogwarki < <

Our talks in Babylon – > > Pogwarki < <

That prompted me to look for his big volume of memoires “The turning point. Thirty-five years in this century”[i].  I went to our Main Library in Vancouver to get that book. They didn’t have it on the shelf but brought it to me from some sort of warehouse room were some books spent for some reasons a solitary life. Not for eternity, mind you, LOL. Maybe it needed some fixing, repairs?  It was not in the best shape. After all – that book was published … 84 years ago! Since I liked Thomas already and knew that he wrote about French writer Andre Gide, who happens to be my very much liked writer – I asked for that book, too. This time it was supposed to be on shelf not in some purgatory warehouse. I got the coded number, went to right spot – and the book wasn’t there. Returned to that young library assistant, who got me the big book of Mann memoires and ask him if he could find me that book. He said with a smile: of course, just follow me. I did. But he was going to big section called “English Literature”. So, I stopped him and asked why is going there, instead to were Mann’s book should be. His answer just astonished me and made me giggle a bit. The answer was: well, this book is in English in our catalogue.

God have mercy!  – I almost shouted.  Instead, I just explained to him –  My dear young man, you have that book in English language, but it is a German writer. Therefore it is, as it should be, in “World Literature “section. The same as Victor Hugo, Pablo Neruda, Dostoyevsky and hundreds of other writers, who were of other nationalities and wrote in other languages

Let me remind you again dear reader – that young and pleasant fellow was an assistant in the Main Library in a very big metropolitan city. O, tempora, o mores …

Back at the right section he did re-checked the shelves from top to bottom and the book really wasn’t there.  Too bad, but of course it was not his fault. We were just about to leave when he noticed a book at the bottom and happily announced: there it is! That book about your Gide!  I have noticed that book earlier. No, it was not written by Klaus Mann. That was the reason I went to him to help me searching for the right one. That one he pointed to was by another well known writer and  I have read his book many, many years ago, when I was working on series of articles about the history of gay-themed literature written often by gay writers or scholars.

By then I was truly tired mentally and physically and my leg was hurting. His jumping the gun and prematurely announcing that fateful: I know proved that he didn’t know and didn’t listen, arrogantly thinking that he did.

 Was he an arrogant? Maybe that would be too harsh a judgment. But I wish he listened more acutely and paid more attention to question being raised. After all, he was a library assistant. And I did ask him about a book by Klaus Mann. Not another (albeit very famous in his own right) author.

When I went home I reached to my bookshelves and retrieved from there my copy of Andre Gide “L ‘Immoraliste”[ii] and read it again. What a pleasure. 

At the end I was not angry. Actually, it was sort of amusing. I think that it was a good chance (remember – Main Library in major city) of him being a graduate of some university’s (or college, the very least) Humanities Faculty. My librarian in my Junior School was not the nicest lady. But she knew her stuff.  It meant she knew books. O tempora, o mores, my dear Cicero, LOL.

                Wouldn’t be myself if I have missed the possibility of being … arrogant about well know book. Yes, the very voluminous volume of Klaus Mann (with the help of his dear sister, Erika) autobiography “The turning point. Thirty-five years in this century”.  I have borrowed it and had to read it. Well, almost. I did huge portion of it, admittedly. Many scholars admire the book. I thought it was an awful way of writing autobiography. There are few ways to do it interestingly – he just mixed them all together, filled with thousands of totally unimportant details of country, cities he lived in (especially as a very young lad, well before becoming a writer), complicated  and not that influential on himself familial connections: just way too much to consume, page after page. I wish it was half as thick. All in a total contrast to a very concise way of writing his novels. There were certainly paragraphs, sections very important to know about him and his world, but at the end it was a dinner that had way too many side dishes. At times, you felt like a guest at a dinner, who just thinks o himself: is it ever going to end? If I still want to read his book about Andre Gide, it is for one reason only: Gide. Thomas was the last good writer (he was a good writer, as I said), who went to Paris and to spent time there and to get to know the great Gide. Gide was already very mature and older writer, decades older then young Mann.  Thomas told him, he will write a book about great Andre Gide. Gide, who knew Paul Verlaine and Arthur Rimbaud! All of it, young bisexual Klaus Mann, his adored French poet bisexual Andre Gide and his connection to scandalizing stars of homosexual Paris in XIX century of the decadent period.  A story from my forest, and a forest I spent many years of writing about and reading about all of them (except Klaus Mann, whom I just met his year, LOL).  Just like that absolutely glorious book published many years ago here in Canada: “Meanville , in another part of the forest”[iii].             


[i] “The turning point/thirty-five years in this century”, Klaus Mann, pub. by M.L.B. Fisher, New York, 1944

[ii] A. Gide, “Immoralista”, trans. by Izabella Rogozinska; wyd. Zielona Sowa; Krakow, PL, 2006

[iii] “Meanwhile in another part of the forest. Gay stories from Alice Munro to Yukio Mishima” edited by A. Manguel and C. Stephenson; pub. by Alfred A. Knoph Canada; 1994, Toront

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze  od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę.  /… /

(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)

Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?

Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?

to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie

to to, że on był życiem

pytanie jest czy oddałbyś swoje

bo kochałeś

i łzy milczące napłynęły,

bo znikąd rady ni pomocy

dostać nie mogłeś

i byłeś bezbronny i słaby,

jako najniższy z niewolników,

a łzy same popłynęły z oczu

/B. Pacak-Gamalski/

                I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą.  Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.

Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku  przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono  jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem.  Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi  tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.

Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie  na sytuację w jakiej się znalazłem.

Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.

Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.

Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.

Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?


[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego

[ii] Stolica starożytnej Persji

[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa

[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)

Rozmowy z tobą

Rozmowy z tobą

Rzeki życia

Rzeka wielka, muskularna, stalowo-szara

rzeka, której bulwarami przechadzam się

teraz w nasiąkłym od wody powietrzu –

jest mi dziwnie bliska i wyraźnie obca.

Woła mnie zachrypniętym głosem

starej aktorki, która niegdyś grała

Marię Stuart i Desdemonę – a dziś

tylko wiedźmę kuszącą Makbeta.

Macham na nią znudzoną ręką

obojętności. Jakie królestwa

możesz mi obiecać, jakie korony

niepotrzebne? Vene, vide. Vici?

Tak, widziałem, zwyciężyłem i byłem

zwyciężonym.  Jakaż słodka to była

niewola! I jak gorzka zwrócona

później wolność niedosycenia.

Jeszcze zbyt wcześnie ofiarowana,

a już za późno na oczekiwania.

W górze rzeka atmosferyczna

siąpi i nasącza włosy i duszę.

B. Pacak-Gamalski, 18.03. 2026, New Westminster

Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.

Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.

Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.

Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.

Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.

post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża